Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Uldanowicza


MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Jerzy Uldanowicz
E 155                                                                          

 

Wygnanie z Warszawy - po powstaniu - na roboty przymusowe

     Kapitulacja Powstania zastała mnie w domu przy ulicy Grzybowskiej 7, gdzie mieszkałem od czasów przedpowstaniowych, to jest na terenie wolnym od Niemców. Miałem wówczas 14 lat.
     W ciągu pierwszych 2-3 dni po kapitulacji ludność przebywająca w rejonie ulicy Grzybowskiej została poinformowana (nie pamiętam, w jaki sposób), że po obowiązkowym opuszczeniu Warszawy będzie skierowana na tereny wiejskie w Generalnym Gubernatorstwie. Informacja ta, której większość z nas dawała wiarę, nie tylko uśpiła naszą czujność i w zasadzie wyeliminowała próby ucieczek przed dotarciem do Pruszkowa, lecz także w istotnym stopniu wpłynęła na sposób naszego wyekwipowania się na wędrówkę, w szczególności spowodowała, że zamiast odzieży odpowiedniej do ciężkiej pracy fizycznej na otwartym terenie, co - jak się okazało później - było wyjątkowo potrzebne, wzięliśmy ze sobą różne przedmioty, które według naszej oceny mogłyby posłużyć na wsi do wymiany na żywność, zapłacenia za kwatery itp., pieniądz bowiem coraz bardziej tracił wartość.
     Wyruszyliśmy przed południem dnia 7 października 1944 roku wraz z większością spośród tych stosunkowo nielicznych osób, które w wyniku Powstania pozostały w resztkach domów przy ulicy Grzybowskiej na odcinku między ulicą Graniczną i Ciepłą. Szedłem z najbliższą rodziną, to jest z matką (38 lat) i babką (69 lat). Wobec wprowadzonego przez Niemców zakazu zabierania ze sobą większej ilości rzeczy cały nasz bagaż mieścił się w improwizowanych plecakach, zrobionych z worków i konopnych linek.
     Posuwając się szlakiem, który wyznaczały posterunki niemieckie, to jest ulicami Chłodną i Wolską, dotarliśmy wraz ze stopniowo rosnącą kolumną wygnańców do kościoła świętego Stanisława przy ulicy Wolskiej, gdzie mieścił się jeden z głównych punktów zbornych ludności wypędzanej z miasta. Przebywaliśmy tam kilka godzin wśród tłumu, zajmującego wnętrze kościoła i dziedziniec.
     Następnie, uformowanych w kolumnę bardziej zwartą i dokładniej niż poprzednio pilnowaną, popędzono nas przez ulicę Bema w rejon Dworca Zachodniego, gdzie polecono nam wejść do odkrytych wagonów towarowych (?węglarek") i wkrótce pociąg ruszył, by  niebawem znaleźć się w Pruszkowie, koło zakładów naprawczych taboru kolejowego, w którym utworzony był obóz przejściowy. Zapadał zmrok. Wpędzono nas do jednej z hal, pełnej smaru i wody, stojącej zwłaszcza w kanałach znajdujących się między szynami torów. W ogromnej ciasnocie, znacznym hałasie i zimnie spędziliśmy noc na wilgotnym betonie.   
     Następnego dnia - 8 października - przed południem otrzymaliśmy pierwszy posiłek od wyruszenia z miejsca zamieszkania (i jedyny w ciągu 48-godzinnej wędrówki z domu do kolejnego po Pruszkowie obozu przejściowego). Pojawił się wózek z kotłem zupy, którą wlewano do naczyń podsuwanych jednocześnie przez setki rąk. Tylko niektórym udało się pochwycić nieco zupy, wylewanej niemal na głowy tłoczących się ludzi.
     Po południu nastąpił jeden z najbardziej dramatycznych momentów w moim życiu - segregacja. Uformowani w bardzo długą kolumnę, idąc najczęściej rodzinami, a więc trójkami, czwórkami, piątkami, zbliżaliśmy się do grupki stojących Niemców, z których jeden - umundurowany - dokonywał błyskawicznej oceny "na oko" każdej osoby, po czym skinieniem dłoni kierował ją na jedną z trzech wyraźnie wyodrębnionych części wielkiego placu.
     Ten niewielki ruch ręki decydował w istocie o sprawach życia i śmierci, bowiem z jednej części placu zabierano wygnanych do transportów kolejowych kierowanych następnie na różne obszary wiejskie w Generalnym Gubernatorstwie, z drugiej zaś i trzeciej części - na roboty przymusowe lub do obozów koncentracyjnych.
     Nie podejmuje się szczegółowo opisać pełnych tragizmu scen, jakie rozgrywały się w czasie segregacji - poddawani jej ludzie na ogół orientowali się już wówczas w celach, do których ona prowadziła. Co chwila Niemcy siłą odrywali rodziców od dzieci, mężów od żon, zdrowych od wyraźnie chorych lub słabych członków rodziny. W ogromnej części przypadków były to ostanie chwile w życiu, w których wygnani mieszkańcy Warszawy widzieli swoich bliskich.
     W wyniku tej segregacji moja babka została przetransportowana do wsi Wyciąże, położonej w pobliżu obecnych wschodnich granic miasta Krakowa, gdzie przebywała do końca okupacji (zobacz kopię zaświadczenia RGO), ja zaś z matką zostaliśmy tegoż popołudnia wraz z tysiącami innych osób załadowani na bocznicy do pociągu, złożonego z krytych, zamkniętych wagonów towarowych, pilnowanych od zewnątrz przez uzbrojonych żołnierzy. Policzyliśmy - w stosunkowo niewielkim wagonie stłoczono 80 osób obojga płci wraz z całym podręcznym dobytkiem.
     Pociąg ruszył, po czym wkrótce zatrzymał się na 1-2 godziny w rejonie Pruszkowa, gdzie ludność miejscowa przez zakratowane okienka wagonu podawała nam nieco żywności (w tym kiełbasę na zasadzie sprzedaży, po 500 zł za 1 kg - kiełbasa ta zjedzona natychmiast przez ludzi wygłodzonych w czasie Powstania, spowodowała u wielu z nich rozstrój żołądka, co bardzo skomplikowało i tak trudną sytuację w niezwykle zatłoczonym wagonie).
     Pociąg ruszył wreszcie w dalszą drogę. Zatrzymał się następnie na krótko w Skierniewicach i w Koluszkach, gdzie ludność miejscowa podawała nam przez kraty gorące napoje.
     W czasie całej podróży wypuszczono nas z wagonu tylko raz w celu zaspokojenia potrzeb fizjologicznych - przez kilka minut przebywaliśmy wszyscy na kilkudziesięciu metrach kwadratowych na zewnątrz wagonu, wśród wycelowanych w nas karabinów straży.
     Podczas jazdy pociągu kilku mężczyzn z naszego wagonu zdołało wyważyć okienko znajdujące się nad zderzakami i jeden z nich uciekł tą drogą. Inny więzień, uciekający z sąsiedniego wagonu został zastrzelony przez straż w pobliżu toru.
     O świcie dnia 9 października pociąg zatrzymał się w pewnej odległości od obozu przejściowego w Burgweide pod Wrocławiem (obecnie są to Sołtysowice i Polanowice, należące do dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu). Urzędowa nazwa obozu brzmiała: "Durchgangslager des Gauarbeitsamts Niederschlesien Burgweide". (zobacz kopię dokumentu "Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
     Idąc do powyższego obozu mijaliśmy obóz jeńców wojennych - brytyjskich lub amerykańskich. Jeńcy ci przerzucili nam przez druty znaczną ilość żywności i papierosów, pochodzących z paczek, jakie otrzymywali.
     Obóz w Burgweide, w którym przebywałem od 9 do około 16 października, miał charakter typowy: otoczony siatką i drutem kolczastym, składał się ze standardowych drewnianych baraków. Podzielony był na dwie części - po jednodniowym pobycie w pierwszej z nich zostaliśmy skierowani do łaźni, a jednocześnie naszą odzież poddano dezynfekcji, po czym znaleźliśmy się w drugiej części obozu. W tym też okresie poddano nas bardzo pobieżnemu badaniu lekarskiemu. (zobacz kopię dokumentu "Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
     Wyżywienie w obozie było zdecydowanie niewystarczające, zwłaszcza pod względem kaloryczności, przy czym wydawanie posiłków z kotła zorganizowano złośliwie. Byliśmy zmuszeni stać po kolejkach po posiłki przez znaczną część dnia, co dotyczyło zwłaszcza osób starszych i słabszych, gdyż kocioł był ustawiany za każdym razem gdzie indziej, w związku z tym posiłki dostawało się tym później, im później dobiegło się do niego. Najwolniejsi nie otrzymywali nic. Głód doskwierał - jedliśmy nawet stary, całkowicie zeschnięty i spleśniały chleb.
     W obozie przebywały tysiące ludzi - znacznie więcej osób, niż mogło położyć się na noc w barakach. Pierwszą noc spędziłem wśród deszczu na ławce poza barakiem, następne zaś stosunkowo "korzystnie", bo wewnątrz baraku na stole o wymiarach około 1,5m x 1 m, w trzy osoby, z których w tej sytuacji tylko jedna mogła w danym momencie przyjąć pozycję półleżącą, a dwie pozostałe zmuszone były siedzieć. Większość więźniów spędzała noce śpiąc bezpośrednio na podłodze, lecz i tam panował ogromny tłok.
     W czasie pobytu w Burgeweide wciągnięto nas do obozowej ewidencji policyjnej - mnie pod numerem "A.4762" (zobacz kopię dokumentu "Merkzettel zur Vorlage bei der Meldebehoerde des Wohnortes").
     Stopniowo przeprowadzano selekcję więźniów, formując grupy kierowane do transportów kolejowych, których przeznaczenia wówczas nie znaliśmy.
     Udało mi się dostać do jednej grupy wraz z matką. Grupa ta, licząca kilkadziesiąt osób, konwojowana przez uzbrojoną straż została przerzucona pociągiem osobowym do... Katowic, gdzie zatrudniono nas wszystkich jako pracowników fizycznych w zakładach naprawczych parowozów. Zostałem pomocnikiem ślusarz, zaś mojej matce po kilkudziesięciominutowym przeszkoleniu nakazano pracę na dwóch (jednocześnie) potężnych szlifierkach. Zakwaterowano nas na terenie tychże zakładów, w bardzo złych warunkach (trzypiętrowe drewniane prycze w kilkudziesięcioosobowych salach.
     W naszej trudnej sytuacji (obok ciężkich warunków pracy i mieszkania dawały się odczuć skutki znacznego wyczerpania psycho-fizycznego wydarzeniami poprzednich tygodni) wielką ulgę i pomoc przynosił nam niebywale serdeczny stosunek, jako okazywali nam od pierwszej chwili miejscowi robotnicy -  Polacy, zatrudnieni w tych samych zakładach. Do końca życia nie zapomnę, że troszczyli się o nas - młodzież i dorosłych - jak o osoby najbliższe. W miarę możliwości pracowali za nas, ostrzegali w odpowiednich chwilach przed Niemcami, oddawali nam swoje posiłki.
     Niemcy spostrzegli to. Po upływie tygodnia przewieźli całą naszą grupę warszawiaków do Gliwic, gdzie zatrudniono nas w podobnych zakładach naprawczych parowozów (oficjalna nazwa: "Reichsbahn Ausbesserungswerk Lokomotivwerk Gleiwitz"), a zakwaterowano w położonych w pobliżu obozach: kobiecym przy Bergwerkstrasse 95 i męskim przy Weidmannsweg (zobacz kopię legitymacji pracowniczej (...)
     Przyjechawszy z Katowic do Gliwic znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie - wśród z reguły zdecydowanie niechętnego lub wręcz wrogiego w stosunku do nas środowiska ludności miejscowej i napływowej (Katowice od Gliwic oddzielała przecież do 1939 roku granica polsko-niemiecka).(...) Wszystko, co polskie, było dławione przez Niemców, wśród których, w miarę upływu czasu i zbliżania się klęski III Rzeszy, coraz większy odsetek stanowili uciekinierzy z terenów Związku Radzieckiego i Prus Wschodnich.
     Powyższe okoliczności od pierwszej chwili znalazły wyraz w nieprzyjemnym odnoszeniu się do nas większości miejscowych pracowników _ Niemców, którzy nie tylko starali się obarczyć nas pracą ponad siły, lecz także wielokrotnie usiłowali likwidować nas fizycznie, stwarzając z premedytacją "wypadki".
     Moja matka i ja byliśmy zatrudnieni jako robotnicy placowi, z reguły przy pracach przeładunkowych. Zmuszano nas do niezwykle ciężkiej pracy fizycznej. Oto przykład: niejednokrotnie w ciągu około dwóch godzin musiałem przeładować ręcznie - przenosząc lub przerzucając - partię klocków hamulcowych stosowanych w parowozach, to jest 500 sztuk po 25 kg, co stanowi 12,5 tony  (a miałem przecież 14 lat!).
     Odbywało się to wszystko z zachowaniem pewnych pozorów działania "w majestacie prawa". Co miesiąc wypłacano nam wynagrodzenie, które po potrąceniu większości zarobionej kwoty tytułem zwrotu kosztów zakwaterowania, wyżywienia, ubrania roboczego, różnych składek (w tym - jak nas poinformowano - na Fundusz Odbudowy Terenów Polskich!) wynosiło z reguły 50-120 marek, chociaż zdarzały się przypadki, gdy Polak w chwili wypłaty dowiadywał się, że nie otrzymuje nic, ponieważ jest dłużnikiem zakładów. Uznany za ciężko pracującego (?Schwerarbeiter") otrzymywałem z tego tytułu raz lub dwa w tygodniu dodatek żywnościowy w postaci kawałka kiełbasy ważącego około 5 dkg. Chorym przysługiwały zwolnienia lekarskie. Gdy zachorowałem, prawdopodobnie na zapalenie oskrzeli, lekarz zakładowy po badaniu" trwającym około 5-10 sekund uznał mnie za chorego na anginę i przyznał mi trzy dni zwolnienia, po których byłem zmuszony powrócić do pracy. W ambulatorium przyzakładowym była wywieszona informacja, że pacjenci niezależnie od kolejności zgłaszania się, są przyjmowani wg narodowości względnie obywatelstwa, po czym następowała odpowiednia lista, na której na pierwszym miejscu byli Niemcy, na przedostatnim Polacy, na ostatnim - obywatele Związku Radzieckiego. Załoga zakładów licząca około 3000 pracowników, była złożona z przedstawicieli dwunastu narodowości. Unormowano również zachowanie się podczas coraz częstszych nalotów lotnictwa brytyjskiego i amerykańskiego. W przeciwieństwie do Niemców, robotnikom przymusowym nie przysługiwało prawo do korzystania ze schronów - musieliśmy opuszczać zakłady, nigdy nie bombardowane i przez cały czas nalotu przebywać w otwartym terenie wśród gęsto padających odłamków pocisków przeciwlotniczych.
     Teoretycznie przysługiwało nam zwolnienie od pracy w niedziele i święta, w praktyce jednak znaczną ich część spędzaliśmy bądź w zakładach (konieczność dokonania rzekomo pilnych przeładunków), bądź w pobliżu Gliwic przy kopaniu rowów przeciwczołgowych.
     Wyżywienie mieliśmy bardzo złe. Głównym problemem była jego niska kaloryczność i niedostatek witamin. Braki te w niewielkim stopniu uzupełnialiśmy kupując nielegalnie od Niemców i realizując pewne ilości kuponów z kartek żywnościowych, głównie na chleb i margarynę (na tych terenach wszelkie artykuły żywnościowe z wyjątkiem soli i piwa sprzedawano wówczas wyłącznie na kartki). Ponadto kilkakrotnie udało się nam uzyskać w gliwickich lokalach gastronomicznych skromne potrawy jarskie - inne były na kartki.
     Warunki mieszkaniowe mieliśmy także bardzo złe - zajmowaliśmy dwudziestoosobowe sale w standardowych, prawie nie ogrzewanych barakach. Nasze prymitywne piętrowe prycze i znikoma pościel były pełne robactwa, które zastaliśmy tam w chwili przyjazdu.
     Za wszystkie nasze krzywdy rewanżowaliśmy się Niemcom w zasadzie w jeden sposób - uprawianiem sabotażu, którego formy i przedmiot zmienialiśmy stosownie do okoliczności. Z reguły sabotaż polegał na niszczeniu lub uszkadzaniu materiałów i części przeznaczonych do produkcji.
     W czasie naszego pobytu w zakładach aż do styczniowej ofensywy radzieckiej w 1945 roku nie zdarzyły się - o ile pamiętam - ucieczki Polaków (dawniej bywały - nieudane prowadziły do obozów koncentracyjnych), gdyż oczekiwaliśmy szybkiego przesunięcia się frontu.
     Wkrótce po ruszeniu radzieckiej ofensywy, czyli około 20 stycznia 1945 roku usłyszeliśmy szybko rosnące odgłosy zbliżającego się frontu oraz zaobserwowaliśmy równie gwałtownie wzrastający chaos i objawy paniki w środowisku niemieckim, czemu towarzyszyła nagła zmiana stosunku Niemców do nas - stali się oni grzeczni, często niemal służalczy, wielu z nich "przypomniało" sobie znajomość języka polskiego, do czego się uprzednio nie przyznawali itp.
     Po trzech czy czterech dniach takiego rozwoju wydarzeń postanowiliśmy wykorzystać sytuacje i uciec, by w bardziej odpowiednich warunkach - w środowisku ludności polskiej - przeczekać przejście frontu.
     Ja i moja matka, wziąwszy ze sobą tylko te same plecaki z worków, z którymi opuściliśmy Warszawę, wsiedliśmy do tramwaju i niebawem znaleźliśmy się w Sosnowcu, gdzie zatrzymaliśmy się u kuzyna matki. Tam po kilku dniach - około 28 stycznia - doczekaliśmy się wyzwolenia przez jednostki radzieckie.
     Nie zastanawialiśmy się długo nad kwestią powrotu do Warszawy. Wprawdzie na terenach wyzwolonych, choćby w Gliwicach, mogliśmy bez trudu uzyskać dobre warunki bytowe, a zwłaszcza mieszkaniowe, z drugiej zaś strony mieliśmy niesprawdzone informacje, że w Warszawie z naszego mieszkania i całego dobytku pozostały popioły, to jednak zdecydowanie przeważyło przywiązanie do Warszawy.
     Czekaliśmy jedynie na naprawienie linii kolejowej i uruchomienie pierwszych pociągów w kierunku stolicy. Gdy to nastąpiło - w drugiej połowie lutego opuściliśmy Sosnowiec. Tego dnia udało się nam dotrzeć tylko do Częstochowy. Przenocowaliśmy tam i następnego dnia rano wsiedliśmy do pociągu jadącego do stolicy. Podróż odbywaliśmy w ogromnym tłoku, w wagonach pamiętających chyba pierwszą wojnę światową.
     Do Warszawy przybyliśmy o zmierzchu. Przenocowaliśmy w mieszkaniu przygodnych znajomych w pobliżu Placu Zawiszy. Następnego dnia rano niecierpliwie podążyliśmy na ulicę Grzybowską 7. Tam rozwiały się resztki naszych wątpliwości. Z domu, który opuściliśmy 7 października 1944 roku pozostały tylko zgliszcza. Został - jak tysiące innych - spalony przez Niemców po wygnaniu ludności z Warszawy. Nie ocalało także to, co na wszelki wypadek przed opuszczeniem stolicy przenieśliśmy do piwnicy. Wygrzebaliśmy z niej ze stosu gruzu i popiołu tylko kilka metalowych przedmiotów, nadających się do użytku.
     Otoczenie domu wyglądało podobnie. Na ulicy, o zabudowie zniszczonej co najmniej w 95 procentach, nie było w zasadzie śladów życia. Na chodniku przed jednym z sąsiednich budynków leżały zwłoki, obok nich zaś równo odcięta głowa w czapce Zakładu Oczyszczania Miasta.
     W tej sytuacji udaliśmy się na Pragę, gdzie przy ulicy Stalowej do czasu Powstania mieszkał brat matki z żoną i dwojgiem dzieci. Zastaliśmy jego rodzinę całą i zdrową, lecz jego samego nie było. Okazało się, że w czasie Powstania będąc szefem sztabu zgrupowania "Radosław" Armii Krajowej został ranny na Starym Mieście. Przeniesiony kanałami do Śródmieścia znalazł się w improwizowanym szpitalu powstańczym w budynku szkoły przy ulicy Drewnianej 8 na Powiślu.. W dniu 27 września 1944, czyli po upływie trzech tygodni od zajęcia przez Niemców tego terenu, zamordowali oni wszystkich rannych w tym szpitalu (akta Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce - teczka 802 z/O.K.M.W nr 851, protokoły zeznań świadków nr 6 i 7. Tak zginął ppłk Wacław Piotr Janaszek, pseudonim "Bolek", lat 40, odznaczony Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych.
     Zamieszkaliśmy na razie u rodziny na Stalowej. Wkrótce przybyła tam także moja babka, wypędzona z Warszawy po Powstaniu.
     Warszawa lewobrzeżna pociągała nas bardzo silnie, udawaliśmy się więc tam stosunkowo często, przekraczając Wisłę bądź po lodzie, bądź po drewnianym moście "wysokowodnym" lub po moście pontonowym. Szczególnie utrwaliło mi się w pamięci korzystanie z mostu "wysokowodnego". Musiał on służyć przede wszystkim potrzebom frontu, więc przez pewien okres udostępniano go ludności cywilnej tylko na określony czas rano i wieczorem - każdorazowo tłumy czekały na otwarcie mostu dla cywilów. Jedna z ostatnich moich wędrówek przez Wisłę w tym okresie, wiązała się z udziałem w wiecu, jaki około 30 marca zorganizowano na Placu Zamkowym dla uczczenia wyzwolenia Gdańska.
     Nasz pobyt w Warszawie napotykał [na] ogromne trudności - mieliśmy skrajnie ciężkie warunki mieszkaniowe, bardzo też było trudno o wyżywienie, tym bardziej, że nie posiadaliśmy żadnego źródła dochodów. Zdecydowaliśmy się więc - matka moja i ja - opuścić Warszawę. Wyjeżdżając ze stolicy - w kwietniu 1945 roku - powiedzieliśmy sobie, że będziemy dążyć do powrotu, gdy tylko warunki na to pozwolą.
     Zamieszkaliśmy w Lublinie, gdzie dzięki wyjątkowej życzliwości grona znajomych, uzyskaliśmy prowizoryczne, a następnie stałe mieszkanie oraz pracę - początkowo chałupniczą - dla mojej matki. Pracowała ona niezwykle ciężko, by zdobyć przede wszystkim środki finansowe na leczenie mnie, bowiem okazało się, że w wyniku wygnania na roboty przymusowe, zachorowałem na gruźlicę płuc i na serce, mimo iż uprzednio wyróżniałem się dobrym zdrowiem i wyjątkową wytrzymałością na wysiłek fizyczny.
     W 1952 roku zostałem skierowany na studia specjalistyczne do Warszawy, gdzie następnie rozpocząłem pracę zawodową na podstawie nakazu pracy. Równocześnie podjąłem starania, by mogła tu zamieszkać ze mną moja matka. Udało się to zrealizować w końcu 1955 roku. Byliśmy oboje znowu w Warszawie!

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten