Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Wiśniewskiej


foto
Wywiad z Haliną Wiśniewską z domu Rybak
ur. 1.03.1922 r.
matka, która urodziła dziecko w dniu wybuchu Powstania
Warszawa, 21.03.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

W końcu lipca 1944 roku nad Wisłę zbliżał się front, lada moment miało wybuchnąć Powstanie Warszawskie, tymczasem pani była w szczególnej sytuacji, bo spodziewała się pani dziecka.
    
Prawdopodobnie mój poród przyspieszyło to, że na noc wyjeżdżałam do Radości, z tego względu, że nasze mieszkanie było obserwowane, były aresztowania, więc chodziło o to, żeby się tego ustrzec - bo to wszystko działo się przeważnie w nocy. Chyba 30 lipca w Radości był straszny nalot w nocy i zostałam sama, bo mój mąż nie mógł się tam przedostać. Mąż należał do Armii Krajowej i szykował się do Powstania. Rano byłam strasznie zestresowana, że sama zostałam i że są te naloty, i chciałam się koniecznie dostać do rodziny, do Warszawy. Ludzie gremialnie uciekali - bo było dużo wczasowiczów - i wszyscy szli pieszo, ponieważ kolejka w nocy została zbombardowana. Więc ja te 20 kilometrów zrobiłam pieszo, w takim właśnie stanie, nie wiedząc, którego dnia będę rodzić. 
     Podjechałam tramwajem z Grochowa do Alej Jerozolimskich i zaczęłam czuć, że coś się dzieje. Wysadzono mnie z tego tramwaju i pomyślałam, że pójdę do siostry, bo ona mi coś poradzi. Siostra mieszkała na Śliskiej. Dostałam się do niej po południu. Ona przerażona, od razu wezwała akuszerkę. Akuszerka stwierdziła, że to się może zacząć, ale jeszcze nie teraz - może w nocy, może później. I poszła do domu. Tę całą noc przeżyłam strasznie, bo dostałam już porządnych bólów; maszerowałam korytarzem, tam i z powrotem, przy pomocy męża i siostry. Na drugi dzień, to znaczy 1 sierpnia, zaczęły się coraz mocniejsze bóle. Przyszła wreszcie ta akuszerka i przystąpiła do porodu. I o godzinie trzynastej urodził się syn [Stanisław].
     Oczywiście radość, zwłaszcza mąż się cieszył, że będzie miał syna, następcę; ale po dwóch godzinach, to znaczy gdzieś o piętnastej, okazało się, że już trzeba iść do Powstania. Mąż miał swój punkt zborny, przydział. I mówi, że bardzo się cieszy, że wspaniale wszystko, ale "niestety, wiesz, muszę odejść. Ale prawdopodobnie to potrwa gdzieś dwa - trzy dni i zaraz wrócę, zobaczymy się..." I poszedł, a ja zostałam...
A czy wcześniej mąż - wiedząc, że się zbliża Powstanie - nie myślał o tym, żeby panią wywieźć z Warszawy?
     
Ja nie chciałam nigdzie pojechać, bo chciałam być z rodziną. Nikt nie sądził, że to będzie taka sytuacja, jaka była. Wszyscy liczyli, że to zaraz się skończy; Niemcy już uciekają i zaraz będzie po sprawie. 
     I zostałam z siostrą i z tatą. Tata był już leciwy, bo ja byłam najmłodsza, a miałam siostrę, najstarszą, która była ode mnie starsza o 21 lat. I zaczęło się. Od pierwszego dnia, czyli od 1 sierpnia, na wieczór, już zaczęła się akcja, strzelanina, więc zaczęliśmy myśleć o tym, żeby uciekać, mimo że to było na parterze. Właśnie dlatego przyszłam do siostry, że to było na parterze. Ale z tej klatki schodowej nie było zejścia do piwnic, tylko trzeba było przebiec przez podwórko i dopiero tam się schodziło. Pierwszego dnia pozostawałam w domu, ale zaczął się taki ostrzał, że strach było w pokoju siedzieć, więc siedziałam z tym dzieckiem, owinięta chustką, w przedpokoju. Później trzeba było jednak uciekać do piwnicy, ale na drugi dzień rano wróciło się - i pomału zaczęło się tak, że przeważnie spędzaliśmy noce w piwnicy, później już noce i dni, bo zaczęło się bombardowanie również w dzień. Na razie mieliśmy jakieś świeczki i coś się widziało. Dziecko miało zapas smoczków, ale ja absolutnie nie miałam pokarmu, od pierwszego dnia. Z powodu stresu, najprawdopodobniej. No i zaczęło się - czym to dziecko karmić? Na razie to wodą z cukrem i to wystarczało, później siostra gotowała jakieś zupki, kaszki, jakieś takie napary, które wlewało mu się łyżeczką do buzi. Ale po kilku dniach zabrakło świeczek, zabrakło jakiegokolwiek światła, wszystko się działo po ciemku, smoczki wszystkie się zgubiły i nie było rady - siostra mówi: "Słuchaj, weźmiemy gałganek, nasypiemy cukru, zawiążemy nitką..." I to dziecko tak ssało. 
     Absolutnie, nie było mowy o tym, żeby zdobyć mleko; nic - ani chleba, ani mleka nikt nie widział. 
     Więc u nas od pierwszej chwili, od pierwszego dnia, już była straszna sytuacja. Górne piętra - to był dom chyba czteropiętrowy - górne piętra już w ogóle przestały istnieć. Tylko gruzy. I to wszystko się sypało. Codziennie było gorzej. Któregoś dnia - to było chyba pod koniec sierpnia - był straszny nalot i bomba runęła w jeden bok naszego domu. Nic nie było widać, tylko jakieś opady muru, bo to był jeden wielki tumult, więc ludzie, którzy siedzieli w piwnicach z tamtej strony, wszyscy rzucili się do nas. I ja, z dzieckiem, zostałam tak zgnieciona, że myślałam, że dziecko już nie żyje. Więc jak tylko się przejaśniło i można było wylecieć z piwnicy, to zaczęłam trząchać dzieckiem - chciałam zobaczyć czy żyje. Zrozpaczona, mówię do siostry: "Słuchaj, on nie żyje". Siostra mi go wyrwała i pobiegła na podwórko, zaczęła go [ciągnąć] za nos... I wreszcie, patrzymy - dziecko oczy otwiera. Żyje. Szczęście.
     I tak było do końca sierpnia, takie straszne były te naloty, że właściwie nad nami to była już tylko kupa gruzu, i tylko czekaliśmy, kiedy nas przysypie w piwnicach, więc było już niemożliwe tam siedzieć. Wobec tego siostra mówi: "Słuchaj, nie ma co, musimy stąd uciekać". Ale gdzie? Mój mąż kiedyś przysłał przez pocztę, przyszedł jakiś harcerzyk i przyniósł mi kartkę - jak tam, co tam, że jak tylko będzie mógł się wyrwać, to nas odwiedzi, no a jest na Architekturze przy ulicy Lwowskiej. Wobec tego już mieliśmy jakiś ślad. No a siostra mówi: "Słuchaj, idziemy na tę drugą stronę Alej Jerozolimskich, bo tam podobno jest zupełnie inaczej..."
     Tam było bezpieczniej, ale żeby tam dojść, to trzeba było z tej piwnicy wyjść. Jak wyszliśmy w nocy, to po obu stronach paliły się domy i te żagwie, to wszystko spadało na środek ulicy, więc trzeba było lawirować tak, żeby nie spadło coś, żeby się człowiek nie spalił. I musieliśmy przeciąć Marszałkowską, bo przejście w Alejach Jerozolimskich było mniej więcej między Marszałkowską a Bracką - przed ulicą Kruczą. Ale zanim myśmy się przedostali, to już była któraś tam godzina - bo, żeby przelecieć najpierw Marszałkowską, to trzeba było taki moment wyczuć, kiedy można przelecieć, bo był straszny ostrzał z Saskiego Ogrodu. Przeszliśmy na ulicę Przeskok bodajże i zaczął się straszny nalot, więc weszliśmy do piwnicy, żeby się schronić. I tam spotkałam koleżankę ze szkoły, która też miała małe dziecko, i mówię: ",Wiesz, w nocy to my stąd nie wyjdziemy". "A nie, to przenocujecie." To znaczy "przenocujecie" - siedzieliśmy na jakimś krzesełku, w korytarzu, między tymi ludźmi. I skoro tylko świt, to wyszliśmy, w taką długą kolejkę, która się ciągnęła do tej barykady. Bo takich ludzi, jak my, to było mnóstwo - uciekali z tej strony, żeby przejść na tamtą.
     A to była jedyna możliwość przejścia na drugą stronę Alej Jerozolimskich. Po paru godzinach stania jakoś żeśmy dobrnęli do tej barykady, z drugiej strony chłopcy pokazywali chorągiewką, kiedy można przejść, kiedy ostrzału już nie było - bo to z budynku BGK (Bank Gospodarstwa Krajowego) w Alejach Niemcy strzelali - i jakimś cudem tam przeleciałam, z siostrą i z tatą. I jak przeszliśmy na tamtą stronę, to nam się wydawało, że to jest raj - domy stoją normalnie, szyby w oknach, ludzie jeszcze chodzą po ulicach...
     Przechodziło się też dołem, to znaczy między piwnicami były takie otwory z jednego domu do drugiego i przechodziło się pod ziemią. Doszliśmy do ulicy Hożej i tam siostra mówi: "Słuchaj, dziecko zmordowane, trzeba chociaż wody zdobyć". Jacyś ludzie mi coś dali; ale panie tam były takie ładnie poubierane i patrzyli na nas jak na nędzarzy - no a my brudni, zapyziali, bo ani się nie mył człowiek, ani nic - i z taką rezerwą: "No dobrze".
     No to siostra mówi: "Wiesz co, to ja pójdę znaleźć twojego męża, niech on nam coś poradzi, a ty tutaj poczekasz". Z tatą poczekaliśmy parę godzin i rzeczywiście siostra, nie wiem, jakim cudem, do gmachu Architektury dotarła i go znalazła - tam były przecież setki powstańców. Mój mąż akurat spał po dyżurze; obudzili go i mówią: "Jakaś pani na ciebie czeka". On zdumiony, wychodzi, patrzy - siostra. A ona mówi: "Słuchaj, ratuj nas, myśmy stamtąd uciekli, bo już było niemożliwe..."
     A ponieważ mąż akurat miał takie zadanie, że był dowódcą barykady - barykadę budowali na ulicy Wilczej, róg Poznańskiej - i poznał się tam z ludźmi, z mieszkańcami. I tam w każdym domu był taki komendant - tam mieszkała inteligencja, pan inżynier, pan doktor - więc poszedł do takiego komendanta i mówi: "Chciałbym, żeby pan pomógł, ulokował gdzieś moją żonę z maleńkim dzieckiem". Ten mówi: "Oczywiście, będę się starał". I wymyślił - na parterze, w którejś kamienicy na Wilczej, prawdopodobnie pod numerem 63, była wytwórnia perfum i zajmowali cały ten parter. Ponieważ właścicielki nie było, tylko rodzina została, a tych parę pokoi było, więc mówią: "No dobrze, jak trzeba, to niech ta pani z dzieckiem tutaj zostanie". Ale mąż mówi: "Tylko, wie pan, trudność w tym, że nie ma żadnych zapasów wyżywienia. Więc komendant odparł: "To ja się zobowiązuję, że poszczególni lokatorzy codziennie będą karmić małżonkę". I tak się miało stać, tylko,  że po kilku dniach - może 3-4 dni jeszcze było spokoju - Niemcy niestety wzięli się za Śródmieście Południowe i zrobiło się to samo, co było po tamtej stronie Alej. Więc znowu było siedzenie w piwnicach, tylko nie u siebie, uciekanie i tak dalej. A najgorzej to było właśnie z wyżywieniem. Więc mój małżonek, ponieważ był w Architekturze, a ja na Wilczej, więc bliziutko, starał się coś mi donieść. Sami nie mieli, ale była hala Koszyki i oni wszystkie te kioski obrabiali, bo musieli coś jeść. Kiedyś mi przyniósł woreczek cukru, więc żywiłam się później tym cukrem. Bo tak przez tydzień może, to chodziłam do tych państwa i jakoś mnie podkarmiali, ale później stamtąd też wszyscy uciekali do piwnic i każdy się bał o swoją skórę, i nikogo nie będzie obcego karmił. Więc ja żywiłam się tylko tym cukrem i to moje dziecko ssało ten cukier z wodą, jak się zdobyło...
     Mój tata stawał w kolejkach po wodę, gdzieś pod ziemią, i przynosił mi troszkę wody - na tyle, żeby obmyć dziecko. Bo dziecko nie było kąpane prawie od urodzenia, a jeżeli chodzi o pieluszki, to się darło prześcieradła, co się dało; i potem  wyrzucało się to wszystko... O tym, żeby coś przeprać, to nie było mowy, bo nie było wody do picia. I tak żeśmy dotrwali w tych piwnicach do tego wielkiego przelotu amerykańskich, samolotów [18 września]. Zrzucili zasobniki. Wszyscy oczywiście wylegli na podwórka i się modlili, żeby to był desant. Okazało się, że to są jakieś pojemniki, które trafiały przeważnie na niemiecki teren, a do nas to mało co dotarło - i skończyła się euforia.
     I zaczął się straszny ostrzał. Nie tylko waliły "krowy" - to było od początku, ale teraz jeszcze doszły olbrzymie pociski kolejowe, "Gruba Berta". I tak to było ustawione, że dosłownie jeden dom za drugim się walił. Jak nakręcano tę straszną maszynę, to wszyscy słyszeli, bo każdy już siedział w piwnicy i tylko czekał, kiedy zawali mu się na głowę. Dom przed nami runął już w gruzy, więc wszyscy wylecieli ratować ludzi, wyciągać, a my czekamy - teraz na nas. I rzeczywiście. Rąbnęło coś strasznie, tak niesamowicie, że dom się cały zatrząsł, więc myślałam, że to już jest koniec, ale po opadnięciu tych strasznych oparów i w strasznym zaduchu amoniaku, pomału, pomału, pomału - patrzymy, że żyjemy. Więc ludzie znowu zaczęli wylegać na podwórka - okazało się, że to był niewypał olbrzymiej bomby, która stanęła i zatrzęsła całym naszym domem. I tak nas ominęło, bo później już następny dom był na tapecie, i tak dalej. I takim cudem żeśmy ocaleli. To już było blisko końca września...
     Jak mąż mógł się wyrwać, to mnie odwiedzał, raz mi przyniósł kawałek czekolady, a raz to było coś humorystycznego - przyniósł woreczek mąki, więc te panie, u których byłam, strasznie się ucieszyły. W zamian dostał pół litra wódki, żeby chłopcy sobie wypili, a ona szczęśliwa, że wreszcie ma mąkę i zrobi jakieś kluski. No więc zabrała się, rozłożyła stolnicę, nasypała tej mąki, nalała wody... I okazuje się, że ręce jej w tym stanęły - bo to był gips. Więc była wściekła niesamowicie, że ją oszukali... A oni nie mieli pojęcia, że to nie jest mąka, bo wyglądało, jak mąka, więc byli tego pewni. I tak się skończyły dobre stosunki, bo się strasznie obraziła.
     Później, już przed samym końcem września, mąż mnie odwiedził, ja mówię: "Słuchaj, przecież to jest już nie do wytrzymania, już jeść nie ma co..." Ja ten cukier, to czułam, że mnie dosłownie wypali, powiedziałam: "Boże, jeżeli przeżyję, to w życiu nie będę jadła cukru" (ale to nieprawda). No i mąż przyszedł, ja mówię: "Daj spokój, przecież to już nie do wytrzymania. Jakimś cudem może uda się wyjść..." A on mi na to: "Słuchaj, tyle żeśmy przecierpieli i ty chcesz wyjść? Do Niemców? Co? Z białą flagą? Absolutnie!" Ja mówię: "Wobec tego, co będzie?" "No trudno" - odparł. "Prawdopodobnie musimy wszyscy zginąć. Bo się nie poddamy." Mówię: "No to trudno. Tylko jak?" "Jak, to nie wiem, ale wiesz, może w przyszłości inni będą mieli lepiej..." "No to wspaniale..." Poszedł. Ale za trzy dni wrócił i powiedział: "No, już koniec. Niestety - kapitulacja".
     Kapitulacja. No i co dalej? Więc mąż mówi: "Słuchaj, jeśli ja z tobą wyjdę, to wiadomo, że mnie od razu zawiozą do obozu, wywiozą, nie wiem gdzie. Jest inna możliwość, przyznali nam prawa kombatanckie, mogę iść do niewoli jako jeniec wojenny..." "Jeżeli tak uważasz..." - odparłam. - "No tak, gremialnie wszyscy idziemy." Mąż wyszedł ze swoim oddziałem do niewoli. Ja wyszłam wcześniej z tatą - bo moja siostra ze mną nie wyszła, bo też się obawiała, że ją gdzieś wywiozą, a liczyła na to, że sobie może jakoś poradzi. Wobec tego ja wyszłam z dzieckiem i z tatą.
     Wiadomo było, że nas nie wywiozą do Niemiec, tylko gdzieś tutaj, pod Warszawę. Musieliśmy przejść całą drogę do Dworca Zachodniego. Po drodze mijaliśmy pola, pełne pomidorów, różnych owoców i warzyw, których się nie widziało przez dwa miesiące. Więc mój tata dorwał się do tych pomidorów, zebrał parę i przyniósł - a ja się bałam to jeść.
     Potem przewieźli nas do Pruszkowa. Tam warunki takie, że leżały gazety i na tych gazetach ludzie siedzieli - i tak mieliśmy przenocować. W halach na betonowej podłodze. Przyjechała jakaś ekipa z kotłami z zupą. Ale była taka sytuacja, że ja nie miałam ani w co wziąć tej zupy, ani jak dojść do tej zupy, bo tam był tłum ludzi, trzeba było tam dotrzeć, a ja nie mogłam dziecka zostawić, ciągle byłam z nim owiązana, taką chustą. Ale ktoś się zlitował wreszcie, ktoś mi w jakiejś menażce tej zupy przyniósł. Znowu dziecko nakarmiłam łyżeczką, to rzadkie wlewałam mu do buzi, żeby cośkolwiek zjadł. Następnego dnia rano wygarnęli nas na ten peron i podstawili pociąg towarowy - odkryty, bez dachu. Władowali nas, ile mogło wejść. Ja tylko starałam się być koło ściany, żeby się oprzeć, bo nie było mowy o tym, żeby usiąść, tylko tak na stojąco. I stałam tak [z dzieckiem] pod ścianą, zaczął padać deszcz, dojechaliśmy, pamiętam, do Częstochowy. I w Częstochowie znowu, robotnicy z jakiejś fabryki dostawali taki deputat, zupę, o dwunastej w południe, więc przywieźli nam tę zupę pod wagon. Ludzie mieli w co brać, ktoś mi trochę zupy podał, rzucali nam chleb. Ruszyliśmy później w dalszą drogę, gdzie - nie wiedziałam. 
     Dojechaliśmy do stacji Koniecpol. Tam nas wygarnęli i były podwody naszykowane - z różnych wsi gospodarze przyjeżdżali furami i zabierali tych uciekinierów, jak oni to nazywali. Wyszłam z tatą i z dzieckiem i jakiś starszy gospodarz tak popatrzył na mnie i mówi: "No niech pani siada, zawiozę panią tam do siebie i jakoś to będzie..." Podziękowałam bardzo. Zawiózł nas do takiej wioski, co się nazywa Irządze. Tam była tylko jego żona i syn. Przyjęli mnie dość ciepło, w kuchni mi dali łóżeczko, żebym z dzieckiem mogła tam spać. "Ale taty to nie mamy gdzie położyć." No to on mówi, że wszystko jedno - da wiązkę słomy; i położyli słomę i tata tam spał. 
     Ale tak było dosłownie jeden - dwa dni i okazało się, że tata jest chory - najadł się pomidorów i dostał tak zwanej krwawej dyzenterii. No i nieprzytomny był, z gorączką... Gospodarz za głowę się łapie, mówi: "Przecież nie może tak tutaj leżeć". Okazało się, że tam był kiedyś dwór i w tym dworze RGO zrobiła szpital dla bezdomnych i chorych. Więc mówią, że tam ewentualnie tatę trzeba odstawić i tam go będą leczyć. I go przewieźli, nie pamiętam już, jakim sposobem, w każdym razie tam się dostał. Po dwóch czy trzech dniach, strasznie niespokojna o losy mojego taty - miałam dla niego czystą koszulę, żeby się przebrał - dotarłam do tego dworu, to było ze dwa kilometry, przeszłam, pytam się gdzie tu jest szpital. Mówią: "A, to tam w podziemiach, tam na dole". Weszłam tam, to było coś niesamowitego - sala, taka piwnica wielka, gdzie pod jedną ścianą i pod drugą leżały rzucone wiązki słomy i chorzy, starzy ludzie, na tej słomie leżeli. Znalazłam tatę i mówię, że przebiorę... Mówi: "Słuchaj, dziecko, uciekaj stąd, bo tu takie wszy chodzą po wszystkich, że jak mnie przebierzesz, to jeszcze szybciej..." Ja mówię: "No trudno, to zostawię". I mówi: "Uciekaj stąd, żeby do dziecka się nie dostały". "Tatusiu, ale czy jest tu jakiś lekarz?" "Lekarza to nie widziałem, ksiądz przychodzi." Ksiądz po prostu dawał im ostatnie namaszczenie, jakieś dobre słowo prawdopodobnie... No i poszłam stamtąd, bo nie było sensu tam w ogóle być.
     I za dwa dni, jak byłam w domu u moich gospodarzy, ktoś stuka do drzwi. Przychodzi taki stary człowiek z laseczką, wchodzi, pyta się o moje nazwisko i mówi: "Chciałem panią tylko zawiadomić, że pani tata już nie żyje i trzeba go stamtąd jakoś zabrać". Byłam w rozpaczy. Ale po sąsiedzku, u następnych gospodarzy, była taka rodzina - małżeństwo, ludzie po trzydzieści parę lat - i ja w tej rozpaczy przyszłam do nich i mówię, że nie wiem, co mam zrobić. Więc gospodarz mówi: "Niech pani się nie martwi, ja się zajmę pogrzebem, jakoś go stamtąd wyciągniemy. Trzeba go przewieźć do miasta, trzeba jakąś trumnę załatwić" Mój tata był drugi z kolei, który zmarł.
     W miasteczku był ryneczek, tam w RGO lekarz przyjmował. Powiedzieli mi, że zrobi trumnę - to znaczy zbił z desek taką skrzynię, ale wyglądała jak trumna. Pytam się, ile mam zapłacić - "Nie, nie, nie trzeba płacić", bo to już jego dar. I później do księdza. Ksiądz mówi: "No tak, trzeba pogrzeb jakiś zrobić... No ale to trochę kosztuje..." Miałam parę "górali", czyli pięćsetek, bo wychodząc z Powstania mąż dostał żołd i przekazał mi to, bo po co jemu, jak on do Niemiec jedzie. Te pięćset złotych u nas po Powstaniu już w ogóle nie miało żadnego znaczenia... Natomiast tam ksiądz przyjął. I odprawił mszę, z tym, że pochować na cmentarzu nie chciał - powiedział, że parafianie byliby oburzeni, że się chowa obcych, więc będzie za parkanem. Zrobili takie miejsce, gdzie chowali uciekinierów z Warszawy. No trudno, nie ma innego wyjścia. Jeszcze trzeba było kogoś poprosić, żeby trumnę przeniósł... Więc gospodarz z synem przyszli, i pan doktor, i jakoś trumnę doholowali do grobu - butelkę po prostu włożyłam z nazwiskiem i adresem. Tę butelkę żeśmy zakopali, jakiś krzyżyk zrobili i na tym się skończyło. Zostałam sama z dzieckiem.
A siostra gdzie była w tym czasie?
    
Siostra wylądowała w Krakowie - za pierścionek przekupiła Niemców. Tak, że jej nie wywieźli poza granice Generalnej Guberni. 
     To było chyba pod koniec listopada. Przyszłam do domu i nie wiedziałam w ogóle, co ze sobą zrobić. A ponieważ ten mój mały dostał przepukliny - wtedy, jak nas tak zgnietli - więc poszłam do lekarza, do RGO. On mówi: "Proszę pani, to jest przepuklina, ale teraz nic nie zrobimy. Gdzie tutaj, co? Jak będzie miał rok i gdzieś wylądujecie, to wtedy trzeba zrobić operację".
     Poznałam tam jakichś ludzi, usłyszałam, że się gdzieś wybierają. Mówią: "Co tutaj będziemy siedzieć, nie ma mowy..." - usłyszałam coś o Grójcu. A mój mąż miał rodzinę pod Grójcem, wiedziałam o tym. Więc myślę sobie - bardzo możliwe, że ta rodzina, czyli mama, ojciec, może tam się znaleźli.
     I pytam tego pana: "To pan się wybiera?". "Tak, tak, z żoną jedziemy." Ja mówię: "Ale jak wy stąd wyjedziecie?" Mówi: "Dadzą nam podwodę, bo muszą, zawiozą nas do Kielc. A z  Kielc przejedziemy do Radomia" - dalej pociągi nie kursowały, nie było mowy, żeby się dostać do Grójca.
     Do Kielc jechaliśmy ze dwie godziny na pewno. Pociąg był dosyć późno, ale oni mi pomogli, jakiś tłumoczek... Właściwie nic nie miałam tylko dla dziecka chociaż kaftaniki do przebrania. A poza tym - co mogłam wziąć, jak miałam jedną rękę zajętą dzieckiem, a w drugiej malutką walizeczkę. 
     Wsiedliśmy do pociągu, w przedziale oprócz nas było dwóch miejscowych panów, którzy czymś handlowali. I patrzą tak na mnie, z litością, że małe dziecko tu przewijam, taka biedna - "Ojej, a to wyście straszne rzeczy przeżyli". Ja mówię: "Niestety, tak". Wysiedli na którejś stacji. I ja już dziecko szykuję, bo dojeżdżamy do Radomia, odwijam chustę, a tam 500 złotych. Byłam strasznie wzruszona: "No, jednak są jeszcze ludzie, którzy potrafią pomóc - pomyślałam - "ale to już muszę wyglądać okropnie".
     W każdym bądź razie dojechaliśmy do Radomia, to już była prawie noc, ale blisko dworca był znowu jakiś budynek RGO i tam poszliśmy, żeby przenocować. Poszłam do pań, które się zajmowały, błagam o kroplę mleka dla dziecka. "A nie, proszę pani, o mleku to w ogóle nie ma mowy." Stały tam takie piętrowe prycze, strach było na nich usiąść z powodu wszy, ale przemordowaliśmy się tak do rana. 
     I co dalej - trzeba iść na szosę i zatrzymywać ciężarówki, żeby nas łaskawie zabrali do Grójca. Bo to ileś kilometrów z Radomia. Deszcz padał, jechał jakiś jeden za drugim, ale nie chcieli zabierać, wreszcie się zatrzymał, też bez dachu, i też się naładowało tych ludzi ile się dało, na stojąco, tak, że co ruszył, to żeśmy lecieli. I mówię: "Matko święta, gdzieś tu nas wywali po drodze". Ale jakoś dojechaliśmy, chyba na jedenastą rano, do Grójca. Wysiedliśmy i ci państwo, co się mną opiekowali, mówią: "Niestety, my jedziemy w zupełnie innym kierunku, musi pani sobie teraz jakoś dać radę. A gdzie ta rodzina?" Ja mówię: "No wiem, że ze 6 kilometrów od Grójca". "No tak, to już musi pani tam jakoś przejść." To był grudzień..., a trzeba było iść pieszo. I tam znowu był punkt RGO, gdzie można było dostać zupę i znowu błagałam o mleko, ale oczywiście nie było mowy o mleku...
Czyli dziecko było cały czas bez mleka?
     U gospodarzy na wsi dostał takie mleko, że zaczął chorować. Poszłam do lekarza, lekarz mówi: "Proszę pani, jak można dawać pełnotłuste mleko, kiedy dziecko jest wyjałowione? Trzeba dolewać wody i dopiero później, pomalutku, pomalutku, jakąś kaszkę i tak dalej" - dopiero mi to uświadomił, nie miałam o tym pojęcia. I tam w Grójcu stanęłam i mówię: "No, jestem już bezradna".
     Posłali mnie do mleczarni. Poszłam do mleczarni i błagam o mleko, a oni mówią: "Proszę pani, tu jest kontyngent, my wszystko wydajemy Niemcom, natychmiast, to, co przywożą ci rolnicy, to wszystko od razu musimy oddać".
     No to już jest koniec świata. Więc poszłam do stołowni RGO, tam zjadłam zupę i znowu dziecko nakarmiłam tym rzadkim, nalałam mu do buzi ile się dało. I mówię: "Matko święta, co ja teraz zrobię? Już się ściemnia, nie pójdę przez pola do tej wsi w noc; zajdę po nocy..." - Stanęłam i mówię - "już teraz jestem w rozpaczy". Wychodzę, może ktoś jakoś mnie podwiezie... Patrzę - naprzeciwko idzie kobieta. Idzie, patrzy na mnie, ja na nią - a to mojego męża ciotka. I okazało się, że ona jest w Grójcu, z moją teściową, która tam się zakręciła i w szpitalu pracowała.
     No cud po prostu, uważałam, że to jest cud. Ta ciocia mówi: "Boże! To ty żyjesz! Myśmy myśleli, że wy nie żyjecie!" Bo oni wyszli z Warszawy 6 sierpnia; mieszkali na Woli, więc ich od razu wygonili, koło kościoła świętego Wojciecha. I oni znaleźli się właśnie koło Grójca. A teściowa nie chciała być ciężarem, więc sobie znalazła pracę, salowej czy w kuchni, żeby cokolwiek robić, i była w Grójcu.
     To był w ogóle szalony wieczór, bo ona już myślała, że swojego wnuka więcej nie zobaczy, a okazało się, że on żyje. Więc złapała dziecko i pobiegła zaraz do lekarza niemieckiego. I prosiła go, że kinder, jej wnuczek, żeby go zbadał, bo on taki biedny. A ten lekarz, taki był dobry człowiek, popatrzył na dziecko, zbadał, ale mówi: "Kinder kaputt". Więc teściowa przyleciała do mnie i mówi: "Matko święta, przeżył Powstanie i... A lekarz mówi, że on serce ma takie słabe i w ogóle..."
     Przenocowałam w Grójcu i rano ciotka mnie zaprowadziła na wieś i tam zostałam. Był grudzień, w święta Bożego Narodzenia babcia zarządziła, że dziecko trzeba ochrzcić, bo może zaraz umrzeć. Byliśmy tam do końca lutego. I powiedziałam: "Jak ja mam tak żyć, w takich warunkach" - ale dziecko chociaż to mleko dostawało...
A stan dziecka jakoś się poprawił przez ten czas?
    
Poprawił się, bo już odżywił się troszkę, kaszkę się robiło, już nie widać było, żeby on miał zaraz umrzeć.
     Moi teściowie przyjechali do Warszawy, do tych gruzów, zobaczyć, gdzie tutaj można byłoby się ulokować. Okazało się, że parter na Śliskiej, gdzie moja siostra miała mieszkanie, to jest właściwie cały. Tylko, że nad nim trzy piętra gruzu wiszą... I siostra już była na miejscu i czekała, kiedy ja wrócę. I tam żeśmy kozę postawili z rurą w okno, i tak się gotowało coś, jakieś zupki...
Czyli w zimie, w lutym jeszcze, przyjechała pani do Warszawy?
     
Na pierwszego marca, akurat to były moje urodziny. Mówię: "Ja już tu więcej nie wytrzymam na wsi, wszystko jedno gdzie, do gruzów, aby do Warszawy". I przyjechaliśmy do Warszawy, i w tych gruzach zamieszkaliśmy, ale co noc, jak wichura wyła, to trzaskały belki i tylko patrzyliśmy, kiedy nas przygniecie to wszystko. To się coraz bardziej wgłębiało, coraz więcej było gruzu, więc mówię: "Nie ma co, trzeba szukać mieszkania". Ale ciągle byłam uziemiona, miałam małe dziecko i nie mogłam nic...
     Znaleźli sobie jakieś lokum w szkole na Chłodnej, było gimnazjum Reslerów, mury były tam żelazne, od zewnątrz były spalone, a w środku - były tam szatnie, ubikacje - to jakoś ocalało. Z tym, że nie było schodów, no ale schody to zrobili z desek i tam się wchodziło. I tam żeśmy zamieszkali, parę sztuk nas tam mieszkało.
     Męża nie było, bo mój mąż cały czas był w niewoli i jeszcze miał takie nieszczęście, że jak go Niemcy przewozili, już gdzieś w kwietniu, z obozu do innego obozu, to akurat Ruscy zrobili nalot na ten pociąg, że oczywiście posiekali z broni pokładowej te dachy, i mój małżonek mówi, że nie wie, jakim cudem ocalał, bo facet, który był nad nim, który się przewrócił, to nie żył. A mąż miał obie nogi przestrzelone, na wylot i zabrali go partyzanci jugosłowiańscy. Zabrali go do szpitala - wiem, że później był nawet w Lublanie - gdzieś na granicy jugosłowiańsko-austriackiej. I później, przez parę miesięcy, niestety leżał w szpitalach, później na rekonwalescencji - tak,  że wrócił we wrześniu 1945 roku. Znalazł nas jakimś cudem, bośmy się wynieśli na ulicę Chłodną...
I w końcu gdzie pani zamieszkała?
    
A później to mi się tak trafiło, że mój brat wrócił z Berlina, też z żoną, a mieszkali na Kole, w takich nowych blokach, jak to się wtedy nazywało - szklane domy Żeromskiego. Na dwa lata przed wojną tam zamieszkali. I wrócili do tego domu. On był pracownikiem elektrowni warszawskiej i ci pracownicy jeździli na Ziemie Zachodnie, żeby tam instalować elektryczność, bo wszystko było zniszczone. I wyjechał, jakieś mieszkanie sobie znalazł, przyjechał po żonę i mówi: "Słuchaj, to my tam wyjedziemy, bo tam można teraz zarobić. Ale jest mieszkanie - co zrobić?" - No to, ponieważ ja miałam małe dziecko - "Halinkę zabierzemy tutaj, niech oni sobie żyją po ludzku". To nie było duże mieszkanie -  dwudziestoośmiometrowe, ale z gazem prawie od razu, szyby nawet były w oknach, bo tam nie było walk... Było całkiem dobrze. Później mąż wrócił, we wrześniu. Zaczął pracować, zaraz go wybrali w Związku Inwalidów Wojennych, ponieważ powstaniec - tam przeważnie byli starzy ludzie, z I wojny światowej do zarządu Wojewódzkiego Związku Inwalidów i tam zaczął pracować. Tylko, że pracował na Pradze, a mieszkaliśmy na Kole, tak, że to było ze 30 kilometrów codziennie. Jakiegoś Willisa mieli, który ich podwoził, ale przeważnie jak rano wyjeżdżał, to późno wieczorem przyjeżdżał.
A jak było z dzieckiem? Bo pani wspominała o przepuklinie  i  innych problemach zdrowotnych.
     
Zaczęłam starać się o to, żeby mu zrobili tę operację. A jedyny szpital dziecięcy, który ocalał, to był na ulicy Litewskiej. Zgłosiłam się tam, oczywiście poszłam pieszo, bo przecież nie było żadnych środków lokomocji, a z Koła na Litewską to też parę ładnych kilometrów, i tak tam chodziłam. Lekarz stwierdził, że operację jak najbardziej trzeba zrobić, ale niestety jest taki natłok, że trzeba poczekać. Ze trzy - cztery razy tak mnie odsyłali, że dzisiaj nie, ale może za tydzień, a może za dwa tygodnie, ale wreszcie zrobili mu operację szczęśliwie, no i żyje.
     Potem już nie było problemów z dzieckiem. Lubił zawsze dużo jeść, bo z tego głodowania to pozostało. Z tym, że niestety nie był wyrośniętym, dużym młodzieńcem - był drobny, bo te pierwsze miesiące niestety zaważyły na tym - ale dawał sobie radę.  Sportowiec - ma łódkę i pływa, jeździ na nartach. Tak, że skończyło się szczęśliwie.

 Wstecz...



Galeria fotografii

Wywiad z Haliną Wiśniewską przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego, 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten