Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Grażyny Doroty Duchniak


foto

     Trzeci etap to było wyzwolenie przez wojska alianckie, utworzenie Komitetu Polskiego, zorganizowanie szkoły - ja tam dwie klasy skończyłam pospiesznie...
W jakiej miejscowości była ta szkoła?
    
Część szkoły była w miejscowości Taiflingen, oddalonej o dwa i pół kilometra od Emendingen, i chodziłam tam na piechotę. Szkoła była w starym ratuszu, wszystkie dzieci były razem, poziomem nauczania i wiekiem...
     To była polska szkoła. Prowadził ją nauczyciel z Poznania, pan Byrtus. Pamiętam, że były takie kręcone schodki na górę, do tej sali ratuszowej, a po lewej stronie stał cmentarny karawan i ja się tego karawanu strasznie bałam. Podchodziłam na palcach, wychylałam głowę, patrzyłam czy ten karawan stoi, a potem szybko przebiegałam tymi schodkami na górę. Na ogół się spóźniałam, dlatego że część dzieci mieszkała w Taiflingen i nie musiała iść te dwa i pół kilometra, a ja musiałam dojść i zanim doszłam, to wszystkie dzieci były już na górze w klasie, a ja dochodziłam później. Gdybym chodziła z cała grupą, to może bym się tak tego karawanu nie bała...
A co wtedy działo się z mamą? Czy mama podjęła pracę? 
     
Mama była sanitariuszką doktora, który miał na nazwisko Pegi - to był Łotysz, który został wygnany z Łotwy. Jak on się dostał do Niemiec - nie wiem. Pamiętam tylko, jak opowiadał mamie, że w ciągu jednej nocy kazali im się spakować i wyjechać z Rygi, a dalszych jego losów nie pamiętam. Tak że mama była pielęgniarką, sanitariuszką, przy doktorze Pegi. Dla całego naszego obozu.
Jak długo pani tam była? Czy zaraz po wyzwoleniu mama chciała szybko wracać do Polski?
    
Nie, nie wróciłyśmy pierwszym transportem, dlatego że straszono nas, że w Warszawie jest tyfus, że jest jakaś epidemia, że możemy się rozchorować...
     Mama wolała poczekać. Przyjechałyśmy drugim transportem, wtedy, kiedy UNRRA zorganizowała profilaktyczne zastrzyki przeciwko tyfusowi i paratyfusowi. Pamiętam, że te zastrzyki były robione pod łopatki i lekarz z UNRRY robił je na dwie ręce. Dzieci były dzielniejsze, niż dorośli; bo te zastrzyki wszystkich dotyczyły. To były bardzo bolesne zastrzyki - i zawsze po tym zastrzyku szłam z zaciśniętymi pięściami, z wyciągniętymi do przodu rękoma i pokazywałam, że mnie nic nie boli, że nic mi się złego nie stało.
     Przyjechałyśmy drugim transportem. Do Międzylesia. Siedziałam w wagonie ze wszystkimi, a moja mama pełniła służbę w wagonie sanitarnym. Transport jechał dosyć długo. Pamiętam jak przejeżdżaliśmy przez Wrocław - cała stacja we Wrocławiu, wszystko było poniszczone, pełno szkła na peronach. Przedtem na dwa tygodnie zepchnęli nas na boczny tor na Pragę czeską...
     Podróż trwała parę tygodni. Jeszcze na terenie Niemiec, zbuntowałam się i jak był postój na stacji, to wysiadłam i zaczęłam szukać tego wagonu sanitarnego. I w ostatniej chwili, już pociąg prawie ruszał, mama wciągnęła mnie za ręce do tego wagonu, zła, niezadowolona. Ale ja powiedziałam, że się nie ruszę, że jadę razem z mamą. Pamiętam, że w tym wagonie sanitarnym była z grubej deski bardzo duża kołyska, w którą się zmieściłam. I ja sobie w tej kołysce spałam - nie wiem, jak długo, wiem tylko, że mama mnie w pewnym momencie budzi i mówi: "Słuchaj, my jesteśmy w Polsce". Ja mówię: "Niemożliwe!" Mama mówi: "To przeczytaj". I zobaczyłam taki długi napis i tak "Mi-ę-dzy-ly-e-sie" - przeczytałam. To był właśnie ten punkt repatriacyjny.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten