Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Janowskiego


foto

Czy w tamtej okolicy mieszkali jacyś krewni albo znajomi?
    
W tamtej nie. Natomiast, czego nie pamiętałem, ale teraz pytałem kuzynki - tej, z którą wtedy jechaliśmy (ona tu niedaleko mieszka) - jak to się stało, że myśmy z Jędrzejowa trafili do Lanckorony. I właśnie ona mi powiedziała, że nasi ojcowie poszli dzwonić - mieli kuzyna, który był na wakacjach w tamtych okolicach. I w jakiś sposób dodzwonili się do niego; a przecież to były czasy, gdy telefony nie były powszechne - ale jakoś się z nim skontaktowali i on mówi: "Przyjeżdżajcie do nas". I myśmy tam już na własną rękę dotarli...
Ale na początku byliście państwo w Jędrzejowie. Ktoś was przygarnął, przyjął do siebie do domu?
     
Nie. To znaczy - pamiętam w Jędrzejowie gotowane na stacji ziemniaki, zebrane z pola tuż przy stacji. Na cegłach, w jakimś garnku, gorącą wodę brało się z parowozu - i gotowaliśmy te ziemniaki. Ich smak pozostał mi do dnia dzisiejszego; takich ziemniaków nigdy nie jadłem. Natomiast nie nocowaliśmy tam, tylko zaraz stamtąd udaliśmy się w drogę. Samej podróży nie pamiętam. Lanckorona to jest wieś, natomiast stacja kolejowa to jest Kalwaria Lanckorońska - i dojechaliśmy do tej stacji. Były tam siostry zakonne i u tych sióstr wylądowaliśmy. Wiem, że dały nam jedzenie - i znowu były pomidory, i mnie do nich ciągnęło, ale odradzali mi...
     Stamtąd ten kuzyn załatwił transport do Lanckorony. Nie wiem, czy była tam jakaś komórka, która przyznawała - w każdym razie dostaliśmy lokum poza wsią, w tak zwanej leśniczówce, już na peryferiach, daleko, przy samym lesie. I taki zbieg okoliczności, że ci gospodarze nazywali się również Janowscy... Czysty zbieg okoliczności. Żadna rodzina. Mieli wolny pokój i tam dali nam zamieszkać - i tam spędziliśmy całą zimę, tam byliśmy, kiedy przyszło wyzwolenie...
A jakie tam były warunki?
   
Pamiętam, że piwnice w tym domu nie odpowiadały górnej części, że były wielkie, murowane, sklepione i piękne, wyglądające jak schron - a budynek był skromny. Warunki - no, musieliśmy sobie radzić. Jeśli chodzi o opał, bo to przecież zima, to chodziłem z ojcem do lasu i karczowaliśmy pniaki w lesie - jak na ośmioletniego dzieciaka to była dość ciężka praca - pomagałem ojcu i tymi pniakami się paliło. Jeśli chodzi o jedzenie, to pamiętam, że chodziłem do Lanckorony i stamtąd poprzez RGO dostawaliśmy jakieś obiady, jakieś jedzenie - i przynosiłem to. Do dzisiaj pamiętam makaron z sosem czekoladowym - coś, czego nigdy nie jadłem i później też się nie zdarzyło, żebym coś takiego jadł...
A proszę powiedzieć - czy w okresie popowstaniowym miał pan możliwość kontynuowania nauki? Bo w czasie okupacji chodził pan do szkoły?
    
W czasie okupacji tak. Pierwszą i drugą klasę skończyłem u pani Zielińskiej, na kompletach, prywatnie, na ulicy Profesorskiej. Następnie (to już są bardzo mgliste wspomnienia) pamiętam w Lanckoronie jakąś strażnicę, chyba straży pożarnej -  budynek podszyty wiatrem, gdzie widać było niebo poprzez deski, jakieś takie pomieszczenie - i tam chodziłem, tam zacząłem trzecią klasę. Z tym że, książek nie było, uczyliśmy się na jakimś piśmie (już teraz nie pamiętam, jak to się nazywało - "Ster", czy coś takiego), które jak wymieniałem w późniejszych latach, to bardzo niepochlebnie się o tym inni wyrażali - że to pismo było bardzo prawicowe i nie po myśli. Ale to niedługo trwało, bo na wiosnę musiałem zacząć chodzić tam do szkoły, trzecią klasę natomiast kończyłem już gdzie indziej, po wyzwoleniu, po 1945 roku...
Do kiedy pan był w Lanckoronie?
    
Chyba do jesieni 1945 roku. Bo ojciec spotkał na stacji kogoś z Warszawy i tamten powiedział: "Nie macie do czego wracać, bo tam na Noakowskiego nic nie ma, wszystko zniszczone". No więc gdzie się zaczepić?
    Ojciec miał swój dom, bo pochodził z Kęt (to jest obecnie Małopolskie, powiat oświęcimski), tam mieszkała jego siostra, i tam ja byłem z mamą jeszcze w czasie okupacji. Wiem, że przechodziłem przez granicę między Rzeszą a Generalną Gubernią, to było chyba koło Wadowic, bo pociąg dojeżdżał do stacji i trzeba było wysiąść i przejść przez most graniczny, gdzie były kontrole; ale czy mieliśmy jakieś dokumenty, tego nie wiem i nie pamiętam, moja mama by wiedziała. W czasie okupacji dotarliśmy do tej ciotki mieszkającej w Kętach, z tym że ona została wyrzucona z tego budynku, z domu rodzinnego, bo tam mieszkał Niemiec. Bauer zajął cały dom, a ciotka mieszkała na peryferiach w jakimś takim malutkim domku. Stamtąd wróciliśmy później do Lanckorony.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten