Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Eknera


foto

Podjeżdża wóz parokonny - na drewnianych kołach ze szprychami, z obręczami kutymi - i na tej słomie siadamy, mnie miejsce wypadło obok woźnicy, woźnica Polak, w maciejówce, z wąsami. Cmoknął na konie - jedziemy. Przed nami jadą furmanki, podwody, za nami jadą - i ten sznur jedzie na oświetloną księżycem szosę pomiędzy lasami. Jedzie gdzieś do przodu, ale widać światło - jedziemy nie w nieznane, tylko gdzieś w oświetloną przestrzeń. I nagle hamują, zatrzymują się, ruszamy powoli - na poboczach po trzech ludzi stoi. Widać, że mają pistolety automatyczne. Niemcy. Któryś tam latarką błysnął, przejechaliśmy dalej. Woźnica mówi: "Wiecie, kto to był?" Bo taka cisza zapadła. "Niemcy..." - tak niepewnie. "Niee. " "Aa! No, to znaczy nasi!" To znaczy, że jesteśmy na terenie, gdzie są Polacy - Polacy-żołnierze.
     Dojechaliśmy do najbliższej wsi, nie pamiętam nazwy, wszystkich upychali po stodołach. Na klepisku była cienka warstwa słomy, ale to było bardzo wygodne legowisko, świetnie się tam spało. Rano się budzimy, ciocia zaczęła krzątać się koło tego, żebyśmy mieli coś do zjedzenia - to znaczy ja i babunia. Nie pamiętam, co tam jedliśmy...
Czyli przydzielili was do jakichś gospodarzy.
    
Nikt nas nie przydzielał - myśmy się tam znaleźli, bo akurat tam grupka szła. Około południa babunia poszła pomagać obierać kartofle w kuchni. Tam już siedziały dwie panie, które obierały te kartofle, ja poszedłem popatrzeć - i akurat weszła starsza kobieta, na bosaka. Myślałem, że to jest miejscowa gospodyni, wtedy chodziło się na bosaka, bo nie było butów. Weszła na bosaka, w fartuchu, przysiadła się. I zapamiętałem rozmowę z babunią - okazało się, że ona była mieszkanką Siekierek, dzisiejszej dzielnicy Warszawy, wtedy podwarszawskiej wsi. I opowiedziała, jak oni zostali wypędzeni z tych Siekierek i też znaleźli się w Gorzkowicach.
     Na trzeci dzień ciocia z babunią postanowiły, że postaramy się wrócić do Skierniewic i dotrzeć do krewnych babuni. Ach, "wrócić" to się łatwo mówi. Zgarnęliśmy te swoje tobołki, to znaczy: płaszcze zimowe, sweter; cukru już nie mieliśmy, dostaliśmy bochenek chleba. Na szczęście mieliśmy jeszcze pieniądze i tymi pieniędzmi ciocia opłaciła gospodarza, który podwiózł wozem babunię i mnie. Bo ja bym jeszcze doszedł te kilka kilometrów do stacji, ale babunia raczej nie. Miała 75 lat, została przysypana gruzami w 1939 roku, przeżyła Powstanie, potem dalsze koleje - można sobie wyobrazić, jaka to była kondycja fizyczna. Gospodarz podwiózł nas na stację i tam pierwsza rzecz - można kupić bilet tylko do Koluszek, do Skierniewic nie wolno. Tylko do Koluszek. Wtedy nie wiedzieliśmy, że to była stacja graniczna Generalnej Guberni. Ale Polka, kasjerka, mówi: "Proszę pani, jedźcie państwo tam, tam jeżdżą pociągi, na które można się zabrać". Ciocia kupiła bilety. Czekamy na pociąg - znowu się pojawiają żandarmi. Okazało się, że wypędzają wszystkich. Otoczyli nas, następna selekcja. Okazało się, że to była obława na szmuglerów... Jeżeli ja tutaj używam tego słowa, to absolutnie to nie jest określenie pejoratywne.
W tamtych czasach oczywiście, że nie.
    
To byli nasi żywiciele. Tu, w miastach, się przeżyło dlatego, że oni szmuglowali żywność do miast.
Bez nich warszawiacy padliby z głodu...
    
Padliby z głodu. Tak, jak mówiłem o mleku, które donoszono, czy o białym pieczywie.
     I sprawdzają po kolei wszystkich. Doszedł do nas ten umundurowany Niemiec. Mówił po polsku. Mogę sobie teraz tłumaczyć, że to był albo Ślązak, albo poznaniak, Warmiak - trudno powiedzieć. I spokojnym tonem, po polsku, z niemieckim akcentem, mówi: "Kennkarty proszę". "Proszę" - nie to, że "Kennkarten!" - "Kennkarty proszę". Ciocia podaje i ręka jej drży, no bo co dalej. Podaje kennkartę, on mówi: "Niech się pani nie boi". Podał kennkartę Niemcowi, w mundurze feldgrau, ale raczej SS - nie w feldgrau Wehrmacht, tylko ten zielonkawy, który nosiło SS - oddał kennkartę. Zajrzał do torby i w tej torbie znalazł zdjęcie, zainteresował się. To było zdjęcie męża cioci, mojego wuja, w mundurze podporucznika. Zdjęcie, które zrobił w oflagu, przesłał do Warszawy, w Warszawie stało na stoliku, w ramce. Kiedy dom się palił, ciocia zgarnęła to zdjęcie. W tym tobołku, razem z sucharami i boczkiem, przeszło z nami przez Chłodną, obok kościoła Świętego Wojciecha, Pruszków, do Gorzkowic - i tam znowu wpadło w ręce Niemca. Popatrzył, rzucił na ziemię - to go nie interesowało. Ciocia podniosła to zdjęcie... (zdjęcie dojechało do Warszawy, jest teraz w moim posiadaniu.) Nagle wybuchła awantura - Niemcy na końcu naszego szeregu znaleźli porzucony tobołek z mięsem, który rzucił któryś ze szmuglerów. No i nasłuchujemy, co Niemcy mówią. Teraz to mogę domniemywać, że po prostu zarekwirowali to mięso do swojej kuchni. Odeszli - nie mówili, żeby iść, odeszli.
     Weszliśmy na peron, wsiedliśmy do pociągu, dojechaliśmy do Koluszek. Pociąg stanął, wysiedliśmy. Chcemy wyjść z peronu, żeby kupić bilet do Skierniewic. W budce przy wyjściu z peronów były bilety. W budce, w mundurze kolejarza niemieckiego, mówiący po polsku - "Nie wolno!" "Ale chcemy do kasy." "Nie wolno wychodzić!" Więc cofnęliśmy się na peron - nie wiedzieliśmy, że to była stacja graniczna Generalnej Guberni. W budynku na sąsiednim peronie ciocia dowiedziała się od kolejarza, że nie ma pociągów rejsowych, planowanych, między Koluszkami a Skierniewicami, ale jeżdżą parowozy, które przed sobą pchają lorę, żeby lora zdetonowała minę naciskową - wtedy wybuch powoduje wyrzucenie pierwszego wagonu, a parowóz zostaje nieuszkodzony. I na tym można przejechać do Skierniewic. No to usiedliśmy na peronie i czekaliśmy tak od godziny pierwszej do zachodu słońca, na tej pustej stacji. Dlaczego nas Niemcy nie ruszali - nie wiem. Siedzieliśmy. We trójkę siedzieliśmy na tym peronie. Pusta stacja i my tylko... (...) Tylko trzy osoby. I ni stąd, ni zowąd podjeżdża parowóz, bardzo elegancko zatrzymuje się przy nas i nagle, znowu zdumienie - nie wiem skąd się znalazło ponad 20 osób. Pusty peron - nagle skądś wyszli. Wszyscy wsiadają i ciocia mówi: "Panowie, pomóżcie mojej mamusi". No i podnieśli, włożyli na tę lorę, ja wsiadłem opierając się o koło. I znowu, nikt nic nie mówi, pompa skroplinowa pyka, czekamy - ale widzimy Niemca, który idzie w naszym kierunku... Ale nie miał munduru esesmańskiego, tylko taki zielony, czapka też nie była tak wygięta w siodło; w okularach i z teczką - jakiś oficer, który z Koluszek jechał do Skierniewic. On tylko zajął miejsce, obok maszynisty. I ruszyliśmy. I pociąg jedzie. I znowu odprężenie. Pociąg się zatrzymuje, bo sygnał opadł. Musiała być jakaś rozmowa między Niemcem a maszynistą, bo ramię semafora się podniosło, a my stoimy - i ktoś tak wesoło krzyknął: "No, otwarte, jazda!". I ruszyliśmy.
     Dojechaliśmy do Skierniewic. W Skierniewicach, ciemna już noc, wyszliśmy na peron... Godzina policyjna. My z Warszawy, kennkarty z meldunkiem warszawskim, no gdzie - na dworcu zostać? Jak by się tu przemknąć do krewnych babuni, parę ulic dalej? Trzeba ryzykować, trzeba iść. Puste ulice. To było drugie moje przejście po godzinie policyjnej - raz musiałem iść w Warszawie, a drugi raz w Skierniewicach. Idziemy. Żeby tylko nie tupać. Cisza taka. Słychać kroki. Znowu jak wtedy, kiedy jest wybuch granatnika - do ściany się przytuliliśmy. Drugą stroną szedł Niemiec. Zatrzymał się, ciemno jest - "Das ist polizeier Zeit!" Poszedł. Poszliśmy dalej. Błądziliśmy, babunia z ciocią nie mogły trafić. Zapukaliśmy do pierwszych drzwi - "Czy możemy przesiedzieć do rana, bo nie możemy trafić do domu?" "A tak, no siedźcie państwo." I ta gospodyni - "Proszę pani" - mówi - "bardzo przepraszam, ale może zostańcie w sieni, bo... bo może wy macie wszy..."
Taka poniżająca sytuacja...
    
Nie, to była życiowa sytuacja. Wiadomo, że po Pruszkowie, po wycieraniu się po piwnicach, to te wszy przychodziły do człowieka. W tym tłumie, który wychodził, ktoś zwrócił uwagę, że po plecach chodzą wszy; wtedy we wrześniu, 2 września 1944 roku. Pan odczuł, że poniżająca sytuacja - wtedy to była sytuacja życiowa. "No tak, wiem, że możemy mieć wszy, nie wejdziemy do środka, żebyśmy tylko nie musieli na ulicy stać." Doczekaliśmy do rana, a rano okazało się, że ci krewni babuni byli bardzo niedaleko.
A czy ta gospodyni dała coś do jedzenia?
    
Tak. Tak, dostaliśmy kolację, nie pamiętam już, co było...
     Doszliśmy do tych krewnych... I jak opada napięcie, to wtedy trudno jest w ciągu minuty opowiedzieć to, co się działo przez 32 dni w Warszawie. Umyć się i wszystko uprać - to była pierwsza rzecz. I potem przy ciepłym słońcu wrześniowym, można było sobie usiąść w sadzie, książkę poczytać... Wiadomo, że coś będzie do jedzenia, nie to, że obiad - coś będzie do jedzenia... Na tym się skończył exodus, w Skierniewicach - a dalej to już inna historia. (...) Ze Skierniewic pojechaliśmy dalej, na wieś.
Czyli tam nie można się było zatrzymać na dłużej?
    
Nie było gdzie. Pojechaliśmy dalej. Do Trzcianny, bo tam też byli krewni babuni. (...) W Skierniewicach był dzień targowy, było dużo furmanek z okolicznych wsi. I była akurat gospodyni ze Strzybogi, to jest wieś sąsiednia do Trzcianny. Nasza gospodyni ze Skierniewic poprosiła ją - "Wie pani, to są przecież z Warszawy, spaleni..." "A, no tak" - bez zbędnego opowiadania - "to wsiadajcie, podwiozę do Strzybogi". W Strzybodze ona zsiadła, synowi mówi: "Wieź tych państwa do Trzcianny". I dojechaliśmy do Trzcianny, do domu pana Franciszka Woźniaka, który był w jakiś sposób spokrewniony z moją babunią; to była bardzo ciekawa postać, ale to jest zupełnie osobna historia... (...) To był były lejbgwardzista ostatniego cara Rosji i tak wykorzystał tę swoją pozycję, że dzięki niemu została zbudowana szkoła w Trzciannie.
     Tam już znaleźliśmy miejsce. W domu, w takiej małej izbie, byliśmy tam we trójkę. Między 5 a 10 października, czyli już miesiąc później, wieść o tym, że my - to znaczy ja, moja ciocia i babunia - jesteśmy w Trzciannie, przewędrowała 15 kilometrów do innej wsi; 15 kilometrów wtedy to było bardzo daleko, około trzech godzin marszu...
     Jak ta wieść przewędrowała - nie wiem. W każdym razie wtedy, między 5 a 10 października, do Trzcianny przyjechali dwaj moi wujkowie i siostra, którzy w czasie Powstania byli w dzielnicy Śródmieście i wyszli - udało im się przemknąć obok Pruszkowa i wyszli mijając trzy strefy kontroli (pierwsza na Okęciu, druga w Jankach i trzecia jeszcze dalej) i doszli do Chojnaty. To jest około 70 kilometrów. Oczywiście pieszo. Stamtąd doszli do wsi Patlinek i tam się dowiedzieli, że jesteśmy w Trzciannie: moja babunia, ciocia (siostra dwóch wujków) i ja.
     W Trzciannie dla mnie to były dobre czasy, nie miałem kłopotów, dostawałem jedzenie, mogłem sobie chodzić na bosaka po sadzie, co było dla mnie wielką atrakcją... I nagle zobaczyłem, że wrota na podwórze się otwierają, ktoś obcy otwiera, wjeżdża wóz parokonny i na tym wozie są moi wujkowie, moja siostra i jeszcze jedna kuzynka. Nagle się spotkaliśmy - nagle, po tych 32 dniach Starówki, po 63 dniach Śródmieścia, spotykamy się w Trzciannie na podwórzu. Już nas było wtedy siedem osób. To jest znowu obciążenie. Przeszliśmy do stodoły. Duża stodoła była. Ale po paru dniach dołączyli bliżsi krewni, bo brat gospodarza z żoną i z ciotką, którzy z kolei z Opaczewskiej uciekli przed pacyfikacją do Opaczewa i Milanówka, i stamtąd znowu...
I też tam dojechali do rodziny.
    
A więc znowu było nas za dużo... Moi wujowie poszli parę kilometrów do sąsiedniej wsi Stara Rawa i tam znaleźli izbę. Tam się przenieśliśmy i w tej jednej izbie - która była duża, ale to była jedna czwarta, może nawet jedna piąta tej powierzchni - było nas tam siedem osób. Dostaliśmy piecyk żeliwny (już nie pamiętam od kogo) - tak zwaną "kozę" - i dwa snopki słomy, które się rozesłało na podłodze i na tym spaliśmy. Babunia dostała łóżko. To łóżko bardzo się przydało, dlatego że te wszystkie przejścia odbiły się na jej zdrowiu i miała atak wątrobowy. Nie na skutek nieprzestrzegania diety, tylko, jak mój wuj lekarz powiedział, to jest kumulacja przeżyć i wtedy najsłabsze ogniwo pęka. No i to łóżko dlatego się przydało - i z racji wieku, i z racji choroby. Po wodę trzeba było wychodzić przez okno, bo nie było drzwi na tą stronę, i tam były ustawione pustaki, żeby można było wyjść. Ale czym napalić w kuchni? I to był problem zbierania chrustu w lesie.
     Potem nam się warunki trochę poprawiły, dlatego że dostaliśmy pokój w tak zwanej organistówce - jedną izbę i kuchnię, więc już była większa powierzchnia.
     Jeszcze kiedy mieszkaliśmy w tym starym domu, zacząłem chodzić do szkoły... (...) Poszedłem w tych sandałach, wypranych spodniach, swetrze i koszuli, w których wyszedłem z Warszawy. Jeszcze było ciepło, bo to był koniec października. Trafiłem do klasy piątej. Kierownikiem szkoły był pan Ostaszewski, wychowawcą, bo tam się zmieniali, był pan Langwalte, starszy pan z wąsami, jednym z nauczycieli był pan Tyc, polskiego uczyła pani, która też została wygnana z Warszawy, jak my, nie wiem, z jakiej dzielnicy...
A czy oprócz miejscowych dzieci byli też tacy uczniowie jak pan, warszawiacy?
    
Tylko ja i kolega. Ale on trafił tam w jakiś inny sposób, dlatego że wtedy byłem tylko ja jeden. No i uczyliśmy się - nie było wtedy statutu czy praw ucznia, natomiast była dyscyplina i to dyscyplina bardzo skuteczna. Pan podchodził - "Dawaj łapę" i linią przykładał...
Jak było z podręcznikami?
    
Były tylko używane podręczniki, które z roku na rok się przekazywało. Ja chyba nie używałem żadnych podręczników. Jeśli pamiętam, był jakiś podręcznik historii Polski i był bardzo ceniony, bo to historia Polski.
     Natomiast siostra, która w 1944 roku w Warszawie zdała małą maturę (dwa lata przed dużą maturą), zaczęła kontynuować naukę - ale nie było dla niej szkoły. W tej szkole powszechnej (tak się to wtedy nazywało), do której ja uczęszczałem, pan kierownik Ostaszewski zorganizował komplety pierwszej i drugiej klasy gimnazjalnej. To były konspiracyjne komplety. Gdyby Niemcy zrobili nalot na szkołę, to oczywiście kierownika Ostaszewskiego i nauczycieli spotkałby taki los, jak mojego wychowawcę z Warszawy, pana Tadeusza Mikułowskiego, który został zamordowany w Auschwitz.
     Siostra nie miała dla siebie klasy, więc musiała się uczyć sama. Wujkowie jej pomagali. Ale podręczniki - chodzili we dwójkę, mój wujek z moją siostrą, 14 kilometrów pieszo do Skierniewic, tam od znajomych znajomych pożyczali podręczniki dla pierwszej klasy licealnej, przynosili je w sobotę i wtedy cała rodzina siadała i przepisywała strona po stronie. Warto tu przypomnieć, że wtedy nie było długopisów, tylko pióra ze stalówkami i atrament w kałamarzu. A stół był zrobiony z desek, które zdobyliśmy czy ukradliśmy z bunkra niemieckiego. W okolicach Starej Rawy, Trzcianny, była budowana linia umocnień: rów przeciwczołgowy, rów strzelecki i co ileś tam metrów bunkier ziemny - i na wyposażeniu tego bunkra były ściany obłożone deskami. I w nocy moi wujkowie te deski wyrwali i przynieśli do domu, i z tego był zrobiony stół i ławy. Deski wystarczyły na zrobienie blatu, natomiast nogi to były cztery ścięte brzózki - bardzo to ładnie wyglądało. I przy tym stole, przy karbidówce - nafta była zbyt droga - wszyscy siedzieli i pisali. Dwie strony były układane, jedna osoba pisała jedną stronę, a ta druga czytała i drugą stronę pisała. Mnie się to podobało, chociaż ja nie musiałem tego robić. Ale zacząłem - usiadłem po przeciwnej stronie stołu i przepisywałem książkę wypożyczoną z biblioteki szkoły starorawskiej, polską książkę "Orlęta" o obrońcach Lwowa w 1918 roku. Wiedziałem już, raczej nie ze szkoły, raczej z domu, że to byli moi rówieśnicy i rówieśnicy tych, którzy byli w Powstaniu Warszawskim. No i ja to przepisywałem. Ta książka przetrwała...
Zachował ją pan do dziś?
    
Tak, zachowałem. Ale kiedy pokazywałem moim dzieciom, to spojrzały bardzo obojętnie; w miarę jak im lat im przybywa, to troszeczkę inaczej już na to patrzą.
     Jeszcze z Trzcianny zapamiętałem łunę. Wtedy nie było oświetlenia elektrycznego, niebo w nocy było czarne. I na horyzoncie - łuna, krwista, czerwona łuna. I było pytanie czy to jest pożar Warszawy. Okazało się, że nie, że to był pożar Jaktorowa, kiedy oddziały Grupy "Kampinos", Armii Krajowej w Kampinosie, przebijały się przez tor kolejowy w kierunku Gór Świętokrzyskich.
Przebijały się 29 września 1944 roku.
    
Tak. I to zapamiętałem.
     Druga rzecz, którą zapamiętałem - przed Bożym Narodzeniem, mieszkaliśmy już wtedy w Starej Rawie, z odległego Dukaczewa przyjechał gospodarz - do mojego wuja, który był lekarzem, że jest wzywany do rannego. Ale, jak to wtedy było, jednocześnie zabrał księdza. Tym chorym okazał się zastrzelony agent skierniewickiego gestapo. W Dukaczewie do jednego z domów przyszedł patrol partyzantów Armii Krajowej i - czy na skutek donosów, czy na skutek złego losu - do tej wsi wjechał samochód z gestapowcami ze Skierniewic. I kiedy oni podchodzili do tego gospodarstwa, z którego nie było możliwości odskoku, partyzanci otworzyli ogień i zastrzelili tego cywilnego pracownika gestapo i drugiego umundurowanego. Sołtys sprowadził lekarza i księdza. Lekarz stwierdził zgon. Woźnica tej podwody z poważaniem odnosił się do księdza, jadącego do chorego z ostatnią posługą, ale tak jechał, żeby nie dojechać. A jak lekarz stwierdził zgon, to z powrotem szybciutko ich odwiózł do Starej Rawy. I znowu szczęśliwie - dlatego że jak oni wyjechali z Dukaczewa, to podjechał samochód z żandarmami ze Skierniewic. Zabrali gospodarzy tego domu, podpalili gospodarstwo i odjechali.
     6 stycznia 1945 roku, w święto Trzech Króli, do Starej Rawy wjechały podwody z żandarmerią niemiecką. Stara Rawa jest położona na skrzyżowaniu dwóch traktów i na tym skrzyżowaniu jest placyk - przy placyku stoi kościół, domy i pomniczek (co było bardzo dziwne, z medalionem marszałka Józefa Piłsudskiego, który w czasie okupacji w Generalnej Guberni był tolerowany przez niemieckie władze administracyjne). I przy tym pomniczku zatrzymały się podwody, żandarmi wyskoczyli i poszli drogą na wieś Doleck. Po pół godzinie - godzinie wrócili, wsiedli i odjechali. Z tamtej strony nadeszła wiadomość - zamordowali (bo nie mówię "rozstrzelali") w tej wsi gospodarza, który był związany z Armią Krajową. 6 stycznia 1945 roku, na parę dni przed przetoczeniem się frontu. Wyciągnęli go z domu za stodołę, tam go zamordowali. Odjechali.
     We wsi znalazły się tabory własowców. Ciągle mnie prześladują ci własowcy. To był okres poświąteczny. Zakwaterowali wozy na podwórzu i w stodole organistówki, bo to były tabory konne. Grzecznie się zachowywali ci woźnice, prosili, czy mogą wejść do kuchni i ogrzać się.
     Któregoś dnia wchodzi żołnierz niemiecki w mundurze, ale mówi po polsku i pyta czy może karabin zostawić, bo idzie do kościoła - Ślązak. Tylko to był 1944-1945 rok, każda taka rzecz to mogła być prowokacja... Ale on, mile się uśmiechając, prosił czy może zostawić karabin - bo jak do kościoła wejść z karabinem?
I co - i zostawił ten karabin?
    
Poszedł, wrócił...
I karabin czekał na niego?
    
Tak, no a cóż...
     Następnej albo poprzedniej niedzieli przyszli ci nasi dalecy krewni z Trzcianny - pan Bronisław Woźniak z żoną - w towarzystwie dwóch umundurowanych Francuzów, żołnierzy francuskich. Jakaś jednostka francuska była koło Skierniewic, we wsi Kamion, około 3 kilometrów od Trzcianny, około 4 kilometrów od Starej Rawy. To byli Francuzi albo z państwa Vichy, albo z Lotaryngii...
Z Alzacji i z Lotaryngii.
    
Tak, ale oni byli w mundurach francuskich, byli ochotnikami. I nie mogli się porozumieć z otoczeniem. Pan Bronisław Woźniak znał francuski i dzięki temu mogli zamienić parę słów z kimś innym, niż ze swojego grona. I razem z nim poszli w niedzielę do Starej Wsi do kościoła. A potem, ponieważ mieszkaliśmy w pobliżu, pan Bronisław przyszedł, żeby odpocząć (bo znowu trzeba 4 kilometry wracać do Trzcianny) i tych Francuzów przyprowadził. Rozglądali się ciekawie, mogli parę zdań zamienić z wujkiem, który też znał francuski, bo wtedy się ze szkoły średniej wynosiło znajomość obcego języka.
     Ale wróćmy do tych Kałmuków. Chyba 15 stycznia, słychać było kanonadę armat. Czy to była kanonada z odległości 50-70 kilometrów do Warszawy - nie wiem. Słychać. Jeżeli jest cisza, to huk wystrzału niesie się kilkadziesiąt kilometrów. I wtedy oczywiście podniecenie w całej wsi. Podniecenie tym większe, że wśród tych najemników niemieckich widać zdenerwowanie. Następnego dnia nad ranem kanonada narasta, przebiegają ci własowcy, zaprzęgają konie do wozów i odjeżdżają kłusem, wyciągniętym kłusem, na Doleck. We wsi robi się pusto. I nikt nie wychodzi na ulice.
      Jak się uspokoiło, poszliśmy - ciocia, moja siostra i ja - do naszej rodziny do odległego o 2 kilometry dworu, żeby dowiedzieć się, może oni coś wiedzą - radia nie było, wieści były przekazywane face to face. Tam się dowiedzieliśmy, że ofensywa się zaczęła i wracając zobaczyliśmy samoloty. Znowu samoloty. Tylko tym razem, patrzymy pod słońce - nie, to nie są czarne krzyże, to są czerwone gwiazdy. A, no to w takim razie już jest ofensywa! I w optymistycznych nastrojach wróciliśmy do domu. I znowu zapada głucha noc.
     Rano - kanonada i Niemcy za oknem. Jak to? Ofensywa, samoloty nad nami - i znowu Niemcy? Na tym placyku, za oknami. Chowamy się za firanki, rozglądamy się, ale widzimy, że ci Niemcy, uzbrojeni, też tak się niepewnie czują - ich było chyba tam dziesięciu, dwunastu, może więcej - usiedli pod płotem i chronią się przed samolotami. No to odczuliśmy satysfakcję. Pokręcili się, wzięli karabiny i pomaszerowali na Doleck. I zapadła cisza. Taka cisza, że nawet psy nie szczekały, nie zaskrzypiał żuraw, nikt nie wychodził, nie skrzypiały drzwi.
     Noc zapadła, zasłoniliśmy okna, żeby nie było widać karbidówki - i nagle słychać pukanie do drzwi... Po drugiej stronie tego domu mieszkali Polacy wypędzeni z Poznańskiego, wypędzono ich z ich gospodarstw, bo to byli rolnicy, w Poznańskiem. Puka ta sąsiadka - "Czy ktoś z państwa mówi po rosyjsku, bo tutaj pan na koniu przyjechał". Wszyscy się rzuciliśmy do drzwi, ciemno, tylko ktoś: "Schować karbidówkę!" I na tle tej granatowej nocy, za drzwiami, widać - na koniu siedzi, patrzy. I słychać "Giermanca niet?" A wuj, który kończył szkołę rosyjską (w 1905 roku strajkował o to, żeby była polska szkoła) odpowiada: "Niet. Zdies' niet." No i oczywiście podniecenie - "Zachoditie k nam, zachoditie k nam". On zszedł - tylko... żeby mu kto konia nie ukradł. A wuj mówi: "W tym gospodarstwie, to nikt nie ukradnie, a i we wsi też nie ukradną". Tamten tak patrzy na wuja, już w średnim wieku człowiek, mówi po rosyjsku, widać gramotnyj, a tak priamo skazat' - durak... Mówi: "To towarzysz towarzyszowi ukradnie, a wy mówicie, że tutaj konia mi nie ukradną!"
     Przeciągnął cugle przez sień, do naszej kuchni, usiadł, dostał papierosa - no i wszyscy patrzymy. Nowy człowiek! To nie jest Niemiec, nie jest najemnik z armii RONA, tylko aliant, z armii alianckiej, pierwszy, którego widzimy. Usiadł, zapalił papierosa - tylko mu papieros nie pasował, dlatego że taki cienki był, w bibułce. Wobec tego wyciągnął jeszcze swój tytoń, rozdarł ten tytoń z papierosa, zawinął w gazetę, dopiero wtedy zapalił. I że tak się przyglądamy, patrzymy, co on robi - zdejmuje walonkę i pokazuje, że ma flanelową onucę. A wuj mówi czy on się nie boi - "No a czego?" No, że jak nas jest tyle, to my zabierzemy mu te onuce. To on się tak zaciągnął papierosem - "He, he, czto znaczit odin czełowiek protiw gosudarstwu?" No cóż tam jeden człowiek dla państwa?
     Wsiadł na konia, pojechał. Po piętnastu minutach słychać, że wjeżdżają wozy, samochody. Drzwi się otwierają, wchodzi tłum, siada przy stole, zgarnął od razu wujowi pędzel do golenia, goli się... My, co możemy, to wyciągamy do drugiej izby...
Wszystko się chowa, tak...
    
Tam się gromadzimy... No nic - położyli się. Tutaj znowu jest ten problem, który wystąpił, jak nas Niemcy wieźli do Gorzkowic - potrzeby fizjologiczne. Nie można wyjść z domu, bo przecież ubikacja jest daleko. Jak przejść przez ten tłum, a zwłaszcza kobiety - jak mają przejść przez ten tłum zwycięzców? Musiały być przecież eskortowane przez wujków. To nie było takie proste. Doczekaliśmy do rana - w nocy się dobijali, tam, gdzie w te siedem osób w jednej izbie spaliśmy, jeszcze chcieli dojść, ale na szczęście bronił nas jakiś starszy żołnierz rosyjski - wuj stał przy jednych drzwiach i nie wpuszczał, a on przy drugich. I tak przetrwaliśmy do rana, w tej jednej izbie.
     A rano nie to, że ktoś wchodzi, ale - pukanie. Wchodzi sołdat i pyta czy towariszcz połkownik może tutaj zjeść śniadanie. Wuj odpowiada: "Proszę". Wchodzi pułkownik, w kożuszku, jakiś oficer, jakaś kobieta-oficer, siadają przy stole. Przy tym stole ze zdobycznych desek, na tych ławach. Naokoło tylko dwie prycze zbite z desek (też zdobytych z bunkra) przykryte kocami tylko, piecyk żeliwny i półka, na której stały wypożyczone do przepisania książki mojej siostry, których nie zdążyła jeszcze odnieść do Skierniewic. Pułkownik się rozejrzał i uprzejmie do wuja powiedział: "Tak... zażytoczno u was" - tak u was, u pana, jest bogato. Wuj zapytał: "Ale - u mnie, czy we wsi?" "A tak i we wsi, i u was..." No to był pierwszy sygnał, że nie jest prawdziwe łacińskie powiedzenie ex oriente lux. Bo to światło ze wschodu, okazuje się, nie było takie bardzo jasne...
     I pierwsze pytanie - ile jest do Berlina? No, ile proszę pana, jest do Berlina ze Starej Rawy? (...) Wuj mówi: "No, zaraz... Do Poznania jest 300, potem jeszcze 50-100... No 350-400 kilometrów". "Eee, nie! Niemożliwe! Niemożliwe." Wuj mówi: "No, dobrze, a ile według was?" "50!" "No to sprawdźcie na mapie." "A, ja mam mapę, na której jest  mniej niż 50."
     Poczęstowali wuja śniadaniem i wtedy wuj zobaczył, że ordynans serwował na stół kapustę, którą babunia w takim żeliwnym garnku zostawiła na kuchni w sąsiedniej izbie. Poczęstował tą kapustą, dołożył chleb, przydziałowy... Pojechali dalej. Myśmy wrócili do szkoły.
     Teraz to jest wszystko jasne, wiadomo, co się zaczynało... Wtedy to było wiadomo, co się skończyło, co się zaczyna, to... (...) Nie można było ocenić. To teraz wiadomo. Wtedy była radość. Mieszana z tym, że jedni mówili, że to wojsko, które przychodzi, to są berlingowcy, nie Polacy, tylko berlingowcy, Rosjanie w polskich mundurach - co tym bardziej było prawdziwe, że oficerowie byli rzeczywiście Rosjanami. To ja z takim się zetknąłem. Bo oni stacjonowali w sąsiedniej wsi, Raducz.
Front się przewalił - jak długo jeszcze był pan z rodziną w Starej Rawie?
     
Chodziłem do szkoły aż do skończenia roku szkolnego.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten