Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Eknera


foto

     Dojechaliśmy - teraz wiem, że to był Pruszków, wtedy po kilku minutach. Drzwi się otworzyły i znowu zobaczyłem żandarmów, stojących na polu - wysiadaliśmy na prawo od kierunku jazdy - stali tam półkolem. Trzeba było wysiadać z góry, zeskakiwać. Dla mnie to nie było trudne, dla cioci też, babuni trzeba było pomóc - miała wtedy już 75 lat, więc to dla niej było bardzo trudne. I poszliśmy. I tam, ku naszej radości, spotkaliśmy adwokata, tego z piwnicy. Miał na plecach worek - jak się okazało, przyjechał przed nami z tego kościoła Świętego Wojciecha i tam został zaopatrzony w bochenek chleba i coś tam jeszcze, dlatego, że był przeznaczony do robót w Niemczech; dostał wyposażenie na drogę. Robotnik musi jednak dojechać żywy i żeby mógł efektywnie pracować na rzecz zwycięstwa III Rzeszy... Dołączył do żony, do córek, ale przed bramą znowu była selekcja, znowu stali władcy życia i śmierci - Niemiec wypchnął go brutalnie z tej naszej kolumny w bok.
     Weszliśmy na teren warsztatów kolejowych - dzisiaj wiem, że to były warsztaty kolejowe, wtedy nie pamiętam, czy ktoś mówił, fabryka jakaś. Trafiliśmy do którejś hali na nocleg i tam po prostu usiedliśmy na tym betonie. Ja to spałem, moja babunia, ciocia też chyba drzemały.
     Rano ciocia poszła się zorientować, gdzie jesteśmy, co dalej. Wróciła, wzięła mnie za rękę, podeszliśmy pod budynek, który się okazał kuchnią RGO - RGO to była Rada Główna Opiekuńcza, jedyna organizacja polska, którą Niemcy tolerowali. Więcej - kiedy organizowali Durchganglager Pruszków, to poproszono RGO o pomoc i opiekę nad tymi, którzy tam będą.
     Pamiętam tylko tę rozmowę: "To kiedy pani przyjechała?" - pracownik tej kuchni zapytał ciocię przez okno. "Wczoraj." "U, to proszę pani, tutaj są ludzie, którzy dwa tygodnie czekają na dalszy wyjazd." "No to - co zrobić?" "Czekać. A kto to jest?" - spojrzał na mnie. "Ano, mój siostrzeniec." "To niech go pani pilnuje, bo tutaj to sobie pożyczają i porywają takich." Uświadomiłem sobie później, że moja osoba mogła być jakoś pomocna, żeby wyjść z tego obozu...
Z dzieckiem łatwiej wyjść.
    
Tak, jednak tak. Zaznaczam to dlatego, że mój rówieśnik z klasy, którego potem spotkałem, trafił do Konzentrazionlager Auschwitz, więc jednak dziecko nie było uprzywilejowane, nie miało dodatkowych praw.
     Wróciliśmy do tej naszej hali dworcowej. Nie wiem, dlaczego ciocia powiedziała: "Przejdźmy do tej sąsiedniej, naprzeciwko, bo tam są nasi, ci z piwnicy". Człowiek wtedy szukał przynajmniej znajomych twarzy. Wyszliśmy na ulicę obozową i nagle zawyła syrena i żandarm wepchnął nas nie do tej hali, do której chcieliśmy wejść, tylko do najbliższej. Zatrzasnął wrota. Cisza zapadła, ktoś tam mruknął i to słowo rozeszło się po wszystkich - "nalot". No - jeżeli nalot, to nie niemiecki. I mimo, że to nie było optymistyczne słowo "nalot", to jakoś to znowu podniosło wszystkich na duchu - jakie to dziwne rzeczy mogą ludzi satysfakcjonować.
     Nie wiem po ilu minutach ten sam żandarm otworzył wrota - "Komm hier! Alles komm hier!" No więc wyszliśmy na tę ulicę. Tam znowu półkolem stali żandarmi. Ustawili nas piątkami w kolumny. I stoimy. Wzdłuż kolumny, od czoła, przechodzi esesman w tej znienawidzonej czapce... Przechodzi, spojrzał na mężczyznę stojącego w następnym szeregu - "Du!" Do tłumacza coś zagadał. Tłumacz powiedział: "Co tobie jest?" "Chory." Znowu wymiana zdań między tłumaczem a Niemcem. "Na co jesteś chory?" Ten odpowiedział: "Płuca, serce". Przetłumaczył. Niemiec spojrzał, drwiącym wzrokiem popatrzył, machnął - "A, gut!" Łaskawy.
     I nagle komenda - "Marschieren!" I maszerujemy. Gdzie? Znowu nie wiadomo gdzie. Dookoła Niemcy. Uzbrojeni, trzymający pistolety maszynowe i karabiny. I idziemy do bramy. Brama się otwiera - wychodzimy na to samo pólko, na które nas wyrzucono z pociągu elektrycznego. Tylko że tam nie stał już pociąg elektryczny, ale węglarki. "Aufsteigen!" Wsiadać. I teraz proszę z poziomu ziemi wejść na poziom tej węglarki. Kto mógł, to wskoczył. Kobietom, starszym... (...) trzeba było pomóc... Jedni ich wciągali, drudzy ich pchali do góry. Trzask zamykanych drzwi...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten