Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Eknera


foto

Dom był zbudowany w technologii ceglano-drewnianej - było bardzo dużo drewna, tynk na ściany był kładziony na matę z trzciny, stropy były izolowane warstwą drewnianych trocin... I to gruzowisko zaczęło się palić. I wtedy ktoś wyjrzał, mówi: "Tak, to już się pali, musimy stąd uciekać". Zabraliśmy to, co akurat mieliśmy na sobie, czyli płaszcze zimowe, sweter, spodnie, babunia i ciocia zimowe okrycia... Cały dobytek - woreczek z sucharami, pudełko kostek cukru i kawałek (mały kawałek, może 70 deko) wędzonego boczku. I z tym wyszliśmy na podwórze. I tylko słychać wystrzały, wybuchy... Piękne słońce było, upalne słońce. I tak poszliśmy za ludźmi, skręciliśmy w lewo, na pogorzelisko środkowego budynku, przez okno weszliśmy na to pogorzelisko, które już było wystudzone, przez to pogorzelisko przeszliśmy do ogrodu pałacu arcybiskupiego i moje pierwsze wrażenie: gdzie zniknął ogród - nie ma krzewów, nie ma drzew, nie ma trawników... W drugim czy trzecim dniu Powstania uczestniczyłem w pogrzebie, właśnie w tym ogrodzie, ale tych grobów nagle się pojawiło kilkanaście... Nie było trawników, gałęzie ścięte przez odłamki... I w tym ciągłym huku weszliśmy do tego ogrodu. I nadleciała eskadra "Stukasów". I znowu instynktownie rzuciliśmy się pod mur. Lecieli tak nisko, że przez kabinę widziałem głowę pilota w skórzanej czapce i w okularach. (...)
     Przeszliśmy przez ogród i znaleźliśmy się na parterze Hipoteki (stojący do dzisiaj, solidny gmach). Nie pamiętam, dlaczego - musieliśmy stamtąd wyjść. Prawdopodobnie nie było miejsca. Wtedy wszystkie piwnice były pozajmowane, przez lokatorów i przez uciekinierów z Woli... (...)
     Poszliśmy dalej, do dzisiejszego Domu pod Królami (tam jest w tej chwili chyba Związek Literatów), zapamiętałem te główki. Przed frontonem tego domu, od strony placu Teatralnego był postawiony taki śmieszny prowizoryczny płotek i tablica z kartką papieru "Uwaga niewybuch". Malarsko to było bardzo piękne miejsce, dlatego że bomba wpadła w miękki asfalt i powstała taka rozeta, regularna rozeta - bo bomba przez nagrzany asfalt zanurzyła się w ziemię. Tam też nie mogliśmy znaleźć miejsca. Poszliśmy dalej i trafiliśmy na ulicę Bielańską (ten dom stoi chyba do dzisiejszego dnia, który to numer, nie potrafię powiedzieć) - tam też nie wpuszczono nas do piwnicy. Ten dom wydawał nam się oazą spokoju i bezpieczeństwa, bo to był cztero- czy pięciopiętrowy budynek, nowoczesny, a wobec tego stropy murowane, nie drewniane, tak, jak na Miodowej 17. Zrozpaczeni odpoczęliśmy chwilę i pocąc się w tych zimowych płaszczach wróciliśmy do Domu pod Królami. Okazało się, że ludzie, którzy nas nie wpuścili, a na których byliśmy wtedy niezwykle rozgoryczeni, uratowali nam życie. Bo drugiego dnia - byliśmy wtedy jeszcze dalej, nie w Domu pod Królami - bomba uderzyła w [ten] dom [przy Bielańskiej], tak nieszczęśliwie, że wpadła w szyb windy i nie przebijając stropów spadła na poziom piwnicy. I wszyscy zginęli, którzy tam byli.
     Wróciliśmy do Domu pod Królami. Tutaj się nad nami zlitowali, pozwolili nam przenocować, więcej - ja nawet dostałem, nie pamiętam czy to była miseczka, czy to był kubek zupy, gęstej zupy, ugotowanej... na psinie. (Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt niech mi to wybaczy - to była bardzo dobra, bardzo smaczna zupa...)
     Rano musieliśmy stamtąd wyjść. Przeszliśmy przez Hipotekę i znowu poszliśmy do podziemi gmachu sądów. W nocy obudził mnie huk wystrzałów z działa (potem się dowiedziałem, że działa czołgowego), serie z karabinu maszynowego, pojedyncze strzały... Ciocia powiedziała: "Módl się, bo nasi odpierają atak Niemców od strony Kapucyńskiej". Czekaliśmy. Strzały ucichły. Rano wyszliśmy na parter. Dziwnym trafem jeszcze wtedy były okna i szyby - wyjrzałem i zapytałem się, co to za ulica. To była ulica Miodowa, znana mi z codziennych spacerów i marszów do szkoły, która była zupełnie zawalona belkami, gruzami z sąsiednich budynków i którą płynął potok - woda z uszkodzonego wodociągu. Stąd wiedziałem, skąd potem do naszej piwnicy była przynoszona woda - właśnie z tego potoku; widziałem jak ktoś wyszedł na to gruzowisko, stanął na tych belkach i w blaszankę brał wodę.
     Ciocia z babunią zdecydowały, że wracamy do piwnicy w naszym domu - tam nas muszą przyjąć, jesteśmy mieszkańcami. Znowu przez ogród pałacu arcybiskupów przemknęliśmy, przebiegliśmy na podwórze Miodowa 19 i tutaj do wejścia do piwnicy pod korpusem głównym. I znowu nas nie wpuszczają - i to nie nasi sąsiedzi, ale jacyś inni ludzie, z Woli, jak się potem okazało. Tłumaczyliśmy, że jesteśmy mieszkańcami - "To idźcie do swojej piwnicy. A gdzie wasza piwnica?" "No, w oficynie." "To idźcie tam." "Dobrze, odpoczniemy chwilę na tych schodach." Dzień był upalny. Cisza, kompletna cisza. No to zbieramy się - wzięliśmy te swoje tobołki, wyszliśmy drewnianymi schodami na podwórze, pomógł nam jeden z mieszkańców piwnicy i usłyszeliśmy warkot pocisku granatnika. Słychać go było, jakby nad uchem brzęczał. Przytuliliśmy się do ściany, wybuch, zasypały nas odłamki cegieł - odłamki cegieł, a nie odłamki pocisku - zupełnie nic nie było widać w tumanie pyłu węglowego, duszący gaz spalinowy środków wybuchowych... I nic nie widząc, kaszląc, po omacku trafiliśmy do wejścia do piwnicy, ja się dosłownie stoczyłem po tych schodkach, babunia się osunęła, pomogli jej osunąć się po schodach, ciocia zeszła i usiedliśmy - na ziemi, bo nie było innego miejsca. Zlitowali się nad nami mieszkańcy... Zrobili nam miejsce. Usiedliśmy, bo położyć się nie można było. I tak do końca Powstania przesiedzieliśmy w tym korytarzu pod głównym budynkiem domu Miodowa 17.
     Do końca Powstania byliśmy na Starówce. Żywiliśmy się tym, co wynieśliśmy - suchary, kostki cukru i ten boczek. Jeżeli tam, na tym korytarzu, siedzieliśmy około dziesięciu dni, to proszę sobie obliczyć, jaka była racja żywnościowa na każdego z nas. Głodu wtedy się nie odczuwało... Ktoś nas znowu poczęstował zupą - mnie, jako dzieciaka - zupą na koninie. Nie wyobrażam sobie, jak w dwudziestym którymś dniu Powstania w stolicy mógł być jeszcze koń - prawdopodobnie to był pies. Albo kot...
     Korytarz był wąski, mógł mieć około półtora metra, nie więcej, wzdłuż ściany były jakieś ławki, taborety. Siedzieliśmy opierając się plecami o cegły, wtedy przed nami było przejście. Naprzeciwko była większa piwnica, taka komora - tam był pan z rodziną, mieszkający na ulicy Kapucyńskiej, z której musiał uciekać; prawdopodobnie właśnie wtedy, kiedy był ten nocny atak, który słyszałem siedząc w piwnicy w gmachu sądów. On był w tej piwnicy wcześniej, przed nami i jakkolwiek nie był lokatorem, to tam siedział. To był nieznanego mi nazwiska adwokat z żoną i z trzema córkami.
     Chyba 24 sierpnia trafił do piwnicy "Biuletyn Informacyjny", czytała go - przy stearynowej świecy (nie było lichtarzy, świece przyklejało się do ceglanej ściany; podgrzewało się płomieniem ściany i przyklejało) - właśnie córka tego adwokata. Zapamiętałem informację o zdobyciu PAST-y na ulicy Zielnej, co bardzo podniosło morale wszystkich siedzących w piwnicy, i o zdobyciu przez aliantów Paryża; była tam też informacja o Powstaniu Paryskim - po latach, jak czytałem, to przypominając sobie Powstanie w Warszawie mam bardzo mieszane uczucia...
     Któregoś następnego dnia, wieczorem, kiedy ustał ostrzał, nie było słychać wybuchów, zapadła cisza. Przed spaleniem naszego domu naloty były regularnie co godzinę, od godziny 7  do 19. Nadlatywała eskadra, trójka Junkersów 88 i zrzucała bomby. Co godzinę. Tak że kiedy zapadła cisza, to była pewna ulga. I wtedy na początku tego krętego korytarza piwnicznego usłyszałem odległy głos: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Okazało się - przyszedł ksiądz, anonimowy kapelan. Przyszedł w ten późny wieczór sierpniowy i przyniósł Przenajświętszy Sakrament. I w tym korytarzu taboret kuchenny nakryto białą chustką i to był ołtarz. Ksiądz położył bursę z Przenajświętszym Sakramentem i odbyła się liturgia. Bardzo krótka - rachunek sumienia, absolucja in articulo mortis, to znaczy w niebezpieczeństwie śmierci, komunia, błogosławieństwo i odśpiewaliśmy "Boże coś Polskę". Ksiądz powiedział: "Zostańcie z Bogiem" i poszedł.
     I chyba trzy dni później, może później, 2 września o godzinie 9 rano - nalot. Gwizd nurkujących samolotów i spadających bomb. Wydawało się, że bomba upada dosłownie na podwórze, że parę metrów i spadnie mi na głowę. Bomby spadały wtedy na Miodową 21, gdzie był szpital powstańczy i w pobliżu włazu na placu Krasińskich, tak że to było bardzo niedaleko. Znowu nastała cisza i o godzinie 10 ten adwokat, który był naprzeciwko nas, wziął czystą biała chustkę - prawdopodobnie tę, która była obrusem ołtarzowym - wyszedł w kierunku wyjścia, zatrzymał się i powiedział: "Musimy wychodzić". I wyszliśmy. Wzięliśmy resztkę sucharów, boczku już nie było, resztkę cukru i po tych schodach, po których 10 dni wcześniej spadłem w dół, wyszedłem na górę i pierwsze moje wrażenie było - zimno. To był zimny, wrześniowy dzień...
Czy ktoś powiedział, że to już jest koniec Powstania na Starówce?
    
Nie...
Nikt z osób wychodzących nie miał tej świadomości?
    
Wtedy - że trzeba wychodzić. Nie, że Niemcy wchodzą...
Czyli ktoś powiedział, że wchodzą Niemcy?
    
Takich komunikatów nie było - że Niemcy już wchodzą. To jakoś bez słów było wiadomo, że jeżeli trzeba wychodzić, to znaczy, że Niemcy tam już są i każą nam wychodzić. Więcej - że jeżeli nie wyjdziemy, to wrzucą granaty.
     I wyszedłem - zimno, bardzo jasny, pogodny ranek, zacienione podwórze - i natknąłem się na niemieckiego żandarma, który miał na szyi tak zwaną "blachę", z orłem - Adler, deutsche Adler - na tym ryngrafie. Potem się dowiedziałem, że takie ryngrafy nosiła żandarmeria polowa i jeśli żołnierz był oznaczony w ten sposób, to podlegał tylko rozkazom swojego dowódcy, a nie mógł podlegać np. rozkazom innego oficera. Potem sobie dopowiedziałem, że gdyby on chciał mnie wtedy zastrzelić, a jakiś inny oficer niemiecki chciałby mnie bronić - taka sytuacja była u mojego przyjaciela - to ten żandarm by go nie posłuchał.
     Wyszedłem na podwórze Miodowa 19. I drugie wrażenie - skąd tyle ludzi przeżyło ten ostrzał, bombardowania... (...) Takie piekło. Bo nagle z sąsiedniej piwnicy zaczął się wysuwać sznur ludzi, z drugiej piwnicy. I znowu idziemy, znowu przez ten ogród domu arcybiskupów, w kierunku Hipoteki. Po drodze, na Miodowej 19, na noszach leżał bezwładnie mężczyzna, zapamiętałem tylko jego twarz, w okularach, i modlił się śpiewając psalm 91 - "Kto się w opiekę odda Panu swemu"... Nic mu nie mogliśmy pomóc. Poszliśmy dalej z tłumem ludzi. Przeszliśmy przez ogród, koło Hipoteki i weszliśmy na ulicę Daniłowiczowską - i tu natknęliśmy się na, wtedy się mówiło "własowców", żołnierzy armii RONA... Zapamiętałem tego najemnika. W butach z cholewami, w granatowych spodniach, w kurtce mundurowej niemieckiej, czapce właśnie granatowej - nie feldgrau, tylko granatowej - z pistoletem automatycznym Bergmann. Obok niego leżał trup kobiety, którą może on, może jego kolega zastrzelił kilka - kilkanaście minut, nim tam doszliśmy. Twarz miała nakrytą tylko kurtką futrzaną. Ja go minąłem, on szarpnął za rękę moją ciocię - trudno opisać uczucie, drętwieje się wtedy - zerwał jej zegarek z ręki. Odpięła zegarek, oddała mu - szczęśliwie, że chodziło tylko o zegarek. Poszliśmy dalej. Gruzy były takie, na tej wąskiej ulicy Daniłowiczowskiej, że przechodziliśmy na wysokości okien pierwszego piętra. Wydeptana ścieżka - przed nami przeszło tamtędy już wielu ludzi. Zeszliśmy na poziom ulicy, placu Teatralnego. Od strony Senatorskiej, przez barykadę, która była na rogu Daniłowiczowskiej i Senatorskiej, przechodzili ludzie idący od strony Miodowej - to znaczy z tej samej ulicy, z dwóch kierunków, wszyscy schodzili na plac Teatralny. Akurat natknąłem się na ojców Kapucynów, którzy nieśli na noszach swojego konfratra. Tragiczny to był widok - broda pokryta strupami zakrzepłej krwi. I jednocześnie, jak to czasami się tragedie mieszają z farsą - jak widać, ojcowie nie mieli innej możliwości opatrzyć mu rany i był przewiązany elegancką damską koszulą jedwabną koloru różowego. Zeszliśmy na poziom placu Teatralnego. Natknęliśmy się na starszą kobietę, która nie mogła iść - dwóch panów wzięło ją pod ręce, zaczęli wlec, ale to było wleczenie, ona nie szła. Jak się potem dowiedziałem w tej karawanie ludzi, to chyba była stara kobieta, która przeżyła getto, sąsiadujące z placem Krasińskich, Żydówka. Nie wiem, co się z nią stało. Popędzono nas dalej. Na chodnikach stali znowu własowcy, Kałmucy, najemnicy RONA. Mężczyznę, który chciał zboczyć do bramy, ronowiec uderzył granatem, Handgranate, pałką taką, zakończoną stalową gałą. Pomyślałem przez chwilę czy wybuchnie - oczywiście to był nonsens. Przeszliśmy Senatorską, przeszliśmy plac Bankowy. Na placu Bankowym ktoś powiedział do mojej cioci: "Chce pani tę walizkę?" Wzruszenie ramion. Odrzucił ją. Sterta walizek leżała - nie wiedzieliśmy, gdzie idziemy. Elektoralna, obok Hali Mirowskiej - i widzieliśmy wtedy, że tam było popielisko szczątków ciał ludzkich - Chłodna. Wlekliśmy się. Wlekliśmy się w tym upale, nie wiedząc dokąd, do przodu.
     Pewne zahamowanie było przed kościołem Świętego Wojciecha na Woli. W poprzek rzeki idących ludzi stało czterech, może więcej, esesmanów, z butnymi minami, w tych znienawidzonych czapkach wygiętych w kształcie siodła, w butach z cholewami, w bryczesach, rozkraczeni. Ręką suwali - władcy, władcy życia i śmierci - tak suwali: ten do obozu pracy, ten do obozu zagłady, ten może iść dalej. Wszystkich mężczyzn, którzy akurat szli z naszej piwnicy, skierowali do kościoła. Spojrzałem na tego Niemca, zlekceważył zupełnie, spojrzał na ciocię, babunię - "Weiter, schneller!" - poszliśmy.
Czyli dziecku z kobietami pozwolił iść dalej.
    
Ułaskawił. Skręciliśmy z tłumem w ulicę Bema. Na parterze mieszkali ludzie, Polacy. Przez otwarte okno podali wodę do picia - szliśmy już parę godzin, zmęczeni, ludzie mdleli po drodze. Natychmiast zjawiło się dwóch albo trzech Niemców, z pistoletami automatycznymi, warknęli, żeby zamknąć okno i odpędzili wszystkich od okna - czyli od wody. Tą ulicą doszliśmy na peron Dworca Zachodniego.
     I na tym peronie usiedliśmy. To musiało być już późne popołudnie. Dopiero z peronu spojrzeliśmy na Warszawę - tak to się człowiek nie oglądał, patrzył w jezdnię i tylko szedł do przodu. Spojrzeliśmy tak po sobie, pewne odprężenie - że doszliśmy tutaj i jeszcze żyjemy. I spojrzeliśmy na Warszawę. Ciekawe widoki - jak to się wtedy zmienia spojrzenie - zobaczyliśmy, że na horyzoncie tak śmiesznie to wygląda, jak samoloty się zniżają, nurkują, podskakują i potem jest tuman pyłu. Wtedy nie łączyliśmy tych obrazów z tym, co tam się działo, z tym, co sami przeżyliśmy.
     Nadjechał pociąg elektryczny. Maszynista - znowu go zobaczyłem tak, jak wtedy tego pilota w samolocie Junkers 88 - miał taką kamienną twarz. Pociąg stanął, ktoś powiedział "Wsiadać", weszliśmy do pociągu. I tutaj znowu napięcie - dokąd jedziemy? Drzwi się zamknęły, automatyczne drzwi... (...) To był pociąg elektryczny. Napięcie - dokąd, dokąd? I to się od razu ujawniło w odzywkach ludzi, tych wygnańców do wygnańców. Takie ostre sformułowania - "Czego się pani pcha, czego?".

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten