Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Massalskiej


     Dojechaliśmy do stacji Flossenburg w Bawarii. Wyszliśmy z wagonów i przy wrzaskach konwojentów ustawiliśmy się w czwórki. Mężczyźni jeszcze szli razem z kobietami. Szliśmy przez urocze, czyściutkie miasteczko. Przyglądali się nam mieszkańcy, dla których pewno byliśmy polskimi bandytami. Myśmy zaś rozglądali się ciekawie, próbując z otaczającego nas krajobrazu odgadnąć, jaki czeka nas los.
     Teren był nierówny, raz szliśmy pod górę, drugi raz z góry. Przeszliśmy miasteczko. Za nim, przy drogach rosły drzewa owocowe obsypane owocami. Śniłam o jabłkach od początku Powstania - teraz idąc między owocującymi jabłoniami tylko łykałam ślinę.
     Nie pamiętam wejścia do obozu, ale zaraz za bramą obozu koncentracyjnego nastąpiła separacja kobiet od mężczyzn. Dookoła nas szlochały kobiety rozdzielone ze swoimi mężami, braćmi, synami. Nas nie miano już z kim rozłączać - mój ojciec zginął w Oświęcimiu na początku 1941 r., a siostra i tak była osobno - gdzieś tam w Śródmieściu brała udział w Powstaniu jako łączniczka.
     Pamiętam datę przybycia do obozu - był to 8 wrzesień, dzień imienin mojej matki.
     Spisano nas i zabrano nam nasze rzeczy. Każda z nas dostała wielką, papierową torbę na nasze rzeczy - torebki, wierzchnie okrycia, mniejsze walizki. Biżuterię matka oddała do depozytu, co wywołało zdziwienie u współwięźniarek. Matka pamiętała, że Niemcy po śmierci ojca w Oświęcimiu zwrócili jej jego obrączkę i zegarek, jako rzeczy, które były w depozycie, nabrała więc zaufania pod tym względem do Niemców i przyszłość miała pokazać, że się nie omyliła. Dostałyśmy numery, wypisane czarną farbą na kawałkach białego płótna, które kazano nam przyszyć do rękawów sukienek. Zaprowadzono nas do wspólnej sali kąpielowej z systemem pryszniców podwieszonych do sufitu, których nie można było regulować indywidualnie. Zdjętą odzież zabrano do dezynfekcji. Z pryszniców polała się najpierw lodowata woda, na co wszystkie zareagowałyśmy krzykiem protestu, następnie gorąca. Weszła grupa Niemców w mundurach i rzucono nam kawałki gliniastego mydła. Myśmy z krzykiem kuliły się przed nimi, próbując schować swoją nagość jedna za drugą, oni ze śmiechem nam się przyglądali. Dostałyśmy ręczniki i pozwolono nam się ubrać w nasze, gorące jeszcze od pary, sukienki. Zapędzono nas do dwóch baraków - bloków, jak nauczyłyśmy się mówić.
     Dowiedziałyśmy się, że jest to obóz męski. Więźniowie pracują w pobliskich kamieniołomach. Nas kobiety, zabiorą stąd, jesteśmy to tylko czasowo. Zdziwiła nas obecność dwóch cywilnych Niemek, będących na wyższych prawach niż my, ale jednak więźniarek. Posiadały one osobne pokoje w sąsiednim baraku. Matka wyjaśniła mi w oględny sposób, że są to prostytutki, obsługujące niemieckich strażników.
     Warunki w tym obozie nie były jeszcze dla nas najgorsze - ale i tak wydawało się nam, że trafiłyśmy do piekła. Apele nie trwały długo, nie pędzono nas do robót, traktowano nas ulgowo. Miałyśmy dwuosobowe prycze i z rozkoszą spałyśmy na sienniku, który wydawał się nam królewskim posłaniem w porównaniu z trzęsącymi się deskami podłogi jadącego wagonu bydlęcego.
     Na obiad dostaliśmy gęstą zupę. Było w niej pełno brukwi, kapusty i kartofli gotowanych w łupinach. Ta breja wydawała mi się nie do przełknięcia. Wydłubałam jedynie ziemniaki, obrałam ze skórki i zjadłam, a przed oczami miałam te uginające się od owoców jabłonki.
     Obsługa ustawiła duży kocioł na zlewki. Poinformowano nas, że to, czego nie zjemy, należy zlać do tego kotła i że te zlewki będą stanowiły jedyne pożywienie jeńców rosyjskich, których obóz znajdował się gdzieś w sąsiedztwie. Zapamiętałam ten fakt tak dobrze, gdyż stanowił dla mnie duży wstrząs. Nigdy dotąd nie cierpiałam głodu. Byłam dzieckiem "niejadkiem", wychowanym, nawet w warunkach okupacyjnych, we względnym dobrobycie, i myśl o jedzeniu resztek po kimś, była dla mnie wstrząsająca.
     Ilość zlewek w kotle dla jeńców rosyjskich malał z dnia na dzień - narastający głód zmusił mnie i pozostałe więźniarki do zjadania w coraz większej ilości tej zawiesistej zupy.
     Po tygodniu dowiedziałyśmy się, że wyjeżdżamy. Oddano nam biżuterię oddaną do depozytu, ale nie zwrócono nam płaszczy, tylko w sukienkach popędzono do pociągu.
     Nie pamiętam, jak długo trwał przejazd do Meklemburgii, do miejscowości Fürstenberg. Pamiętam, tylko, że matka dostała ataku bólu w dole pleców - czy były to nerki czy korzonki nerwowe, nie wiemy do dnia dzisiejszego. Wtedy byłyśmy pewne, że to nerki. Atak na szczęście ustąpił, kiedy pora była wysiadać. Niewiele też pamiętam z naszej drogi od stacji do obozu w Ravensbrück - tyle tylko, że wtedy pierwszy raz zobaczyłam psy w służbie Niemców. Były to ogromne dogi z krwawymi ślepiami. Ja, miłośniczka psów, nie chciałam wierzyć, że te stworzenia są nauczone do polowania na ludzi.
     Spisano nas i rozdano nowe, tymczasowe numery, które trzeba było przypiąć sobie do rękawów. Oddałyśmy ponownie do depozytu naszą biżuterię. Inne panie uważały, że robimy głupstwo, a stare więźniarki, które przychodziły do nas służbowo - przynosiły jedzenie, pomagały przy spisie - wręcz namawiały na oddanie im na przechowanie kosztowności i zapewniały, że oddadzą, jak przejdziemy przez kąpiel i jak będziemy wcielone do obozu.
     Tymczasem trzymano nas w wydzielonej przestrzeni, gdzie nie wolno było nikomu z nami się kontaktować, ani nam przechodzić na teren obozu. Matka moja znowu dostała ataku bólu, musiałam zdobyć dla niej jakieś lekarstwo. Przypomniałyśmy sobie, że trzy nasze dalekie znajome znajdują się w obozie - pani Stypułkowska i jej dwie synowe. Skontaktowałyśmy się z nimi przez uczynne więźniarki funkcyjne i na drugi dzień najstarsza z pań Stypułkowskich przyszła zobaczyć, w czym nam może pomóc. Tę pierwszą noc w Ravensbrück przespałyśmy na ziemi pod gołym niebem. Na szczęście było ciepło i chociaż zmarzłyśmy, to jakoś się nie przeziębiłyśmy.
     Pani Stypułkowska przywitała się z nami, pocieszyła nas, że już najgorsze mamy za sobą, że teraz jak będziemy przydzielone do bloku i będziemy miały już numery, będziemy mogły same poruszać się po obozie i organizować sobie pomoc. Zabrała mnie na teren obozu i zaprowadziła do znajomej lekarki, która mi dała jakiś środek uśmierzający dla matki.
     Panie Stypułkowskie opiekowały się nami w czasie całego naszego pobytu w obozie. Pomoc była raczej natury moralnej, niż jakiejkolwiek innej, ale ta właśnie była bardzo potrzebna.
     Tymczasem musiałyśmy przejść kontrolę sanitarną włosów - okazało się, że u nas obydwóch, jak i u większości kobiet, zaległy się wszy i "fryzjerki" miały nas obydwie ogolić. Matka uprosiła je, żeby mi nie goliły głowy, bo się zaziębię, sama poddała się bez oporu temu zabiegowi. Mnie rzeczywiście nie ogolono włosów i na pewno dzięki temu przetrwałam bez zaziębienia zimę w obozie. Golenie głów niewiele mogło pomóc na ogólną wszawicę, panującą w obozie. Prawdopodobnie Niemcom chodziło o czynnik psychologiczny, jakim jest upokarzający akt ogolenia głowy. Wstrząsający był widok kobiet z ogolonymi włosami. Wszystkie panie żegnały swoje włosy płacząc. Zaraz też czekało nas dalsze upokorzenie. Zapędzono nas do łaźni, kazano się rozebrać, rzeczy nam zabrano jakoby do odwszenia, w rzeczywistości nie zobaczyłyśmy ich więcej. Po kąpieli, nagie, wpędzono nas do dużego pomieszczenia, gdzie przy stoliku urzędowali Niemcy w mundurach SS. Była to komisja lekarska. Ustawiono nas gęsiego i kazano przemaszerować przed komisją. Nigdy chyba nie zapomnę widoku nas, nagich kobiet z ogolonymi głowami, idących wolnym krokiem przed buńczucznie rozpartymi na krzesłach Niemcami. Następnie czekało nas badanie ginekologiczne, od którego wybroniła mnie matka. Sama musiała się temu poddać. Wiele młodych kobiet wychodziło z tego pomieszczenia płacząc i jeszcze przez długie miesiące wspominając brutalne i wulgarne zachowanie się badającego Niemca.
     Dopiero po skończeniu tych badań wolno było nam się ubrać w przydzielone sukienki, oznaczone naszytymi krzyżami. Zostawiono nam jedynie obuwie. Oprócz sukienek nie dostałyśmy nic - ani bielizny osobistej, ani płaszcza, swetra, czy chustki na głowę. 
     Pamiętam, że dostałam sukienkę z bardzo ładnego, kolorowego jedwabiu, cóż, kiedy była bardzo cienka i było mi w niej zimno - był przecież wrzesień.
     Ustawiono nas w czwórki i poprowadzono do baraku. Weszłyśmy do zupełnie pustego baraku (chyba nr 28) i pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to zapach jakiegoś środka dezynfekcyjnego. W sieni część więźniarek skierowano na prawo, część na lewo. Myśmy znalazły się w grupie zajmującej lewą stronę. W pierwszym pomieszczeniu ustawione były ławki i stoły, tylko część sali zajmowały trzykondygnacjowe prycze. Natomiast drugie pomieszczenie, bardzo duża sala, wypełniona była od początku do końca rzędami trzykondygnacjowych prycz. Kazano nam zajmować jedno posłanie na dwie osoby. Wdrapałyśmy się na najwyższe piętro jednej z prycz w pierwszym pomieszczeniu. Zmieniłyśmy później miejsce na drugą salę i na miejsce na "parterze", gdyż przekonałyśmy się, że w pierwszej sali było się zanadto na widoku, a z biegiem czasu nauczyłyśmy się schodzenia z oczu Niemcom i funkcyjnym więźniarkom. Tymczasem byłyśmy zmęczone, zmarznięte i cieszyłyśmy się, że mamy swoje miejsce, gdzie możemy się położyć i grzać jedna drugą.
     Nadeszła pora kolacji - blokowa ze sztubowymi najpierw spokojnie, później podnosząc głos, kazała wystąpić na ochotnika paru kobietom do przyniesienia kolacji dla całego bloku. Parę osób się zgłosiło i przydźwigały ciężkie kotły z lurą - kawą, oczywiście niesłodzoną i pojemniki z chlebem. Rozdano nam blaszane kubki, łyżki i miski. Przykazano nam ich pilnować, gdyż drugich nie dostaniemy. O ile kawa była obrzydliwa, to chleb smakował mi od pierwszego dnia - był ciemny, gruboziarnisty, doskonały. Jego przydziały zmniejszały się z tygodnia na tydzień. Był monetą obiegową i od razu za porcje chleba odjęte sobie od ust uzupełniłyśmy naszą garderobę. Istniał czarny rynek, oczywiście nielegalny, na którym od więźniarek, dostających paczki lub umiejących "organizować", czyli kraść z magazynów, można było dostać wiele rzeczy koniecznych do przeżycia.
     Zaczęło się dla nas normalne życie obozowe.
     Rano, kiedy było jeszcze ciemno, wyganiano nas na apel. Odbywało się to przy akompaniamencie krzyków sztubowych, które niestety musiały krzyczeć, żeby zmusić oporne do wstawania i wychodzenia na dwór więźniarki. Przed apelem biegłyśmy do łazienki, gdzie przy wspólnych, kolistych korytach myłyśmy się w lodowatej wodzie. Prawdziwą udręką było załatwianie potrzeb fizjologicznych. Pomieszczenie toalet miało wydzielone kabinki - chyba po 8 na każdą stronę baraku, a ponieważ było nas około 750 na tę ilość "oczek", ustawiały się kolejki do każdej kabinki po 10 osób. Kabinki miały boczne ścianki, natomiast nie miały drzwi. W tych warunkach wiele z nas przeżywało męki, zanim zdecydowało się na skorzystanie z ubikacji - z czasem zobojętniałyśmy na te sprawy.
     Kiedy sztubowe wypędziły nas na apel, zaczynało się żmudne ustawianie nas w szeregach po 5, równanie linii, sprawdzanie, czy wszystkie piątki są pełne, czy nikogo nie brakuje. Stałyśmy podskakując dla rozgrzewki, poklepując się rękami na wzajem po plecach. Apel trwał nieskończenie długo. Bolały nas plecy i nogi od tego stania w nieskończoność po ciemku, w zimie, pod blednącymi gwiazdami. Patrzyłam wtedy na konstelację Oriona i wzdychałam do tego, żeby być stąd jak najdalej - tak daleko, jak te gwiazdy. [...]
     Kiedy rozlegał się ryk syreny odwołującej apel, rzucałyśmy się hurmem do baraku, żeby jak najszybciej dostać się do ciepłego wnętrza. W łazience zastawałyśmy trupy zmarłych w nocy towarzyszek. Były tam przyniesione przez funkcyjne więźniarki, sprawdzające sale po naszym wyjściu na apel. Były nagie, na piersiach miały kredą napisany numer obozowy. Z początku robiło to na nas straszne wrażenie, później przywykłyśmy do tego widoku. Ciała zmarłych więźniarek nie przeszkadzały nam w myciu się obok nich i w iskaniu wszy z naszej odzieży i głów.
     Po śniadaniu zaczynał się pobór do pracy. Początkowo więźniarki zgłaszały się chętnie, żeby mieć trochę ruchu na świeżym powietrzu, kiedy jednak przekonały się, do jak ciężkich, fizycznych prac są używane, coraz trudniej było znaleźć chętne do różnych "komando". "Dekowały się" więc jak mogły, a po ulicach obozu i w barakach odbywały się istne łapanki. Drugi rodzaj poboru był organizowany na wywóz do fabryk amunicji. Panowało ogólne przekonanie, że wywóz do fabryki jest równoznaczny z wyrokiem śmierci - mało było szans na uratowanie się z ustawicznych bombardowań, na jakie te fabryki były narażone. Kiedy więc rozchodziła się pogłoska, że będzie organizowany transport do fabryki, kto mógł zgłaszał się do miejscowych "komando". Szczytem szczęścia było dostanie się do stałej pracy na terenie obozu - w kuchni czy w szwalni. Starsze kobiety były zatrudnione jako "sztykierynki" czyli do robienia skarpet na drutach dla żołnierzy. "Sztykierynki" siedziały w swoich blokach, w tej pierwszej sali, na ławkach przy stołach i w szalonym tempie migały pięcioma drutami.
     Ja zostałam zaliczona do grupy małoletnich i jako taka cieszyłam się pewnymi przywilejami - byłam zwolniona z obowiązku pracy i dostawałam dziennie " l mleka. Były to ogromne przywileje. Mleko było odciągane, koloru szarego, ale smakowało jak najlepsza śmietanka, przy narastającym wygłoszeniu organizmu.
     Moja matka początkowo należała do "komanda" od robót ziemnych poza terenem obozu, ale zupełnie nie wytrzymywała fizycznie pracy przy łopacie. Wracała przed wieczornym apelem ledwo trzymając się na nogach. Dostała nowe ubranie - pasiakową "garsonkę", jako, że więźniarki pracujące poza terenem obozu miały jednakowe umundurowanie.
     Rozpadło nam się nasze obuwie i dostałyśmy drewniaki. Trzeba przyznać, że było to obuwie ciepłe, ale bardzo toporne. Podeszwa była płaska, niewyrobiona według kształtu stopy. Cholewka była płócienna. Obuwie było za duże, ale to było jego zaletą, gdyż luz wypełniało się papierami, które doskonale grzały nogi. W ogóle papier był cennym materiałem izolacyjnym - podkładałyśmy go pod sukienki na plecach i piersiach.
     Dla nas małoletnich Polek, starsze więźniarki zorganizowały komplety tajnego nauczania. Zbierałyśmy się po dwie, trzy dziewczynki na najwyższym piętrze pryczy z naszą nauczycielką. Polski i historię przerabiałyśmy tylko ustnie, ale matematykę pisałyśmy na skrawkach papieru. Niewiele pamiętam z tamtego programu, ale wiersz "W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje" Ujejskiego kojarzy mi się z wieczornym widokiem ulicy Obozowej, kiedy to uczyłam się go w czasie wieczornych spacerów w towarzystwie mojej rówieśnicy Ziuty Stolarek, a ułamki piętrowe wywołują obraz naszej profesorki, "króliczki", pani Bogny Bombińskiej.
     Mojej matce udało się zamienić pracę przy łopacie na pracę przy obieraniu kartofli w kuchni dla personelu niemieckiego. Praca była lżejsza i na terenie obozu, poza tym mogła czasami ukraść dla siebie i dla mnie kawałek surowej jarzyny. Jak mi smakowała surowa brukiew, czy liść kapusty. Wykradanie jarzyn z obieralni było oczywiście surowo zabronione i ciężko karane, matka więc narażała się bardzo wynosząc je dla mnie. Po paru miesiącach tej pracy dostała lumbaga, róży na kolanach - infekcji na szczęście nie tak groźnej, jak normalna róża - to była jakaś odmiana obozowa. Musiała iść do szpitala "rewiru", o którym nasłuchałyśmy się wielu tragicznych opowieści. Rozstawałyśmy się tak, jakbyśmy się już nie miały spotkać. Na szczęście róża ustąpiła, ale zaczęło się pasmo innych chorób, jak zapalenie ucha, zaostrzenie lumbago i "durchwal" - obozowa, głodowa biegunka.
     Wszystkie te choroby nasiliły się w miarę postępującej zimy, wyniszczenia organizmu głodówką, ciężką pracą w warunkach nieodpowiednich i atmosferą stałego zagrożenia i terroru, panującą w obozie. Stare więźniarki pocieszały nas, że najgorsze do przeżycia są pierwsze miesiące, później już człowiek się przyzwyczaja.
     Nadeszło Boże Narodzenie. Więźniarki zorganizowały wieczór kolęd przy choince. Śpiewał chór i były też solowe występy. Wszystkie sobie wtedy popłakałyśmy, ale wiedziałyśmy, że już koniec wojny bliski i że należy tylko przetrzymać te parę miesięcy do wyzwolenia.
     Niemcy też wiedzieli, że koniec wojny jest bliski i zaraz po Nowym Roku zaczęli likwidować swoje zaległości, czyli wykonywać zaniedbane wyroki śmierci. Postanowili też zlikwidować "króliczki". Fala terroru objęła obóz. Nasza sztubowa, kulturalna pani Zofia Lipińska została w ramach tej akcji stracona w dniu 5 czy 6 stycznia 1945 r. "Króliczki" zaś zniknęły. Mieszkały w jednym bloku i nagle pewnego dnia blok okazał się pusty - one zaś pochowały się u zaprzyjaźnionych blokowych i sztubowych. Wszystkie denerwowałyśmy się ich losem.
     Dla zlikwidowania osób starszych, chorych i niedołężnych, oraz dzieci Niemcy stworzyli nowy podobóz, czyli odgrodzili jeden barak i nazwali go "Jugend Lager". Ogłosili, że w tym obozie warunki będą dużo lepsze, niż w ogólnym obozie, gdyż jest specjalnie przeznaczony dla osób chorych, i żeby się starsze i chore kobiety zgłaszały. Oczywiście wszystkie od razu zorientowałyśmy się, że jest to nowa forma zagłady i kto mógł, bronił się przed przeniesieniem tam. Zaczęłam wtedy pracować razem z matką w obieralni ziemniaków i w ten sposób uniknęłam smutnego losu, jaki spotkał zaprzyjaźnioną z nami starszą panią Manduk, po którą po prostu przyszli Niemcy do bloku i wywołali z listy ludzi starszych.
     Na początku marca 1945 Niemcy postanowili zwolnić Polki zabrane z Powstania Warszawskiego. Warunkiem zwolnienia była dobra kondycja fizyczna. Tymczasem obydwie byłyśmy bardzo chore. Miałyśmy "durchwal", a matka tak silne lumbago, że już od pewnego czasu nie była w stanie chodzić. Musiałyśmy stanąć przed komisją lekarską. Na szczęście znajoma, pracująca w "rewirze" dała mamie środek uśmierzający, który podziałał właściwie, i mama przeszła przed tą komisją wyprostowana i w miarę normalnym krokiem. Zostałyśmy zakwalifikowane do zwolnienia. Nie wierzyłyśmy wprost swemu szczęściu. Kiedy stałyśmy w kolejce po przydział ubrań "wolnościowych", czyli bez oznaczeń krzyżem, umarła jedna ze starszych więźniarek - pani Ertmanowa. Położono ją na noszach, a myśmy obok niej przechodziły. Razem z nami wychodziła jej córka, która przez cały czas pobytu w obozie dokonywała cudów, żeby matkę uchronić przed zagładą. Było to dla nas wszystkich ciężkie przeżycie - ta śmierć na progu wolności.
     Niemcy zwrócili nam depozyt w całości, ba, nawet dołożyli do niego zegarek, zostawiony w torbie z rzeczami w pierwszym obozie we Flossenburgu - zupełnie obłędna uczciwość w tym morzu nieprawości. Dzięki odzyskanej biżuterii przeżyłyśmy okres do wyzwolenia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten