Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Anny Teofilak-Maliszewskiej


foto

     Około 8-go sierpnia w naszym domu pojawili się żołnierze niemieccy z nakazem opuszczenia budynku. Mieszkańcy musieli wyjść natychmiast, bo dom miał być spalony. Stojąc już na ulicy przeżyłam okropne chwile strachu, gdy moja matka pobiegła z powrotem do mieszkania, aby zabrać coś z ubrania. Bałam się, czy zdąży wrócić.
     Następnie odłączyłyśmy się od kuzynów, którzy postanowili próbować wyjść z Warszawy przez Dolny Mokotów, co szczęśliwie się udało.
     Mama miała nadzieję ulokować mnie w pobliskim szpitalu przy ul. Chocimskiej, ponieważ zachorowałam i miałam wysoką gorączkę. Szpital był przepełniony, więc z grupą innych wypędzonych poszłyśmy Chocimską w kierunku placu Unii Lubelskiej. Było to straszne przeżycie, ponieważ szło się jezdnią między ścianami płonących domów. Zawsze pozostanie mi to w pamięci.
     Doszłyśmy do Państwowego Instytutu Higieny przy ul. Chocimskiej, gdzie pozwolono nam wejść. Budynek wydawał mi się ogromny, nie palił się. Za ogrodzeniem był mały domek dozorcy i obszerny dziedziniec. Pozwolono nam zająć jedno łóżko w dozorcówce - oprócz Mamy i mnie były tu jeszcze cztery panie na dwóch łóżkach. Wkrótce cały główny budynek Instytutu wypełnił się uciekinierami. Była tu również cała załoga Instytutu, którą zatrzymał w pracy wybuch Powstania. Zajęła się mną miejscowa lekarka i wkrótce wyzdrowiałam. Z kolei Mama, na skutek złego jedzenia, przeżyła pierwszy, bardzo bolesny atak kamicy żółciowej.
     W Instytucie przetrwałyśmy dwa tygodnie. W ciągu dnia można było przebywać na dziedzińcu, gdzie zorganizowano wspólną kuchnię dla wszystkich. Nocami bardziej przedsiębiorcze osoby chodziły po okolicznych piwnicach na tzw. szaber i przynosiły znalezione jedzenie. Przyłapanie oczywiście groziło śmiercią. Kilkakrotnie zaglądali do nas Ukraińcy. Dwóch z nich odniosło się z wielkim sentymentem do naszych współlokatorek, pochodzących z Kresów. Byli szczęśliwi, że ktoś rozmawia z nimi w ich języku i zna ich rodzinne strony. Miało to nieoczekiwany finał. Pewnego dnia weszli na teren Instytutu żołnierze niemieccy i ukraińscy, nakazując wszystkim osobom niezatrudnionym w nim opuścić budynki. Stałam już w drzwiach pokoju, kiedy pojawił się znajomy Ukrainiec, powiedział: "Cicho, wy siditie" i zagrodził sobą wyjście. Zostałyśmy więc w dozorcówce. Jak dowiedziałyśmy się po wojnie, kobiety zostały wywiezione do Niemiec na roboty, a mężczyźni natychmiast rozstrzelani.
     Przez kilka dni mieszkałyśmy jeszcze w Instytucie, który wydawał się teraz dziwnie pusty. Około 21-go sierpnia przed Instytut zajechał przyzwoity autokar, którym bezpiecznie przewieziono pracowników oraz nas, z dozorcówki, na dworzec Warszawa Zachodnia i polecono jechać do Pruszkowa. Był to nieoczekiwany efekt opieki dyrektora Instytutu, Niemca, który obiecał swoim pracownikom, że nie pozwoli zrobić im krzywdy.
     Bardzo długo czekaliśmy na pociąg. Jakaś kobieta dała mi kawałek chleba z topionym masłem - był przepyszny. W Pruszkowie spędziliśmy noc siedząc na dworcowej posadzce, a rankiem rozeszliśmy się w różne strony. Byliśmy wolni, ale głodni, nie mieliśmy nic.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten