Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Eknera


foto

Pan się tam znalazł z babcią i z ciocią?
    
Tak. I z nieznanymi osobami. Z tej naszej piwnicy była tylko żona adwokata z trzema córkami.
     Stoimy, na budce hamulcowego pojawił się uzbrojony żandarm, pociąg ruszył. Gdzie jedziemy? I rozglądają się wszyscy. Poznają stacje. Mijamy jakąś stację. Nie widać napisów, ale to chyba Włochy - to na zachód jedziemy. Na zachód to gdzie? Do Niemiec? Następna stacja - Brwinów. Chyba Brwinów. W Brwinowie na peronie stała jakaś pani z panem i pani miała plecak, a pan wyjmował z tego plecaka jabłka i rzucał na przejeżdżające wagony - jabłka, jakieś owoce, chleb chyba też przeleciał. Na nasz wagon spadły jabłko i butelka mleka. Szczęśliwie ktoś złapał. 40 osób w tej węglarce, nie wiem ile było dzieci, sądzę, że około dziesięcioro. Byli znacznie młodsi ode mnie. I podział tej małej butelki mleka. Jakaś kobieta prosi o trochę mleka dla mojego rówieśnika. Zapamiętałem tego chłopaka - twarz o bieli utrillo, żeby nie powiedzieć "trupio blada". I dostał parę łyżeczek mleka. Matka, opiekunka, z taką rozpaczliwą pretensją - "Co mi pani daje?! Widzi pani chłopaka!" "Proszę pani, inni..." Ze złością wyrzuciła to mleko.
Wyrzuciła butelkę?
    
Nie, wychlapała to mleko, które dostała do blaszanki. Bo butelka poszła dalej, następni nie pogardzili tym mlekiem.
     I tak jechaliśmy, aż ciocia wygląda i patrzy, że to już będzie Rawka. W okolicach Skierniewic byli krewni babuni. Na jakiejś kartce papieru, był ołówek, napisała: "Stanisława Dąbkowska, Franciszka Kwiecińska, Jerzy Ekner - żyjemy, jedziemy w nieznanym kierunku, data 2 września, około południa" i adres: "Anna Woźniak, Skierniewice, ulica..." Zawinęła w ten papierek kawałek węgla, który był na podłodze, i rzuciła na peron, pod nogi kogoś tam stojącego. Widziała, że podniósł.
     Pociąg zatrzymał się na stacji w Skierniewicach. Peron pusty, tylko żandarmi chodzą po peronie, żeby nikt nie podchodził - teraz wiem, że parowóz uzupełniał wodę, więc transport musiał się zatrzymać. Druga kartka, o tej samej treści. Ciocia wygląda, Niemiec akurat mijał się z kolejarzem, który ostukiwał osie wagonu - rzuciła kartkę kolejarzowi pod nogi, on tylko oczami dał znak i poszedł. Poszedł dalej, ostukał koło, wrócił, dyskretnie podniósł kartkę, ostukał drugie koło i poszedł tak, jak powinien iść. Obie kartki tego samego dnia trafiły do adresatki.
     Pojechaliśmy dalej. Nie wiem, gdzie to było dokładnie - za Skierniewicami, na polu, pociąg się zatrzymał. Wypuszczono - nie to, że wypędzono - wypuszczono nas z wagonu. Po co? Dla załatwienia potrzeb fizjologicznych. I na tym polu załatwialiśmy wszyscy, publicznie, swoje potrzeby. Znowu nas wpędzili na wagony, jedziemy dalej. Robi się ciemno, zimno, i na którejś stacji babunia powiedziała: "Tędy pielgrzymka do Częstochowy idzie". No to już wiedzieliśmy, w którym kierunku jedziemy. Pociąg się zatrzymuje. Była już noc. Pamiętam księżyc. Zimno, księżyc, otwierają węglarki, wychodzimy na peron - co prawda peron nie na tym samym poziomie, tylko niższy, ale to już nie było zeskakiwanie, ten problem wychodzenia, wchodzenia - i tam już po polsku, jacyś mężczyźni z opaskami RGO: "Proszę państwa, proszę w tym kierunku, proszę tutaj się ustawiać, zaraz podjadą podwody". I wtedy następuje odprężenie. Zupełne odprężenie. Niemców nie ma, nie widać. W pobliżu stacji Gorzkowice, koło Piotrkowic - bardzo sympatyczny las w poświacie księżycowej, po polsku mówią, Niemcy są odlegli...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten