Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


     Po południu, wśród wrzasków, przeklinań i wyzwisk pędzą nas na kolejową rampę. Stoi skład wyłącznie z węglarkami. Wagony bez dachu. Wciskają nas do nich, dopychając kolbami karabinów. Godzinami czekamy ściśnięci ramię w ramię, plecy w plecy. Zaczyna padać deszcz. Początkowo siąpi, po niedługim czasie leje. Jest nie tylko mokro, ale i zimno. Kto chce siusiu, musi robić pod siebie. Wreszcie przed północą ruszamy. Kierunek południe. Czyżby Oświęcim? Po drodze nieliczni próbują ucieczek. Wciągają się na ściany wagonów i skaczą w ciemność. Za nimi idą serie z broni wartowników. Oby komuś się udało. Na którejś stacji pociąg się zatrzymuje. Chyba parowóz tankuje wodę do tendra. Jakaś kobieta coś mówi po niemiecku do jednego z wartowników, coś mu wręcza, przedostaje się przez burtę wagonu i znika. Transport rusza. Świta. Dalej nie wiemy, dokąd nas wiozą. Około południa stajemy. Stacja Rudniki, przed Częstochową. Wachmani odsuwają rygle, przesuwają drzwi wagonów i wypędzają nas. Zesztywniali z zimna i bezruchu usiłujemy zsunąć się na ziemię, niektórzy nie mogą utrzymać się na nogach i bezwładnie padają. Ustawiają nas w szeregu przed wagonami. Jakiś „nadczłowiek" w typowym, skórzanym płaszczu i tyrolskim kapelusiku staje przed nami i oświadcza, że nasz wielki führer daje wam, warszawskim bandytom wolność. Są już przygotowane podwody. To wyznaczeni z okolicznych wsi wieśniacy mają nas rozwieść do swoich domów.

 Wstecz...


foto
 
Relacja Jerzego Pawlaka

[...]  Wreszcie pociąg ruszył do tyłu, wioząc nas w nieznane. Jechaliśmy i jechaliśmy, już straciłem rachubę. Nawet nie wiedziałem, jaki jest dzień i jak długo jedziemy? Wreszcie pociąg się zatrzymał w głębokiej nocy. "Wolbrom, wysiadać!", ktoś zawołał. "Pukajcie do każdych drzwi, niech was przenocują.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Czajkowskiego

[...]  Kres tej podróży nastąpił dnia następnego około godz. 16.00 na stacji Charsznica - Miechów, tu przygotowane podwody chłopskie zabrały nas do pobliskich wiosek. Moja rodzina oraz pan "Siekierzyński" trafiliśmy do wsi Wysocice, mnie wybrał sobie młody gospodarz p. Czekaj lat około 27, gospodarujący ze swą matką oraz młodszą siostrą.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jacka Fedorowicza

[...]  Z podróży mam jedno wspomnienie miłe. Organizacja pod nazwą RGO dała mleka i krupniku. Od tego dnia przez kilka lat krupnik był moją ukochaną zupą. Bardzo byliśmy wszyscy wygłodzeni. I może jeszcze jedno wspomnienie pozytywne. Wagony były towarowe, z tych bez dachu, ale każdy miał maleńką budkę strażniczą, na zewnątrz wagonu, w niej jechał żołnierz niemiecki, który pilnował wiezionych.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Małgorzaty Stępińskiej-Winckler

[...]  Następnego dnia wypędzono nas na plac między halami i Niemcy przeprowadzili selekcję. Bałyśmy się, żeby nas nie rozdzielono. I udało się. Skierowano nas do dużej grupy, którą po kilku godzinach załadowano do podstawionego pociągu towarowego. Nie przypominam sobie, żeby wydano nam jakąś żywność.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Stanisława Korytowskiego

[...]  Wieczorem ładują nas do węglarek i pociąg rusza. Wagony bez dachu umożliwiają obserwacje pięter mijanych budynków i stacji. Widzę chłopaka zasłaniającego okno kocem w budynku na piętrze. Obraz w miarę normalnego życia. Życia bez schronów, piwnic i bomb. Jak to było dawno. Uciekać! Ale jak? Drzwi wagonu są zaryglowane, ale nie ma dachu i pociąg jedzie wolniej pod górkę nasypu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ludmiły Niedbalskiej

[...]  O zmierzchu ruszyliśmy. Znów wekslowanie, domysły, jaki kierunek wreszcie: Brwinów, Milanówek, Żyrardów. Na peronach mijanych stacji gromadki ludzi, Niemcy z karabinami wymierzonymi w wagony. Skierniewice. Znów te grupki ludzi. Kiedy zaczynamy zwalniać, ludzie rozbiegają się z grupek i biegną tyralierą wzdłuż wagonów. Wyciągają do nas ręce, w których coś mają. Rzucają w nas, jak popadnie, chleb, jabłka. Kto złapie, to złapie. Pociąg staje. Ludzie podają nam jedzenie, nalewają z dzbanków, w wyciągnięte naczynia, gorącą kawę, wymieniają kubki na puste. Biegają po peronie jak najszybciej, żeby jak najszybciej wydać. Z wagonów, na skrawkach papierów ludzie podają wiadomości, adresy, żeby kogoś zawiadomić, że ktoś żyje. Ci z peronu wołają, że wywożą w Kieleckie, żeby się nie martwić, że przeżyjemy, że ze Wschodu idą, z Zachodu idą, to już nie długo.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner

[...]  Pamiętam tylko moment selekcji, jak już te lory towarowe, odkryte, stały i rozdzielano, znowu selekcjonowano. W tej grupie jeszcze byli mężczyźni, oddzielano ich, też oczywiście krzyk, rozpacz - rozdzielano rodziny. Mamusi i nas nie rozdzielono - razem zostałyśmy do tej lory wsadzone. W strasznym ścisku się jechało, tak upchani.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Eugeniusza Spiechowicza

[...]  Po kilku (dwóch, trzech) dniach zostaliśmy skierowani do transportu, którego przeznaczeniem był (jak się później dowiedzieliśmy) obóz koncentracyjny. W drodze na rampę, młody żołnierz pilnujący transportu, powiedział do mojej matki po niemiecku "chodź matko", wziął ją za rękę i skierował do pawilonu VIII, o którym wiedzieliśmy, że był pawilonem wolnościowym. Matka moja, która znała język niemiecki powiedziała, że jest z nieletnim synem, który został ranny w czasie bombardowania Warszawy. Żołnierz wziął mnie również za rękę i odprowadził do wyżej wymienionego pawilonu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Andrzeja Garlickiego

[...]  Ale tam nie mieliśmy co robić, bo Jędrzejów to za małe miasteczko, RGO pomagało, ale to nie wystarczało. W jakiś sposób moja rodzina nawiązała kontakt z moją ciotką ze strony ojca - siostrą ojca, która, jak się okazało, znalazła się w Kielcach. Więc przenieśliśmy się do Kielc.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas

[...]  I później pamiętam tylko, że znaleźliśmy się w takich wagonach bez okien, bez niczego... Mówili, że to świńskie wagony. W tych wagonach było okropnie ciasno, okropnie duszno, ludzie padali, umierali, to wszystko na stojąco...  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Eknera

[...]  Pan się tam znalazł z babcią i z ciocią? Tak. I z nieznanymi osobami. Z tej naszej piwnicy była tylko żona adwokata z trzema córkami. Stoimy, na budce hamulcowego pojawił się uzbrojony żandarm, pociąg ruszył. Gdzie jedziemy? I rozglądają się wszyscy. Poznają stacje. Mijamy jakąś stację. Nie widać napisów, ale to chyba Włochy - to na zachód jedziemy. Na zachód to gdzie? Do Niemiec? Następna stacja - Brwinów. Chyba Brwinów. W Brwinowie na peronie stała jakaś pani z panem i pani miała plecak, a pan wyjmował z tego plecaka jabłka i rzucał na przejeżdżające wagony - jabłka, jakieś owoce, chleb chyba też przeleciał. Na nasz wagon spadły jabłko i butelka mleka. Szczęśliwie ktoś złapał. 40 osób w tej węglarce, nie wiem ile było dzieci, sądzę, że około dziesięcioro. Byli znacznie młodsi ode mnie. I podział tej małej butelki mleka. Jakaś kobieta prosi o trochę mleka dla mojego rówieśnika. Zapamiętałem tego chłopaka - twarz o bieli utrillo, żeby nie powiedzieć "trupio blada". I dostał parę łyżeczek mleka. Matka, opiekunka, z taką rozpaczliwą pretensją - "Co mi pani daje?! Widzi pani chłopaka!" "Proszę pani, inni..." Ze złością wyrzuciła to mleko.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Andrzeja Janowskiego

[...]  I tu znowu ta moja choroba dała o sobie znać. Jechaliśmy, całą noc to na pewno, a ja potrzebowałem korzystać z toalety; w czasie jazdy nie było możliwości - pamiętam, jak ojciec mnie wystawiał za brzeg wagonu, sadzał mnie na brzegu wagonu jadącego pociągu i trzymał. Raz nawet, kiedy pociąg stał pod semaforem, wyszliśmy. Kto nas otworzył, to nie wiem, ale ktoś otworzył te węglarki. Wyszliśmy, ale ja patrzyłem na semafor z czerwonym światłem i panicznie się bałem, że pociąg ruszy, a my zostaniemy.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Grażyny Doroty Duchniak

[...]  Ponieważ w wagonie było ciasno, na dwóch cegłach była ustawiona bardzo gruba, parocalowa decha, na której ileś osób siedziało i spało na siedząco, a ja miałam nogi pod tą deską - mama wynalazła dla mnie miejsce, żebym mogła skurczona spać na podłodze, a moje nóżki były pod tą deską.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Haliny Wiśniewskiej

[...]  Następnego dnia rano wygarnęli nas na ten peron i podstawili pociąg towarowy - odkryty, bez dachu. Władowali nas, ile mogło wejść. Ja tylko starałam się być koło ściany, żeby się oprzeć, bo nie było mowy o tym, żeby usiąść, tylko tak na stojąco.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak

[...]  Potem doszłyśmy do wagonów... Ludzka natura jest nieprzewidywalna - nie wiadomo, dokąd te wagony jadą, ale ludzie się tłoczyli jakby po jakieś skarby. W tych wagonach stało się sztorcem. Na szczęście były otwarte, góra była otwarta, więc nie było duszno, ale to było punktowe, że tak powiem, miejsce; razem z babcią, razem z Manią.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Kasprzaka

[...]  Nas załadowano w bydlęce wagony na szczęście odkryte i okazało się, że wiozą nas do Oświęcimia. W pewnym momencie jak rozniosła się wieść, to ludzie zaczęli kombinować, jak tu uciec. Ktoś wyskoczył, inny próbował wyłazić, to Niemiec strzelił i zabił. Tak, że nie było to takie proste. Ta wieść gruchnęła i wszyscy byli przekonani, że...  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Tadeusza Ziomka

[...]  Tym razem też nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. W drodze otworzono drzwi, gdyż była straszna spiekota i brakowało powietrza. Zobaczyliśmy zielone pola, łany zbóż, piękne krajobrazy polskich wsi. Znikły widoki zgliszcz i ruin. Co odważniejsi, nawet kobiety, wyskakiwali w biegu z pociągu, by szybciej znaleźć się na wolności. W niektórych miejscowościach wrzucano nam do wagonu pożywienie i napoje, których byliśmy szczególnie spragnieni. Nie widać było Niemców, ale nie znaliśmy też jeszcze celu naszej podróży. (...)  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Izabelli Wciślińskiej

[...]  Aż wreszcie zapakowali nas do świńskich odkrytych wagonów w celu wywiezienia. Przed wejściem do takiego wagonu zwróciłam się do maszynisty, który miał prowadzić pociąg, aby mógł zaraz za Pruszkowem zwolnić bieg, to ja wyskoczę, ponieważ mam w Pruszkowie rodzinę. Rzeczywiście za Pruszkowem pociąg jechał bardzo wolno, zdążyłam jeszcze dwojgu dzieciom wlać trochę pokarmu w usta, zawinęłam córeczkę mocno w becik i zdecydowałam się wyskoczyć z pociągu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Andrzeja Gracjana Flaszczyńskiego

[...]  Później władowano nas do wagonów - węglarek wysokich bez dachu i zaczęto wieźć w nieznanym kierunku. Ci, którzy znali się na kierunkach świata, powiedzieli, że nas wiozą na południe. Sądziliśmy, że przewozili nas do Oświęcimia. Efekt był taki, że część osób chciało uciekać, ale na stopniach wagonów stali wartownicy niemieccy. W końcu dojechaliśmy do stacji Harsznica niedaleko Miechowa pod Krakowem.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Zbigniewa Badowskiego

[...]  Na koniec, jadąc wzdłuż parterowych, drewnianych domostw, zajechaliśmy na Rynek w Niedźwiedziu. Tam już stała gromadka ludzi, którzy otoczyli naszą furkę i zaczęli zapraszać do siebie. Do mnie podeszła szczupła, energiczna, ciemnowłosa pani, mówiąc, że ma córkę w moim wieku, to i ja się u niej wychowam. Po posiłku na stacji, nabrałem chęci do życia, więc zeskoczyłem z wozu i chciałem z nią iść. Babcia mnie powstrzymała, mówiąc, że chciałaby wiedzieć, gdzie będę mieszkał. Okazało się, że trafiłem do jednego z najbogatszych tu gospodarzy, państwa Mitanów, którzy mieli gospodarstwo, karczmę i murowany dom na Rynku. Babcię wziął na mieszkanie góral, p. Balachowicz, który miał duże stado owiec i mieszkał za rzeczką na górce, ok. kilometra od Rynku.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wandy Łabuzińskiej

[...]  Po około tygodniowej wegetacji w Pruszkowie wywieziono nas do Generalnej Guberni. W Końskich na dworcu załadowano nas na furmanki i rozwieziono po sąsiednich wsiach. Ja z mamą znalazłyśmy się we wsi Skąpe wieczorem i rozkwaterowano nas po gospodarstwach. Na drugi dzień rano, była to niedziela, mama rozejrzała się po wsi i zobaczyła dworek.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Kowejszy

[...]  Na miejscu podzielono nas na małe grupy, które miały udać się pieszo do okolicznych wsi. Mamę, mnie i brata oraz kilka innych kobiet skierowano do wsi Parma (gm. Dąbkowice?). Moich dziadków przydzielono do sąsiedniej wsi. Zapamiętałam tę drogę z Łowicza do Parmy. Mama niosła na ręku mojego brata i niewielki tobołek z odzieżą. Ja musiałam przejść kilka kilometrów na własnych nogach zachęcana przez idące kobiety. We wsi przydzielono nas do chaty rodziny Stępniewskich, gdzie mieszkała starsza kobieta z dwoma dorosłymi synami. Przyjęli nas serdecznie. Dostaliśmy łóżko z siennikiem wypchanym słomą i koc, a potem kożuch do przykrycia.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego

[...]  Dokąd jechaliśmy, nikt nie wiedział. Podobno byliśmy pilnowani przez strażników. Byłem nadal przerażony i załamany z powodu braku ojca, ponieważ byłem do niego bardzo przywiązany i do domu, w którym mieszkaliśmy. Jednocześnie nieświadomie przejąłem rolę tego starszego jedynego opiekuna rodziny, ponieważ byłem najstarszym mężczyzną, chociaż miałem tylko 11 lat. Czułem obowiązek, że się muszę o nich troszczyć i bardzo szybko wszedłem w dorosłość.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ewy Osieckiej

       Upychają nas na stojąco w zabitych deskami wagonach bydlęcych i wiozą w niewiadomym kierunku. Głodnym, spragnionym i ledwo żywym, tuż przed godziną policyjną, każą wysiąść i iść, gdzie kto chce. Nie mamy dokąd. Śpimy w jakiejś stodole. Następnego dnia podjeżdżają wozy chłopskie i zabierają nas do pobliskiej wsi,  koło Opoczna. Przydzielają nas i również wyrzuconą [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Uszyńskiej

[...]  Zgłaszamy się do transportu, jedziemy w nieznane. Ładują nas do wagonów towarowych bez dachów. W wielkim ścisku i zimnie przez kilka dni krążymy po jakiś torach i stacjach. Ktoś wyskakuje z pociągu, eskortujący transport Niemcy strzelają i trafiają go. Wreszcie otwarcie drzwi wagonów na stacji Włoszczowa. Krzyk: "Raus!", oznajmia nam, że mamy opuszczać wagony. Jesteśmy wolni, pozostawieni własnemu losowi.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Janusza Koska

[...]  Tymczasem zrobiło się już widno i pociąg zatrzymał się na stacji o nazwie Mszana Dolna. Niemcy zeszli z budek, pootwierali wagony i przy akompaniamencie ich wrzasków "raus", opuściliśmy wagony. Udaliśmy się wszyscy w kierunku budynku stacji, gdzie miejscowa ludność zapraszała nas do swoich domów.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej

       Potem, po dwóch dniach Niemcy nas wsadzili, to dobrze pamiętam, do takich wagonów po krowach, one były bardzo brudne, te wagony, odkryte całe, tak jak się bydło woziło. Wieźli nas, nie wiedzieliśmy, gdzie nas wiozą. Pamiętam jeszcze, że moja siostra, która miała wtedy 15 lat, dostała od Niemca taką puszeczkę mleka, od Niemca w Pruszkowie, to mleko miało być dla mnie. [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Zbigniewa Zmarzlika

[...]  Załadowali nas do odkrytych, towarowych wagonów z wysokimi burtami. Ruszyliśmy. Było zimno, padał deszcz, mokliśmy. Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy na burcie wagonu, ktoś inny musiał trzymać za nogi, by nie wypaść z wagonu. Nikt nie okazywał wstydu w tych warunkach. Obawialiśmy się, dokąd nas wywożą. Pamiętam, że ktoś próbował ucieczki, bo padły strzały. Nasz pociąg towarowy jechał na południe Polski.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Zygmunta Waltera

[...]  W szpitalu w Żyrardowie zostaliśmy przyjęci, a żeby nie było za łatwo, to do tego wszystkiego, ja jeszcze dostałem szkarlatyny.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Leszka Łachety

[...]  Doszliśmy do jakiegoś kartofliska, tu mieliśmy spać. Eskorta miała karabiny, furażerki i nieznane mi mundury. Nie był to Wehrmacht, SS, ani Żandarmeria, podobno Schupo. Matka zapytała stojącego najbliżej Niemca, czy byliśmy w Polsce, czy w Niemczech. Odpowiedział, że w Sochaczewie. Nie wierzyliśmy, cały dzień i pół nocy jazdy i byliśmy tak blisko Warszawy. Matka miała w okolicy rodzinę i znała Sochaczew sprzed wojny, więc tym bardziej nie wierzyła Niemcowi. Ale zaczęły się ukradkiem zbliżać do nas miejscowe kobiety, które potwierdziły tę informację.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Bolesława Oleksiaka

[...]  Okazją tą było zatrzymanie się pociągu na stacji w Piastowie. Przez niepilnowane przez konwojenta drzwi wybiegliśmy na pusty peron, chowając się za filarami, podtrzymującymi dach poczekalni. Niemiecki konwojent zauważył naszą ucieczkę. Wyskoczył z wagonu, odbezpieczając broń. Nie zdążył jej jednak użyć, gdyż pociąg ruszył. Niemiec zrezygnował z puszczenia po nas serii z automatu i zdążył wskoczyć do toczącego się powoli pociągu. Na peronie znalazł się ktoś, kto zaprowadził naszą pięcioosobową grupę (razem z nami uciekła z pociągu także pani Loewenstein) do pobliskiego domu. Przenocowaliśmy w nim wraz z wieloma innymi uciekinierami z poprzednich transportów. Następnego dnia wyruszyliśmy pieszo do Brwinowa. Dotarliśmy do niego po kilku godzinach. Pani Loewenstein zamieszkała w domu swoich znajomych przy ulicy Słonecznej. Nas, znajomi ci zaprowadzili do piętrowego budynku przy ulicy Biskupiej, stanowiącego własność pani Burchacińskiej miejscowej dentystki. W jej domu zamieszkiwaliśmy od początku trzeciej dekady sierpnia 1944 roku do 18 stycznia 1945 roku. Oddała nam do dyspozycji obszerną, położoną na piętrze kuchnię. Spaliśmy we czworo, obok siebie, na zbitej pryczy. Do snu przykrywaliśmy się starą odzieżą właścicielki domu.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Anieli Czarneckiej

[...]  Proponowaliśmy, żeby zatrzymali się w Milanówku, pani wahała się, ale mówiła, że na wsi łatwiej o żywność, a oni nie mieli żadnych zapasów gotówki, czy odzieży, bo to, co miała przy sobie, zginęło w czasie choroby. Przenocowali u nas, byli szczęśliwi, bo jak mówiła synek pytał, czy naprawdę leżą w łóżku? Rano wyjechali i wkrótce otrzymaliśmy rozpaczliwy list, że trafili do najbiedniejszej wsi, niczego nie mogli dostać, ludzie ulokowali ich w stodole na słomie, patrzyli wilkiem i w niczym nie chcieli pomóc. Synek był słabiutki po chorobie, blady, chwiał się, nie miał tam żadnych widoków poprawy zdrowia, jak widać było z ostatniego listu, który otrzymaliśmy.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jadwigi Sawczuk

[...]  Zbliżał się wieczór, a deszcz nie ustawał ani na chwilę. Skierowaliśmy się na Podkowę Leśną, ale w drodze tuż przed osiedlem była wąska droga przez wysoki las. Perszerony i platforma nie przecisnęłyby się. Pożegnaliśmy Bawarczyka i dalszą drogę odbyliśmy pieszo. Najmniejsze dzieci niosłyśmy na zmianę, starsze szły same. Zmoknięci do nitki już o zmroku stanęliśmy przed willą państwa Piotrowskich i dowiedzieliśmy się, że zostali wysiedleni, a w tej willi miał kwaterę jakiś wyższy oficer niemiecki. Właściciele zaś znaleźli chwilowo schronienie u znajomych w drugim końcu osiedla. Poszliśmy tam. Po drodze nie udało się nam znaleźć wolnego kąta. Całe osiedle było przepełnione uchodźcami z Warszawy. Mieszkania, kuchnie, strychy, łazienki, komórki - wszystko zajęte. W końcu znaleźliśmy rodziców Hani. Gościnni gospodarze umieścili naszą gromadkę na strychu, gdzie była sucha słoma, użyczyli suchych ręczników. I tu bardzo przydało się wino wyniesione z Warszawy. Każdy z nas, a przede wszystkim dzieci, dostały łyk wina.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Kazimierskiej (Litwin)

[...]  Nasz pociąg zatrzymał się w Pruszkowie. Staliśmy do zmroku, aż w pewnej chwili dwaj mężczyźni stojąc jeden na ramionach drugiego otworzyli od zewnątrz zasuwy i wszyscy ludzie wybiegli z wagonu. Nikt do nas nie strzelał. Usłyszałam z oddali głos kobiety, która zawołała, aby mama z dziećmi biegła za nią. I tak znalazłyśmy się w mieszkaniu przygarnięci przez mieszkańców Pruszkowa.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wiesława Zorgiera

[...]  Załadowano nas do odkrytego wagonu, zaryglowano drzwi i po kilku godzinach ruszyliśmy. Był koniec października, padały deszcze. Zrobiliśmy baldachim ze zdobycznego koca, ale słaba to była ochrona przed jesiennymi deszczami. Co kilka minut koc trzeba było wyżymać. Bardziej chronił nas jednak przed wiatrem, niż przed deszczem. Byliśmy przemoczeni i zziębnięci. Nasze kuchenne wiadro awansowało do roli ubikacji. Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a właściwie nie podróż, ale postoje. Co jakiś czas pociąg stawał i stał całymi godzinami. Najbardziej niepokoiła nas jednak niepewność. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy i dokąd jedziemy. Po jakimś czasie ktoś zrobił dziurę w wagonie i obserwował trasę. Wieści były niepokojące, gdyż ludzie znający te okolice zaczęli przebąkiwać, że wieźli nas do obozu zagłady w Oświęcimiu. Na szczęście wiadomości te nie sprawdziły się i po sześciu dniach dotarliśmy przed wieczorem do Krakowa. Transport był w dalszym ciągu obstawiony wojskiem, ale po raz pierwszy otworzono drzwi wagonów i dopuszczono do nas cywilną ludność Krakowa.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Stefana Marczaka

[...]  Po kilku koszmarnych dniach i nocach Niemcy kazali nam opuścić halę i udać się do podstawionych wagonów towarowych, którymi po uformowaniu składu pociągu przewieźli nas do stacji kolejowej Szymanów. Tutaj w pobliżu klasztoru O.O. Franciszkanów w Niepokalanowie przy udziale miejscowych władz cywilnych i policyjnych rozdzielono wysiedleńców do poszczególnych wsi i gospodarzy indywidualnych. Moją matkę, babcię i mnie skierowano do gospodarstwa Antczaków we wsi Paprotnia. Rozlokowano nas w stodole, ponieważ, jak mówiono, nie było tyle miejsca w domu, żeby wszystkich zmieścić. Spotkaliśmy tutaj moją ciotkę Stanisławę Szumską, którą rozdzielono na zawsze z jej mężem w czasie selekcji w Pruszkowie. Ciotka wkrótce wyjechała stąd do swojej rodziny mieszkającej w Radomiu.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jadwigi Szmidt

[...]  Pociąg ruszył i przyszło opamiętanie. A teraz, dokąd i co dalej? Młodszą córkę powierzyłam siostrze, aby uchronić ją od ewentualnych dalszych niebezpieczeństw. Przez szyby naszego pociągu zobaczyłam mijające nas zadrutowane węglarki, wywożące do obozów tych, którzy przeszli już przez selekcję niemiecką. Około południa dojechaliśmy do małego miasteczka Bliżyn koło Skarżyska Kamiennej. Tu już nikt nie pomagał nikomu i mało kto zwracał na kogoś uwagę. Wyrzucono nas na podmokłą łąkę koło stacji i byłyśmy zostawione własnemu losowi. Po pewnym czasie zjawili się przedstawiciele RGO z miejscowym księdzem proboszczem, od których dowiedzieliśmy się, że zostaniemy osiedleni w odległej o 3 kilometry wsi Sorbinie u miejscowych mieszkańców. Pozostawało kilkugodzinne oczekiwanie na zmiłowanie ludzkie i życzliwe ręce, które miały się do nas wyciągnąć. W Bliżynie, oczekując na swój los, zostałyśmy chwilowo przyjęte w domu państwa Fabijanowskich, w którym pozwolono nam umyć się i nakarmić głodne dzieci. Z tymi ludźmi, dla których mam najwyższe uznanie, los połączył nas na kilka miesięcy tułaczego życia. Pod wieczór zjawili się miejscowi gospodarze. Na wóz załadowano starców i bagaż, a my powędrowałyśmy piechotą do naszego nowego miejsca pobytu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Teresy Wizy

[...]  Gdy wyszłam z wagonu z moją rodziną, podeszły do nas panie Polki i widząc dwoje staruszków i chore dzieci, otoczyły nas opieką. Wzruszająca ich troskliwość i dobroć doprowadzała do długo tłumionych łez. Na peronach zostały porozstawiane kotły z zupą i panie obdzielały wszystkich, którzy pragnęli posiłku. Mnie z moją rodziną zaprowadziły do lekarza, który na dworcu udzielał pomocy lekarskiej i porad. Musiałam umyć moje dziewczynki, które po biegunce były strasznie zabrudzone. Jedna z pań przyniosła tylko miskę zimnej wody, bo ciepłej nie mogła dostać. Rozebrałam dzieci, wstawiłam do miski, umyłam i przebrałam. Po przebytej szkarlatynie, wycieńczone i wygłodzone dzieci nawet nie zaziębiły się. Dworzec był pełen żołnierzy przemęczonych, śpiących na podłogach, tak stłoczonych, że trzeba było ostrożnie przez nich przechodzić. Gdy weszłam z dziećmi do lekarza, poznałam znajomego z Poznania dr Ludwika Komczyńskiego, który obiecał zaopiekować się nami. Okazało się, że przyjechaliśmy do Miechowa, a nasz transport był pierwszym z Warszawy. Mieszkańcy Miechowa bardzo przejęli się możliwością udzielenia opieki wysiedleńcom warszawskim, chętnie nieśli pomoc i do głębi byli wzruszeni naszą niedolą. Wszyscy zaofiarowali się przyjąć na pierwszą noc do siebie rodzinę lub pojedyncze osoby. W ciągu paru dni mieliśmy być przez RGO rozprowadzeni po okolicy, po wsiach i miasteczkach i znaleźć przytułek u tych ludzi, którzy zgłosili chęć zaofiarowania dachu nad głową.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Pawła Ambrożewicza

[...]  Wreszcie ruszyliśmy. Mieliśmy świadomość, że zagrożenie ze strony kolejnych łapaczy minęło. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wieźli i jak długo będzie trwała podróż. Pociąg jechał przez Milanówek. Pamiętam, że matka wyrzuciła lub podała kartkę o naszym wyjeździe z przeznaczeniem dla mojej ciotki Zofii Rudomino, która mieszkała w Milanówku w willi przy ulicy Sosnowej 9. Kontakty z przypadkowo napotkanymi w wagonie osobami dawały okazję do rozmów. W niedalekiej odległości od nas koczował pan Jurecki z ulicy Poznańskiej. Innym rozmówcą był pan Garliński, który wykazywał poczucie humoru mimo niewesołej sytuacji dla wszystkich. Pociąg miał długi skład wagonów. Dwa lub trzy wagony wcześniej zauważyłem jadącego Jurka Filińskiego, drużynowego z Poczty Polowej w Powstaniu, z którym porozumiewałem się gestami. Jechaliśmy przez Piotrków Trybunalski. Matka próbowała pertraktować ze stojącym naprzeciw wachmanem, by dopuścił do naszego wyjścia z pociągu, ponieważ mieszkali tu nasi znajomi. Jednak jechaliśmy dalej w nieznane. Pociąg zatrzymał się na bocznicy kolejowej w Sędziszowie Kieleckim i tu wysiedliśmy. Wychodzący z wagonów byli zabierani przez okoliczną ludność do domów. Nas skierowano do centrum Sędziszowa. W budynku szkolnym zorganizowano izbę dla matek z dziećmi, a w areszcie gminnym dwie cele przeznaczono dla osób starszych i chorych. Wprowadziliśmy się we trójkę do celi i ulokowaliśmy się na podłodze. Tam przebywaliśmy dwa dni. Matka Irena rozejrzała się w sytuacji i stwierdziła, że w Sędziszowie osiadł znany z Poznania dr Skalmowski i do niego zwróciła się o pomoc. Dr Skalmowski wyraził żal, że u siebie w domu miał znaczne przepełnienie i nie mógł udzielić gościny. Zadbał o to, by władze lokalne znalazły nam bardziej fortunne lokum. Przydzieliły nam one izbę - świetlicę strażnicy pożarniczej w rynku miasta.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Julii Marceli Dyakowskiej

[...]  6 listopada 1944 roku przybyły pierwsze dzieci. W miarę, jak wieść o zorganizowaniu sierocińca w Koźlu rozeszła się, przybywało ich coraz więcej. Przynosiły lub przyprowadzały je matki lub krewni względnie przysyłało RGO z Łowicza. Początki były bardzo ciężkie. Do pieca przystawiłyśmy blaszaną kuchenkę, tak zwaną „kozę". Na niej gotowałyśmy posiłki dla dzieci i sióstr. Siostry utrzymywały dzieci własną pracą, szyciem, robieniem swetrów, lekcjami, wyrobem kartoflanych drożdży, które chętnie kupowały gospodynie. Dobra ludność kozielska bardzo nam dopomagała jałmużną, radą, bezinteresowną pomocą w wykonywaniu różnych prac.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Michaliny Walter-Horst

[...]  Chyba na drugi dzień nas wywieźli i wieźli, i wieźli gdzieś. Po drodze ludzie wrzucali nam jakieś pomidory, nie wiem co tam jeszcze. Jak stanęliśmy gdzieś, to podawali jakąś wodę, nie umiem powiedzieć stacji. Wreszcie dowieźli nas do Sochaczewa. To już był wieczór. Znaleźliśmy się na takim targowisku, czy rynku, nie wiem jak to nazwać. No nie mieliśmy nic, spaliśmy na gołej ziemi.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wojciecha Prośniewskiego

           Po południu, wśród wrzasków, przeklinań i wyzwisk pędzą nas na kolejową rampę. Stoi skład wyłącznie z węglarkami. Wagony bez dachu. Wciskają nas do nich, dopychając kolbami karabinów. Godzinami czekamy ściśnięci ramię w ramię, plecy w plecy. Zaczyna padać deszcz. Początkowo siąpi, po niedługim czasie leje. Jest nie tylko mokro, ale i zimno. Kto chce siusiu, [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor

[...]  Załadowali nas do tych węglarek na tyle ciasno, że nie można było usiąść i wyciągnąć nóg, tylko albo siedziało się w kucki albo stało. Wiozą nas, nie wiadomo, gdzie, bo niby mieliśmy powiedziane, że na wolność. Rozeszła się wiadomość, nie wiem, kto to pierwszy zaczął, gdyż nie znałam tych ludzi, że pewnie na gaz. Część tych transportów idzie do Oświęcimia do zagazowania właśnie takich ludzi niezdatnych do niczego, matki z dziećmi, starcy i tak dalej. Wtedy zrobił się ruch, bo ci wszyscy silniejsi i zdrowsi zaczęli myśleć o uciekaniu.  [...]

  Więcej ...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten