Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Massalskiej


     Przy akompaniamencie niemieckich wrzasków wsiadłyśmy do wagonu bydlęcego. Stłoczono nas tam tak, że wydawało się, że będzie można tylko stać. Zatrzaśnięto żelazne drzwi i pociąg ruszył w nieznane. Którego to było? Chyba jakiegoś 4-5 września.
     W miarę jak czas upływał, każdy z nas znajdował sobie miejsce na podłodze, żeby usiąść. Miejsca było akurat tyle, żeby siedzieć w skurczonej pozycji, o położeniu się nie było mowy.
     Pociąg zatrzymał się w Koluszkach, gdzie pracownicy RGO podali nam chleb przez uchylone drzwi. Odbierając jedzenie usłyszeliśmy równocześnie ostrzeżenie, powiedziane półgłośnym szeptem - "Ludzie uciekajcie, wiozą was do koncentracyjnego obozu, kto może niech ucieka, czeka was straszny los".
     Wtedy dopiero ogarnęła nas groza. Część z nas doszła do przekonania, że to jakiś defetysta i prowokator, część zaś zaczęła się zastanawiać, jak zorganizować ucieczkę. Ja też się nad tym zastanawiałam, ale matka orzekła, że ona uciekać nie będzie, bo nie jest na tyle sprawna fizycznie. Przesądziło to moją decyzję - wiedziałam, że nie opuszczę matki. Tymczasem dookoła szły narady, jak uciekać. Ludzie próbowali podważyć deski w podłodze, ale nie mieli żadnych narzędzi. Okazja nadeszła dopiero wtedy, kiedy pociąg się zatrzymał i pozwolono nam wyjść i załatwić swoje fizjologiczne potrzeby. Mężczyźni przeszli na drugą stronę torów, kobiety, które z trudem zeskakiwały z wysokich stopni wagonu zostawały po stronie wejścia i pod rozbawionym spojrzeniem pilnujących nas żołnierzy, kucałyśmy jedna przy drugiej. Byłyśmy ogromnie zażenowane tą sytuacją.
     Musiał ktoś wtedy uciec, bo nagle usłyszeliśmy strzały i zdenerwowani Niemcy zapędzili nas z powrotem do wagonów.
     Przypuszczam, że gdybyśmy wtedy zorganizowali masową ucieczkę i wszyscy rozpierzchli się na wszystkie strony, Niemcy byliby bezradni. Znajdowaliśmy się jeszcze na ziemiach polskich, chociaż już na pewno włączonych do Reichu i to był ostatni moment do ucieczki.
     Jechaliśmy w sumie 3 doby. Pociąg czasami stał przez długie godziny gdzieś na bocznych torach, albo pędził przez tereny niedawno bombardowane, gdyż przez maleńkie, zakratowane okienko wpadał dobrze nam znany zapach spalonego i zburzonego miasta. Jazda odbywała się głównie w nocy.
     Wreszcie dojechaliśmy do Bawarii. Przez okienko widać było piękną, górzystą okolicę. Ja już przestałam rozpaczać z powodu rozstania się z psem - zorientowałam się, że lepiej, że został w Pruszkowie niż żeby miał odbywać tę upiorną podróż z nami. Miałam nadzieję, że go rzeczywiście odbiorę po wojnie, która przecież już niedługo się skończy. [...]
     Wyszłyśmy z obozu w początkach marca. Matka była tak obolała, i tak słaba, że właściwie musiałam ją nieść na plecach. Ja byłam w lepszym stanie - miałam tylko głodową puchlinę i "durchwal" i wysoką gorączkę, ale mogłam chodzić. W węzełku niosłam nasz nędzarski dobytek - zmianę bielizny. Z trudem dowlokłyśmy się do stacji kolejowej, skąd pod opieką Aufshierki ["] dojechałyśmy do stacji w Neubrandenburgu. Tam w Arbeitsamtcie przydzielono kobiety z naszego transportu do różnych prac. Nie byłyśmy w stanie nawet stać, obydwie byłyśmy na wpół przytomne. Położono nas na noszach i urzędnicy niemieccy naradzali się, co z nami zrobić. Zdecydowali, że należy odesłać nas z powrotem do Ravensbrück, ponieważ nie nadajemy się do pracy. W naszej obronie stanęła jedna z pań z naszej grupy, pani Śniegocka, mówiąca biegle po niemiecku. Przekonała Niemców, że odesłanie nas do obozu spowoduje tam bałagan i zamieszanie w kartotece, ponieważ zostałyśmy skreślone z ewidencji. Poddała im myśl, żeby nas odesłać do jakiegoś szpitala. Uratowała nam tym życie, gdyż Niemcom trafiła do przekonania ta argumentacja i odesłali nas do szpitala w Güstrow.
     Niewiele pamiętam z naszej kolejnej podróży. Jechałyśmy już bez żadnej opieki, w przedziale z normalnymi pasażerami. Patrzyli na nas ze zgrozą - szczególnie moja matka wyglądała przeraźliwie jak szkielet obciągnięty skórą z odrastającymi, jeszcze bardzo krótkimi włosami. Poinformowała ich o naszych przejściach. Niemcy nic nie wiedzieli istnieniu obozów koncentracyjnych i spotkanie z nami było dla nich szokiem.
     W Güstrowie na stacji czekał na nas sanitariusz z ręcznym wózkiem, na którym położono matkę. Poszliśmy do szpitala. Byłam tak osłabiona, że ledwo się za nim wlokłam przez całe miasto.
     Umieszczono nas w szpitalu przeznaczonym specjalnie dla Polek i Rosjanek znajdujących się na robotach. Mieścił się w murowanym, piętrowym budynku przy barokowym, potężnym zamku, w którym było więzienie.
     Okazało się, że jest nas więcej z obozu w Ravensbrück. Dwie z nich umierały na gruźlicę. Ich kaszel i rzężenie były coraz cichsze, aż jedna po drugiej umarła.
     Opiekę lekarską stanowił felczer Rosjanin, który miał do pomocy dwie pielęgniarki Rosjanki. Stronę gospodarczą zajmowały się zakonne siostry niemieckie. Naczelnym lekarzem był Niemiec, którego nigdy nie widziałyśmy.
     Położono nas na oddzielnych łóżkach w białej pościeli - był to luksus wręcz oszałamiający. Dano nam zastrzyki odwadniające na skutek, których zeszła z nas cała puchlina i stałyśmy się jeszcze bardziej chude. Gorączkę leczono wyłącznie aspiryną, ale i to lekarstwo pomagało i zaczęłyśmy powoli wychodzić z ciężkiego stanu. Wrócił nam apetyt i wtedy okazało się, że w szpitalu panuje jeszcze większy głód, niż w obozie. Właśnie wtedy przydała się nam biżuteria. Matka kupowała za nią jedzenie od rodzin innych pacjentek. Większość z nich były to kobiety pracujące u gospodarzy (bauerów). Odwiedzali je ich mężowie, czy narzeczeni mający pod dostatkiem żywności. Z nimi głównie szedł handel.
     U matki nasz "wracz", jak się do niego mówiło, wykrył ropę w płucach. Nie wykonał jednak żadnej punkcji ze względu na ogólne osłabienie organizmu i matka sama powoli wróciła do jakiej takiej kondycji. Ja też z dnia na dzień nabierałam sił i zdrowia.
     Jako rekonwalescentki zostałyśmy przeniesione do osobnego pawilonu - baraku, w którym pozostałymi pacjentkami były młode kobiety w ostatnich miesiącach ciąży lub już po porodzie, czekające na powrót do mężów. Oprócz nich były dwie Rosjanki bez nóg, które straciły w wypadkach przy pracy w polu.
     Kiedy poczułam się mocniejsza, postanowiła poszukać pracy. Poszłam do Arbeitsamtu i tam skierowano mnie do kuchni dworcowej. Kiedy się tam zgłosiłam, nastąpiła konsternacja. Potrzebowano Niemki, a nie Polki, gdyż było miejsce do spania tylko w sypialni Niemek, a Polki czy Rosjanki nie było, gdzie położyć. Usiłowałam wytłumaczyć, że mam miejsce w szpitalu i stamtąd mogę przychodzić, ale kierowniczka powiedziała, że to niemożliwe, bo trzeba być o różnych porach dniach i nocy w kuchni i o dochodzeniu do pracy nie ma mowy. Tak więc o to miejsce noclegowe rozbiła się moja praca, z czego tylko mogę się cieszyć, gdyż dworzec był zburzony przy zajmowaniu miasta przez Armię Czerwoną.
     Wyzwolenie nastąpiło w pierwszych dniach maja. Kiedy zaczął się obstrzał miasta, zapędzono nas do schronu w zamku. Oprócz nas chorych było trochę ludności niemieckiej, przerażonej nadchodzącym końcem wojny.
     Dość prędko, bez bombardowania lotniczego, miasto zostało zajęte przez Armię Czerwoną. Wróciłyśmy do naszego baraczku, skąd władze radzieckie przeniosły nas do normalnego, po wojskowego szpitala.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten