Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Wiśniewskiej


foto

     Moi teściowie przyjechali do Warszawy, do tych gruzów, zobaczyć, gdzie tutaj można byłoby się ulokować. Okazało się, że parter na Śliskiej, gdzie moja siostra miała mieszkanie, to jest właściwie cały. Tylko, że nad nim trzy piętra gruzu wiszą... I siostra już była na miejscu i czekała, kiedy ja wrócę. I tam żeśmy kozę postawili z rurą w okno, i tak się gotowało coś, jakieś zupki...
Czyli w zimie, w lutym jeszcze, przyjechała pani do Warszawy?
    
Na pierwszego marca, akurat to były moje urodziny. Mówię: "Ja już tu więcej nie wytrzymam na wsi, wszystko jedno gdzie, do gruzów, aby do Warszawy". I przyjechaliśmy do Warszawy, i w tych gruzach zamieszkaliśmy, ale co noc, jak wichura wyła, to trzaskały belki i tylko patrzyliśmy, kiedy nas przygniecie to wszystko. To się coraz bardziej wgłębiało, coraz więcej było gruzu, więc mówię: "Nie ma co, trzeba szukać mieszkania". Ale ciągle byłam uziemiona, miałam małe dziecko i nie mogłam nic...
     Znaleźli sobie jakieś lokum w szkole na Chłodnej, było gimnazjum Reslerów, mury były tam żelazne, od zewnątrz były spalone, a w środku - były tam szatnie, ubikacje - to jakoś ocalało. Z tym, że nie było schodów, no ale schody to zrobili z desek i tam się wchodziło. I tam żeśmy zamieszkali, parę sztuk nas tam mieszkało.
     Męża nie było, bo mój mąż cały czas był w niewoli i jeszcze miał takie nieszczęście, że jak go Niemcy przewozili, już gdzieś w kwietniu, z obozu do innego obozu, to akurat Ruscy zrobili nalot na ten pociąg, że oczywiście posiekali z broni pokładowej te dachy, i mój małżonek mówi, że nie wie, jakim cudem ocalał, bo facet, który był nad nim, który się przewrócił, to nie żył. A mąż miał obie nogi przestrzelone, na wylot i zabrali go partyzanci jugosłowiańscy. Zabrali go do szpitala - wiem, że później był nawet w Lublanie - gdzieś na granicy jugosłowiańsko-austriackiej. I później, przez parę miesięcy, niestety leżał w szpitalach, później na rekonwalescencji - tak,  że wrócił we wrześniu 1945 roku. Znalazł nas jakimś cudem, bośmy się wynieśli na ulicę Chłodną...
I w końcu gdzie pani zamieszkała?
    
A później to mi się tak trafiło, że mój brat wrócił z Berlina, też z żoną, a mieszkali na Kole, w takich nowych blokach, jak to się wtedy nazywało - szklane domy Żeromskiego. Na dwa lata przed wojną tam zamieszkali. I wrócili do tego domu. On był pracownikiem elektrowni warszawskiej i ci pracownicy jeździli na Ziemie Zachodnie, żeby tam instalować elektryczność, bo wszystko było zniszczone. I wyjechał, jakieś mieszkanie sobie znalazł, przyjechał po żonę i mówi: "Słuchaj, to my tam wyjedziemy, bo tam można teraz zarobić. Ale jest mieszkanie - co zrobić?" - No to, ponieważ ja miałam małe dziecko - "Halinkę zabierzemy tutaj, niech oni sobie żyją po ludzku". To nie było duże mieszkanie -  dwudziestoośmiometrowe, ale z gazem prawie od razu, szyby nawet były w oknach, bo tam nie było walk... Było całkiem dobrze. Później mąż wrócił, we wrześniu. Zaczął pracować, zaraz go wybrali w Związku Inwalidów Wojennych, ponieważ powstaniec - tam przeważnie byli starzy ludzie, z I wojny światowej do zarządu Wojewódzkiego Związku Inwalidów i tam zaczął pracować. Tylko, że pracował na Pradze, a mieszkaliśmy na Kole, tak, że to było ze 30 kilometrów codziennie. Jakiegoś Willisa mieli, który ich podwoził, ale przeważnie jak rano wyjeżdżał, to późno wieczorem przyjeżdżał.
A jak było z dzieckiem? Bo pani wspominała o przepuklinie  i  innych problemach zdrowotnych.
     
Zaczęłam starać się o to, żeby mu zrobili tę operację. A jedyny szpital dziecięcy, który ocalał, to był na ulicy Litewskiej. Zgłosiłam się tam, oczywiście poszłam pieszo, bo przecież nie było żadnych środków lokomocji, a z Koła na Litewską to też parę ładnych kilometrów, i tak tam chodziłam. Lekarz stwierdził, że operację jak najbardziej trzeba zrobić, ale niestety jest taki natłok, że trzeba poczekać. Ze trzy - cztery razy tak mnie odsyłali, że dzisiaj nie, ale może za tydzień, a może za dwa tygodnie, ale wreszcie zrobili mu operację szczęśliwie, no i żyje.
     Potem już nie było problemów z dzieckiem. Lubił zawsze dużo jeść, bo z tego głodowania to pozostało. Z tym, że niestety nie był wyrośniętym, dużym młodzieńcem - był drobny, bo te pierwsze miesiące niestety zaważyły na tym - ale dawał sobie radę.
      Sportowiec - ma łódkę i pływa, jeździ na nartach. Tak, że skończyło się szczęśliwie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten