Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search Szukaj na www
Wyszukaj artykuły na www zawierające poniższe słowa
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


     Drabiniastym wozem dojeżdżamy do wsi Małusy Małe na terenie gminy Wancerzów. Gospodarze starają się podzielić z nami swoją biedą. Zaraz pierwszego dnia popełniam pierwszą kradzież w życiu. Sięgam po leżącą na parapecie cebulę i jem ją jak jabłko. Codziennie staramy się pomóc w gospodarstwie, przede wszystkim przy zbieraniu ziemniaków. W innych zagrodach też są warszawiacy. Szczęśliwi ci, którzy pozostali do kapitulacji we własnych mieszkaniach. Mogli zabrać ze sobą jakieś cieplejsze rzeczy, podczas gdy my w upalnym sierpniu uciekaliśmy w tym, co mieliśmy na sobie i teraz to tylko mamy. Mama nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem, obrońcą  Warszawy, Adolfem Ferdynem. Leżał ranny w Szpitalu Ujazdowskim na sali, którą opiekowała się mama wraz z innymi paniami. Dowoziły codziennie konwie gorącej zupy. Po wyjściu ze szpitala utrzymywał z nami kontakt aż do śmierci mamy w 1979 roku. Mieszka w Rogoźniku koło Będzina. Teraz te tereny należą do Rzeszy. Chce nas ściągnąć do siebie, pisze, że przejdziemy przez zieloną granicę, ale mama obawia się ryzyka. Woli uniknąć dostania się z powrotem w niemieckie łapy. Dowiedzieliśmy się, że w pobliskiej Częstochowie jest dużo wygnańców z Warszawy. Spróbujemy dołączyć do nich. Żegnamy się naszymi gospodarzami, Walerianem Chwałą i Janem Mermerem oraz ich rodzinami, u których spędziliśmy blisko miesiąc, dziękując za okazane serce. 1. listopada wyruszamy wozem do Częstochowy.
     Poszukujemy schronienia i jakaś pani daje nam adres. Trafiamy do mieszkania, w którym przebywa już wielu ludzi. W pokoju, do którego nas przyjmują, koczuje ponad dziesięć osób. Pod blatem dużego, krawieckiego chyba stołu jest obszerna półka. Tu będzie moja sypialnia. Obok mnie ma miejsce chłopak niewiele starszy ode mnie. To miejsce służy nam tylko parę dni. Wkrótce mama znajduje stałe locum. Mieszkamy u pani Respondek. Mama pracuje w jej domu, sprząta, gotuje, ja natomiast pomagam w jej sklepie z częściami rowerowymi, karbidówkami, oraz innym żelastwem. Jestem adeptem subiekta. Ważę karbid, pakuję towar (po paru dniach wychodzą mi całkiem przyzwoite paczki), a czasami targam na plecach worek z karbidówkami z odległego warsztatu . To już nie przelewki. Mama nawiązuje kontakt z Basią [moją siostrą] pozostającą nadal w Złotokłosie, gdzie spędzała wakacje. Myśli o połączeniu rodziny, ale na razie nie może sprowadzać do Częstochowy jeszcze jednej osoby. Rzeczywiście Częstochowa pełna jest warszawiaków. Spotykamy sporo znajomych, między innymi pp. Pawliszewskich, Buchcarów, oraz zaprzyjaźnioną od lat z naszą rodziną dr Żebrowską, zajmującą się nami od urodzenia.  Wszyscy, podobnie jak i my marzymy o powrocie do Warszawy, choćby zobaczyć gruzy, ale nie mamy wstępu. Warszawa - miasto dla nas zamknięte. Spędzamy jeszcze święta Bożego Narodzenia w Częstochowie i po Nowy Roku mama rusza po Basię. Ja zostaję sam, przejmując po mamie część obowiązków. Najpierw napalenie w piecach, a dopiero potem do sklepu. Rzadkim gościem w domu jest córka gospodyni. Często znika na parę dni, a potem dzieli się wiadomościami, głównie z frontu. Niewątpliwie ma kontakty z partyzantką. Jest w wieku mojej siostry, Danusi. Nawiązuje się między nami coś w rodzaju cichego porozumienia. Ona dobrze wie, co się działo w Warszawie, tak podczas okupacji, jak i Powstania. Tymczasem budzi się z uśpienia Armia Czerwona. Szkoda, że nie parę miesięcy wcześniej. Zaczynają się krótkie walki o Częstochowę, Niemcy szybko wycofują się. Po warszawskich walkach to dla mnie niewielkie przeżycie. Wychodzę na miasto. Spotykam pierwszych krasnoarmiejców, o których tyle naczytałem się podczas okupacji w zbieranych przez ojca pismach wojskowych. Na mieście minimalne zniszczenia, na Rynku spalony ruski czołg, a na nim spalone zwłoki czołgisty. Chyba nie zdążył się wydostać, tkwi nogami we włazie. Przyglądam się z zaciekawieniem lichemu umundurowaniu ich wojska. Parę ulic dalej obserwuję sołdata uczącego się jeździć na zdobycznym zapewne rowerze. Ma włączony na kierownicy reflektorek. Jest biały dzień, zapewne nie wie, jak wyłączyć dynamo. U moich gospodarzy kwateruje jakiś major Armii Czerwonej. Gdy poznał moje losy, zapałał do mnie sympatią. Okazuje się, że w domu zostawił syna w moim wieku. Prowadzi mnie do niemieckich magazynów. Mogę sobie wybierać, co zechcę. W ten sposób dochodzę do pierwszego powojennego, własnego dobytku. Fajansowe talerze, kubki, dzban i inne dobra, ciężkie jak diabli. I co najważniejsze - wielki płat skóry na zelówki. To rarytas. Przynoszę też do domu w sporych ilościach damskie świecidełka, czyli sztuczną biżuterię, notesy, ołówki i inne na pozór zbędne drobiazgi. Przez parę dni chodzę na zaimprowizowany na wiadukcie kolejowym nad Aleją Najświętszej Marii Panny, bazar. Świecidełka idą jak woda, wkrótce już ich nie mam. Trochę dłużej handluję pozostałym szabrem. Ale wszystko upycham. Mam już na stanie spory jak na mnie, plik pieniążków. Będzie czym powitać mamę i Basię. Teraz, po przejściu frontu sklep powoli zaczyna pracować, a więc mam zajęcie. Najgorszy jest brak wiadomości od mych pań, bo i też nie może być, bo jesteśmy po obu stronach frontu. Pozostaje czekać aż do skutku. No i w końcu doczekałem się.
      To, co opowiadają, jest przerażające. Zaraz po wycofaniu Niemców, w trzaskające mrozy zimy 1944-1945 roku wyruszyły do mnie. Nie było jeszcze żadnego transportu. Pieszo, często schodząc z drogi by uniknąć spotkania z maruderami, czasem jakimś wojskowym samochodem, byle do przodu. W lasach napotykały zamarznięte grupki przytulonych do siebie plecami niemieckich żołnierzy, gdzie indziej leżeli zamarznięci na pozycjach strzeleckich. Początkowy bały się, nie wiedziały, że to już trupy. Były w stałym zagrożeniu ze strony pijanych sołdatów. Wiedziały, co może grozić z ich strony kobietom. A Basia zaczynała dopiero 15 lat. Spały we wsiach, karmiąc się tym, co dobrzy ludzie dali. Ta wyjątkowa pielgrzymka do Częstochowy w mrozie i o głodzie trwała dziesięć dni.
     Po paru dniach odpoczynku żegnamy się z gospodarzami, dziękując za trzy miesiące przechowywania. Nasz wyszabrowany dobytek ładujemy do trzech mocnych worów i jakimiś sznurami i paskami przywiązujemy sobie do pleców. W drogę. Na dworcu dowiadujemy się, że dzisiaj na pewno będzie pociąg do Warszawy. Musimy wyglądać nie najlepiej, bo napotkany kolejarz ulitował się nad nami i załatwił nam miejsce w wagonie. Ścisk niewyobrażalny, ludzie jadą na stopniach, na zderzakach, a nawet na dachu, a my mamy siedzące miejsca. Po wielu godzinach docieramy do Warszawy. Z naszymi worami na plecach idziemy na Chłodną. W miejscu gdzie była kamienica nr 44, a w niej zakład fotograficzny moich rodziców, zalega tylko wysoka kupa gruzów. Vis a vis był nr 39, pod którym mieszkaliśmy. Ocalał tylko niedopalony parter, a wyżej wypalone ściany. Podwórko zasypane gruzem, lekko przykryte śniegiem. Rozgarniam parę cegieł i o dziwo, odnajduję łyżkę stołową z naszego kompletu. To wszystko, co pozostało. Zastanawiamy się, czy nie pozostać tu, w tych resztkach parteru, choćby zamieszkać w mydlarni pani Borkowskiej, ale co zrobimy, jak wrócą właściciele? Z ciężkim sercem kolejny raz opuszczamy nasz dom, a właściwie jego resztki. Kierunek - Otwock, czyli wujek Mietek. Poprzez most pontonowy docieramy na Dworzec Wschodni. Jest jakiś ruski skład składający się wyłącznie z lor. Mama pamięta trochę rosyjski jeszcze z czasów szkolnych, pod ruskim zaborem i dowiaduje się, że możemy zabrać się z nimi. Jadą przez Otwock i na pewno tam się zatrzymają. Ładujemy się na platformy wraz z naszym bagażem. Jest piękny, słoneczny dzień, ale w związku z tym mróz przybrał na sile. Wiatr również daje się we znaki. Całe szczęście, że to nie jest pociąg pośpieszny, ale i przy tej małej szybkości czujemy się jak na Syberii. Chyba jednak tam nie jedziemy. Po pewnym czasie okazuje się, że w kierunku Otwocka też nie jedziemy. Nasz eszelon skręca bardziej ku zachodowi. To może na Berlin? Bardziej sprawni wędrowcy, bo przecież nie jesteśmy sami, takich ochotników jest więcej, wyskakują turlając się do rowu. My przerażeni, wraz z naszym „cennym dobytkiem" jedziemy dalej. Bogu dzięki nie za daleko, bo zatrzymujemy się na stacji Zielonka. Czym prędzej oddalamy się od pechowego pociągu. Wory na plecy i marsz na Otwock. To chyba będzie ze 30 kilometrów. Pytamy o kierunek, zresztą to pytanie będziemy zadawać często, byleby nie pójść w złym kierunku. Mróz daje się we znaki, sznury wpijają się w plecy, wory ciążą. Te gliniane naczynia ważą strasznie dużo, a wielki rulon skóry też nie jest lekki. Na drodze pusto, ani furki. Trzeba per pedes. Dzień jest krótki, więc wykorzystujemy pierwszą ewentualną okazję do zanocowania. Trafiamy pod dach klasztoru. Zakonnice przyjmują nas i częstują kolacją. Normalny chleb z normalnym masłem i do tego kawa zbożowa z mlekiem. Niezapomniany smak! Następnego dnia, raniutko, znowu wory na plecy, zakonnice błogosławią nas na drogę. Znowu mróz, znowu śnieg, znowu straszny trud drogi. Późnym popołudniem docieramy do Otwocka. Zaskoczenie, łzy, radość. Jesteśmy prawie w domu. Ale to jeszcze nie nasz dom, to jeszcze nie koniec wędrówki
      Właśnie tam, w Otwocku, świętujemy koniec wojny. Gdyby jeszcze nie było na ulicach tylu sołdatów! Zewsząd docierają do nas wezwania: Jedźcie na Ziemie Zachodnie. W Warszawie nie ma gdzie się zaczepić. Jesteśmy bez domu, bez środków do życia. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. Jesteśmy w stałym kontakcie z panem Adolfem, który zawsze podkreśla swoje oddanie i wdzięczność za pomoc udzieloną w Szpitalu Ujazdowskim. Namawia nas do przyjazdu na Śląsk. Mama rusza na zwiady. Wkrótce dostajemy list z adresem zwrotnym Beuthen, O/S, Kupperstrasse 2. Jeszcze nie zmieniono nazewnictwa na polski. W Bytomiu dostała mieszkanie i stara się otworzyć zakład fotograficzny. Mamy do niej przyjechać. Ja wyruszam pierwszy, Basia na razie pozostaje w Otwocku. Wujek z ciocią pakują mnie na drogę. Do małej walizki wkładają kawał wędzonej słoniny, jakieś inne dobra, no i niewielką, ale jakże wówczas cenną kwotę dolarów. Na szczęście niewielką, bo już w Warszawie zdążyli mnie okraść. Aby dostać się z Dworca Wschodniego na Zachodni, trzeba było skorzystać z jazdy „na łebka". Te ciężarówki o wysokich burtach były jedynym środkiem komunikacyjnym w stolicy. Ktoś pomagał mi wciągnąć się na górę lekko przyduszając gardło, ktoś stojący na ulicy wyszarpnął z ręki walizkę, ciężarówka ruszyła i zanim złapałem oddech, było po wszystkim.

 Wstecz...


 
Relacja Wiktorii Adamus

[...]  Tam otrzymaliśmy zezwolenie na kąpiel w łaźni, czystą pościel i łóżka na ogólnej dużej Sali. O ile pamiętam, była nas grupa około dwudziestu Polaków razem z dziećmi. Pani Czugalińska pracowała w fabryce bardzo ciężko, wracała powłócząc nogami, zmęczona padała raczej, niż kładła się. Marysia pomagała jej czasem, Zenek i Mundek pracowali za parobków u bauera we wsi, ja - cóż ja mogłam robić? Tylko obserwowałam to wszystko...  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Pawlaka

[...]  W marcu 1945 r. wyjechałem do Warszawy. Pociąg zatrzymał się jeszcze przed Dworcem Zachodnim. Konduktor tylko zawołał konie do trasy Warszawa. Wysypał się tłum z tobołkami i wózkami. Wszyscy szli torami kolejowymi, które prowadziły do Śródmieścia. Poszedłem za nimi, dochodząc do skrzyżowania Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Królewską doszedłem do Krakowskiego Przedmieścia. Wkoło jeszcze leżało sporo śniegu. On to przykrywał gruzy, które jeszcze tak groźnie nie wyglądały. Myślę, że śnieg tu łagodził grozę, tylko jak spojrzałem na mury z oczodołami okiennymi. To właśnie przypomniało mi, co się tu wydarzyło.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Janusza Waldemara Wilczyńskiego

[...]  W miejscowości Opacz po południu w zmierzchu uciekliśmy z konwoju i skryliśmy się w jakiejś szopie. W pobliżu stało wojsko węgierskie.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jana Ryszarda Mleczka

[...]  W Klaudynie grasowali własowcy strzelając do wszystkiego, co się ruszało, grupa nasza rozpadła się. Ja nocami przez wsie Blizne, Babice kierowałem się w stronę Brwinowa. Tam od razu trafiłem na obławę na ludzi z Warszawy i zapędzono mnie do Pruszkowa, skąd wywieziono transportem w kierunku Żyrardowa. W okolicy Jaktorowa podczas postoju w nocy udało mi się uciec, po czym powróciłem do Brwinowa.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Marii Kapuścińskiej

[...]  Gdy wyszliśmy na "wolność" okazało się, że nie mamy dokąd iść, bo dano zarządzenie, że pod groźbą kary śmierci nikt nie może przyjąć osób z warszawskim meldunkiem. A tu zbliżała się już godzina policyjna!  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wacławy Połomskiej

[...]  2 lutego obóz w Grupie został ostrzelany przez artylerię. Zdarzył się nawet taki wypadek, że jeden z pocisków wpadł do naszego baraku i ranił ciężko pięć osób, między innymi urwał stopę synowi pana Jabłonki. Schroniliśmy się wówczas do bunkrów, w których przesiedzieliśmy kilka dni. W pobliżu huczał front. Pojawili się jednak znów Niemcy i około 10 lutego popędzili nas w kierunku Świecia.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Włodzimierza Antosiewicza

[...]  Z rejonu Wału Pomorskiego dochodziły na głuche odgłosy wybuchów, wcześniej już widywaliśmy wycofujące się rozbite jednostki niemieckie. Spodziewając się, co może być najgorszego ze strony policji, której komendantem był bywający u naszej bauerki Niemiec, uzgodniliśmy, że całą trójką uciekamy do lasu. Od naszego gospodarstwa do miasta czy sąsiedniego gospodarstwa było co najmniej 2 km. Powiedzieliśmy bauerce, że odchodzimy, by dostać się do Polski, kazaliśmy, aby dała nam chleba i kiełbasy i o zmroku wyszliśmy z gospodarstwa. Zamiast iść na wschód, zatoczyliśmy łuk i zatrzymaliśmy się w lesie ok. 1 km w linii prostej od gospodarstwa w rejonie, gdzie już wcześniej ukrywał się przy naszej pomocy Polak, masarz z zawodu, zagrożony aresztowaniem i karą śmierci. Polak ten, imieniem Jan pochodził z Krakowa, nazwiska niestety nie pamiętam, zmarł tuż po wyzwoleniu nas przez Armię Radziecką zatruwszy się najprawdopodobniej denaturatem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Heleny Balcer

[...]  Niedziela, 13 sierpnia (...) Chcę sprzedać zegarek, ale nie mogę znaleźć kupca, mimo że pomaga mi w tym inspektor tutejszego RGO. Dzisiaj nam zapowiedziano, że tylko przez trzy dni będziemy dostawać jeść, to jest od niedzieli do wtorku, a ja mam zaledwie 30 zł w majątku, to mnie dobija. O rodzinie i mężu nic nie wiem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Marii Tryczyńskiej

[...]  Po upadku Powstania, które na Żoliborzu zakończyło się 30 IX [1944 r.] przeszłam "zaplątana" wśród ludności cywilnej (miała wtedy niespełna 15 lat i byłam drobną dziewczyną) przez obóz w Pruszkowie, następnie w Jędrzejowie, skąd wydostałam się na wieś i przejściowo zamieszkałam w Kozłowie w domu ówczesnego wójta p. Stawika, którego syn Adam i jego kuzyn Kazik Palka byli żołnierzami AK.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Mieczysława Rychtera

[...]  Pozwalam sobie przesłać garść informacji o dzieciach warszawiaków wysiedlonych w okresie powstania. Informacja nie jest pełna, gdyż obejmuje dzieci, które uczęszczały do Szkoły Powszechnej nr 1 im. prezydenta Gabriela Narutowicza po 16 stycznia 1945 roku (wyzwolenie Grójca). Niewielka liczba dzieci razem z rodzicami powróciła na gruzy Stolicy (4-6), natomiast reszta pozostała do chwili, gdy powstały znośne warunki bytowania w odbudowującej się Stolicy.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Konrada Zienkiewicza

[...]  W czworakach pałacowych spędziliśmy jedną noc. Tego dnia, czy też następnego, dano nam po bochenku chleba. Był to razowiec opakowany w celofan i szary papier z datą sprzed roku... Upieczono go chyba jeszcze na Ukrainie. Trochę dziwny w smaku, dawał się jednak jeść.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Aleksandry Wróblewskiej

[...]  Moja matka staruszka i ja w dalszym ciągu nie wiedziałyśmy, gdzie jest Hania. Po objęciu opieki nad obozem przez PCK napisałam do Oświęcimia i w niedługim czasie otrzymałam odpowiedź od doktora Józefa Bellerta z adresami osób, które może będą mogły udzielić wiadomości, więc zaraz napisałam pod wskazane adresy. Babka dzieci, pani Szczawińska, wiedziona przeczuciem, napisała do księdza proboszcza w Wiśle, który z ambony zwrócił się z zapytaniem, czy gdzieś w okolicy nie ma sześcioletniej dziewczynki - Hani Wróblewskiej, więźniarki z Birkenau. Po nabożeństwie zgłosiła się do zakrystii kobieta z wiadomością, że we wsi Poręba koło Pszczyny jest taka dziewczynka u kowala Pająka. Ksiądz niezwłocznie udał się do Poręby i dnia 5 czerwca o godzinie 21.00 zadepeszował, że Hania Wróblewska jest w Porębie pod Pszczyną.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Idalii Olszewskiej-Klemińskiej

[...]  Okazało się później, że ten ktoś, kto nas przyjął do tego swojego mieszkania - bo tamci ludzie poszli do innego mieszkania - że to jest folksdojcz. Ale on nas przyjął i był dobry dla nas. Czyli zachowywał się przyzwoicie. Przyzwoicie. Miał kilkunastoletniego syna, żona gdzieś została w Warszawie, nie zdążyła wrócić. I zamieszkałyśmy u niego. Ale to trwało bardzo krótko...  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Kołodziejskiej-Jedynak

[...]  Oczywiście od razu myśleliśmy, żeby wracać do Warszawy - nie wiedzieliśmy, w jakim stanie jest Warszawa - ale trzeba było jakoś się odpaść, bo to wszystko wyglądało bardzo nieciekawie, ojciec był strasznie schorowany. I nastąpiło takie tuczenie nas, mama wyciągała różne weki i pasła nas. Ale musieliśmy stamtąd zwiać; może dwa tygodnie wytrzymaliśmy, a nawet nie jestem pewna czy tyle. Musieliśmy uciekać, dlatego że nękali nas z kolei Rosjanie. Była moja siostra, byłam ja, była moja mama i mój ojciec. Do jego głównych zadań należało stanie przy furtce i odwracanie uwagi Rosjan. On trochę mówił po rosyjsku, niewiele, ale troszkę dodawał i odpędzał ich od tych trzech kobiet.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ludmiły Niedbalskiej

[...]  Z 7/8 listopada wyruszyłyśmy z Mamą na rekonesans do Bukowiny Tatrzańskiej. Tłukłyśmy się bez końca klasą chyba piątą. Wagony typu w każdym przedziale drzwi, bez szyb, czasem i bez tych drzwi. Wzdłuż wagonu na zewnątrz stopnie, a na nich ludzie, głównie młodzi mężczyźni. W środku tłok niemożliwy - paczki, kosze, baby w chustkach, kożuchach, stoją, siedzą sobie na kolanach, jakiś dzieciak wrzeszczy, ktoś oczywiście się modli, a ci na stopniach, trzymając się sinymi z zimna i wysiłku rękoma za framugi okien i drzwi, deliberują głośno "co by było, gdyby teraz...". Są czujni, przy każdym zwolnieniu pociągu gotowi do skoku i zniknięcia w docierającym aż do torów lesie. [...]  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner

[...]  Ale musiała być nie tak daleko od Częstochowy, bo następnie, jak mamusia uzbierała trochę pieniędzy, to wsiadłyśmy do pociągu. I ruszyłyśmy w stronę Częstochowy. A jak długo pani była z mamą i z siostrami u tych gospodarzy na wsi? Może tydzień. Bo chyba nie dłużej.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Eugeniusza Spiechowicza

[...]  Niewielkie środki finansowe nie pozwalały na dłuższy pobyt u gospodarza. Mama przypomniała sobie, że w miejscowości Stąporków mieszka ciocia Amelia, której mąż (brat mojej babci zmarły na początku okupacji) był kierownikiem szkoły. Mama wyjechała do cioci w celu zbadania możliwości ewentualnego zatrzymania się u Niej na pewien czas. Po kilku dniach otrzymałem od cioci bardzo serdeczny list. W liście napisała, że nie powodzi się jej najlepiej, mieszka sama w niedużym pokoju i utrzymuje się ze skromnej renty, ale gorąco nas zaprasza, ma pewien zapas mąki i ziemniaków, co pozwoli nam wspólnie przetrwać nadchodzącą zimę. Na początku listopada 1944 opuściłem dotychczasowe mieszkanie i pojechałem koleją do Stąporkowa.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Włodzimierza Szurmaka

[...]  Na początku grudnia dokonał się handel niewolnikami. Otóż którejś niedzieli przyjechała w odwiedziny do naszego bauera rodzina. Goszczono ich, oglądali gospodarstwo oraz - czego zrazu nie rozumieliśmy - i nas z matką. Po odjeździe tej rodziny bauer wezwał nas do siebie i zakomunikował, że uzgodnił z tą rodziną i w tygodniu załatwi potrzebne formalności przeniesienia nas do nich. Tamten bauer jest chory, nie może w polu pracować, ja sobie dobrze radzę z końmi, więc będę u niego pracował, zaś matka będzie prowadzić gospodarstwo. I rzeczywiście w następną niedzielę zostaliśmy przetransportowani do wsi Elguth leżącej 2 km od Namysłowa.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Leszka Kazanowskiego

[...]  No i żeśmy tam dobili po trzech dniach chyba, mimo że to było około 40 kilometrów tylko, ale myśmy tak jechali - 10 kilometrów ktoś nas podwiózł furmanką, do następnej wsi itak dalej. Aż żeśmy w ten sposób dobili do Mszczonowa. Z Grodziska do Mszczonowa.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas

[...]  Znaleźliśmy się w Rozprzy, gdzieś we wsi, i tam zostaliśmy przydzieleni do jakichś gospodarzy. Ci wieśniacy dawali nam taką zupę - mleko, a w mleku kartofle, obrzydliwa była. Moja mama, żeby dostać dla nas coś lepszego, oddała tej wiejskiej dziewczynie medalik; mój medalik zatrzymała, ale oddała łańcuszek. Tak, że nas tam obdzierali.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Wiesława Kępińskiego

[...]  Niemcy odwrócili się po jakimś czasie - tak z minutę to trwało - i poszli sobie. A ja wtedy wstałem. Jest dzień. Jestem na widoku. Dochodząc z tego pola do Redutowej dzwonię czy pukam do furtki. Domek z ogródkiem, ludzie mieszkają normalnie, piesek szczeka, nic się złego nie dzieje, żadnych Niemców. Zupełnie inny świat, niż tutaj na granicy tego wału. Wpuszczono mnie do domu, nakarmiono.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Eknera

[...]  Podjeżdża wóz parokonny - na drewnianych kołach ze szprychami, z obręczami kutymi - i na tej słomie siadamy, mnie miejsce wypadło obok woźnicy, woźnica Polak, w maciejówce, z wąsami. Cmoknął na konie - jedziemy. Przed nami jadą furmanki, podwody, za nami jadą - i ten sznur jedzie na oświetloną księżycem szosę pomiędzy lasami. Jedzie gdzieś do przodu, ale widać światło - jedziemy nie w nieznane, tylko gdzieś w oświetloną przestrzeń. I nagle hamują, zatrzymują się, ruszamy powoli - na poboczach po trzech ludzi stoi. Widać, że mają pistolety automatyczne. Niemcy. Któryś tam latarką błysnął, przejechaliśmy dalej. Woźnica mówi: "Wiecie, kto to był?" Bo taka cisza zapadła. "Niemcy..." - tak niepewnie. "Niee. " "Aa! No, to znaczy nasi!" To znaczy, że jesteśmy na terenie, gdzie są Polacy - Polacy-żołnierze.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Andrzeja Janowskiego

[...]  Czy w tamtej okolicy mieszkali jacyś krewni albo znajomi? W tamtej nie. Natomiast, czego nie pamiętałem, ale teraz pytałem kuzynki - tej, z którą wtedy jechaliśmy (ona tu niedaleko mieszka) - jak to się stało, że myśmy z Jędrzejowa trafili do Lanckorony. I właśnie ona mi powiedziała, że nasi ojcowie poszli dzwonić - mieli kuzyna, który był na wakacjach w tamtych okolicach. I w jakiś sposób dodzwonili się do niego; a przecież to były czasy, gdy telefony nie były powszechne - ale jakoś się z nim skontaktowali i on mówi: "Przyjeżdżajcie do nas". I myśmy tam już na własną rękę dotarli...  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Grażyny Doroty Duchniak

[...]  Podróż trwała parę tygodni. Jeszcze na terenie Niemiec, zbuntowałam się i jak był postój na stacji, to wysiadłam i zaczęłam szukać tego wagonu sanitarnego. I w ostatniej chwili, już pociąg prawie ruszał, mama wciągnęła mnie za ręce do tego wagonu, zła, niezadowolona. Ale ja powiedziałam, że się nie ruszę, że jadę razem z mamą. Pamiętam, że w tym wagonie sanitarnym była z grubej deski bardzo duża kołyska, w którą się zmieściłam. I ja sobie w tej kołysce spałam  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Haliny Wiśniewskiej

[...]  W każdym bądź razie dojechaliśmy do Radomia, to już była prawie noc, ale blisko dworca był znowu jakiś budynek RGO i tam poszliśmy, żeby przenocować. Poszłam do pań, które się zajmowały, błagam o kroplę mleka dla dziecka. "A nie, proszę pani, o mleku to w ogóle nie ma mowy." Stały tam takie piętrowe prycze, strach było na nich usiąść z powodu wszy, ale przemordowaliśmy się tak do rana.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Elżbiety Massalskiej

[...]  Przy akompaniamencie niemieckich wrzasków wsiadłyśmy do wagonu bydlęcego. Stłoczono nas tam tak, że wydawało się, że będzie można tylko stać. Zatrzaśnięto żelazne drzwi i pociąg ruszył w nieznane. Którego to było? Chyba jakiegoś 4-5 września. W miarę jak czas upływał, każdy z nas znajdował sobie miejsce na podłodze, żeby usiąść. Miejsca było akurat tyle, żeby siedzieć w skurczonej pozycji, o położeniu się nie było mowy. Pociąg zatrzymał się w Koluszkach, gdzie pracownicy RGO podali nam chleb przez uchylone drzwi. Odbierając jedzenie usłyszeliśmy równocześnie ostrzeżenie, powiedziane półgłośnym szeptem - "Ludzie uciekajcie, wiozą was do koncentracyjnego obozu, kto może niech ucieka, czeka was straszny los".  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Anny Teofilak-Maliszewskiej

[...]  Muszę teraz napisać jak byłam ubrana - przecież w sierpniu wyszłam z domu w letniej sukience i sandałkach. Otóż na zimę Mama uszyła mi palto z brązowego szlafroka kuzynki, podbite kawałkami króliczych skórek, które ofiarowała znajoma. Buty składały się z kawałków drewna, do których Mama przybiła gwoździami futerko i futerkiem wysłała w środku. Były bardzo ciepłe.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak

[...]  I w którymś momencie, to było tuż koło Końskich, przed Końskimi, Niemcy otworzyli wagony i powiedzieli: "Wychodzić". No to wyszliśmy. I tam uroczy ludzie z Końskich, na przymurku przy jakimś parku czy skwerku, mieli talerze z zupą pomidorową. Proszę sobie wyobrazić: po tym wszystkim - talerze z ciepłą zupą pomidorową. Najlepszy posiłek w życiu. Dotąd pamiętam. W Końskich spędziłyśmy parę dni, jakaś rodzina bardzo uprzejmie udostępniła nam pokój, ale mama miała pomysł - jak się okazało słuszny, chociaż nie obyło bez przygód po drodze - żeby się dostać do Łowicza.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jerzego Uldanowicza

[...]  Wkrótce po ruszeniu radzieckiej ofensywy, czyli około 20 stycznia 1945 roku usłyszeliśmy szybko rosnące odgłosy zbliżającego się frontu oraz zaobserwowaliśmy równie gwałtownie wzrastający chaos i objawy paniki w środowisku niemieckim, czemu towarzyszyła nagła zmiana stosunku Niemców do nas - stali się oni grzeczni, często niemal służalczy, wielu z nich "przypomniało" sobie znajomość języka polskiego, do czego się uprzednio nie przyznawali itp.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Danuty Nizińskiej-Grzegrzółki

[...]  Potem załadowali wszystkich do bydlęcych wagonów bez okien, zgnietli nas jak śledzie, zamknęli drzwi i jazda w nieznane. Wieźli nas całą noc bez picia i jedzenia. Tak dojechaliśmy do Starachowic i rozpuścili nas. Podobno jacyś księża ujęli się za naszym transportem. No i zostałyśmy we trzy sieroty w obcym mieście na dworcu, nie wiedząc, co robić dalej. Ale mamusia powiedziała, że musimy wracać tą samą drogą do swoich. Bez biletu wsiadłyśmy w pociąg i w drogę.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Kasprzaka

[...]  Zorientowałem się, gdzie jestem, jak daleko od Warszawy i wyszukałem sobie trasę, żeby dojechać pod Grójec. Pod Grójcem znalazłem swoich sąsiadów, od których się dowiedziałem, że mój ojciec i brat zostali wywiezieni do obozu, a mama z małym do parafii Milejów pod Piotrkowem. Sąsiadka powiedziała "jak się zgłosisz do proboszcza w Milejowie to się wszystkiego dowiesz o swojej mamie.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wiktorii Dewitz

[...]  W połowie sierpnia zatem uzyskałyśmy od "Ortskomanda" z Piaseczna zezwolenie na zajęcie pustego osiedla szkolnego jednego z warszawskich gimnazjów, przylegającego do terenu BGK. Po powtórnej przeprowadzce "Anusia" znalazła się znów u siebie, co umożliwiło podjęcie normalnego trybu pracy wychowawczej. Nie było to łatwe, kiedy we dnie słyszeliśmy huki bomb pękających nad Warszawą, gdzie każdy miał swych bliskich, a w nocy oglądałyśmy łuny nad miastem i oświetlające je rakiety na spadochronach.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Dariusza Karolaka

[...]  Pociąg, składający się z odkrytych wagonów towarowych, miał nas wywieźć gdzieś w stronę południową. Podczas podróży korzystaliśmy z jakichś zrzutów (była to najczęściej cebula). Ludzie po drodze wysiadali, my dojechaliśmy do Skarżyska-Kamiennej. Tam jednak nie wiadomo było, gdzie się udać. W końcu dwóch mężczyzn wskazało nam schronienie u właścicieli, prowadzących restaurację. Tam wreszcie, po kilku tygodniach niewygód, zostałem wykąpany, nakarmiony i położony do łóżka.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Barbary Rybeczko-Tarnowieckiej

[...]  Pod koniec kwietnia miejscowi Niemcy zabili dwóch znajomych Włochów. Wstrząśnięte ich śmiercią postanowiłyśmy uciec do Jeny. Szłyśmy lasami około trzydziestu kilometrów. Tam już byli Amerykanie.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Izabelli Wciślińskiej

[...]  Po paru dniach udałam się do cioci Weroniki, to jest rodzonej siostry mego ojca, która z rodziną mieszkała w Pruszkowie. U niej dostałam również schronienie i wyżywienie. Od cioci Weroniki pojechałam do mojej siostry Zdzisławy Świetlik, która mieszkała z rodziną w Grodzisku Mazowieckim. Tam dowiedziałam się, że mój mąż mnie poszukuje i napisał, że będzie wychodził na pociąg z Grodziska do Częstochowy.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Wandy Jarczyk

[...]  Po upadku Powstania Warszawskiego, będąc w Grodzisku Mazowieckim u znajomych rodziców, zaczęłam szukać pracy i koleżanek, z którymi w czerwcu 1944 r. zdałam maturę w Warszawie. Siostry Urszulanki podały mi adres Teresy Tłomackiej. Napisałam do niej i natychmiast otrzymałam odpowiedź, że pracuje w Schronisku dla Sierot Wojennych RGO w Skierniewicach, które aktualnie poszukuje maturzystek na stanowiska opiekunek dzieci. Natychmiast się zdecydowałam. Dobrnęłam do Skierniewic trochę na piechotę, trochę pociągiem. Pracę rozpoczęłam w tym ośrodku RGO już 2 listopada 1944 r., jako wychowawczyni.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Witolda Jerzego Niewiadomskiego

[...]  Pod koniec trzeciego dnia zorientowaliśmy się, że Volkssturmiści, którzy nas pilnowali, uciekli. Poczuliśmy się wolni i postanowiliśmy iść na zachód, bliżej aliantów. Mieliśmy ze sobą woreczek łuskanego grochu. Spytaliśmy jakiegoś gospodarza na przedmieściach Essen, czy może go nam ugotować. Gospodarz, poczciwy chłop, groch wysypał kurom, a przed nami postawił miskę jedzenia. Zjedliśmy, co nam dali. Dziewczyna służebna pyta, czy chcemy jeszcze? Oczywiście! Trzy razy obracała z repetą, a od następnego dnia przyniosła nam już na czterech jedzenie w miednicy. Zostaliśmy u tego Niemca. Po półrocznym pobycie w Niemczech, dopiero u niego odżyliśmy. Wreszcie mogliśmy się umyć, a raczej zeskrobać bród. Od miesiąca przecież nie zdejmowałem butów. Nawet kiedy Zagłębie Ruhry zajęli Amerykanie nie bardzo chcieliśmy od niego odchodzić. Zresztą pierwsze spotkanie z amerykańską armią nie wypadło najlepiej. Mój kolega, który miał pas z lilijką próbował im tłumaczyć, że byliśmy polskimi skautami wywiezionymi do Niemiec, ale nie chcieli nawet nas słuchać.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Stanisława Milewskiego

[...]  Trzykrotnie byłem o krok od wpadki, aż wreszcie po trzech dniach dotarłem do Krakowa i to w czasie "godziny policyjnej". Na końcu peronu kręcili się żandarmi. Z opresji wybawił mnie starszy pan kolejarz.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Bogdana Lewandowskiego

[...]  Przyjaciółka była zamożna i miłosierna. Duże mieszkanie, nad sklepem przy ruchliwej ulicy, pełne już było uciekinierów z Warszawy. Serdeczni właściciele wszystkich gościnnie karmili. Przy dużym stole pałaszowało obiad kilkanaście osób. Z synem gospodarzy, moim rówieśnikiem, kilka dni beztrosko biegaliśmy po przedmieściu Piotrkowa, gdzie w ogrodach działkowych zachowały się jeszcze jesienne owoce.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Tadeusza Klemińskiego

[...]  Ojca wywieziono na roboty do Rzeszy? Tak, ojca wywieźli zaraz następnego dnia po naszym przybyciu na Grochów. My pomagaliśmy żonie mojego chrzestnego robić papierosy, w takie gilzy nabijało się tytoń, ona sprzedawała to w tym sklepie. Ten sklep już rzadko był otwarty, ale przychodzili do niej ci, co kupowali, sprzedawała im te papierosy. Sklep był zamknięty, ale można było w nim sprzedawać od tyłu, że tak powiem. Przybyła tam czwórka osób, wiec trzeba było jakieś jedzenie zdobyć. Przedtem mieliśmy ogródek, tam były kartofle, pomidory.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Krzysztofa Radlicza

[...]  Czy miał już pan wtedy świadomość, że zbliża się koniec wojny? Czy do obozu docierały jakieś informacje z frontu, że z jednej strony zbliżają się już Amerykanie, a z drugiej Rosjanie? Niemcy byli cały czas tak butni z powodu swojego zwycięstwa, że do nas nic nie dochodziło. To była zupełnie inna sytuacja, myśmy wtedy wyszli o głodzie, mieliśmy jedynie trochę fasolki z rozbitego magazynu, nic więcej. Przy sobie mieliśmy kilka osobistych rzeczy. Wszystkich, którzy słabli po drodze Niemcy dobijali. To był tzw. pochód śmierci. Pierwszego dnia przechodziliśmy koło angielskiego obozu jeńców, tych 12 Anglików, którzy szli z nami zostało tam. Resztę pchano, żeby jak najszybciej wyjść z amerykańskiego kotła.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Haliny Rozwadowskiej, matki ośmioletniego Marka

[...]  Wiadomość, że żandarmeria wyłapuje z Pruszkowa i jego okolic posiadaczy warszawskich kennkart, zmusiła mnie do szybkiej i stanowczej decyzji - nie czekać, aż nieznani, choć życzliwi ludzie zadecydują za mnie, dokąd mamy się udać, tylko jechać do Damianów. Jeśli oni tyle czasu uchowali się bezpiecznie uchowamy się i my.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Leokadii Ciekanowskiej

[...]  Przy wszystkich mijanych domach wzdłuż ulicy Górczewskiej leżały zwłoki pozabijanych ludzi. Przy wyjściu z każdego domu - były to przeważnie domy parterowe - z jednej strony sieni leżeli zabici mężczyźni, z drugiej zaś zabite kobiety i dzieci. Przy jednym z domków widziałam leżącą zabitą niewiastę, trzymającą w ostatnim uścisku na ręku martwe niemowlę.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko

[...]  Uciekłam nocą z dziewczętami; doszłyśmy do jakiejś małej stacyjki kolejowej, dostałyśmy się świtem do pociągu, rozsypane po wagonach, dojechałyśmy do Krakowa. Irena dotarła do nas następnego dnia przekupując volksdeustcha. Część dziewcząt rozmieściłyśmy po różnych domach, część na punkcie przejściowym, zaczynającego już działać krakowskiego wydziału opieki nad dzieckiem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Henryka Piotrowskiego

[...]  Jednak tu, choć z różnymi i ciężkimi przeżyciami doczekaliśmy wyzwolenia przez armię amerykańską. Z Magdeburga poprzez działania Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, skomasowano nas i wywieziono w okolice Hannoweru do miejscowości Hileschaimer. Tu w obozie Polskim pod troskliwą opieką Międzynarodowego Czerwonego Krzyża doszedłem do zdrowia i lepszej równowagi. Muszę zaznaczyć, mimo, że miałem 15 rok życia i stosunkowo byłem dość niski, musiałem dla Niemców pracować na równi z mężczyznami.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Anieli Libionki

[...]  Władze RGO - przeniosły się do Krakowa po Powstaniu i tam otrzymywałyśmy polecenie przeniesienia Zakładów na teren województwa krakowskiego do Kościeliska - tam też w zimie, w mrozy - Tucha, Fela i ja zorganizowałyśmy przewóz dzieci i trochę majątku (nieruchomości) do Kościeliska, gdzie doczekałyśmy się końca wojny, a dzieci pozostały później w Domach Dziecka, które w Zakopanym zostały przez nas zorganizowane.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Leszka Mieczysława Muszla

[...]  Ja trafiłem do Milanówka do fabryki jedwabiu. Przebywaliśmy tam w strasznych warunkach, w dużej hali na gruzie wyłożonym słomą. Przykrywałem się kocem, który otrzymałem w szpitalu. Po paru dniach uciekłem do Grodziska Mazowieckiego. Następnie cały czas szedłem pieszo mimo wieczornego chłodu w krótkich, podartych spodenkach i koszulce do Błonia, gdzie spotkałem się przypadkowo z matką, ponieważ nie wiedziałem, że tam znalazła się razem z bratem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)

         Pewnego dnia Wąsal oświadczył, że szykuje się do Polski transport kobiet z dużą ilością dzieci. Krążyła pogłoska, że to dlatego, że Amerykanie postawili ultimatum: albo Niemcy zwolnią matki z dziećmi, albo oni zburzą znajdujące się w górach zbiorniki wodne - co groziło zalaniem okolicy w promieniu dziesięciu kilometrów. Wiadomość podana przez Wąsala potwierdziła [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Zbigniewa Badowskiego

[...]  Pod wieczór wagony ruszyły. Jechaliśmy, gdzie - nikt nie wiedział. Rano, na jakieś stacji, gdzie stanęliśmy, Babci udało się dostać pół garnuszka ciepłej czarnej kawy. Chcąc ją osłodzić reszką wyniesionego cukru, pomyliła woreczki i wsypała kaszy jęczmiennej zmielonej z ziaren na młynku. Kasza napęczniała i nie dało się tego pić. Zjedliśmy tylko po kilka skórek od chleba.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Bohdana Kapicy

[...]  Po przebiegnięciu paru metrów zmieszaliśmy się z dużą grupą mieszkańców Pruszkowa, stojących wzdłuż chodnika po przeciwnej stronie jezdni. Było to południe dnia 9 sierpnia 1944 roku, znaleźliśmy się po raz pierwszy od kilku dni wśród spokojnie zachowujących się ludzi. Byliśmy wolni, lecz jeszcze niepewni udanej ucieczki. Grupa uciekających po przebiegnięciu bramy rozbiegła się na dwie strony, my biegliśmy w prawą stronę. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów grupa zmniejszała się, każdy gdzieś się chował. My po przebiegnięciu około 200 metrów weszliśmy do małego sklepiku po lewej stronie ulicy. Po ochłonięciu z pierwszych emocji, stwierdziliśmy nieobecność Pani Klawińskiej z młodszym synem, starszy (5-6 lat) był z nami.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Angeliki Józefowicz

[...]  Po udanej ucieczce z trasy Warszawa - Pruszków lądujemy w Milanówku. Mała willa ciotki Lucyny. Koczuje już w niej więcej ludzi niż ta willa ma m2. Mama podejmuje decyzję, że jedziemy do Łowicza, gdzie mieszka daleka rodzina dziadka. Radość ogromna. W Łowiczu spotykamy mojego ukochanego dziadziusia, który cudem przeżył Powstanie na Starówce i wydostał się z niej kanałami. Niestety z Łowicza też musimy się ewakuować - rodzina dziadka nie jest zbyt przychylna uciekinierom z Warszawy, a i warunki bytowania są fatalne.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego

[...]  Matka pojechała do Krakowa szukać śladów korzeni, kontaktów i po pewnym czasie wróciła. Zlikwidowaliśmy mieszkanie w Starachowicach i pojechaliśmy do Krakowa. Tam zamieszkaliśmy w opuszczonym mieszkaniu, ale zadbanym. Tam przeżyłem pierwszy kontakt z elektrycznością. Nie umiałem połączyć wyłączników, zrobiłem zwarcie, do dzisiaj pamiętam, że dopiero potem wykombinowałem, jak działał wyłącznik, uruchomiłem i zaczęło działać. To było niedaleko monopolu tytoniowego. Zbliżał się już front niemiecko-radziecki. Matka stwierdziła, że Kraków był miastem niebezpiecznym i lepiej było wyjechać poza miasto. Uznała, że należało pojechać pod Kraków, do pewnego gospodarstwa, nie wiem, czy wcześniej zrobiła rozeznanie, czy w ciemno. Tam przeczekaliśmy front, Niemcy uciekli i pojawili się pierwsi zwiadowcy Rosjanie.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Andrzeja Korgola

[...]  Zamysł został zrealizowany - ucieczka powiodła się! W zupełnych ciemnościach dotarliśmy w pobliże plebani, ale nie wiedzieliśmy nic o księdzu, czy żyje, czy nie został wywieziony lub aresztowany. Od napotkanej przypadkowo osoby dowiedzieliśmy się, iż na plebani (ul. Kościelna 2) stacjonowało warszawskie gestapo, a proboszcz został przesiedlony do pomieszczeń zastępczych na parterze. Niemcy zajęli całe I piętro.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Haliny Olk Wieczorek

       W grudniu skończyły się roboty w polu i w lesie, wsadzili nas w pociąg i zawieźli do Krakowa do RGO, bo to był transport matek z dziećmi. Tam nas przydzielili do Łowicza, na wieś Rząsno, do p. Kozłowskiej, bo Warszawa nie była jeszcze wolna.
      Przed Bożym Narodzeniem wszyscy szli na Pasterkę. Matka nie miała ciepłego ubrania, bo z domu wyszła w sierpniu. [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ewy Osieckiej

       Mama postanawia z panią Haliną wyruszyć do Warszawy - pieszo, potem kolejką z Nowego Miasta. Podróż jest koszmarna, śnieg, tłumy szabrowników. Nigdzie nie chcą dać schronienia, choć na parę godzin. Cudem znajdujemy nocleg w Służewcu, jak się okazało u gospodarzy znajomych naszego Wujka, brata Mamy. Dają nam jeść, poduszeczkę i półbuciki dla Mamusi, bo szła już [...]

  Więcej ...


 
Relacja Alicji Rzaczykiewicz

[...]  Kilka osób postanowiło uciekać. Znaleźli jakieś okienko i uciekali, a ja za nimi, jak ten bezpański piesek. Uciekaliśmy pod osłoną nocy. Dotarliśmy do Sochaczewa. W Sochaczewie Niemcy wyłapali uciekinierów z Warszawy i zamknęli nas w kinie. Niemcy zabronili ludziom z miasta przynosić nam jedzenie lub cokolwiek pod karą śmierci. Chcieli nas zagłodzić na śmierć za Powstanie.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Bohdana Lewartowskiego

[...]  Tam zmiana środka lokomocji na wagony towarowe. Jedziemy powoli na zachód. Moja matka ma zapalenie ucha środkowego. Potwornie cierpi, ma wysoką gorączkę. Jest bardzo gorąco, a skąpa ilość wody z trudem zdobywanej na stacjach nie gasi pragnienia. Po czterech dniach w nocy pociąg zatrzymuje się na przedmieściach jakiegoś wielkiego miasta. Mówią, że to Berlin. Wokół widać liczne pożary.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Danuty Wierzbowskiej-Pawlik

         W nocy z 17 na 18 września szliśmy szosą, niedaleko której zobaczyliśmy trzy chałupki w różnej odległości od szosy. Wówczas i my spróbowałyśmy szczęścia. Najpierw leżałyśmy płasko w rowie, potem pobiegłyśmy za pierwszą chałupkę a następnie coraz dalej aż za ostatnią. Pilnujący długo jeszcze chodzili, szukali uciekinierów i strzelali. Zaglądali również [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej

       Przyjechali po nas chłopi. To było pod Krakowem w Wolbromiu. Przyjechali chłopi z wozami i nas pozawozili do swoich chałup. Ja byłam z mamą, siostra była gdzieś u innego chłopa. Ciocia, która miała 20 lat, była gdzieś indziej. Byliśmy tam do końca [okupacji]. Czyli pani z mamą trafiła do jakichś gospodarzy?
      Do bardzo dobrych ludzi, z którymi mieliśmy [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Władysława Sali

[...]  Szliśmy dalej, przysiadając na przydrożnych kamieniach. Doszliśmy do małej stacyjki kolejki dojazdowej z napisem Opacz. Opacz! O patrz! Ale i popatrz, tuż przy torze kolejki stał stragan z pomidorami. Można było je kupić za dawne nasze okupacyjne jeszcze pieniądze, ile się chciało. Wsiedliśmy w pierwszy, jaki nadszedł, pociąg do Grodziska. Przecież tam chyba była nasza kucharka, która czując grozę zbliżającego się Powstania, pojechała do swojej rodziny.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Krystyny Krasuskiej (Góreckiej)

[...]  Szybko zaczęło się ściemniać, a nas prowadzono, wybierając chyba celowo miejsca jak najmniej zamieszkałe. Po przejściu paru kilometrów, nie był to już transport, który szedł w jakimś uporządkowanym szeregu. Była to nieskładna kolumna ludzi wlokących się, popędzanych przez esesmanów i psy, którzy w jakiś cudowny sposób przeżyli Oświęcim. Wlekli się ci, którym starczyło sił, lecz pozostawali ci bez sił po obu stronach drogi, dobijani strzałami esesmanów. Idąc, w pewnym momencie nie zorientowałam się, że mój transport mnie minął, a ja pozostałam wśród starszych kobiet. Upływ sił spowodował, że pozostawałam stale, coraz to dalej i dalej, aż znalazłam się na samym końcu kolumny. Przez myśl przeszło mi, a może by tak skręcić w las, który był po obu stronach drogi, przecież mogliby mnie tylko zastrzelić. Czy ryzykowałam? - chyba nie - nie miałam nic do stracenia. W chwilę później esesman idący na końcu kolumny z prawej strony podszedł do swojego poprzednika, mówiąc coś do niego, skręciłam w mijany las, idąc noga za nogą, tak jakbym w dalszym ciągu szła razem z innymi w kolumnie. Nagle zdałam sobie sprawę, że coś było nie tak, jak być powinno, nie słychać krzyku esesmanów, a nawet Niemiec nie próbował mnie gonić.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Marty Gadomskiej-Juskowiak

[...]  Potem rodzina ze Śląska spowodowała, że nas wyciągnięto z tego obozu. Jakimiś tam dojściami, ciotka mego ojca spowodowała, że - już nie pamiętam - jak się ten pan z Sosnowca nazywał, zaangażował mamę niby jako wykwalifikowaną tkaczkę. Nie pamiętam, pewnie gdzieś tam w papierach jest. Pamiętam, że 11 grudnia przyjechał po nas, załatwił papiery w obozie, wsadził nas do pociągu. Powiedział, że jedzie razem z nami, ale my się nie znamy, tak, że mieliśmy nie rozmawiać między sobą. Dwa dni jechaliśmy z Hannoveru do Sosnowca. To był pociąg już normalny, osobowy. Jechaliśmy przez zrąbany i dziurawy zupełnie Wrocław. Nie pamiętam, co tam jedliśmy, pewnie jakieś suchary.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Blandyny Surmiak (Lewińskiej)

[...]  Nikt nie wiedział, dokąd nas prowadzili. Maszerowaliśmy najpierw w kierunku wschodnim, a potem chyba dookoła, poganiani przez rozwścieczonych wartowników, którzy jechali na rowerach. Marsz ten wyczerpał nas tak strasznie, że wiele kobiet padło i nikt nie był w stanie im pomóc. Dopiero nad ranem zarządzono odpoczynek.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wiesława Zorgiera

[...]  Wawrzyszew był przepełniony, więc następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę, aby znaleźć jakiś dach nad głową. Dzień był słoneczny i upalny. Szliśmy widocznie wolniej niż inni, gdyż w kolejnych miejscowościach też pełno było ludzi. Tak przemierzyliśmy kolejno Radiowo, Laski, Izabelin i późnym popołudniem zbliżyliśmy się do Truskawia położonego na skraju Puszczy Kampinoskiej. Wtedy po raz trzeci i ostatni w moim życiu zemdlałem z głodu i przemęczenia.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Danuty Kusińskiej (Śpiewak)

[...]  Ciżba ludzka otworzyła się na chwilę i zamknęła za nami tworząc ciasną kolumnę. Wolno posuwaliśmy się w kierunku bramy. Siostry pokazały listy wyprowadzanych, jednak strażnik chyba z powodu dużej ilości ludzi nie sprawdzał ich zbyt starannie. Znaleźliśmy się za bramą obozu. Siostry mówiły, aby ludzie nie rozpraszali się na boki, szli spokojnie dalej. Jednak niektórzy zaczęli uciekać. Usłyszeliśmy strzały. Tata pociągnął mamę razem ze mną w krzaki. Biegliśmy, ile sił w nogach. Nie wiem, czy po kilku godzinach, czy minutach znaleźliśmy się na cmentarzu. Mama zauważyła jakiegoś mężczyznę. Rodzice bali się go, ale i tak było widać, że jesteśmy uchodźcami z Warszawy. Człowiek ten zaprowadził nas do małego domku. Powiedział nam, że wieczorem przyprowadzi kogoś, kto nam pomoże. Zamknął drzwi na klucz. Mama jak zwykle zaczęła rozpaczać, że na pewno poszedł wydać nas Niemcom. Jednak tak się nie stało.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wojciecha Prośniewskiego

      Drabiniastym wozem dojeżdżamy do wsi Małusy Małe na terenie gminy Wancerzów. Gospodarze starają się podzielić z nami swoją biedą. Zaraz pierwszego dnia popełniam pierwszą kradzież w życiu. Sięgam po leżącą na parapecie cebulę i jem ją jak jabłko. Codziennie staramy się pomóc w gospodarstwie, przede wszystkim przy zbieraniu ziemniaków. W innych zagrodach też są [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Bożeny Myślińskiej

[...]  Pojechaliśmy w stronę Piastowa i nas tam wyrzucili, bo w Pruszkowie byli Niemcy i obóz. Wysadzili nas w tym Piastowie i pani Zaleska, która mieszkała na II piętrze u nas, ona tam miała swojego syna, który prowadził na rynku budkę z jakąś żywnością, artykułami spożywczymi. Tam się zatrzymaliśmy u niego w domu.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Julii Tazbir z d. Ehrenfeucht

[...]  Wszyscy znaleźliście się na wolności? Tak. Na wolności, z tym, że stryjostwo pojechali do Milanówka, natomiast myśmy z całą piątką dzieci znaleźli się w Tworkach. Tam dali nam pokój, przy czym pani doktór, która mieszkała w sąsiednim domu, bardzo się serdecznie nami zajęła. Potem co było dla mamy szalonym szokiem, przeprosiła, że właśnie idzie na imieniny, wobec czego nas zostawia. Mieszkaliśmy w pawilonie, który został zamieniony na szpital powstańczy. Pamiętam duży szpital dla rannych i chorych, w którym był oddział zakaźny, a psychicznych posłano do piwnicy. Na górze byli ranni.  [...]

  Więcej ...


 
Galeria fotografii
         
 
search Szukaj na www
Wyszukaj artykuły na www zawierające poniższe słowa
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten