Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Grażyny Doroty Duchniak


foto

      Później był powrót do Warszawy - pamiętam Dworzec Główny, pełno wysiadających ludzi, furmanki, pełno gruzów... Mama podała adres gdzieś w Śródmieściu i okazało się, że ten dom jest zbombardowany.
Podała adres znajomych?
    
Tak, chyba znajomych. Nie wiem, dlaczego nie podała od razu na Hrubieszowską... Podała adres albo do znajomych, albo może do wujka - bo mieszkał gdzieś na Złotej. Tam wszystko było w gruzach, wobec tego podała adres na Pragę, bo dowiedziała się, że Praga jest niezniszczona. Pojechałyśmy przez most pontonowy. Nie wiem, dlaczego to się nazywało "pontonowy most", bo to były - z tego, co pamiętam - łodzie ustawione jakby w poprzek, na całej Wiśle, i na tym były dechy. I trzeba było przeczekać, bo to wszystko się ruszało - i te dechy, i te łodzie. Tak, że wpuszczano na ten most ileś tylko furmanek i trzeba było czekać na swoją kolejkę, aż te furmanki zjadą na drugi brzeg i dopiero następna partia... Tak, żeby tego mostu nie przeciążyć.
     Wtedy mieszkałam na ulicy 11 Listopada, u takiej harcerki, instruktorki, znanej postaci - Wiśki Gronostajskiej.
A co się stało z mieszkaniem na Hrubieszowskiej? 
     
Na Hrubieszowskiej była specyficzna sprawa. Dlatego, że tam były właściwie takie dwa porządne domy - dom pocztowców, Hrubieszowska 7 i dom, w którym ja mieszkałam, Hrubieszowska 6. Natomiast w posesjach, chyba pod numerami: 4 i 3, były mieszkania  węglarzy i koniarzy - takiego prostego elementu, niezbyt ciekawego, który jakby nam zazdrościł wszystkiego. I oni nie dali się złapać - w czasie wyganiania wszystkich z Hrubieszowskiej pokryli się gdzieś w kominach i przetrwali to Powstanie. I potem pozajmowali nasze mieszkania, pokradli wszystko...
     Dom ocalał, ale mieszkanie było splądrowane i zajęte przez obcych ludzi. Tak, że jak mama pytała się tam o różne rzeczy, to oddano jej tylko cztery ewangelie na takim biblijnym bibułkowym papierze, mocno sfatygowane. I twierdzono, że tylko tę jedną rzecz znaleziono. I nie chciano nawet - bo ja tam byłam z mamą po powrocie, po jakimś czasie w tym mieszkaniu - nawet nie chciano z mamą specjalnie rozmawiać.
A mama usiłowała jakoś odzyskać to mieszkanie, interweniować w urzędach?
    
Nie, nie przypuszczam, żeby to mamie nawet przyszło do głowy, bo mama najpierw wzięła, chyba z ministerstwa, kolonie w Rabce-Słone, dla dzieci. Na Turbaczu byli wtedy jeszcze partyzanci, których UB ganiało po Rabce. A potem, nie wiem czy przed pobytem w  Rabce, czy później, był taki apel do harcerzy, do instruktorów, żeby się zgłosili do pracy w wiosce szwajcarskiej Domsuiss. Jakaś fundacja szwajcarska postawiła tam domki, zagospodarowała cały teren i to było dla polskich powojennych dzieci. Taki gest ze strony Szwajcarów. I mama pracowała tam jako wychowawczyni - harcerka-wychowawczyni. Mama zabrała mnie ze sobą. Te kolonie w Rabce były przez okres wakacji, a w Szwajcarii byłam pewnie z rok.
     Była taka znana postać po wojnie, pani doktor Hanna Dworakowska. Wielka społecznica. I ona potem ściągnęła mamę do Państwowego Domu Małych Dzieci, na Bielany, na ulicę Przybyszewskiego, gdzie była dyrektorką. I na ulicy Kleczewskiej załatwiła mamie taki pokoik na facjatce. I tam mieszkałyśmy, a mama pracowała w tym domu dziecka, a potem przeniosła się na Nowogrodzką, do księdza Boduena, i tam prowadziła sekcję adopcyjną.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten