Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Tadeusza Ziomka


MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY                 

Tadeusz Ziomek
E 45 

Podczas Powstania Warszawskiego miał 7 lat.

 

     Warszawa była moim miastem rodzinnym od 1936 roku. Tutaj mieszkałem wraz z matka i młodszym o dwa lata bratem w pamiętne dni Powstania Warszawskiego. O ojcu nie mieliśmy wiadomości od 1939 roku, kiedy został zmobilizowany i poszedł walczyć z okupantem.
     Mieszkaliśmy w czynszowej kamieniczce przy ulicy Grzybowskiej 76 pomiędzy ulicami Towarową a Wronią w jednym niewielkim pomieszczeniu mieszkalnym na parterze, bez elektryczności i innych wygód. (...)
     Dzień 1 sierpnia 1944 roku był bardzo ciepły. W domu naszym od rana nie widać było mężczyzn, którzy, jak się mówiło między zaufanymi, poszli na akcje. Siedzieliśmy z grupą chłopców przed bramą domu, na schodkach sklepu spożywczego pani Zybert, kiedy usłyszeliśmy ryk syren zajeżdżających samochodów niemieckich. Szybko uciekliśmy w podwórko i zaryglowaliśmy bramę. Potem słychać było strzały, wybuchy bomb, ryk samolotów. Odtąd wakacje spędzałem już tylko w domu, a następnie w piwnicy. Był to początek Powstania Warszawskiego. (...)
     Kiedy Powstanie przyjęło poważniejsze rozmiary, a pobyt w mieszkaniu stwarzał zagrożenie dla życia, przenieśliśmy się na stałe do piwnicy. (...)
     Pozostaliśmy tutaj do końca, przytuleni do matki, by w razie czego razem umrzeć. Na to matka - ta, która w okresie okupacji wielokrotnie, szczęśliwie uniknęła śmierci - była szczególnie przygotowana. 
     Któregoś dnia przez okna piwniczne usłyszeliśmy niemieckie okrzyki zmieszane z wystrzałami karabinowymi i wybuchami granatów, potem zaś polskie przywołania do opuszczania piwnic, gdyż dom stoi w płomieniach.
     Opuściliśmy piwnice. Wyszli wszyscy omszali i bladzi. Raziło nas światło słońca. Zobaczyliśmy kłęby dymu i ognia we wszystkich oknach domu. Niemcy podpalili dom przy pomocy miotaczy płomieni.
     Utworzyliśmy kolumnę marszową. Na czele kolumny pojawiła się biała flaga. Poddawaliśmy się. Wokół uzbrojeni Niemcy krzyczący: "raus" i Ukraińcy krzyczący w swoim języku: "poskoriej". Ręce trzymaliśmy podniesione do góry. Przed bramą stał czołg z dudniącym silnikiem i lufą w nas skierowaną. Wyszliśmy na ulicę. Paliły się wszystkie domy. Nieba nie było widać, gdyż ogień górą łączył się jak gdyby ze sobą z obu stron ulicy. Wszędzie stały beczki z benzyną, a trotuary były niemalże całkowicie pokryte łuskami karabinowymi różnego kalibru.
     Pędzono nas w kierunku ulicy Towarowej, zaledwie z podręcznym bagażem, gdyż tylko tyle wolno było ze sobą zabrać. Matka nasza myśląc przewidująco, ubrała nas w zimowe paltka, nie zważając, że był to przecież upalny sierpień.
     Nie wiedzieliśmy, dokąd pędzą nas Niemcy. Potykaliśmy się od czasu do czasu o leżące na ulicy trupy ludzi. Wkrótce znaleźliśmy się w jakimś garażu przy ulicy Wolskiej. Przybyły tutaj także inne grupy ludzi z Grzybowskiej i pobliskich ulic. W jednej z nich ludzie byli okropnie poparzeni z powodu wybuchu beczek z benzyną stojących na ulicach. Był straszny płacz, krzyki, lała się krew. Nikt poszkodowanym nie udzielał pomocy.
     Nasza sąsiadka, samotna osoba w średnim wieku, wypożyczyła sobie od nas mojego brata. Uczyniła to ze strachu przed zabraniem jej - jako samotnej - do obozu lub na roboty przymusowe. Odtąd baliśmy się, by przez przypadek nie rozłączono nas, toteż przez cały czas trzymaliśmy się blisko siebie.
     Z owego garażu przeprowadzono nas do któregoś z kościołów na Woli. Tu odbywała się selekcja ludności. Zabrano wszystkich zdrowych mężczyzn i samotne kobiety. Część z nich pozostawiono w Warszawie do uprzątania trupów, resztę wywieziono na roboty do Rzeszy. Nasza sąsiadka została uratowana.
     Jeszcze tego samego, bądź następnego dnia wszystkich pozostałych z tego kościoła - kobiety, dzieci i starców - przewieziono do Pruszkowa. Tutaj podczas przemarszu do miejsca zakwaterowania jakiś Niemiec wetknął mi pod pachę bochenek chleba. Szybko go schowaliśmy, zdziwieni rzadkim przypadkiem pomocy. Był to jakiś ludzki i nie z własnej woli biorący udział w wojnie obywatel wrogiej Rzeszy Niemieckiej.
     Zakwaterowano nas w jakiejś hali o betonowej podłodze z rowami ściekowymi. Wzdłuż ścian tego budynku leżeli zmęczeni ludzie.
     Nie pamiętam, jak długo tutaj przebywaliśmy, ale dawano nam tu trochę "racjowego" pożywienia. Dowożono na wózkach chleb i pomidory. Rozdzielali je Polacy, ale widać było także nadzorujących Niemców.
     Z Pruszkowa załadowano nas w towarowe wagony, zamknięto i po kilku godzinnym postoju powieziono na zachód. Tym razem też nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. W drodze otworzono drzwi, gdyż była straszna spiekota i brakowało powietrza. Zobaczyliśmy zielone pola, łany zbóż, piękne krajobrazy polskich wsi. Znikły widoki zgliszcz i ruin. Co odważniejsi, nawet kobiety, wyskakiwali w biegu z pociągu, by szybciej znaleźć się na wolności. W niektórych miejscowościach wrzucano nam do wagonu pożywienie i napoje, których byliśmy szczególnie spragnieni. Nie widać było Niemców, ale nie znaliśmy też jeszcze celu naszej podróży. (...)
     Pociąg przed wieczorem zatrzymał się na jakiejś stacji pomiędzy Łowiczem a Głownem. Nie widać było w ogóle Niemców, a słychać było tylko polską mowę. Stacja ta znajdowała się jak gdyby na bazarze, gdzie było wiele straganów z żywnością i napojami. Ku naszej wielkiej radości można było wszystkiego kosztować bezpłatnie. Było również dobre, świeże mleko, którego od tak dawna nie piliśmy. To przyjęcie zgotowali dla nas, uciekinierów, czy jak to wówczas mówiono - "powstańców" z Warszawy, tutejsi mieszkańcy i tutejsza polska administracja. (...)
     Stąd, z dworca, według losowego wyboru siadaliśmy na podwody, czyli chłopskie furmanki i jechaliśmy do poszczególnych wsi. W ten to losowy sposób dokonywał się przydział ludności wysiedlonej z Warszawy do poszczególnych gospodarzy celem zakwaterowania i opieki.
     Ja z matką zostałem przypisany do rodziny państwa Goliszów, jeśli dobrze pamiętam, we wsi Sędziszów, a brat z sąsiadką do państwa Sędzikowskich. Byli to szlachetni i zamożni gospodarze. Otoczyli nas iście rodzinną opieką. Tutaj mieliśmy co jeść, mogliśmy wypocząć i nabrać sił. Był czas na dziecięce zabawy.
     W prawie każdym domu była jakaś rodzina z Warszawy. Jednak przydział ten nie był stały. Być może u tych bogatszych gospodarzy mieliśmy tylko przejść okres kwarantanny czy aklimatyzacji. Pomimo naszego przywiązania do rodzin [gospodarzy] decyzją jakiejś ówczesnej władzy zmuszeni byliśmy przenieść się do nowego miejsca osiedlenia, tym razem we wsi o nazwie Ostrołęka w tym samym rejonie Łowicz-Głowno.
     Był to już wrzesień 1944 roku, ponieważ zaprowadzono mnie do miejscowej szkoły, gdzie od czasu do czasu uczęszczałem na lekcje w II klasie. Dlatego "od czasu do czasu", że i szkoła nie działała regularnie i gdy było bardzo zimno matka mnie po prostu nie puszczała.
     Zamieszkaliśmy u sąsiadujących gospodarzy. (...) Warunki w tej wsi były o wiele gorsze. Spaliśmy we trójkę u gospodarza, który przyjął matkę. Naszym łożem były dwa snopy słomy rozściełane na noc na glinianej podłodze, a za przykrycie służyły różne derki i gospodarskie sukmany. Gospodarze spali wprawdzie w łóżkach, ale też po kilka osób, a niektórzy z nich byli chorzy. Jeden z domowników miał gruźlicę. (...)
     Życie w tej wsi toczyło się inaczej [niż w poprzedniej].Do swoich gospodarzy chodziłem jedynie na posiłki i do pracy, gdyż tu już wszyscy musieliśmy na siebie pracować. Matka pomagała w gospodarstwie przy wszystkich pracach w domu i w polu. Brat jej towarzyszył. Ja, jako starszy, pasłem krowy, rżnąłem z gospodarzem sieczkę dla bydła, opiekowałem się dzieckiem w kołysce pod nieobecność gospodarzy.
     Strawa u moich gospodarzy była lepsza i było jej zwykle więcej, natomiast u tych drugich, biedniejszych, często matka rezygnowała z części swojej porcji na rzecz brata.
     Nadeszła zima. Była ona nawet dość ostra. Ciepłe palta wzięte z Warszawy przydały się. Brak było tylko ciepłego obuwia. Matka sprzedała jakiś drobiazg (...) i zakupiła nam nowe buty u miejscowego szewca. Buty te były godne opisu - drewniaki oprawione we własnego wyrobu skórzane cholewki. Musieliśmy je oszczędzać i często matka przepędzała nas ze ślizgawek.
     Brak witamin i właściwego odżywiania powodował u nas różne choroby, owrzodzenia, do tego dochodziło jeszcze nagminne wówczas na wsi zawszenie. Matka bezustannie tępiła to robactwo, lecz nie było w tej biednej rodzinie chłopskiej warunków na to, by plagę tę zlikwidować.         
     Stosunek naszych gospodarzy do nas był raczej nie wylewny. Mieli oni dość własnych kłopotów, by jeszcze chcieć łagodzić nasze cierpienia.. Wojna wyciskała i na nich swoje piętno. Wszyscy wówczas, a szczególnie my - wysiedleńcy - oczekiwaliśmy wyzwolenia.
     Z okresu Powstania i wędrówki nie przypominam sobie, byśmy kiedyś odczuwali silniejszą potrzebę uczestnictwa w obrzędach religijnych. Matka była wierząca, do kościoła zwykle chodziliśmy, ale w tym czasie matka myślała przede wszystkim o zdobyciu środków do życia i przetrwania wraz z dziećmi okresu okupacji. Stąd też nigdy nie szukaliśmy ratunku jedynie w modlitwie, a przede wszystkim, zdobywając pożywienie - walczyliśmy o swoje biologiczne istnienie.
     Święta Bożego Narodzenia 1944 roku były smutne i identyczne jak nasze powszednie dni. Biały placek pamiętam, że znalazł się wówczas na stołach, ale innych rarytasów, takich jak smakowite szynki, czy kiełbasy, w te dni nie było. Był już jednak lepszy nastrój, gdyż nieprzerwanie szły wieści o klęskach Niemców i zbliżającej się armii niosącej wyzwolenie. (...)
     Zanim jednak nadeszło prawdziwe wyzwolenie kraju od faszyzmu obserwowaliśmy cofające się w popłochu, rozproszone oddziały niemieckie. Większa grupa Niemców przechodząc przez wieś Ostrołękę rzucała broń, była przerażona. Z okrzykami "tam rus idzie" i "Hitler kaput" szukała pomocy u miejscowej ludności polskiej.      Nasza matka poradziła tym Niemcom, by nie uciekali, a oddali się Rosjanom do niewoli. Posłuchali oni tej rady. Zajęli jedna ze stodół i tam oczekiwali nadejścia frontu.
     Ludność wiejska w tym rejonie bała się panicznie i Niemców i Rosjan. (...) Kiedy już słychać i czuć było zbliżanie się wojsk radzieckich wszyscy pochowali się gdzie kto mógł.
     Pamiętam, że pierwszego żołnierz radzieckiego wjeżdżającego na koniu do wsi na czele całej kolumny powitaliśmy my z matką, która znała rosyjski. Poinformowała ona oficera radzieckiego o sytuacji we wsi i o Niemcach, którzy pokornie czekają na zwycięzców. Prosiła go też, by nie rozstrzeliwano ich, a wzięto "w plen", czyli do niewoli, gdyż najprawdopodobniej są to zwykli i może niewinni żołnierze.
     Sam z bratem uczestniczyłem w rozbrajaniu tej grupy Niemców. Odebrano im wszystko, co mieli - broń, wyposażenie, konie z oprzyrządowaniem i rzeczy osobiste. Konie i sprzęt przejęli gospodarze z tej wsi. Ja osobiście zadowoliłem się dwoma maskami przeciwgazowymi i karabinem z ułamaną lufą. Rosjanie całą grupę rozbrojonych Niemców wzięli do niewoli. Patrzyliśmy z przyjemnością, jak to oni teraz idą  z opuszczonymi głowami, przegrani, ulegli.
     Przemarsz wojsk radzieckich przez tę wieś trwał całą noc. Rano piaszczysta droga prowadząca przez wieś była już dobrze ubita. Na licznych kwaterach gościliśmy żołnierzy radzieckich. Na opał szły chłopskie płoty. Gdzieś tam ubito "kabana". "Sało" i "miaso" smażono całą noc. Było wesoło. (...) Wówczas spałem po raz pierwszy poza rodziną, u swoich gospodarzy, razem z Rosjanami. Oni mnie bardzo lubili i częstowali miodem. Interesowali się także naszym losem, jako mieszkańców Warszawy. Pewnego dnia złapali jakiegoś pojedynczego Niemca, zdaje się oficera, być może z wywiadu. Był przystojny, dobrze ubrany. Kazali mi go zastrzelić z pepeszy, ale ja nie potrafiłem wtedy obchodzić się z bronią. Toteż poprzestałem na kilku dziecinnych kopsańcach, którymi zapłaciłem temu szwabowi za naszą niedolę. Rosjanie go potem wyprowadzili w pole i rozstrzelali. Ludność to aprobowała, a rzeczy Niemca - ciepła czapka, dobre buty akurat im się przydały.
     W dwa dni później, gdy Rosjanie oświadczyli nam, że Warszawa jest już wolna, a było to na przełomie stycznia [i lutego] 1945 roku - wyruszyliśmy do Warszawy, oczywiście pieszo.
     Pożegnaliśmy naszych gospodarzy. Zdobycze wojenne po Niemcach pozostawiłem. Wzięliśmy cośkolwiek na drogę i byliśmy zadowoleni, że wreszcie wracamy do domu.
     Nie tylko my wracaliśmy pieszo do Warszawy. Szło tam z różnych stron wielu ludzi. Wracali wszyscy wygnańcy. Szliśmy pieszo dość daleko. Popuchły nam nogi, poobcierało się ciało w pachwinach o ostre występy spodni. Niezbędny był odpoczynek.
     Po drodze, na szczęście, zabrał nas radziecki wojskowy samochód jadący do Warszawy. W drodze się popsuł. Sporo ludzi wysiadło i poszło na nocleg do pobliskiej wsi. My nie mieliśmy siły iść, toteż doczekaliśmy się naprawy i ruszyliśmy dalej.
     Byliśmy głodni. Z wiszącej kurtki żołnierskiej wystawało coś z kieszeni. Matka sprawdziła - był to chleb ze smalcem. Popełniliśmy tę kradzież i szybko ze smakiem posililiśmy się. Wysiedliśmy przy rogatkach Warszawy, na Woli, koło wiaduktu. Tutaj w jakimś pomieszczeniu spędziliśmy noc, a rankiem pieszo poszliśmy na ulicę Grzybowską do naszego domu.
     Warszawa jeszcze się paliła. Wszędzie byli tylko zgliszcza i ruiny. Nie można było przejść. Wlekli się po gruzach wynędzniali i zapłakani ludzi. Wojskowe służby ruchu i rozminowywania kierowały przechodzącą ludność do przejść ze znakami "min niet".
     Na Grzybowskiej stał jeszcze szkielet domu, w którym się urodziłem. Z naszego okna na parterze można było poprzez kolejne kilka pięter zobaczyć niebo. W mieszkaniu gruzy, wszystko spalone. W piwnicy pozostał tylko papier podłożony pod rzeczy tam schowane. Nie znaleźliśmy nic. Wynieśli to Niemcy lub inni rabusie. Zamieszkanie było niemożliwe. Klatki schodowe były pozawalane, pustka, nicość i tylko wspomnienia. Byliśmy głodni i chłodni, bez żadnych środków do życia.
     W napotkanym po drodze sklepiku stwierdziliśmy, że już nic nie można kupić za posiadane stare pieniądze. Były już nowe, a tych jeszcze nie mieliśmy. Przez zamarzniętą Wisłę przeszliśmy pieszo na Pragę. Od znajomych przyjaciół matka pożyczyła nowe 500 złotych. Tak startujemy do nowego życia. Celem naszym jest dostanie się do Ostrowi Mazowieckiej - rodzinnego miasta matki. W Warszawie nie mamy żadnych szans. W tym czasie mieszkania zajmowali ci, co byli silniejsi. Wojna zrodziła wielu zdeprawowanych osobników, którzy w tym początkowym okresie posiadając broń i sobie znane cele, groźbą i szantażem z wielu mieszkań wyrzucali zamieszkujących tam ludzi, by je z kolei odsprzedać komuś innemu.
     Najpierw pieszo docieramy do Zielonki koło Warszawy. Tutaj Rosjanie w miejscowym barze każą dać nam bezpłatnie ciepłej herbaty i zlecają przesuszenie naszego obuwia i skarpet. Wszędzie jest duży ruch, dużo wojska. Cywile uruchamiają bary, jadłodajnie, rozpoczyna się wszelka wymiana handlowa, na razie prymitywna i tylko w sektorze prywatnym.
     Tego dnia po południu ładujemy się za zgodą polskich kolejarzy na towarową platformę pociągu i jakimś cudem dojeżdżamy nią szczęśliwie do Małkini. Stąd do Ostrowi Mazowieckiej zabiera nas wojskowa sanitarka. Jesteśmy u rodziny. Większość żyje. Zginął jeden brat cioteczny podczas forsowania Odry. Jego matka opłakiwała go chyba ze trzy lata i chodziła w czerni. Reszta jej dzieci wróciła szczęśliwie z robót w Rzeszy. Żyją do dziś.
     Dla nas wojna również się skończyła. Rozpoczęliśmy nowe życie. Matka wzięła się za handel drobiem. My idziemy do szkoły. Przychodzi poprzez PCK [Polski Czerwony Krzyż] wiadomość od ojca. Jest we Włoszech. Walczy tam jeszcze z Niemcami. Zaczynają przychodzić paczki. Jest już coraz lepiej. Matka też zarabia na życie. Utrzymujemy się sami, oddajemy długi. W 1947 roku ojciec powraca do kraju i rozpoczyna pracę. Wynajmujemy mieszkanie. Rodzina po ośmiu latach rozstania jest znów w komplecie. (...) Rodzice oboje pracują, myślą o swojej i naszej przyszłości.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten