Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Massalskiej


  Relacja Elżbiety Massalskiej

MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 146

Elżbieta Massalska, lat 14, w okresie okupacji mieszkała przy ul. Kapucyńskiej 15/17.

     W dniu 2 września 1944 r. zostałyśmy wyprowadzone z ulicy Kapucyńskiej, z domu pod nr 15/17, gdzie mieszkałyśmy, i w którego piwnicach przebyłyśmy Powstanie. Miałam wtedy 14 lat. Zabrałyśmy ze sobą podręczny bagaż i ukochanego psa, suczkę rasy szkocki terier. Wyjść kazali nam "własowcy". Ponieważ krążyły pogłoski o tym, że zabijają oni psy, naszą "Bombkę" niosłam na rękach. "Własowcy" nie zainteresowali się psem, jedynie moim pierścionkiem i zegarkiem, które oczywiście zabrali. Poprowadzono nas ulicą Daniłowiczowską (z Kapucyńskiej było przejście przez bramę jednego z domów, wprost na ulicę Daniłowiczowską), koło spalonych ruin pałacu Blanka na plac Teatralny. Zgromadzony był już tam tłum ludzi, koczujący przy swoich tobołkach. Ze ściśniętym sercem patrzyliśmy na spalone i zburzone budynki kościoła Sakramentek, Ratusza, oraz Teatru Wielkiego. Nad Warszawą unosiła się chmura dymu. Widzieliśmy bombardowanie Śródmieścia - doskonale widać było, jak z bombowców spadają bomby, wyglądające jak cygara. Najpierw leciały poziomo, po chwili przybierały kierunek pionowy. Ich spadaniu towarzyszył huk wybuchów, nowa chmura dymu i pyłu. Patrzyłyśmy na to ze zgrozą - tam w Śródmieściu była moja siostra i wiele osób z dalszej rodziny.
     Po pewnym czasie popędzono nas na Wolę. Szliśmy wolno, w ogromnym tłumie, jakby w tunelu palących się domów, często przystając. Niewiele zapamiętałam z tego upiornego marszu, zajęta pilnowaniem naszej psiny. Spotkałyśmy znajomą rodzinę, mieszkającą przy ul. Długiej i szliśmy razem.
     Niemcy zarządzili dłuższy odpoczynek na Woli przy kościele. Następnie popędzono nas na Dworzec Zachodni, skąd przewieziono nas do Pruszkowa, do obozu przejściowego.
     Zaraz na wstępie rozeszła się wiadomość, że Niemcy rozdzielają rodziny - dzieci zostawiają przy rodzicach tylko w wieku do lat 14. Wyrzuciłam w popłochu swoją szkolną legitymację i od tego momentu, przez cały czas pobytu w obozach, podawałam, że mam 13 lat. Byłam bardzo wysoka jak na swój wiek i nie mogłam bardziej obniżyć swojego wieku.
     Przy wejściu do obozu zainteresowała się naszym psem polska sanitariuszka. Podała nam swoje nazwisko i oświadczyła, że jeżeli nie uda się nam wyjść na wolność, ona się psem zaopiekuje, a najlepiej, żebyśmy jej psa od razu oddały. Oczywiście nie chciałam rozstawać się z psiną, nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek i cokolwiek może nas rozdzielić. Ta sanitariuszka odnalazła nas w obozie po paru dniach i ponowiła swoją propozycję - obiecała, że psa przechowa nam do końca wojny, będziemy mogły ją odebrać w każdej chwili - podała swój adres w Pruszkowie. Oddałyśmy jej wtedy psa, ponieważ już się zorientowałyśmy, że mamy małe szanse na uwolnienie. Pies jednak od niej uciekł i o dziwo odnalazł nas w tej masie ludzkiej.
     Pamiętam, że pierwszą noc spędziłyśmy na cementowej podłodze zajezdni kolejowej. Byłyśmy potwornie zmęczone i pomimo zimna ciągnącego od podłogi i jej twardej powierzchni, spałyśmy mocno.
     Rano ustawiłyśmy się w kolejce po śniadanie wydawane z kotła przez pracowników RGO. Moja matka razem ze znajomymi z ul. Długiej szukała możliwości wydostania się z obozu. Nie miałyśmy żadnych szans, żeby nas legalnie zwolnione. Byłyśmy młode i wyglądałyśmy zdrowo. Tym niemniej obrotni znajomi dotarli do lekarza niemieckiego kwalifikującego na wyjazd do Niemiec. Za sutą łapówkę z punktu załatwili dla siebie przeniesienie na blok chorych, skąd mieli wyjść na wolność. Następnie skontaktowali moją matkę z tym Niemcem. Obiecał nam załatwić takie samo zaświadczenie, ale dopiero po południu, gdyż lista przedpołudniowa była już zamknięta. Jadłyśmy zupę z kotła ze świadomością, że następny posiłek będziemy jadły na wolności.
     Niestety, o godz. 14.00 rozległy się niemieckie wrzaski i na teren naszego bloku wpadli SS-mani wymachujący pejczami i przy akompaniamencie krzyków wygnali nas przed budynek. Od polskich sanitariuszy dowiedziałyśmy się, że ten nalot SS-manów był zupełnie nieoczekiwany, że robią od czasu do czasu taką czystkę i że od tego nie ma już możliwości ratunku. Byłyśmy pędzone do bydlęcych wagonów, które miały nas zabrać do Niemiec. Z rozpaczą pomyślałyśmy o konieczności zabezpieczenia losu naszej psiny. Podbiegłam z nią do pierwszej sanitariuszki, włożyłam jej smycz do ręki i poprosiłam o przekazanie psa koleżance, której nazwisko podałam. Sanitariuszka powiedziała, że nie zna takiej, z płaczem poprosiłam, żeby ją odnalazła, gdyż ta pani obiecała nam psa przechować do czasu naszego powrotu. Biegiem wróciłam do swego szeregu przy boku mojej matki. Oglądałam się płacząc i widziałam czarny trójkącik naszej psiny siedzącej na ziemi i patrzącej z rozpaczą za nami. Ta mini-tragedia rozstania się z ukochanym psem przysłoniła mi grozę naszego położenia. Co prawda i tak nie byłam w stanie zorientować się w tym, co nam grozi, gdyż tego po prostu nikt z nas nie wiedział. Przypuszczałyśmy, że jedziemy na roboty do Niemiec.
     Przy akompaniamencie niemieckich wrzasków wsiadłyśmy do wagonu bydlęcego. Stłoczono nas tam tak, że wydawało się, że będzie można tylko stać. Zatrzaśnięto żelazne drzwi i pociąg ruszył w nieznane. Którego to było? Chyba jakiegoś 4-5 września.
     W miarę jak czas upływał, każdy z nas znajdował sobie miejsce na podłodze, żeby usiąść. Miejsca było akurat tyle, żeby siedzieć w skurczonej pozycji, o położeniu się nie było mowy.
     Pociąg zatrzymał się w Koluszkach, gdzie pracownicy RGO podali nam chleb przez uchylone drzwi. Odbierając jedzenie usłyszeliśmy równocześnie ostrzeżenie, powiedziane półgłośnym szeptem - "Ludzie uciekajcie, wiozą was do koncentracyjnego obozu, kto może niech ucieka, czeka was straszny los".
     Wtedy dopiero ogarnęła nas groza. Część z nas doszła do przekonania, że to jakiś defetysta i prowokator, część zaś zaczęła się zastanawiać, jak zorganizować ucieczkę. Ja też się nad tym zastanawiałam, ale matka orzekła, że ona uciekać nie będzie, bo nie jest na tyle sprawna fizycznie. Przesądziło to moją decyzję - wiedziałam, że nie opuszczę matki. Tymczasem dookoła szły narady, jak uciekać. Ludzie próbowali podważyć deski w podłodze, ale nie mieli żadnych narzędzi. Okazja nadeszła dopiero wtedy, kiedy pociąg się zatrzymał i pozwolono nam wyjść i załatwić swoje fizjologiczne potrzeby. Mężczyźni przeszli na drugą stronę torów, kobiety, które z trudem zeskakiwały z wysokich stopni wagonu zostawały po stronie wejścia i pod rozbawionym spojrzeniem pilnujących nas żołnierzy, kucałyśmy jedna przy drugiej. Byłyśmy ogromnie zażenowane tą sytuacją.
     Musiał ktoś wtedy uciec, bo nagle usłyszeliśmy strzały i zdenerwowani Niemcy zapędzili nas z powrotem do wagonów.
     Przypuszczam, że gdybyśmy wtedy zorganizowali masową ucieczkę i wszyscy rozpierzchli się na wszystkie strony, Niemcy byliby bezradni. Znajdowaliśmy się jeszcze na ziemiach polskich, chociaż już na pewno włączonych do Reichu i to był ostatni moment do ucieczki.
     Jechaliśmy w sumie 3 doby. Pociąg czasami stał przez długie godziny gdzieś na bocznych torach, albo pędził przez tereny niedawno bombardowane, gdyż przez maleńkie, zakratowane okienko wpadał dobrze nam znany zapach spalonego i zburzonego miasta. Jazda odbywała się głównie w nocy.
     Wreszcie dojechaliśmy do Bawarii. Przez okienko widać było piękną, górzystą okolicę. Ja już przestałam rozpaczać z powodu rozstania się z psem - zorientowałam się, że lepiej, że został w Pruszkowie niż żeby miał odbywać tę upiorną podróż z nami. Miałam nadzieję, że go rzeczywiście odbiorę po wojnie, która przecież już niedługo się skończy.
     Kiedy wróciłyśmy po wojnie i zamieszkałyśmy u mojej ciotki na Pradze, jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiłam, była próba odszukania psa. Pojechałam do Pruszkowa i poszłam pod adres podany wówczas przez sanitariuszkę. Ulica taka była, ale adresu takiego nie było. Działka była niezabudowana. Poszła do sąsiednich domów - nikt nigdy nie słyszał o takiej pani, nikt nie widział takiego psa, żadna sanitariuszka pracująca w obozie w Pruszkowie tutaj nie mieszkała. Okazało się, że ta Polka ograbiła nas z naszego ukochanego psa chyba tylko dla tego, że był rasowym okazem.
     Na szczęście wtedy jadąc w nieznane o tym nie wiedziałam - nawet gdybym wiedziała, że psa nie odzyskam, cieszyłabym się, że na pewno ma lepszy los niż gdyby był z nami.
     Dojechaliśmy do stacji Flossenburg w Bawarii. Wyszliśmy z wagonów i przy wrzaskach konwojentów ustawiliśmy się w czwórki. Mężczyźni jeszcze szli razem z kobietami. Szliśmy przez urocze, czyściutkie miasteczko. Przyglądali się nam mieszkańcy, dla których pewno byliśmy polskimi bandytami. Myśmy zaś rozglądali się ciekawie, próbując z otaczającego nas krajobrazu odgadnąć, jaki czeka nas los.
     Teren był nierówny, raz szliśmy pod górę, drugi raz z góry. Przeszliśmy miasteczko. Za nim, przy drogach rosły drzewa owocowe obsypane owocami. Śniłam o jabłkach od początku Powstania - teraz idąc między owocującymi jabłoniami tylko łykałam ślinę.
     Nie pamiętam wejścia do obozu, ale zaraz za bramą obozu koncentracyjnego nastąpiła separacja kobiet od mężczyzn. Dookoła nas szlochały kobiety rozdzielone ze swoimi mężami, braćmi, synami. Nas nie miano już z kim rozłączać - mój ojciec zginął w Oświęcimiu na początku 1941 r., a siostra i tak była osobno - gdzieś tam w Śródmieściu brała udział w Powstaniu jako łączniczka.
     Pamiętam datę przybycia do obozu - był to 8 wrzesień, dzień imienin mojej matki.
     Spisano nas i zabrano nam nasze rzeczy. Każda z nas dostała wielką, papierową torbę na nasze rzeczy - torebki, wierzchnie okrycia, mniejsze walizki. Biżuterię matka oddała do depozytu, co wywołało zdziwienie u współwięźniarek. Matka pamiętała, że Niemcy po śmierci ojca w Oświęcimiu zwrócili jej jego obrączkę i zegarek, jako rzeczy, które były w depozycie, nabrała więc zaufania pod tym względem do Niemców i przyszłość miała pokazać, że się nie omyliła. Dostałyśmy numery, wypisane czarną farbą na kawałkach białego płótna, które kazano nam przyszyć do rękawów sukienek. Zaprowadzono nas do wspólnej sali kąpielowej z systemem pryszniców podwieszonych do sufitu, których nie można było regulować indywidualnie. Zdjętą odzież zabrano do dezynfekcji. Z pryszniców polała się najpierw lodowata woda, na co wszystkie zareagowałyśmy krzykiem protestu, następnie gorąca. Weszła grupa Niemców w mundurach i rzucono nam kawałki gliniastego mydła. Myśmy z krzykiem kuliły się przed nimi, próbując schować swoją nagość jedna za drugą, oni ze śmiechem nam się przyglądali. Dostałyśmy ręczniki i pozwolono nam się ubrać w nasze, gorące jeszcze od pary, sukienki. Zapędzono nas do dwóch baraków - bloków, jak nauczyłyśmy się mówić.
     Dowiedziałyśmy się, że jest to obóz męski. Więźniowie pracują w pobliskich kamieniołomach. Nas kobiety, zabiorą stąd, jesteśmy to tylko czasowo. Zdziwiła nas obecność dwóch cywilnych Niemek, będących na wyższych prawach niż my, ale jednak więźniarek. Posiadały one osobne pokoje w sąsiednim baraku. Matka wyjaśniła mi w oględny sposób, że są to prostytutki, obsługujące niemieckich strażników.
     Warunki w tym obozie nie były jeszcze dla nas najgorsze - ale i tak wydawało się nam, że trafiłyśmy do piekła. Apele nie trwały długo, nie pędzono nas do robót, traktowano nas ulgowo. Miałyśmy dwuosobowe prycze i z rozkoszą spałyśmy na sienniku, który wydawał się nam królewskim posłaniem w porównaniu z trzęsącymi się deskami podłogi jadącego wagonu bydlęcego.
     Na obiad dostaliśmy gęstą zupę. Było w niej pełno brukwi, kapusty i kartofli gotowanych w łupinach. Ta breja wydawała mi się nie do przełknięcia. Wydłubałam jedynie ziemniaki, obrałam ze skórki i zjadłam, a przed oczami miałam te uginające się od owoców jabłonki.
     Obsługa ustawiła duży kocioł na zlewki. Poinformowano nas, że to, czego nie zjemy, należy zlać do tego kotła i że te zlewki będą stanowiły jedyne pożywienie jeńców rosyjskich, których obóz znajdował się gdzieś w sąsiedztwie. Zapamiętałam ten fakt tak dobrze, gdyż stanowił dla mnie duży wstrząs. Nigdy dotąd nie cierpiałam głodu. Byłam dzieckiem "niejadkiem", wychowanym, nawet w warunkach okupacyjnych, we względnym dobrobycie, i myśl o jedzeniu resztek po kimś, była dla mnie wstrząsająca.
     Ilość zlewek w kotle dla jeńców rosyjskich malał z dnia na dzień - narastający głód zmusił mnie i pozostałe więźniarki do zjadania w coraz większej ilości tej zawiesistej zupy.
     Po tygodniu dowiedziałyśmy się, że wyjeżdżamy. Oddano nam biżuterię oddaną do depozytu, ale nie zwrócono nam płaszczy, tylko w sukienkach popędzono do pociągu.
     Nie pamiętam, jak długo trwał przejazd do Meklemburgii, do miejscowości Fürstenberg. Pamiętam, tylko, że matka dostała ataku bólu w dole pleców - czy były to nerki czy korzonki nerwowe, nie wiemy do dnia dzisiejszego. Wtedy byłyśmy pewne, że to nerki. Atak na szczęście ustąpił, kiedy pora była wysiadać. Niewiele też pamiętam z naszej drogi od stacji do obozu w Ravensbrück - tyle tylko, że wtedy pierwszy raz zobaczyłam psy w służbie Niemców. Były to ogromne dogi z krwawymi ślepiami. Ja, miłośniczka psów, nie chciałam wierzyć, że te stworzenia są nauczone do polowania na ludzi.
     Spisano nas i rozdano nowe, tymczasowe numery, które trzeba było przypiąć sobie do rękawów. Oddałyśmy ponownie do depozytu naszą biżuterię. Inne panie uważały, że robimy głupstwo, a stare więźniarki, które przychodziły do nas służbowo - przynosiły jedzenie, pomagały przy spisie - wręcz namawiały na oddanie im na przechowanie kosztowności i zapewniały, że oddadzą, jak przejdziemy przez kąpiel i jak będziemy wcielone do obozu.
     Tymczasem trzymano nas w wydzielonej przestrzeni, gdzie nie wolno było nikomu z nami się kontaktować, ani nam przechodzić na teren obozu. Matka moja znowu dostała ataku bólu, musiałam zdobyć dla niej jakieś lekarstwo. Przypomniałyśmy sobie, że trzy nasze dalekie znajome znajdują się w obozie - pani Stypułkowska i jej dwie synowe. Skontaktowałyśmy się z nimi przez uczynne więźniarki funkcyjne i na drugi dzień najstarsza z pań Stypułkowskich przyszła zobaczyć, w czym nam może pomóc. Tę pierwszą noc w Ravensbrück przespałyśmy na ziemi pod gołym niebem. Na szczęście było ciepło i chociaż zmarzłyśmy, to jakoś się nie przeziębiłyśmy.
     Pani Stypułkowska przywitała się z nami, pocieszyła nas, że już najgorsze mamy za sobą, że teraz jak będziemy przydzielone do bloku i będziemy miały już numery, będziemy mogły same poruszać się po obozie i organizować sobie pomoc. Zabrała mnie na teren obozu i zaprowadziła do znajomej lekarki, która mi dała jakiś środek uśmierzający dla matki.
     Panie Stypułkowskie opiekowały się nami w czasie całego naszego pobytu w obozie. Pomoc była raczej natury moralnej, niż jakiejkolwiek innej, ale ta właśnie była bardzo potrzebna.
     Tymczasem musiałyśmy przejść kontrolę sanitarną włosów - okazało się, że u nas obydwóch, jak i u większości kobiet, zaległy się wszy i "fryzjerki" miały nas obydwie ogolić. Matka uprosiła je, żeby mi nie goliły głowy, bo się zaziębię, sama poddała się bez oporu temu zabiegowi. Mnie rzeczywiście nie ogolono włosów i na pewno dzięki temu przetrwałam bez zaziębienia zimę w obozie. Golenie głów niewiele mogło pomóc na ogólną wszawicę, panującą w obozie. Prawdopodobnie Niemcom chodziło o czynnik psychologiczny, jakim jest upokarzający akt ogolenia głowy. Wstrząsający był widok kobiet z ogolonymi włosami. Wszystkie panie żegnały swoje włosy płacząc. Zaraz też czekało nas dalsze upokorzenie. Zapędzono nas do łaźni, kazano się rozebrać, rzeczy nam zabrano jakoby do odwszenia, w rzeczywistości nie zobaczyłyśmy ich więcej. Po kąpieli, nagie, wpędzono nas do dużego pomieszczenia, gdzie przy stoliku urzędowali Niemcy w mundurach SS. Była to komisja lekarska. Ustawiono nas gęsiego i kazano przemaszerować przed komisją. Nigdy chyba nie zapomnę widoku nas, nagich kobiet z ogolonymi głowami, idących wolnym krokiem przed buńczucznie rozpartymi na krzesłach Niemcami. Następnie czekało nas badanie ginekologiczne, od którego wybroniła mnie matka. Sama musiała się temu poddać. Wiele młodych kobiet wychodziło z tego pomieszczenia płacząc i jeszcze przez długie miesiące wspominając brutalne i wulgarne zachowanie się badającego Niemca.
     Dopiero po skończeniu tych badań wolno było nam się ubrać w przydzielone sukienki, oznaczone naszytymi krzyżami. Zostawiono nam jedynie obuwie. Oprócz sukienek nie dostałyśmy nic - ani bielizny osobistej, ani płaszcza, swetra, czy chustki na głowę.
     Pamiętam, że dostałam sukienkę z bardzo ładnego, kolorowego jedwabiu, cóż, kiedy była bardzo cienka i było mi w niej zimno - był przecież wrzesień.
     Ustawiono nas w czwórki i poprowadzono do baraku. Weszłyśmy do zupełnie pustego baraku (chyba nr 28) i pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to zapach jakiegoś środka dezynfekcyjnego. W sieni część więźniarek skierowano na prawo, część na lewo. Myśmy znalazły się w grupie zajmującej lewą stronę. W pierwszym pomieszczeniu ustawione były ławki i stoły, tylko część sali zajmowały trzykondygnacjowe prycze. Natomiast drugie pomieszczenie, bardzo duża sala, wypełniona była od początku do końca rzędami trzykondygnacjowych prycz. Kazano nam zajmować jedno posłanie na dwie osoby. Wdrapałyśmy się na najwyższe piętro jednej z prycz w pierwszym pomieszczeniu. Zmieniłyśmy później miejsce na drugą salę i na miejsce na "parterze", gdyż przekonałyśmy się, że w pierwszej sali było się zanadto na widoku, a z biegiem czasu nauczyłyśmy się schodzenia z oczu Niemcom i funkcyjnym więźniarkom. Tymczasem byłyśmy zmęczone, zmarznięte i cieszyłyśmy się, że mamy swoje miejsce, gdzie możemy się położyć i grzać jedna drugą.
     Nadeszła pora kolacji - blokowa ze sztubowymi najpierw spokojnie, później podnosząc głos, kazała wystąpić na ochotnika paru kobietom do przyniesienia kolacji dla całego bloku. Parę osób się zgłosiło i przydźwigały ciężkie kotły z lurą - kawą, oczywiście niesłodzoną i pojemniki z chlebem. Rozdano nam blaszane kubki, łyżki i miski. Przykazano nam ich pilnować, gdyż drugich nie dostaniemy. O ile kawa była obrzydliwa, to chleb smakował mi od pierwszego dnia - był ciemny, gruboziarnisty, doskonały. Jego przydziały zmniejszały się z tygodnia na tydzień. Był monetą obiegową i od razu za porcje chleba odjęte sobie od ust uzupełniłyśmy naszą garderobę. Istniał czarny rynek, oczywiście nielegalny, na którym od więźniarek, dostających paczki lub umiejących "organizować", czyli kraść z magazynów, można było dostać wiele rzeczy koniecznych do przeżycia.
     Zaczęło się dla nas normalne życie obozowe.
     Rano, kiedy było jeszcze ciemno, wyganiano nas na apel. Odbywało się to przy akompaniamencie krzyków sztubowych, które niestety musiały krzyczeć, żeby zmusić oporne do wstawania i wychodzenia na dwór więźniarki. Przed apelem biegłyśmy do łazienki, gdzie przy wspólnych, kolistych korytach myłyśmy się w lodowatej wodzie. Prawdziwą udręką było załatwianie potrzeb fizjologicznych. Pomieszczenie toalet miało wydzielone kabinki - chyba po 8 na każdą stronę baraku, a ponieważ było nas około 750 na tę ilość "oczek", ustawiały się kolejki do każdej kabinki po 10 osób. Kabinki miały boczne ścianki, natomiast nie miały drzwi. W tych warunkach wiele z nas przeżywało męki, zanim zdecydowało się na skorzystanie z ubikacji - z czasem zobojętniałyśmy na te sprawy.
     Kiedy sztubowe wypędziły nas na apel, zaczynało się żmudne ustawianie nas w szeregach po 5, równanie linii, sprawdzanie, czy wszystkie piątki są pełne, czy nikogo nie brakuje. Stałyśmy podskakując dla rozgrzewki, poklepując się rękami na wzajem po plecach. Apel trwał nieskończenie długo. Bolały nas plecy i nogi od tego stania w nieskończoność po ciemku, w zimie, pod blednącymi gwiazdami. Patrzyłam wtedy na konstelację Oriona i wzdychałam do tego, żeby być stąd jak najdalej - tak daleko, jak te gwiazdy. [...]
     Kiedy rozlegał się ryk syreny odwołującej apel, rzucałyśmy się hurmem do baraku, żeby jak najszybciej dostać się do ciepłego wnętrza. W łazience zastawałyśmy trupy zmarłych w nocy towarzyszek. Były tam przyniesione przez funkcyjne więźniarki, sprawdzające sale po naszym wyjściu na apel. Były nagie, na piersiach miały kredą napisany numer obozowy. Z początku robiło to na nas straszne wrażenie, później przywykłyśmy do tego widoku. Ciała zmarłych więźniarek nie przeszkadzały nam w myciu się obok nich i w iskaniu wszy z naszej odzieży i głów.
     Po śniadaniu zaczynał się pobór do pracy. Początkowo więźniarki zgłaszały się chętnie, żeby mieć trochę ruchu na świeżym powietrzu, kiedy jednak przekonały się, do jak ciężkich, fizycznych prac są używane, coraz trudniej było znaleźć chętne do różnych "komando". "Dekowały się" więc jak mogły, a po ulicach obozu i w barakach odbywały się istne łapanki. Drugi rodzaj poboru był organizowany na wywóz do fabryk amunicji. Panowało ogólne przekonanie, że wywóz do fabryki jest równoznaczny z wyrokiem śmierci - mało było szans na uratowanie się z ustawicznych bombardowań, na jakie te fabryki były narażone. Kiedy więc rozchodziła się pogłoska, że będzie organizowany transport do fabryki, kto mógł zgłaszał się do miejscowych "komando". Szczytem szczęścia było dostanie się do stałej pracy na terenie obozu - w kuchni czy w szwalni. Starsze kobiety były zatrudnione jako "sztykierynki" czyli do robienia skarpet na drutach dla żołnierzy. "Sztykierynki" siedziały w swoich blokach, w tej pierwszej sali, na ławkach przy stołach i w szalonym tempie migały pięcioma drutami.
     Ja zostałam zaliczona do grupy małoletnich i jako taka cieszyłam się pewnymi przywilejami - byłam zwolniona z obowiązku pracy i dostawałam dziennie " l mleka. Były to ogromne przywileje. Mleko było odciągane, koloru szarego, ale smakowało jak najlepsza śmietanka, przy narastającym wygłoszeniu organizmu.
     Moja matka początkowo należała do "komanda" od robót ziemnych poza terenem obozu, ale zupełnie nie wytrzymywała fizycznie pracy przy łopacie. Wracała przed wieczornym apelem ledwo trzymając się na nogach. Dostała nowe ubranie - pasiakową "garsonkę", jako, że więźniarki pracujące poza terenem obozu miały jednakowe umundurowanie.
     Rozpadło nam się nasze obuwie i dostałyśmy drewniaki. Trzeba przyznać, że było to obuwie ciepłe, ale bardzo toporne. Podeszwa była płaska, niewyrobiona według kształtu stopy. Cholewka była płócienna. Obuwie było za duże, ale to było jego zaletą, gdyż luz wypełniało się papierami, które doskonale grzały nogi. W ogóle papier był cennym materiałem izolacyjnym - podkładałyśmy go pod sukienki na plecach i piersiach.
     Dla nas małoletnich Polek, starsze więźniarki zorganizowały komplety tajnego nauczania. Zbierałyśmy się po dwie, trzy dziewczynki na najwyższym piętrze pryczy z naszą nauczycielką. Polski i historię przerabiałyśmy tylko ustnie, ale matematykę pisałyśmy na skrawkach papieru. Niewiele pamiętam z tamtego programu, ale wiersz "W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje" Ujejskiego kojarzy mi się z wieczornym widokiem ulicy Obozowej, kiedy to uczyłam się go w czasie wieczornych spacerów w towarzystwie mojej rówieśnicy Ziuty Stolarek, a ułamki piętrowe wywołują obraz naszej profesorki, "króliczki", pani Bogny Bombińskiej.
     Mojej matce udało się zamienić pracę przy łopacie na pracę przy obieraniu kartofli w kuchni dla personelu niemieckiego. Praca była lżejsza i na terenie obozu, poza tym mogła czasami ukraść dla siebie i dla mnie kawałek surowej jarzyny. Jak mi smakowała surowa brukiew, czy liść kapusty. Wykradanie jarzyn z obieralni było oczywiście surowo zabronione i ciężko karane, matka więc narażała się bardzo wynosząc je dla mnie. Po paru miesiącach tej pracy dostała lumbaga, róży na kolanach - infekcji na szczęście nie tak groźnej, jak normalna róża - to była jakaś odmiana obozowa. Musiała iść do szpitala "rewiru", o którym nasłuchałyśmy się wielu tragicznych opowieści. Rozstawałyśmy się tak, jakbyśmy się już nie miały spotkać. Na szczęście róża ustąpiła, ale zaczęło się pasmo innych chorób, jak zapalenie ucha, zaostrzenie lumbago i "durchwal" - obozowa, głodowa biegunka.
     Wszystkie te choroby nasiliły się w miarę postępującej zimy, wyniszczenia organizmu głodówką, ciężką pracą w warunkach nieodpowiednich i atmosferą stałego zagrożenia i terroru, panującą w obozie. Stare więźniarki pocieszały nas, że najgorsze do przeżycia są pierwsze miesiące, później już człowiek się przyzwyczaja.
     Nadeszło Boże Narodzenie. Więźniarki zorganizowały wieczór kolęd przy choince. Śpiewał chór i były też solowe występy. Wszystkie sobie wtedy popłakałyśmy, ale wiedziałyśmy, że już koniec wojny bliski i że należy tylko przetrzymać te parę miesięcy do wyzwolenia.
     Niemcy też wiedzieli, że koniec wojny jest bliski i zaraz po Nowym Roku zaczęli likwidować swoje zaległości, czyli wykonywać zaniedbane wyroki śmierci. Postanowili też zlikwidować "króliczki". Fala terroru objęła obóz. Nasza sztubowa, kulturalna pani Zofia Lipińska została w ramach tej akcji stracona w dniu 5 czy 6 stycznia 1945 r. "Króliczki" zaś zniknęły. Mieszkały w jednym bloku i nagle pewnego dnia blok okazał się pusty - one zaś pochowały się u zaprzyjaźnionych blokowych i sztubowych. Wszystkie denerwowałyśmy się ich losem.
     Dla zlikwidowania osób starszych, chorych i niedołężnych, oraz dzieci Niemcy stworzyli nowy podobóz, czyli odgrodzili jeden barak i nazwali go "Jugend Lager". Ogłosili, że w tym obozie warunki będą dużo lepsze, niż w ogólnym obozie, gdyż jest specjalnie przeznaczony dla osób chorych, i żeby się starsze i chore kobiety zgłaszały. Oczywiście wszystkie od razu zorientowałyśmy się, że jest to nowa forma zagłady i kto mógł, bronił się przed przeniesieniem tam. Zaczęłam wtedy pracować razem z matką w obieralni ziemniaków i w ten sposób uniknęłam smutnego losu, jaki spotkał zaprzyjaźnioną z nami starszą panią Manduk, po którą po prostu przyszli Niemcy do bloku i wywołali z listy ludzi starszych.
     Na początku marca 1945 Niemcy postanowili zwolnić Polki zabrane z Powstania Warszawskiego. Warunkiem zwolnienia była dobra kondycja fizyczna. Tymczasem obydwie byłyśmy bardzo chore. Miałyśmy "durchwal", a matka tak silne lumbago, że już od pewnego czasu nie była w stanie chodzić. Musiałyśmy stanąć przed komisją lekarską. Na szczęście znajoma, pracująca w "rewirze" dała mamie środek uśmierzający, który podziałał właściwie, i mama przeszła przed tą komisją wyprostowana i w miarę normalnym krokiem. Zostałyśmy zakwalifikowane do zwolnienia. Nie wierzyłyśmy wprost swemu szczęściu. Kiedy stałyśmy w kolejce po przydział ubrań "wolnościowych", czyli bez oznaczeń krzyżem, umarła jedna ze starszych więźniarek - pani Ertmanowa. Położono ją na noszach, a myśmy obok niej przechodziły. Razem z nami wychodziła jej córka, która przez cały czas pobytu w obozie dokonywała cudów, żeby matkę uchronić przed zagładą. Było to dla nas wszystkich ciężkie przeżycie - ta śmierć na progu wolności.
     Niemcy zwrócili nam depozyt w całości, ba, nawet dołożyli do niego zegarek, zostawiony w torbie z rzeczami w pierwszym obozie we Flossenburgu - zupełnie obłędna uczciwość w tym morzu nieprawości. Dzięki odzyskanej biżuterii przeżyłyśmy okres do wyzwolenia.
     Wyszłyśmy z obozu w początkach marca. Matka była tak obolała, i tak słaba, że właściwie musiałam ją nieść na plecach. Ja byłam w lepszym stanie - miałam tylko głodową puchlinę i "durchwal" i wysoką gorączkę, ale mogłam chodzić. W węzełku niosłam nasz nędzarski dobytek - zmianę bielizny. Z trudem dowlokłyśmy się do stacji kolejowej, skąd pod opieką Aufshierki ["] dojechałyśmy do stacji w Neubrandenburgu. Tam w Arbeitsamtcie przydzielono kobiety z naszego transportu do różnych prac. Nie byłyśmy w stanie nawet stać, obydwie byłyśmy na wpół przytomne. Położono nas na noszach i urzędnicy niemieccy naradzali się, co z nami zrobić. Zdecydowali, że należy odesłać nas z powrotem do Ravensbrück, ponieważ nie nadajemy się do pracy. W naszej obronie stanęła jedna z pań z naszej grupy, pani Śniegocka, mówiąca biegle po niemiecku. Przekonała Niemców, że odesłanie nas do obozu spowoduje tam bałagan i zamieszanie w kartotece, ponieważ zostałyśmy skreślone z ewidencji. Poddała im myśl, żeby nas odesłać do jakiegoś szpitala. Uratowała nam tym życie, gdyż Niemcom trafiła do przekonania ta argumentacja i odesłali nas do szpitala w Güstrow.
     Niewiele pamiętam z naszej kolejnej podróży. Jechałyśmy już bez żadnej opieki, w przedziale z normalnymi pasażerami. Patrzyli na nas ze zgrozą - szczególnie moja matka wyglądała przeraźliwie jak szkielet obciągnięty skórą z odrastającymi, jeszcze bardzo krótkimi włosami. Poinformowała ich o naszych przejściach. Niemcy nic nie wiedzieli istnieniu obozów koncentracyjnych i spotkanie z nami było dla nich szokiem.
     W Güstrowie na stacji czekał na nas sanitariusz z ręcznym wózkiem, na którym położono matkę. Poszliśmy do szpitala. Byłam tak osłabiona, że ledwo się za nim wlokłam przez całe miasto.
     Umieszczono nas w szpitalu przeznaczonym specjalnie dla Polek i Rosjanek znajdujących się na robotach. Mieścił się w murowanym, piętrowym budynku przy barokowym, potężnym zamku, w którym było więzienie.
     Okazało się, że jest nas więcej z obozu w Ravensbrück. Dwie z nich umierały na gruźlicę. Ich kaszel i rzężenie były coraz cichsze, aż jedna po drugiej umarła.
     Opiekę lekarską stanowił felczer Rosjanin, który miał do pomocy dwie pielęgniarki Rosjanki. Stronę gospodarczą zajmowały się zakonne siostry niemieckie. Naczelnym lekarzem był Niemiec, którego nigdy nie widziałyśmy.
     Położono nas na oddzielnych łóżkach w białej pościeli - był to luksus wręcz oszałamiający. Dano nam zastrzyki odwadniające na skutek, których zeszła z nas cała puchlina i stałyśmy się jeszcze bardziej chude. Gorączkę leczono wyłącznie aspiryną, ale i to lekarstwo pomagało i zaczęłyśmy powoli wychodzić z ciężkiego stanu. Wrócił nam apetyt i wtedy okazało się, że w szpitalu panuje jeszcze większy głód, niż w obozie. Właśnie wtedy przydała się nam biżuteria. Matka kupowała za nią jedzenie od rodzin innych pacjentek. Większość z nich były to kobiety pracujące u gospodarzy (bauerów). Odwiedzali je ich mężowie, czy narzeczeni mający pod dostatkiem żywności. Z nimi głównie szedł handel.
     U matki nasz "wracz", jak się do niego mówiło, wykrył ropę w płucach. Nie wykonał jednak żadnej punkcji ze względu na ogólne osłabienie organizmu i matka sama powoli wróciła do jakiej takiej kondycji. Ja też z dnia na dzień nabierałam sił i zdrowia.
     Jako rekonwalescentki zostałyśmy przeniesione do osobnego pawilonu - baraku, w którym pozostałymi pacjentkami były młode kobiety w ostatnich miesiącach ciąży lub już po porodzie, czekające na powrót do mężów. Oprócz nich były dwie Rosjanki bez nóg, które straciły w wypadkach przy pracy w polu.
     Kiedy poczułam się mocniejsza, postanowiła poszukać pracy. Poszłam do Arbeitsamtu i tam skierowano mnie do kuchni dworcowej. Kiedy się tam zgłosiłam, nastąpiła konsternacja. Potrzebowano Niemki, a nie Polki, gdyż było miejsce do spania tylko w sypialni Niemek, a Polki czy Rosjanki nie było, gdzie położyć. Usiłowałam wytłumaczyć, że mam miejsce w szpitalu i stamtąd mogę przychodzić, ale kierowniczka powiedziała, że to niemożliwe, bo trzeba być o różnych porach dniach i nocy w kuchni i o dochodzeniu do pracy nie ma mowy. Tak więc o to miejsce noclegowe rozbiła się moja praca, z czego tylko mogę się cieszyć, gdyż dworzec był zburzony przy zajmowaniu miasta przez Armię Czerwoną.
     Wyzwolenie nastąpiło w pierwszych dniach maja. Kiedy zaczął się obstrzał miasta, zapędzono nas do schronu w zamku. Oprócz nas chorych było trochę ludności niemieckiej, przerażonej nadchodzącym końcem wojny.
     Dość prędko, bez bombardowania lotniczego, miasto zostało zajęte przez Armię Czerwoną. Wróciłyśmy do naszego baraczku, skąd władze radzieckie przeniosły nas do normalnego, po wojskowego szpitala.
     W dniu 30 maja 1945 r. władze radzieckie zorganizowały pierwszy transport powrotny do Polski, w tym jeden wagon Czerwonego Krzyża, w którym myśmy jechały razem z innymi współtowarzyszkami ze szpitala. Wiele z nich wracało z dziećmi, urodzonymi w Niemczech. Wagon był bydlęcy, ale miałyśmy dużo luzu, ławki i słomę na podłodze. Jechałyśmy dość wygodnie.
     Po trzech dobach dojechaliśmy do Stargardu Szczecińskiego. Pociąg nie szedł dalej. Musiałyśmy wysiąść i czekać na pociąg z centralnej Polski, który miał przyjść nie wiadomo tylko, kiedy. Miasto było opustoszałe, w ruinie. Po ulicach walały się ogromne ilości papierów, wirujących w podmuchach wiatru. Na terenach dookoła dworca koczowały setki ludzi. Myśmy się też rozłożyli obozem na ziemi, rozpaliliśmy ognisko i gotowaliśmy zupę w dużym kotle, zabranym z Güstrowu.
     Pociąg osobowy przyjechał po nas następnego dnia. Po szturmie do wagonów okazało się, że miejsca jest dosyć i zupełnie wygodnie, siedząc na ławkach w "normalnych" wagonach przyjechaliśmy do Warszawy na Dworzec Zachodni. Był 4 czerwca 1945 roku. Rikszą pojechałyśmy na Saską Kępę, przez most pontonowy do brata matki. Jego domek był częściowo zburzony, ale on sam i jego rodzina przeżyli Powstanie i mieszkali w ocalałej części domu. Nie mieli o nas żadnych wiadomości i przypuszczali, że zginęłyśmy w Powstaniu. Jedynie wiedzieli o losie mojej siostry Barbary - wyszła z Armią Krajową po upadku Powstania do stalagu w Niemczech. Właśnie dowiedzieli się o tym, że żyje, z komunikatu Czerwonego Krzyża, ogłoszonego w radio. Była to dla nas pierwsza o niej wiadomość.
     Pierwszy rok po wojnie przeżyłyśmy w Warszawie na Pradze lecząc się. Matka nie była w stanie pracować, ja zabrałam się intensywnie do nauki, nadrabiając dwa lata w ciągu jednego roku szkolnego. Siostra wróciła po roku. Ponieważ żadna z nas nie miała uprawnień kwaterunkowych, a główna lokatorka - ciotka moja, wyjechała na Ziemie Odzyskane. Kwaterunek chciał nam do dwupokojowego mieszkania dokwaterować pięcioosobową rodzinę. Zabarykadowałyśmy się w mieszkaniu, nie wpuściłyśmy nowych lokatorów i zdecydowałyśmy się w mieszkaniu, nie wpuściłyśmy nowych lokatorów i zdecydowałyśmy się zaraz po powrocie siostry na wyjazd do Trójmiasta, gdzie miałyśmy rodzinę, która obiecała pomóc nam w urządzeniu się. Wyjechałyśmy w 1946 r. z Warszawy, do której wróciłam po skończeniu studiów na Wieczorowej Szkole Inżynierskiej - Wydziale Architektury w Gdańsku w 1953 r. Matkę sprowadziłam rok później, a siostra do dnia dzisiejszego mieszka w Gdańsku, w którego odbudowie, jako artysta - plastyk brała i bierze czynny udział.             

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten