Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Grażyny Doroty Duchniak


foto

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, była pani sześcioletnią dziewczynką. Gdzie pani wtedy mieszkała?
     
Mieszkałam na ulicy Hrubieszowskiej 6 m 6. Z tego mieszkania wyrzucili nas Ukraińcy. Zreszta z tego samego mieszkania mój ojciec poszedł na wojnę w 1939 roku i dlatego mieszkałam tylko z mamą. Ponieważ mieszkanie było duże, w czasie okupacji mama prowadziła tam harcerskie przedszkole; darmowe, dla dzieci z kamienicy.
Wspomniała pani o wypędzeniu z domu - jak to pani zapamiętała?
     
Ja to nie tylko zapamiętałam, to we mnie tkwi właściwie do tej pory. Są takie momenty, kiedy mi się coś z tamtego okresu przypomni i dosłownie przechodzą mnie ciarki. Ze strachu.
     Siedzieliśmy w piwnicy. Moja mama była między innymi sanitariuszką całego domu - bo przy naszej ulicy, na Karolkowej, była barykada powstańcza i parę rannych cywilnych osób przyniesiono z powrotem do naszej kamienicy. Mama pomagała lekarzom przy opatrunkach, przy wszystkich koniecznych czynnościach. Pamiętam, że w pewnym momencie była wywieszona biała flaga na Philipsie, ale momentu zejścia wszystkich lokatorów do piwnicy nie pamiętam. Pamiętam tylko, że już w tej piwnicy siedziałam. I kiedy przyszli Ukraińcy i zaczęli nas wyrzucać, moja mama akurat była w mieszkaniu na górze; po coś tam poszła. A nasze składane łóżko było na końcu piwnicy. I jak mieszkańcy kamienicy wołali mnie, żebym wyszła razem z nimi, to nie chciałam - siedziałam na tym łóżku i czekałam na mamę. To była dla mnie dramatyczna sytuacja. Z kolei wychodzący ludzie wołali do mojej mamy przez klatkę, żeby szybko zeszła, bo nas wyganiają. I przy wejściu do piwnicy mama wzięła mnie za rękę, a z tej piwnicy wyciągnął mnie ktoś z mieszkańców - bo nie chciałam wyjść, uważałam, że mama powinna po mnie przyjść i dopiero z nią powinnam wyjść, bałam się... Kurczowo trzymałam się tego miejsca, bo się bałam, że jak wyjdę, to moja mama zostanie na górze i mogę jej już więcej nie zobaczyć.
     Wygnano nas z kamienicy i na piechotę prowadzono w stronę Pruszkowa. Ponieważ wśród tego szpaleru wyganianych ludzi cały czas kursowali Niemcy z karabinami, mama w pewnym momencie zdjęła swoją obrączkę. Miałam w kieszonce płaszczyka takie małe pudełko po maggi, w którym była resztka kakao - i tam mama tę obrączkę włożyła. I przez cały czas najistotniejsze było dla mnie pilnowanie tego pudełeczka, żeby go nie zgubić. Pamiętam jeszcze, że w pewnym momencie ktoś się odwrócił i powiedział: "Popatrzcie, jaka jest łuna nad Warszawą. Warszawa się pali". I tę łunę, z takim dymem, też zapamiętałam.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten