Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Barbary Rybeczko-Tarnowieckiej


MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Barbara Rybeczko-Tarnowiecka

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

     1 sierpnia 1944 roku - piękny upalny dzień. POWSTANIE! Cóż to była za radość! 
    
Po pięciu latach ponurej okupacji zobaczyłam zatkniętą przy bramie polską flagę i młodych mężczyzn z opaskami biało-czerwonymi na rękawach.
     Była godzina 1715 - wszystkie dzieciaki z kamienicy przybiegły pod trzepak, obserwowaliśmy, co się dzieje. Kilka osób z ulicy wbiegło na nasze podwórze, dozorca zamknął bramę. Po chwili usłyszeliśmy pojedyncze strzały. Podniecenie było ogromne.
     Z podziwem patrzyliśmy na naszych żołnierzy, którzy wydawali dyspozycje cywilom. Przystąpiono natychmiast do wybijania otworów w murach i parkanach oddzielających poszczególne posesje. Pod wieczór ogólną radość zakłócił wypadek, który zdarzył się na ulicy. W pewnej odległości od bramy budynku Solec 46 została ranna sanitariuszka. Leżała na chodniku i dawała znaki życia. Ktoś zrobił krok do przodu w jej kierunku, w tym momencie karabin maszynowy znowu się odezwał. Usiłowano więc ranną wciągnąć do środka przy pomocy bosaka, ale snajper roztrzaskał go na kawałki. Ludzie w bramie byli bezsilni, płacząc patrzyli na samotne umieranie dziewczyny. Nazajutrz odbył się pierwszy pogrzeb - mogiła w ogródku podwórzowym.
     W nocy budowaliśmy barykadę łączącą Solec 101 z numerem 46. Mężczyźni rozbijali płyty chodnikowe na podwórzu, a dzieci wynosiły kawały asfaltu na ulicę, gdzie inna grupa dorosłych kopała rów. Taszczono z domów i piwnic różne rzeczy: żelazne łóżko, wyżymaczkę, jakieś rury i deski. Rano barykada była gotowa.
     Trzeciego dnia znowu śmierć! Z ulicy Czerwonego Krzyża wyszła kobieta trzymając za rękę dziewczynkę (około 7 lat). W drugiej ręce miała kij z białą płachtą - jednak to nie pomogło. Matkę Niemcy zabili. Dziecko nachyliło się nad leżącą, jakiś czas stało bezradne. Ludzie z bramy zawołali na nie. Wtedy odwróciło się i zapłakane dotarło do nas. Oprawcy nie strzelali - to był z ich strony akt łaski. Z każdym dniem przybywały nowe groby.
     Wkrótce na wiadukcie kolejowym nad ulicą Solec pojawił się pociąg pancerny, który przez całe powstanie walił w Powiśle i rozbijał naszą barykadę. Mogliśmy ją naprawiać tylko w nocy.
     Spanie w mieszkaniach było niebezpieczne. Ludzie zdecydowali, że przenosimy się do piwnic. Mieszkańcy dwóch posesji Solec 99 i 101 ulokowali się w podziemiach niedokończonej w 1939 roku frontowej kamienicy nr 101. Kilkadziesiąt osób koczowało w ogromnym pomieszczeniu na stertach cegieł i workach z cementem. Poznosiliśmy z domów poduszki i kołdry i tam się żyło przez pięć tygodni. Na początku powstania wychodziliśmy na podwórko lub wpadaliśmy do mieszkań, żeby zabrać coś z zapasów żywności lub ubranie.
     W naszym schronie modliliśmy się tak gorąco, jak nigdy przedtem. Babcia mojej koleżanki - pani Rycka - głośno odmawiała różaniec, a chór powtarzał: "Módl się za nami".
     W ciągu dnia miasto było bombardowane. Pięciopiętrowa kamienica chwiała się, w naszym schronie gasła świeczka, piach i ten cement z worków wdzierał się do ust i oczu, a myśmy coraz głośniej powtarzali: "Módl się za nami"!
     W drugim tygodniu powstania na Solcu pod 103 byłam na przedstawieniu kukiełkowym. Treść dotyczyła walki z okupantem; niemiecki czołg w postaci smoka został pokonany.
     Któregoś dnia podwórzami i piwnicami przedostałam się na ul. Okólnik do pałacu Ostrogskich, gdzie odbywał się koncert o charakterze patriotycznym.
     Pod koniec sierpnia w naszą bramę trafiła "rycząca krowa" - zginął Janek Sokołowski (lat 24), a dwoje ludzi było rannych.
     Zaczęłam odczuwać głód. Mama wydzielała nam suchary, ale każdego dnia porcja była coraz mniejsza. Z koleżanką, Basią Kubicką, postanowiłyśmy dostać się do ogrodu zakonnic na Tamce - porzeczki były dojrzałe. Zaczęłyśmy łapczywie połykać całe grona, gdy nagle zauważyłam, że ziemia podrywa się tuż przy moich stopach. To jakiś snajper z dachu na Kopernika siekł z karabinu maszynowego do dzieci - cudem ocalałyśmy.
     Szóstego września już przez nasz schron nie przebiegli powstańcy. Zrobiło się dziwnie pusto i cicho, wyczekiwanie było męczące. Po pewnym czasie usłyszeliśmy: "Alle raus"!
     U wejścia do piwnicy stali niemieccy żołnierze. Jednak nie byli to Niemcy, lecz własowcy, którzy popędzili nas przez płonące miasto. Na Wybrzeżu Kościuszkowskim, w pobliżu pomnika Syreny, siedziała grupa żołnierzy przy parującym kotle. Jeden z nich wyciągnął rękę z menażką w moim kierunku. Może to był ludzki odruch? Chociaż byłam bardzo głodna, szybko cofnęłam się mocno przestraszona.
     Wszędzie zwały gruzu, przykry odór i swąd. Na Bednarskiej zobaczyłam wystające spod kamieni zwęglone ręce. Potem Krakowskie Przedmieście, gdzie dowodzący Niemiec z Wermahtu zarządził postój blisko pomnika Mickiewicza. Mama zauważyła, że coś się dzieje. Zajęła się moją starszą siostrą, która niosła czyjeś małe dziecko - to ją uratowało. Mnie własowiec popchnął w kierunku drzwi publicznej toalety. Zobaczyłam strome schody, a na dole kilku siedzących pod ścianą żołnierzy. Nagle usłyszałam krzyk mojej matki. Kilka rąk chwyciło mnie - chyba z trzeciego stopnia - i wyciągnęło na górę. Kobiety wepchnęły mnie w tłum. Trzęsłam się i dzwoniły mi zęby. Mama głośno powtarzała Niemcowi: "Das ist kleine Kinder". Za moment popędzono nas dalej. W Ogrodzie Saskim, gdzie stały ciężkie działa, znowu polowano na młode dziewczyny. Kolejny etap to kościół na Woli - tu zabrali mężczyzn.
     Pod wieczór z Dworca Zachodniego zostaliśmy wywiezieni do Pruszkowa. Niektórzy uciekali z pociągu, ale na ogół były to próby nieudane. Oddzielono mnie od mamy i siostry - jednak rano przekradłam się pod drutami i znowu byłyśmy razem. Po dwóch dniach wywieźli nas bydlęcymi wagonami (zamkniętymi!) do Niemiec poprzez Breslau, Erfurt, Jenę do Tautenburga (Turyngia). Ja i moja ciotka Helena (lat 23) znalazłyśmy się w Gasthausie Frau Petzhold. Miałam wówczas 14 lat, byłam mała i chuda. Moje obowiązki to roboty w polu, szorowanie podłóg, palenie w piecach i inne prace domowe. W 1945 roku zima była bardzo sroga. Odmroziłam sobie dłonie i częściowo stopy. Ponieważ zabrakło brykietów Frau Petzhold posyłała nas do lasu po drzewo. Podczas tych wypraw słyszałyśmy niekiedy ciężki odległy warkot samolotów. Cieszyłyśmy się, że lecą na Berlin czy Drezno.
     Helena była w szóstym miesiącu ciąży. Którejś nocy obudziły mnie jęki i wołanie. Pobiegłam po Frau Petzhold - przyszła natychmiast i pomogła nam. Hela urodziła nieżywe dziecko. Rano pochowałyśmy chłopca na cmentarzu ewangelickim w Tautenburgu.
     Czasami chodziłyśmy do tartaku, żeby pociąć drzewo. Pracowali tam zbuntowani włoscy marynarze. Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione.
     Pod koniec kwietnia miejscowi Niemcy zabili dwóch znajomych Włochów. Wstrząśnięte ich śmiercią postanowiłyśmy uciec do Jeny. Szłyśmy lasami około trzydziestu kilometrów. Tam już byli Amerykanie. Dla takich jak my zorganizowali punkt zborny w Buchenwaldzie - zobaczyłam piekło - wtedy zemdlałam po raz pierwszy w życiu.
     Stamtąd wywieziono nas (za naszą zgodą) do Westfalii - do Fritzlar. Mama pracowała w szpitalu, siostra w szkole, a ja uczyłam się w polskim gimnazjum w Wetzlar. Spędziłyśmy tam półtora roku.
     Gdyby nie radio, Mieczysław Fogg i piosenka "Warszawo - ty moja Warszawo" - byłybyśmy dziś Australijkami. Mama chciała popłynąć do Sydney - tak zrobiło 80% Polaków z Fritzlar. Jednak moja siostra i ja zdecydowałyśmy, że wracamy do kraju - musimy zobaczyć nasze Powiśle. Matka z trudem uległa. We wrześniu 1946 roku wróciłyśmy do ruin i wielkiej biedy.
     Ulice naszego dzieciństwa: Solec, Dobra, Tamka, Drewniana - z moją ukochaną szkołą - przedstawiały tragiczny widok, ale listy na murach były żywe. Ludzie krzątali się i pełni nadziei wierzyli, że:
"Będziemy mieszkać w swoim domu,
Będziemy stąpać po swych własnych schodach.
Nikt o tym jeszcze nie mówi nikomu,
Lecz wiatr już o tym szepce po ogrodach". (L. Staff)

Mąż Heleny - Kazimierz Zbrzeski przeżył Dachau.
Piętnastu mężczyzn zabranych z Solca 99 i 101 - w tym mój ojciec - zginęło.

 Wstecz...


Pierwsza Komunia polskich dzieci we Fritzlar w Niemczech, 1946 (zb. pryw.)
Pierwsza Komunia polskich dzieci we Fritzlar w Niemczech, [...]
Polskie dzieci w szkole we Fritzlar w Niemczech, 1946 (zb. pryw.)
Polskie dzieci w szkole we Fritzlar w Niemczech, 1946 [...]
Tautenburg - miejscowość w Niemczech, w której pracowała Barbara Rybeczko (zb. pryw.)
Tautenburg - miejscowość w Niemczech, w której pracowała [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten