Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Grażyny Doroty Duchniak


foto

       I potem, w czasie tego transportu - nie jestem w stanie powiedzieć, jak długo to było, dla mnie to było bardzo długo - wysadzili nas na jakiejś stacji. Zapamiętałam, że to się nazywało Bikikheim... Wprowadzono nas do jakiegoś baraku, kazano nam się rozebrać i takim pustym korytarzem kobiety z dziećmi obojga płci zaprowadzono do łaźni. I pamiętam, że kobiety, nasze matki, zaczęły krzyczeć, że to nie leci gaz, tylko prawdziwa woda. Przytulały nas wszystkie do siebie i krzyczały, że to woda, to nie gaz. I ten krzyk był, o ile ja pamiętam, bardzo emocjonalny. Nie rozumiałam tej sytuacji... Natomiast zapamiętałam, że to nie był gaz i że to naprawdę woda.
     Potem transport dojechał do Fryburga. Przenocowałyśmy jedną noc we wspólnej sali we Fryburgu. I była propozycja, że albo jedziemy do Emendingen, albo moja mama zostaje w szpitalu do pomocy. Mama nie chciała zostać w szpitalu - a potem, po jakimś czasie dowiedziała się, że następnego dnia ten szpital został zbombardowany przez wojska amerykańskie. Bo Amerykanie ten rejon (nie wiem jak było w innych częściach Niemiec) bombardowali dywanowym nalotem.
     Jak już byłam w obozie w Niemczech, w Emendingen, to nasz obóz był ostatni - nie byliśmy już za drutami, tylko obok był obóz Polaków zza Buga, chyba z miejscowości Sarny, o ile dobrze zapamiętałam, i w tym obozie pracowały całe rodziny. Dzieci od dwunastego roku życia, na trzy zmiany, w fabryce włókna, wełny... Znalazłam się z matką w obozie pracy. Z tym, że ja nie pracowałam w tym obozie na trzy zmiany, tylko przy zbiórce chrustu w lesie.
Czyli sześcioletnią dziewczynkę Niemcy też angażowali do pracy?
    
Tak.
A co robiła mama?
      
Mama pracowała w fabryce części okrętowych i samolotowych Wellewerk - w fabryce zbrojeniowej na terenie Emendingen.
     Z tych wędrówek do lasu pamiętam dwie rzeczy: bardzo dużo pasków folii - to podobno było do zagłuszania samolotów - i moje wędrówki do lasu po śniegu, w takich swoistych botkach. Dlaczego mówię "swoistych" botkach - bo to były kapcie, bamboszki do kostki, na klamerki, z takiego jakby koca, i to było włożone w większy numer drewniaka na paski, żeby się ten bambosz zmieścił. To były moje botki i w tych botkach chodziłam do lasu.
     Niemcy zorganizowali taką grupę dzieci chodzących do lasu po chrust. To wszystko były dzieci z mojej kamienicy, wszystkie były w moim wieku. Ponieważ ten rejon jest katolicki - Emendingen w Badenii Wirtembergii - to pamiętam, że Niemki poszły do merostwa, czy do władz miasta, ze sprzeciwem - żeby dzieci nie wysyłać do lasu, że dzieci nie powinny pracować.
Czyli był protest miejscowej społeczności?
     
Tak, miejscowych kobiet, ale to nie przyniósł rezultatu. I potem zostałam wygnana... Cały mój pobyt w Niemczech dzieli się na trzy etapy. Etap pobytu w obozie, etap wygonienia mnie z całą grupą, na piechotę, do jakiejś miejscowości w górach, czy z pagórkami - gdzie nas mieli w bunkrach żywcem zamurować i gdzie mieliśmy zginąć śmiercią głodową, z dostępem powietrza tylko.
     Pamiętam dramatyczne opowieści innych, odnalezionych potem przez wojska alianckie. W tej miejscowości był niemiecki szpital dla umysłowo chorych. I potem te parę osób z innej grupy, które odratowano, karmiono, żeby ich utrzymać przy życiu, jedną kroplą wody i jedną kruszyną chleba na dobę. I niewiele się z tych osób uratowało, dlatego że wykradli konserwy pielęgniarkom i dostali skrętu kiszek. Tylko dwie czy trzy osoby wyszły cudem z całej tej opresji i potem relacjonowały. To tam na miejscu, a potem słyszało się to, co mówili dorośli, więc ja to zapamiętałam.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten