Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak


foto
Wywiad z Ewą Kirszenstein-Skrzypczak
ur. 9 grudnia 1929 roku
Warszawa, 24.05.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Proszę powiedzieć gdzie mieszkała pani w okresie okupacji?
    
Mieszkałam głównie na Smolnej, to znaczy u mojej babci, ponieważ nasz dom na Sadybie był wynajęty. Tam zresztą było bardzo trudno, jeżeli chodzi o opał, [bo] nie było centralnego ogrzewania; nie dawałyśmy tam rady. Tak że tylko z doskoku byłam na Sadybie, a właściwie cały czas na Smolnej 18. Mieszkałam z babcią, z mamą i z moją starszą siostrą. I z moim starszym bratem, który zginął rozstrzelany. Ale o tym nie chciałabym mówić, bo to zanadto boli.
     Tata był w oflagu. W trzydziestym dziewiątym roku dowodził pułkiem w bitwie nad Bzurą, po czym jako jeniec [został] przywieziony do Warszawy. Co zresztą jest zabawnym incydentem - bo Niemcy [jednak] szanowali oficerów; do tego stopnia, że kiedy mama wyprosiła przywóz ojca z Kutna do Warszawy, do Szpitala Ujazdowskiego (był ranny w szczękę), to towarzyszący im żołnierz nie śmiał wejść do przedziału - bo tam był pan pułkownik.
     Przy tej okazji opowiem drugi incydent - w trzydziestym dziewiątym roku, ojciec, [który] ciągle jeszcze był w Szpitalu Ujazdowskim, na Boże Narodzenie dostał pod słowem honoru przepustkę na dwie godziny na Wigilię, właśnie na Smolną, do babci. I wszyscy mówili: "Stefan, nie wracaj już!" Powiedział: "Przecież dałem słowo honoru" - i po dwóch godzinach odprowadziliśmy ojca z powrotem.
     I w parę dni potem wszyscy ci ranni oficerowie zostali wywiezieni do oflagu. Najpierw koło Kolonii - zresztą ten adres był jeszcze wówczas utajniony, tylko z ogólnych uwag, że tutaj piękna rzeka, znana z wierszy i tak dalej, domyśliliśmy się, że to jest Kolonia - a potem [ojciec] był w Murnau, w tym bardzo dużym obozie. I to już do końca wojny, a nawet i po wojnie; jeszcze przez prawie rok czekał z decyzją powrotu tutaj.
     Gdy zaczęło się Powstanie Warszawskie byłam na ulicy Smolnej.
Jak pani zapamiętała te pierwsze dni Powstania?
    
Moja mama wyszła odwiedzić swoją teściową, czyli matkę mojego ojca, wczesnym popołudniem - i już nie zdołała wrócić. Potem trzy dni przedzierała się z ulicy Śniadeckich na Smolną. A w tym czasie Niemcy, w tym pierwszym rzucie, wpadli właśnie na Smolną.
     Wśród lokatorów w wynajmowanym przez babcię mieszkaniu był - bardzo osobliwa postać - Aleksander Weissberg-Cybulski. Żyd, kiedyś kochający komunizm i potem bardzo do komunizmu rozczarowany - po pobycie w Charkowie i uwięzieniu. Długimi kolejami trafił [na Smolną i tam się] ukrywał. Bardzo semickie rysy, znakomita znajomość niemieckiego - bo to Austriak - z pięknym akcentem. I jak ci Niemcy wpadli - panika nieprawdopodobna. My z babcią skręciłyśmy z tego zaułka w lewo, w kierunku szpitala oftalmicznego, jak się wówczas mówiło -  szpital okulistyczny - i potem, wybiwszy dziurę w murze, do zakładu sióstr przy Tamce. Pan Aleks poszedł - rozstaliśmy się w tej panice. I potem, na Powiślu - już wyzwolonym przez Powstanie (przez pewien czas było tam dość spokojnie) - ku naszemu zdziwieniu i niezwykłemu szczęściu widzimy, że z okna któregoś domu wychyla się pan Aleks i mówi: "Pani Kazia, pani Kazia!" - bo on tak właśnie familiarnie mówił do mojej mamy - "Pani Kazia, tu jestem!" "Jak to, panie Aleksie!? A co się stało?" Okazuje się, że kiedy nas wyganiali, on podszedł do jednego z tych Niemców z wystawionymi karabinami i powiedział swoją wspaniała niemczyzną: "Ale co JA mam w tej sytuacji zrobić?" [A] Niemiec mówi: "Proszę iść w stronę Nowego Światu, bo tam są nasi". I pan Aleks podreptał - razem ze swoją, zresztą polską, żoną - dwa domy dalej i przez bramę przechodnią przedostał się na Powiśle. W wielkiej przyjaźni byli z moją mamą - zresztą jeszcze długo po wojnie - i bardzo dobrze wspominam ich pobyt na Smolnej.
     To były te pierwsze dni - kiedy nas wygnali. U sióstr na Tamce - zgrozą powiało, bo szpital przepełniony rannymi, z cuchnącymi (przepraszam za wyrażenie) ranami, ksiądz, który absolutio in articulo mortis dawał wszystkim jednocześnie, [a] my nie wiemy, co z mamą. I tak to trwało dwa i pół albo trzy dni... Nie - więcej; we wtorek zaczęło się Powstanie, w niedzielę z moją siostrą przechodzimy przez to podwórko, zrozpaczone - dymy nad Warszawą, nie wiemy czy Smolna spalona, czy nie... moja mama się pojawia. I mówi: "Co wy tu robicie? Przecież na Smolnej dom stoi, nawet jest bieżąca woda". Więc wróciliśmy na Smolną i byliśmy [tam] już cały czas.
     Mieszkanie nie było zniszczone, nie było splądrowane - zresztą trudno było splądrować, dopiero potem szabrownikom udało się te niesłychanie ciężkie stare meble jakoś stamtąd wynieść.
     Ocalała też, przyjaciółka mojej mamy jeszcze z pensji - Żydówka z Łodzi, też bardzo typowa, która przyjechała pod fałszywym nazwiskiem, Majewska czy Kowalska, już nie pamiętam.
     I też element przedwojennej uczciwości: moja babcia była niesłychanie religijną osobą, nigdy nie kłamiącą - i kiedy ta Mania chciała wynająć pokój u sąsiadów babci, oni przyszli i powiedzieli: "Pani inżynierowo, przepraszam bardzo, ale czy ta pani to nie jest jednak Żydówka?" A babcia powiedziała: "To jest przyjaciółka moich córek od dziecka". I to im wystarczyło. Nie skłamała, nie powiedziała, nie zaprzeczyła. No i ona też się, Bogu dzięki, ocaliła.
     Po tych pierwszych dniach byliśmy na Smolnej i mama zorganizowała punkt opieki sanitarnej. Bo mama jeszcze [podczas] Pierwszej Wojny Światowej brała udział w takiej czołówce przy Armii Dowbora-Muśnickiego...
Czyli od razu się czynnie zaangażowała.
    
Tak. I jednocześnie gotowanie dla powstańców. Ja miałam tę satysfakcję, że roznosiłam jedzenie. Szło się częściowo piwnicami, ogromnie długimi, pod tym całym zaułkiem, aż do wysuniętych placówek już po naszej stronie Smolnej.
     I tu opowiem incydent, który robi dotychczas wrażenie na wszystkich. Na tym eksponowanym, drugim chyba piętrze na Smolnej, tacy chłopcy z Czerniakowa - no, dosyć prości chłopcy, powstańcy. Ja przynoszę im jedzenie i jeden mówi: "Słuchaj, tam po drugiej stronie na podwórzu stoi Niemiec. Przecież jego ustrzelić to jest nic!" kilkanaście metrów. A drugi mówi: "No jakże?! Zdjął hełm i pali papierosa - przecież do takiego nie będę strzelał!" I nie strzelił.
     To o czymś świadczy - prości chłopcy, stęsknieni do walki, wydawałoby się: całą okupację czekają na to, żeby tych Niemców ustrzelić... Mieli takie zasady; jak właśnie mówię. Prosty chłopak z Czerniakowa - nawet mówił, że jest właśnie z Czerniakowskiej - czy z takich okolic pochodzący... To taki element, który utkwił mi w pamięci, jako dosyć znamienny, w porównaniu z różnymi innymi zasadami uczciwości; to prawie się w głowie nie mieści...
     Roznoszenie jedzenia nie było szaleńczo niebezpieczne. Szło się częściowo piwnicami, a częściowo wewnętrznymi podwórkami, między innymi za szkołą Zamoyskiego. Zresztą szkoła Zamoyskiego nie była wtedy szkołą, tylko Kartenlager, to znaczy składem map niemieckich (nawet jakieś, niesłychanie precyzyjne wojskowe mapy, widziałam.
     I kiedyś niosłam dwie miski zupy, i taki świst długi, długi, długi i pac! - pocisk uderzył w mur naprzeciwko. To był jeden z pocisków sowieckich zza Wisły. To wtedy właśnie powstał ten wiersz, który ja dopiero później poznałam: "Czekamy na ciebie, czerwona zarazo..." Czekało się na tych Ruskich, na ich strzały... I nie było tych strzałów. Właśnie ten jeden, który pamiętam; to był taki element nadziei...
     Nosiłam jedzenie, w punkcie sanitarnym zorganizowanym przez moją mamę, jakieś drobne, czasami większe skaleczenia mama opatrywała, a szpital powstańczy był na Kopernika. Ponieważ na Powiślu wtedy swobodnie się poruszano...
     Nawet profesor Kazuro, muzyk, organizował koncerty - między jednym bombardowaniem a drugim były koncerty, na które myśmy po prostu chodzili.
A czy była pani na przedstawieniach teatrzyku kukiełkowego dla dzieci?
    
Nie, nie byłam. Byłam parę razy na koncercie u profesora Kazury i właśnie na Powiślu.
     I jeszcze jeden znamienny incydent " propos psychologii czy poczucia honoru. Prowadzono jeńców niemieckich. Wyobraża pan sobie, co za radość - Niemcy wystraszeni potwornie... Euforia. I wybiegł jakiś sklepikarz, chyba na Kopernika, a może na Tamce, i chciał - nie wiem, czy rozpoznał tego Niemca, czy tak po prostu, spontanicznie - chciał go uderzyć. A na to konwojujący powstańcy powiedzieli: "Przecież to są jeńcy. Nie wolno".
     I to trwało dosyć długo i było względnie spokojnie. Potem bardzo wzmogły się bombardowania. Myśmy zresztą nigdy nie schodzili do piwnicy. Ja się do dziś boję zasypania w piwnicy, już wolę być na górze. Tylko jeden raz byłam - przechodziłam z tym jedzeniem dla powstańców, [przez] takie bardzo długie, duże piwnice (bo to duże mieszkania, a stosunkowo niski dom, chyba pięciopiętrowy) i w tym korytarzu nagle okrzyk: "Niemcy!", dym, huk, no i panika niesłychana. Ja żongluję w powietrzu tymi miskami... Nie mówię, że się nie boję, to był przerażający moment. Okazało się - żadni Niemcy, tylko po prostu pocisk trafił niedaleko, w któryś z elementów tej piwnicy. Pod tym względem skończyło się dobrze.
     Natomiast pamiętam, [że] w czasie bombardowania dom się autentycznie chwieje - to się wydaje niemożliwe, ale (babcia miała mieszkanie na trzecim piętrze, więc nawet nie na tym najwyższym) to się czuje, tę odchyłkę. Myśmy się czasem śmiały z moją prawie o dziesięć lat starszą siostrą.
     Siostra przed Powstaniem była w tak zwanym DySK-u. (Dywersja i Sabotaż Kobiet). (...) I jak myśmy się z Baśką tak śmiały - jeszcze w trzydziestym dziewiątym roku - to stara, ukochana służąca mojej babci powiedziała: "Nie śmiejcie się, nie śmiejcie, bo to nerwowe i tak wam zostanie". Więc ile razy ktoś się śmieje histerycznie, to ja mówię: "Nie śmiej się, bo ci tak zostanie". Zresztą potem już tej służącej oczywiście nie było, bo bardzo ciężko było podczas okupacji.
     Przejdę do strony materialnej - mój ojciec przysyłał połowę swojej pensji, tej oflagowskiej... nie, nawet całą przysyłał. Ta pensja wynosiła chyba 120 marek, dla mojego ojca w jego randze. 120 marek to było 240 złotych, jak dziś pamiętam - było to strasznie mało. I stąd właśnie to wynajmowanie mieszkania na Smolnej, stąd to więcej niż skromne jedzenie... Pamiętam, jak chodziłam do szkoły i dziewczynki się między sobą wymieniały śniadaniami, a ja nigdy się nie wymieniałam, dlatego, że miałam tylko chleb z marmoladą z buraków... Miałam gorsze kanapki. Ale tak zupełnie głodna - tak, żeby,  jeść trawę - to nie byłam. Jak mówiła nasza służąca, Elżbietka: "Dzisiaj będą kluski czekoladowe" - to znaczyło, że z czarnej mąki.
A z okresu Powstania - co na pani zrobiło największe wrażenie?
    
Początek - euforia i radość nieprawdopodobne. Nieprawdopodobne. Łyk wolności I flagi powiewają, i tych Niemców-jeńców prowadzą, i wprowadzona administracja swego rodzaju, łącznie z sądami, i wydawane natychmiast - poza gazetkami, których było bardzo dużo przed Powstaniem, ale utajnione oczywiście - oficjalne, też skromnie wydawane, ale właśnie biuletyny, codzienne biuletyny informacyjne... Więc to było takim właśnie łykiem wolności. I - wyrażenie mojej mamy - zachłyśnięciem wolnością. Potem było gorzej. W tym sensie, że było coraz bardziej kiepsko z jedzeniem, coraz bardziej kiepsko z bombardowaniem, no i coraz bardziej beznadziejnie, bo się ten teren zawężał.
6 września Niemcy zajęli Powiśle. Jak pani zapamiętała moment pojawienia się Niemców?
    
My, na Smolnej, z tą przyjaciółką mojej mamy, Manią, nie pakowaliśmy nic - właściwie nie mieliśmy rzeczy i jakoś nie przyszło nam [to] na myśl. Pamiętam, że miałam na sobie tylko jakiś płaszcz, zwany później prochowcem, taki lekki płaszcz - zresztą ciepło wtedy było. I wygnali nas przez ogrody Szpitala Czerwonego Krzyża, pognali najpierw na ulicę Czerwonego Krzyża, gdzie przytrzymali nas w bramie. Krążył tam Ukrainiec - mówiło się o nich Kałmucy, a Ukraińcy - który zabawiał się tym, że straszył, że wszystkich powystrzela, a potem mówił: "A teraz idę się napić, ale tu wrócę i was wszystkich powystrzelam". Zresztą nie wrócił i nie wystrzelał.
     Stamtąd, chyba po półtorej doby, pognali nas w stronę Wisły, co chwila ustawiając gdzieś pod murem. Moja najukochańsza babcia zobaczyła tam - w czasie wojny, w czasie okupacji, ludzie wykorzystywali każdy skrawek ziemi - pomidory, rosły nie zebrane. I babcia zerwała pomidor, a moja mama mówi: "Mamo, co ty robisz?! Przecież nas za chwilę zastrzelą!" "Ale jeżeli nie zastrzelą, to pomidorek - same witaminy!" - powiedziała. I wzdłuż Wisły pognali nas do ulicy Bednarskiej, z takimi przystankami grozy.
     Co chwilę moment niepewności. I szliśmy Bednarską, już bardzo spaloną, w górę. Potem pędzili nas aż do kościoła, tego jedynego, który ocalał, wysokiego kościoła gotyckiego na Woli, już za tym było getto, zupełnie zburzone...
Na Woli jest kościół świętego Wojciecha.
    
Tam nas pognali. Tłum ludzi. I rannych, i chorych, i śmierdzących... I zapytałam babcię: "Jak to? Ten kościół już nie będzie mógł być używany", a babcia odpowiedziała: "To nic, Ewuniu. To się go od nowa poświęci". I tam spędziłyśmy jedną noc.
     Ale zanim nas tam dognali, to też taki incydent - do czego się przydało moje nazwisko. Bo prowadzili nas Niemcy, otaczali, ale dość rzadko szli, a oprócz tego doskakiwali Ukraińcy-Kałmucy. I jeden szarpnął mnie za rękę, a ja krzyknęłam: "Ich bin Kryspin von Kirszenstein!" (Kryspin to jest herb mojego ojca) - i on odskoczył. Tak że przydało się nazwisko o niemieckim brzmieniu.
     Potem, po tej nocy spędzonej w kościele, pognali nas do Pruszkowa. To gnanie nie było już takie rozpaczliwe; wpakowali nas do kolejki, która kursowała, ludzie po drodze wyskakiwali. Mama się nie zorientowała i myśmy w tym Pruszkowie po prostu wysiadły. I tam było coś w rodzaju remizy... Byłyśmy w takiej hali, gdzie podobno, czego ja nie zauważyłam, ruszały się od wszy takie pilśniowe maty. Mama powiedziała: "Aby najprędzej stąd wyjechać". I nie było wiadomo, dokąd: czy do Oświęcimia, czy na rozwałkę, czy gdzieś indziej. I tu znów się przydał list mojego ojca. Szłyśmy z mamą i mama trzymała w ręku list z obozu, na takim charakterystycznym blankiecie.
Czyli była segregacja i w oczekiwaniu na tę segregację mama wyciągnęła list.
    
Tak. I co się który Niemiec zbliżył, to dosłownie z salutowaniem odchodzili.
     Potem doszłyśmy do wagonów... Ludzka natura jest nieprzewidywalna - nie wiadomo, dokąd te wagony jadą, ale ludzie się tłoczyli jakby po jakieś skarby. W tych wagonach stało się sztorcem. Na szczęście były otwarte, góra była otwarta, więc nie było duszno, ale to było punktowe, że tak powiem, miejsce; razem z babcią, razem z Manią. Pociąg jechał, nie chcieli wypuścić w celu załatwienia jakichkolwiek potrzeb. Więc się tak jechało, jechało... Na szczęście zaczął padać deszcz i zbieraliśmy do jakiejś miseczki wodę, żeby się napić. Niemcy nie pozwalali wyjść... Jeden bochenek chleba do nas gdzieś spadł...
Jak się załatwiało potrzeby fizjologiczne?
    
Nie załatwiało się w ogóle. Muszę się pochwalić wytrzymałością. Niektórzy jakoś sobie być może radzili...
     I w którymś momencie, to było tuż koło Końskich, przed Końskimi, Niemcy otworzyli wagony i powiedzieli: "Wychodzić". No to wyszliśmy. I tam uroczy ludzie z Końskich, na przymurku przy jakimś parku czy skwerku, mieli talerze z zupą pomidorową. Proszę sobie wyobrazić: po tym wszystkim - talerze z ciepłą zupą pomidorową. Najlepszy posiłek w życiu. Dotąd pamiętam. W Końskich spędziłyśmy parę dni, jakaś rodzina bardzo uprzejmie udostępniła nam pokój, ale mama miała pomysł - jak się okazało słuszny, chociaż nie obyło bez przygód po drodze - żeby się dostać do Łowicza. Swego czasu, w latach 1932-35, ojciec był na stażu w Łowiczu, był zastępcą dowódcy pułku, a żona pułkownika Krudowskiego w dalszym ciągu tam mieszkała. Dostać się do niej wiadomo, że nie jest wcale łatwo, ani pociągiem, ani niczym innym. Ale do jakiegoś pociągu - niemieckiego, z zakamuflowanymi czołgami czy czymś -weszłyśmy, na taką platformę. I jedziemy, jedziemy, a ludzie mówią: "Tu trzeba skakać, bo potem wjedzie do Rzeszy". Ale babcia w tym wieku, Mania z chorą nogą, nie mogła skakać - więc tak jedziemy, jedziemy...
     I wylądowałyśmy w Łodzi, która należała do Reichu. A tutaj rozpacz. Mania przerażona, bo w Łodzi ją znają, była żoną wielkiego przemysłowca z Łodzi (nie znam nawet jej prawdziwego nazwiska, Baruch chyba). Tam nas wyrzucają - nie na głównej stacji w Łodzi, tylko na tej pierwszej w stosunku do Końskich.
     I tu znowu taki prześmieszny incydent. Wysiadamy, nie mamy pieniędzy - mamy okupacyjne złotówki, które tam nie chodzą w ogóle, zresztą bardzo niewiele. Nie mamy niemieckich pieniędzy, nie wiemy, co dalej robić, jak się dostać do Łowicza, który jest za granicą... Stoimy na przystanku, babcia przyjęła od kogoś, w charakterze jałmużny, pieniądze na bilet... Jedziemy tramwajem, Mania trzęsie się ze strachu - a babcia mówi: "Proszę zawołać konie, żeby mnie zawiozły na dworzec". To też był taki incydent zupełnie komedyjny.
     Brudni, umorusani, niebywale obrzydliwi, dojechaliśmy na główną stację w Łodzi. Sprzątaczka powiedziała: "Umyjcie się chociaż trochę, tu jest kran". Więc obmyliśmy się trochę - i tu kolejny incydent. Siedzimy na dworcu i debatujemy, w myślach i ze sobą, jak się dostać do Łowicza - w ogóle nie mając prawa być na tym terenie. Siedzimy - umorusani, brudni, wynędzniali. I przechadza się oficer niemiecki - w wyczyszczonych do blasku butach. Parę razy się przechadza. Mama mówi: "Jezus Maria, co on..." A on się zbliżył i mówi tak: "Może paniom jest nieprzyjemnie mówić po niemiecku, ale czy panie znają francuski?" Mama i babcia dobrze znały francuski. I on powiedział: "Czy mogę być w czymś pomocny?" To było zupełnie niespodziewane. Zrządzenie losu. I mama powiedziała, że chcemy się dostać do Łowicza. On powiedział: "Przecież to jest za granicą... Ale ja spróbuję wsadzić panie do pociągu". Pociąg przyjechał, niesłychanie zatłoczony, bez żadnego rozkładu oczywiście, i miał jechać tylko do granicy w Strykowie, Strykau, jak Niemcy mówili. Ale jak zobaczyli tego Niemca eskortującego nas, to weszłyśmy do przedziału. I on wszedł z nami. Potem zasnęłam. Mama mówi, że na którejś bliskiej stacji on wysiadł, nic nie powiedziawszy. Znaczy: przewiózł nas aż za Stryków - nie pozwalając na żadną rewizję, na żadne sprawdzanie. Wylądowałyśmy w Łowiczu - to była godzina policyjna, więc przeczekiwałyśmy na dworcu...
     Ja spałam prawie całą drogę. Bo to było po tych wszystkich przejściach, po tych wagonach, po tej Łodzi, po tym wszystkim...
     Wylądowałyśmy. Pani Krudowska, żona pułkownika Krudowskiego, o której nawet Niemcy mówili "Das ist die Erste Dame in Lowicz" (bo rzeczywiście Łowicz stał na Żydach i wojsku), cieszyła się tam wielkim szacunkiem, ale odebrali jej - pułkownik Krudowski też był w obozie - piękny dom, w którym wcześniej mieszkała. Obecnie mieszkała w zupełnie straszliwych warunkach - jeden pokój, kuchnia, oczywiście o żadnej łazience nie ma mowy... I tam była ona, jej syn starszy ode mnie o trzy lata, jej córka, której mąż umarł na tyfus, z małym - już pogrobowym dzieckiem.
     Pani Krudowska powiedziała: "Nie mogłam uczestniczyć w Powstaniu, ale przynajmniej niech się przysłużę tym, że każdy, kto jest bezdomny, znajdzie u mnie miejsce". I w tym pomieszczeniu, w tym pokoju, jej córka, Irka, spała w łóżeczku dziecinnym, razem ze swoim synkiem, zwinięta w kłębuszek, a myśmy spali pokotem.
     Tak trwałyśmy, moja siostra miała nawet jakieś możliwości zarobku, bo pani Krudowska wypiekała ciastka do cukierni - bo o dziwo cukiernie funkcjonowały - i Baśka roznosiła te ciastka. A ja trafiłam na komplety, na których kontynuowałam tam naukę. Te tajne komplety, prawdę mówiąc, nie były bardzo niebezpieczne. Odbywały się w mieszkaniu jednej z koleżanek. Nawet miałam taką zadrę moralną, bo ja zawsze lubiłam matematykę i nie bałam się matematyki, a na tych kompletach miała być klasówka z matematyki - i koledzy wymyślili: "Powiemy, że była łapanka i nie mogliśmy przyjść". Ja mówię: "Słuchajcie, nie róbmy tego!" Ale jakoś się upiekło, napisaliśmy tę klasówkę... Przerwy w edukacji w ogóle nie miałam. Ja bardzo wcześnie poszłam do szkoły, [czy] raczej bardzo późno - bo poszłam do czwartej klasy, ale mając niecałe 9 lat - tak że nie miałam przerwy. Przedtem, jak to się dawniej mówiło, pobierałam nauki w domu, a potem z roku na rok byłam w coraz to innej szkole, bo tak się przenosiłyśmy - to na Smolnej, to na Sadybie, to właśnie w Łowiczu, potem przez chwilę w Chorzowie, potem przez chwilę w Krakowie. Dość, że przerwy nie miałam.
     W tym Łowiczu, po tym, jak weszli Rosjanie, którzy się wsławili tym, że jeżeli widzieli, że ktoś miał zegarek, to krzyczeli: "Pani, kotoraja godina?" - co oznaczało, że trzeba pokazać zegarek; mama miała zegarek, nie pokazywała zupełnie. Już nie mieliśmy siły [mieszkać] u pani Krudowskiej, w tym natłoku jeszcze ją obciążać, więc mama wynajęła pomieszczenie u takiego babsztyla, mieszkającego z dwoma synami. Spałyśmy z mamą w kuchence, w parterowym domu, w którym było tak zimno, że rano w miednicy woda była zamarznięta. I w którymś momencie śpimy z mamą, razem, na takim wąskim żelaznym łóżku - i dobijanie się do okna. I mama szepcze: "Nie ruszaj się". Dobijanie się, dobijanie - jakiś Rusek się dobijał. Myśmy to przeczekały - i proszę sobie wyobrazić, że się nie włamał. To też zrządzenie losu.
     Byłyśmy tam ze cztery miesiące. Potem pojechaliśmy do Krakowa, już wyzwolonego, gdzie mama dostała pracę jako kierowniczka domu samotnych matek. Te matki były samotne albo zrządzeniem losu, albo zrządzeniem własnej niefrasobliwości - w każdym razie były tam różnej proweniencji panie z dziećmi...
Czy w Krakowie był ktoś z rodziny czy ze znajomych?
    
W pewnym sensie tak, ale to było trochę odległa znajomość - mąż mojej ciotecznej siostry miał tam znajomego, u którego się zatrzymał. A myśmy mieszkali na ulicy Kasztelańskiej - w bardzo ładnej  dzielnicy - i tam też zaraz zaczęłam chodzić do szkoły, i tam właśnie dotarł mój ojciec.
     To była historia jak z bajki, bo myśmy wiedziały, że ojciec żyje, wiedziałyśmy, że się waha czy przyjechać, czy nas spróbować jakoś ściągnąć... Miałam taki zeszyt, który mama gdzieś zdobyła, bardzo piękny zeszyt, ze sztywną okładką - i mówię: "Wiesz, nie będę go podpisywać, to tatuś, jak wróci, mi podpisze". I ten zeszyt czekał niepodpisany. I w pewnym momencie - wiedzieliśmy, że ojciec żyje, ale nie wiedzieliśmy, że wraca - mama siedzi w takiej małej kanciapce, która była kancelarią tego domu opiekującego się samotnymi kobietami, i nagle wchodzi - w mundurze, nawet nie z plecakiem, z jakimś workiem na plecach... I to był mój ojciec. Tak niespodziewanie. I ja powiedziałam: "Tatusiu, napisz mi zaświadczenie, że nie pójdę do szkoły z powodu twojego powrotu".
     Potem, po powrocie ojca, już niedługo tam byliśmy. Ojciec wrócił - to był chyba kwiecień... W każdym razie jak ojciec wrócił, to na Śląsku, gdzie osiadła po Powstaniu również jego siostra, bardzo poszukiwali ludzi z wyższym wykształceniem i jakimiś umiejętnościami - do administracji kopalń. Ojciec nie miał z kopalnictwem nic wspólnego, ale bardzo chętnie go wzięli. Początkowo miał bardzo duże stanowisko, był wicedyrektorem jakiegoś zespołu kopalń - z ogromnymi nagabywaniami, żeby się zapisał do partii.
     A jeszcze przedtem wezwał go Żymierski i powiada: "Panie pułkowniku, przeżył pan szczęśliwie wojnę, zapraszamy do wojska". Ojciec powiedział: "Nie, ja w tym wojsku nie chcę być". I więcej nie było nagabywań. Natomiast były nagabywania, żeby wstąpił do partii. Ojciec, korzystając ze stanowiska, brał samochód służbowy i objeżdżał różne kopalnie... Oczywiście się nie zapisał, ale potem już nie mógł być wicedyrektorem, potem było trochę mniejsze stanowisko, a potem, po przyjeździe do Warszawy, to już było bardzo skromne stanowisko. Bez ukrywania przeszłości... Nota bene mój ojciec, w czasie, kiedy ja się urodziłam (przełom dwudziestego dziewiątego i trzydziestego roku) był zastępcą szefa sztabu KOP-u - a Korpus Ochrony Pogranicza to już w ogóle płachta na czerwonego byka. Ale ojciec nigdy tego nie ukrywał, w żadnych formularzach życiorysowych. I ja też. Jak trzeba było wypełnić taki idąc na studia - czy ktoś służył, ja piszę: tak, ojciec był zastępcą... Proszę sobie wyobrazić, że nie przeszkodziło mi to ani w dostaniu się studia, ani w studiach, ani w zatrudnieniu jako asystent w Instytucie Fizyki.
     Potem, w 1947 roku, przenieśliśmy się do Warszawy. Ojciec dostał to skromniejsze stanowisko...
     Ojciec dostał na Częstochowskiej mieszkanie, bardzo malutkie, dwa pokoje z kuchnią - ale jednak. I wszystko od zera. To znaczy kupienie garnka to był wielki ewenement, zrobienie własnoręczne stołu - o tego, przy którym siedzimy, którego nigdy nie porzucę; jest składany, żeby mógł się zmieścić w tym małym mieszkaniu... I takie stoliki, które ojciec też sam zrobił - ogromnie lubił majstrować. I zamieszkaliśmy na tej Częstochowskiej, i tam mieszkaliśmy do śmierci ojca. Znaczy jeszcze dłużej, ale tam mój ojciec umarł - zupełnie nagle i nieoczekiwanie, na serce, w czasie, kiedy moja matka była na wakacjach z dwójką moich starszych dzieci, z Marysią i z Agnieszką, a ja zostałam w Warszawie, bo Jaś, trzeci, był malutki. Wyszłam na spacer z Jasiem, a nagle mnie woła dozorca, mówi: "Prędko, prędko z powrotem!" Okazuje się, że rozmawiał z ojcem i potem zobaczył jak ojciec się osuwa, to parterowe mieszkanie, osuwa się tak... Zmarł zupełnie nagle...
Czy w okresie powojennym często wracały wspomnienia, przeżycia wojenne?
    
W rozmowach rodzinnych właściwie nie. Czasem tylko jakieś ucieszne dykteryjki.
A jak to się odbiło na psychice młodej dziewczyny?
    
Nie wiem... To było jakieś takie tabu. To znaczy - nigdy nie opowiadaliśmy ojcu o Powstaniu... Nigdy nie opowiadaliśmy i nie wypytywał. Tak samo nie wypytywał o to, jak mój brat był aresztowany i rozstrzelany. Zapytał mnie tylko, czy Jędrek dobrze prowadził samochód (przed wojną akurat miał 16 lat, więc dostał pierwsze prawo jazdy), ja powiedziałam: "Przecież podczas wojny nie było samochodów" i na tym właściwie rozmowa się urwała.
     Tak, że rozmów o wojnie nie  było, czasem jakieś dykteryjki... O panu Aleksie - jak myśmy mówili - Weissbergu-Cybulskim, jak Niemcom mówił: "A gdzie ja mam pójść?"... Czasem mówiliśmy o tym, że w mieszkaniu mojej babci na Smolnej ukrywało się do osiemnastu Żydów - oprócz pana Aleksa i jego żony, jego znajomi, którzy przychodzili tam dosłownie na całe dnie. On miał dosyć dużo pieniędzy, nie wiem skąd, nawet szynkę kupował, co pamiętam jak dziś, takie płaty szynki... I przychodzili jego znajomi, Żydzi. Przyszła dozorczyni i mówi: "Pani inżynierowo, czy pani się nie boi? On tak wygląda na Żyda i tacy ludzie przychodzą..." - "Moja Józefowo, bez woli Bożej włos nam z głowy nie spadnie" - powiedziała babcia religijnie. Ii rzeczywiście. I powiedziała w dodatku: "Przecież to wszystko jedno, czy jest jeden, czy osiemnastu". Ukrywał się tam między innymi kolega i przyjaciel mojego brata, późniejszy profesor filozofii, Stefan Morawski, spał w stołowym pokoju.
     To był bardzo dziwny okres... Zimno było potwornie, nieopalane mieszkanie, głodno potwornie... Ja zapytałam moją mamę, czy jak ma się worek cukru i worek mąki, to się na pewno nie umrze z głodu - potem to cytowano w rodzinie. Zresztą o dziwo podczas wojny można było wziąć pożyczkę na nasz dom na Sadybie, na hipotekę. Mama napisała do ojca, bo to była wspólna własność, ojciec przysłał formalną zgodę z obozu jenieckiego i dostała z BGK pożyczkę... To nie była duża pożyczka, ale właśnie ten przysłowiowy worek mąki i worek cukru był w domu. Tak że jakoś nam to służyło, nie na długo, ale jednak służyło; też jakoś się dzieliło z innymi ludźmi...
     Paradoksalnie działały różne rzeczy. Podobnie jak w obozie. Z takich historii, które ojciec opowiadał, właściwie tylko żartobliwych - proszę sobie wyobrazić: pięć tysięcy oficerów zamkniętych w obozie, bez wiadomości o rodzinach, wiedzą, że jest Powstanie i są bezsilni. I mają prawo do jednego listu (taki długi list) i dwóch kartek, mniejszych, miesięcznie. Któregoś razu przychodzi list napisany maczkiem (tylko ołówkiem można było pisać), trzy ostatnie linijki puste. Następny list przychodzi - tak samo. Mama mówi: "Coś niedobrze się dzieje psychicznie z ojcem, bo pisze bardzo serdecznie..." - cenzura nie była bardzo surowa, pisał: "Ucz się koniecznie angielskiego, to taki ważny język..." do mnie, i tak dalej - "Ale dlaczego nie wypełnia tych ostatnich trzech linijek?" Po wojnie nam powiedział: "To była kara [za to], że ktoś coś przeszwarcował w liście" - i pozwalali wypełniać nie 30 linijek, tylko 27. Wtedy to nikomu nie przychodziło do głowy, mama już się bała o psychikę ojca...
     Zresztą poczta niemiecka chodziła dobrze... Proszę sobie wyobrazić, że ostatni list ojca przed Powstaniem - Powstanie [zaczęło się] we wtorek - przyszedł w sobotę, nadany dwa dni wcześniej. Strasznie szybko. I z Murnau, przecież to kawał drogi. Potem, jak byłyśmy już w Łowiczu, to ojciec napisał, na zaoszczędzonej kartce, do pani pułkownikowej Krudowskiej; nawet bez adresu- Łowicz, Zofia Krudowska, doszło oczywiście, to była znana osoba. I napisał tak: "Już dwa tygodnie nie mam wiadomości od mojej Kaziutki i się niepokoję". No jak!? Warszawa zburzona... Ale właśnie tak rozumował. Tak że to chodziło jakoś znośnie, chociaż z bardzo śmiesznymi zadrami ze strony Niemców.
     A jeśli mowa o oflagu, to ojciec mówił, że nigdy w życiu nie był tak zajęty, jak tam. Tu przedstawienie teatralne, tu wykłady... Z Genewy dostawali z Czerwonego Krzyża dowolne książki, jakie sobie zamarzyli, za wyjątkiem strategii wojskowej. Tak że wykłady ze strategii były robione potajemnie, ale reszta oficjalnie. Były kursy języków, kursy teatralne, byli tam i rzeźbiarze, i naukowcy... Tak że życie dosłownie wrzało. Ojciec mówił: "Ja miałem dzień poszatkowany". Mieszkali tam nawet w znośnych warunkach, to znaczy oficerowie tacy jak mój ojciec mieszkali w czterech w pokoju, generałowie - po dwóch. I takie historie, które czytałam potem, ojciec potwierdzał - że ludzie dostawali takiego troszkę zajoba... Bo dwóch generałów mieszkających we wspólnym pokoju podzieliło sobie stół kredą na pół - jeden położył rękawiczkę na granicy, to ten [drugi] obciął nożyczkami palce tej rękawiczki... I potem [o tym czytałam, i] ojciec jeszcze przedtem o tym opowiadał. Więc były takie śmiesznostki. Ale właśnie dzień podobno mieli niesłychanie zajęty. I jakieś drobne rzeźby ojciec robił... Śliczne szachy zrobił, sam wyrzeźbił, takie podróżne, z wtykanymi kołeczkami. Przysłał w paczce z obozu, proszę sobie wyobrazić - przyszła paczka z obozu, były te szachy, był jeszcze taki nóż do przecinania książek...
A czy te szachy ocalały?
    
Tak, ocalały. Są teraz u mojego ukochanego zięcia. Powiedziałam: "Tylko ty, Włodku, się nimi zaopiekujesz, bo tu u mnie w domu jest bałagan". Więc są, ocalone, z takimi uchylnymi półeczkami - no, naprawdę cacuszko zupełne. Więc to robił ojciec. Potem z pudełek od proszku do zębów - nie było wówczas past do zębów - robił ramki do fotografii. Dotychczas te ramki są u mojej starszej córki. I to przysyłał w paczkach, bo z obozu przyjechał z tym workiem, gdzie był jeden ręcznik i zmiana bielizny - to, co mógł przywieźć...

 Wstecz...


Basia i Ewa Kirszenstein, Warszawa, 1941
Basia i Ewa Kirszenstein, Warszawa, 1941
Ewa Kirszenstein (stoi pośrodku) wraz z kolegami, Warszawa, ok. 1944
Ewa Kirszenstein (stoi pośrodku) wraz z kolegami, [...]
Ewa Kirszenstein po Powstaniu Warszawskim, 1944/45
Ewa Kirszenstein po Powstaniu Warszawskim, 1944/45 [...]

Galeria fotografii

Wywiad z Ewą kirszenstein Skrzypczak przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego, maj 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten