Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Massalskiej


     Niemcy zarządzili dłuższy odpoczynek na Woli przy kościele. Następnie popędzono nas na Dworzec Zachodni, skąd przewieziono nas do Pruszkowa, do obozu przejściowego.
     Zaraz na wstępie rozeszła się wiadomość, że Niemcy rozdzielają rodziny - dzieci zostawiają przy rodzicach tylko w wieku do lat 14. Wyrzuciłam w popłochu swoją szkolną legitymację i od tego momentu, przez cały czas pobytu w obozach, podawałam, że mam 13 lat. Byłam bardzo wysoka jak na swój wiek i nie mogłam bardziej obniżyć swojego wieku.
     Przy wejściu do obozu zainteresowała się naszym psem polska sanitariuszka. Podała nam swoje nazwisko i oświadczyła, że jeżeli nie uda się nam wyjść na wolność, ona się psem zaopiekuje, a najlepiej, żebyśmy jej psa od razu oddały. Oczywiście nie chciałam rozstawać się z psiną, nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek i cokolwiek może nas rozdzielić. Ta sanitariuszka odnalazła nas w obozie po paru dniach i ponowiła swoją propozycję - obiecała, że psa przechowa nam do końca wojny, będziemy mogły ją odebrać w każdej chwili - podała swój adres w Pruszkowie. Oddałyśmy jej wtedy psa, ponieważ już się zorientowałyśmy, że mamy małe szanse na uwolnienie. Pies jednak od niej uciekł i o dziwo odnalazł nas w tej masie ludzkiej.
     Pamiętam, że pierwszą noc spędziłyśmy na cementowej podłodze zajezdni kolejowej. Byłyśmy potwornie zmęczone i pomimo zimna ciągnącego od podłogi i jej twardej powierzchni, spałyśmy mocno.
     Rano ustawiłyśmy się w kolejce po śniadanie wydawane z kotła przez pracowników RGO. Moja matka razem ze znajomymi z ul. Długiej szukała możliwości wydostania się z obozu. Nie miałyśmy żadnych szans, żeby nas legalnie zwolnione. Byłyśmy młode i wyglądałyśmy zdrowo. Tym niemniej obrotni znajomi dotarli do lekarza niemieckiego kwalifikującego na wyjazd do Niemiec. Za sutą łapówkę z punktu załatwili dla siebie przeniesienie na blok chorych, skąd mieli wyjść na wolność. Następnie skontaktowali moją matkę z tym Niemcem. Obiecał nam załatwić takie samo zaświadczenie, ale dopiero po południu, gdyż lista przedpołudniowa była już zamknięta. Jadłyśmy zupę z kotła ze świadomością, że następny posiłek będziemy jadły na wolności.
     Niestety, o godz. 14.00 rozległy się niemieckie wrzaski i na teren naszego bloku wpadli SS-mani wymachujący pejczami i przy akompaniamencie krzyków wygnali nas przed budynek. Od polskich sanitariuszy dowiedziałyśmy się, że ten nalot SS-manów był zupełnie nieoczekiwany, że robią od czasu do czasu taką czystkę i że od tego nie ma już możliwości ratunku. Byłyśmy pędzone do bydlęcych wagonów, które miały nas zabrać do Niemiec. Z rozpaczą pomyślałyśmy o konieczności zabezpieczenia losu naszej psiny. Podbiegłam z nią do pierwszej sanitariuszki, włożyłam jej smycz do ręki i poprosiłam o przekazanie psa koleżance, której nazwisko podałam. Sanitariuszka powiedziała, że nie zna takiej, z płaczem poprosiłam, żeby ją odnalazła, gdyż ta pani obiecała nam psa przechować do czasu naszego powrotu. Biegiem wróciłam do swego szeregu przy boku mojej matki. Oglądałam się płacząc i widziałam czarny trójkącik naszej psiny siedzącej na ziemi i patrzącej z rozpaczą za nami. Ta mini-tragedia rozstania się z ukochanym psem przysłoniła mi grozę naszego położenia. Co prawda i tak nie byłam w stanie zorientować się w tym, co nam grozi, gdyż tego po prostu nikt z nas nie wiedział. Przypuszczałyśmy, że jedziemy na roboty do Niemiec.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten