Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Wiśniewskiej


foto

      Dojechaliśmy do stacji Koniecpol. Tam nas wygarnęli i były podwody naszykowane - z różnych wsi gospodarze przyjeżdżali furami i zabierali tych uciekinierów, jak oni to nazywali. Wyszłam z tatą i z dzieckiem i jakiś starszy gospodarz tak popatrzył na mnie i mówi: "No niech pani siada, zawiozę panią tam do siebie i jakoś to będzie..." Podziękowałam bardzo. Zawiózł nas do takiej wioski, co się nazywa Irządze. Tam była tylko jego żona i syn. Przyjęli mnie dość ciepło, w kuchni mi dali łóżeczko, żebym z dzieckiem mogła tam spać. "Ale taty to nie mamy gdzie położyć." No to on mówi, że wszystko jedno - to wiązkę słomy; i położyli słomę i on tam spał.
     Ale to było dosłownie jeden - dwa dni i okazało się, że tata jest chory - najadł się tych pomidorów i dostał tak zwanej krwawej dyzenterii. No i nieprzytomny, gorączka... Gospodarz za głowę się łapie, mówi: "Przecież nie może tak tutaj leżeć". Okazało się, że tam był kiedyś dwór i w tym dworze RGO zrobiła szpital dla bezdomnych i chorych. Więc mówią, że tam ewentualnie tatę trzeba odstawić i tam go będą leczyć. I go przewieźli, nie pamiętam już, jakim sposobem, w każdym bądź razie tam się dostał. Po dwóch czy trzech dniach, strasznie niespokojna o losy mojego taty - miałam dla niego czystą koszulę, żeby się przebrał - dotarłam do tego dworu, to było ze dwa kilometry, przeszłam, pytam się gdzie tu jest szpital. Mówią: "A, to tam w podziemiach, tam na dole". Weszłam tam, to było coś niesamowitego - sala, taka piwnica wielka, gdzie pod jedną ścianą i pod drugą leżały rzucone wiązki słomy i chorzy, starzy ludzie, na tej słomie leżeli. Znalazłam tatę i mówię, że przebiorę... Mówi: "Słuchaj, dziecko, uciekaj stąd, bo tu takie wszy chodzą po wszystkich, że jak mnie przebierzesz, to jeszcze szybciej..." Ja mówię: "No trudno, to zostawię". I mówi: "Uciekaj stąd, żeby do dziecka się nie dostały". "Tatusiu, ale czy jest tu jakiś lekarz?" "Lekarza to nie widziałem, ksiądz przychodzi." Ksiądz po prostu dawał im ostatnie namaszczenie, jakieś dobre słowo prawdopodobnie... No i poszłam stamtąd, bo nie było sensu tam w ogóle być.
     I za dwa dni, jak byłam w domu u tych gospodarzy, ktoś stuka do drzwi. Przychodzi taki stary człowiek z laseczką, wchodzi, pyta się o moje nazwisko i mówi: "Chciałem panią tylko zawiadomić, że pani tata już nie żyje i trzeba go stamtąd jakoś zabrać". Byłam w rozpaczy. Ale po sąsiedzku, u następnych gospodarzy, była taka rodzina - małżeństwo, ludzie po trzydzieści parę lat - i ja w tej rozpaczy przyszłam do nich i mówię, że nie wiem, co mam zrobić. Więc ten gospodarz mówi: "Niech pani się nie martwi, ja się zajmę pogrzebem, jakoś go stamtąd wyciągniemy. Trzeba go przewieźć do miasta, trzeba jakąś trumnę załatwić" Mój tata był drugi z kolei, który zmarł.
     W tym miasteczku był ryneczek, tam w RGO lekarz przyjmował. Powiedzieli mi, że zrobi trumnę - to znaczy zbił z desek taką skrzynię, ale wyglądała jak trumna. Pytam się, ile mam zapłacić - "Nie, nie, nie trzeba płacić", bo to już jego dar. I później do księdza. Ksiądz mówi: "No tak, trzeba pogrzeb jakiś zrobić... No ale to trochę kosztuje..." Miałam parę "górali", czyli pięćsetek, bo wychodząc z Powstania mąż dostał żołd i przekazał mi to, bo po co jemu, jak on do Niemiec jedzie. Te pięćset złotych u nas po Powstaniu już w ogóle nie miało żadnego znaczenia... Natomiast tam ksiądz przyjął. I odprawił mszę, z tym, że pochować na cmentarzu nie chciał - powiedział, że parafianie byliby oburzeni, że się chowa obcych, więc będzie za parkanem. Zrobili takie miejsce, gdzie chowali uciekinierów z Warszawy. No trudno, nie ma innego wyjścia. Jeszcze trzeba było kogoś poprosić, żeby trumnę przeniósł... Więc gospodarz z synem przyszli, i pan doktor, i jakoś trumnę doholowali do grobu - butelkę po prostu włożyłam z nazwiskiem i adresem. Tę butelkę żeśmy zakopali, jakiś krzyżyk zrobili i na tym się skończyło. Zostałam sama z dzieckiem.
A siostra gdzie była w tym czasie?
    
Siostra wylądowała w Krakowie - za pierścionek przekupiła Niemców. Tak, że jej nie wywieźli poza granice Generalnej Guberni.
     To było chyba pod koniec listopada. Przyszłam do domu i nie wiedziałam w ogóle, co ze sobą zrobić. A ponieważ ten mój mały dostał przepukliny - wtedy, jak nas tak zgnietli - więc poszłam do lekarza, do RGO. On mówi: "Proszę pani, to jest przepuklina, ale teraz nic nie zrobimy. Gdzie tutaj, co? Jak będzie miał rok i gdzieś wylądujecie, to wtedy trzeba zrobić operację".
    Poznałam tam jakichś ludzi, usłyszałam, że się gdzieś wybierają. Mówią: "Co tutaj będziemy siedzieć, nie ma mowy..." - usłyszałam coś o Grójcu. A mój mąż miał rodzinę pod Grójcem, wiedziałam o tym. Więc myślę sobie - bardzo możliwe, że ta rodzina, czyli mama, ojciec, może tam się znaleźli.
     I pytam tego pana: "To pan się wybiera?". "Tak, tak, z żoną jedziemy." Ja mówię: "Ale jak wy stąd wyjedziecie?" Mówi: "Dadzą nam podwodę, bo muszą, zawiozą nas do Kielc. A z  Kielc przejedziemy do Radomia" - dalej pociągi nie kursowały, nie było mowy, żeby się dostać do Grójca.
     Do Kielc jechaliśmy ze dwie godziny na pewno. Pociąg był dosyć późno, ale oni mi pomogli, jakiś tłumoczek... Właściwie nic nie miałam tylko dla dziecka chociaż kaftaniki do przebrania. A poza tym - co mogłam wziąć, jak miałam jedną rękę zajętą dzieckiem, a w drugiej malutką walizeczkę.
     Wsiedliśmy do pociągu, w przedziale oprócz nas było dwóch miejscowych panów, którzy czymś handlowali. I patrzą tak na mnie, z litością, że małe dziecko tu przewijam, taka biedna - "Ojej, a to wyście straszne rzeczy przeżyli". Ja mówię: "Niestety, tak". Wysiedli na którejś stacji. I ja już dziecko szykuję, bo dojeżdżamy do Radomia, odwijam chustę, a tam 500 złotych. Byłam strasznie wzruszona: "No, jednak są jeszcze ludzie, którzy potrafią pomóc - pomyślałam - "ale to już muszę wyglądać okropnie".
     W każdym bądź razie dojechaliśmy do Radomia, to już była prawie noc, ale blisko dworca był znowu jakiś budynek RGO i tam poszliśmy, żeby przenocować. Poszłam do pań, które się zajmowały, błagam o kroplę mleka dla dziecka. "A nie, proszę pani, o mleku to w ogóle nie ma mowy." Stały tam takie piętrowe prycze, strach było na nich usiąść z powodu wszy, ale przemordowaliśmy się tak do rana.
     I co dalej - trzeba iść na szosę i zatrzymywać ciężarówki, żeby nas łaskawie zabrali do Grójca. Bo to ileś kilometrów z Radomia. Deszcz padał, jechał jakiś jeden za drugim, ale nie chcieli zabierać, wreszcie się zatrzymał, też bez dachu, i też się naładowało tych ludzi ile się dało, na stojąco, tak, że co ruszył, to żeśmy lecieli. I mówię: "Matko święta, gdzieś tu nas wywali po drodze". Ale jakoś dojechaliśmy, chyba na jedenastą rano, do Grójca. Wysiedliśmy i ci państwo, co się mną opiekowali, mówią: "Niestety, my jedziemy w zupełnie innym kierunku, musi pani sobie teraz jakoś dać radę. A gdzie ta rodzina?" Ja mówię: "No wiem, że ze 6 kilometrów od Grójca". "No tak, to już musi pani tam jakoś przejść." To był grudzień..., a trzeba było iść pieszo. I tam znowu był punkt RGO, gdzie można było dostać zupę i znowu błagałam o mleko, ale oczywiście nie było mowy o mleku...
Czyli dziecko było cały czas bez mleka?
      
U gospodarzy na wsi dostał takie mleko, że zaczął chorować. Poszłam do lekarza, lekarz mówi: "Proszę pani, jak można dawać pełnotłuste mleko, kiedy dziecko jest wyjałowione? Trzeba dolewać wody i dopiero później, pomalutku, pomalutku, jakąś kaszkę i tak dalej" - dopiero mi to uświadomił, nie miałam o tym pojęcia. I tam w Grójcu stanęłam i mówię: "No, jestem już bezradna".
     Posłali mnie do mleczarni. Poszłam do mleczarni i błagam o mleko, a oni mówią: "Proszę pani, tu jest kontyngent, my wszystko wydajemy Niemcom, natychmiast, to, co przywożą ci rolnicy, to wszystko od razu musimy oddać".
     No to już jest koniec świata. Więc poszłam do stołowni RGO, tam zjadłam zupę i znowu dziecko nakarmiłam tym rzadkim, nalałam mu do buzi ile się dało. I mówię: "Matko święta, co ja teraz zrobię? Już się ściemnia, nie pójdę przez pola do tej wsi w noc; zajdę po nocy..." - Stanęłam i mówię - "już teraz jestem w rozpaczy". Wychodzę, może ktoś jakoś mnie podwiezie... Patrzę - naprzeciwko idzie kobieta. Idzie, patrzy na mnie, ja na nią - a to mojego męża ciotka. I okazało się, że ona jest w Grójcu, z moją teściową, która tam się zakręciła i w szpitalu pracowała.
     No cud po prostu, uważałam, że to jest cud. Ta ciocia mówi: "Boże! To ty żyjesz! Myśmy myśleli, że wy nie żyjecie!" Bo oni wyszli z Warszawy 6 sierpnia; mieszkali na Woli, więc ich od razu wygonili, koło kościoła świętego Wojciecha. I oni znaleźli się właśnie koło Grójca. A teściowa nie chciała być ciężarem, więc sobie znalazła pracę, salowej czy w kuchni, żeby cokolwiek robić, i była w Grójcu.
     To był w ogóle szalony wieczór, bo ona już myślała, że swojego wnuka więcej nie zobaczy, a okazało się, że on żyje. Więc złapała dziecko i pobiegła zaraz do lekarza niemieckiego. I prosiła go, że kinder, jej wnuczek, żeby go zbadał, bo on taki biedny. A ten lekarz, taki był dobry człowiek, popatrzył na dziecko, zbadał, ale mówi: "Kinder kaputt". Więc teściowa przyleciała do mnie i mówi: "Matko święta, przeżył Powstanie i... A lekarz mówi, że on serce ma takie słabe i w ogóle..."
     Przenocowałam w Grójcu i rano ciotka mnie zaprowadziła na wieś i tam zostałam. Był grudzień, w święta Bożego Narodzenia babcia zarządziła, że dziecko trzeba ochrzcić, bo może zaraz umrzeć. Byliśmy tam do końca lutego. I powiedziałam: "Jak ja mam tak żyć, w takich warunkach" - ale dziecko chociaż to mleko dostawało...
A stan dziecka jakoś się poprawił przez ten czas?
    
Poprawił się, bo już odżywił się troszkę, kaszkę się robiło, już nie widać było, żeby on miał zaraz umrzeć.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten