Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search Szukaj na www
Wyszukaj artykuły na www zawierające poniższe słowa
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


     Byłem przerażony, w Bytomiu na ulicach panował powszechnie znienawidzony język niemiecki. Rozpocząłem kontynuację nauki. Do jednej klasy chodzili chłopcy w różnym wieku. Czasem różnice te dochodziły do sześciu lat. Mieliśmy w klasie umundurowanego syna pułku. Po skończeniu w Warszawie czterech klas szkoły powszechnej przyjęto mnie do gimnazjum, do klasy przygotowawczej, po roku zdałem do wstępnej, by potem przejść do wyrównawczej. A może była to inna kolejność, ale tak się właśnie nazywały. Na dobrą sprawę sam nie wiedziałem, do której klasy właściwie chodzę, która nazwa odpowiada której klasie. W każdym bądź razie po trzech latach edukacji gimnazjalnej przeniosłem się do Liceum Fotograficznego w Katowicach.
     Przez cały czas mama poszukuje śladów Danusi. Jeszcze podczas pobytu w Otwocku, w lutym 1945 byłem z mamą w Alei Szucha. Oglądaliśmy słynne „tramwaje", oraz cele. W niektórych były jeszcze ciemne ślady krwi. Czytaliśmy na ścianach wydrapane nazwiska, daty, fragmenty wierszy. Znaleźliśmy tylko datę 19 stycznia 1944, dzień jej aresztowania, a obok nazwisko dozorcy domu, z którego ją zabrano. Czy w ten sposób chciała dać znać kto „sypnął", czy to może przypadek? Szukaliśmy przez Polski i Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Na zachodzie szukał Staszek Mambort, też bez skutku. Dopiero praca profesora Władysława Bartoszewskiego „Warszawski Pierścień Śmierci" wyjaśniła dalsze jej losy.
     Lata spędzone w gimnazjum to przede wszystkim harcerstwo, które do dziś wspominam jako wspaniałą szkołę charakteru. Życia może też, ale tę zaliczyłem raczej podczas okupacji i Powstania. W harcerstwie poznałem wspaniałych ludzi, nie tylko w moim wieku, ale również dorosłych, „starych" skautów. To oni nadawali ton. Wszyscy byliśmy zdecydowanie przeciwko nowej władzy. Większość pochodziła z Kresów, więc z własnych doświadczeń wiedzieli jaki będzie los kraju. Kontynuowaliśmy tradycje wypisując na domach różne nieprawomyślne teksty w rodzaju: Bierzcie czasy i rowery, idźcie z Polski do cholery, lub śpiewając tego rodzaju teksty. Ale zaczynało być coraz mniej zabawnie. W 1946 roku kazano harcerstwu wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym. Komendant Hufca początkowo odmówił, ale wytargował kompromis. Będzie pochód trzeciomajowy z udziałem harcerzy. I w ten sposób wzięliśmy udział w święcie 1. maja, ale kiedy 3. maja wszystkie bytomskie drużyny uformowały się do defilady, milicja zaczęła nas rozpędzać. Skutek tego był taki, że nikłe jeszcze wtedy siły MO musiały rejterować przed harcerską masą, w której rej wodzili wspaniali i bitni „ta-jojki", czyli brać ze wschodu. Lwów, Stanisławów, Tarnopol, tam były ich korzenie.  I to nam MO zapamiętała. Następnego roku, chyba to było na powitanie wiosny, mieliśmy ognisko w okolicznej Dąbrowie Miejskiej. I jak to przy ognisku, były śpiewy i na pewno nie wszystkimi tekstami władza byłaby zachwycona. Kiedy szykiem wracaliśmy do miasta, już na przedmieściach, ktoś jadący na rowerze ostrzegł nas, że milicja zbiera się po nas. Rozproszyliśmy się gdzie się dało i kiedy parę ciężarówek przejechało, już grupkami rozeszliśmy się po domach. Tuż przed wyjazdem na obóz harcerski,  (a zarabialiśmy na obozy statystując w Operze Śląskiej), na początku lipca, około 5. rano usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć i do środka wtargnęło dwóch drabów po cywilu. Gęby takie, że mogły im służyć za ubeckie legitymacje. Kazali mi się szybko ubierać i wyprowadzili mnie z domu. Ale mimo, że ulice były jeszcze pustawe, utworzyli dziwny szyk. Przodem szedł jeden, potem ja, a pochód zamykał ten drugi. Dla ewentualnych widzów niewinny pochodzik. Myślałem, że idziemy na posterunek milicji, ale niestety, minęliśmy go i w tym szyku doszliśmy do gmachu UB. Tam przesłuchanie ze wszystkimi rekwizytami, ale bez bicia. Zabawa „tetetką", straszenie, wypisywanie żółtego formularza (skierowanie do aresztu), wyciąganie z butów sznurówek, a wszystko po to, by dowiedzieć się, kto był na ognisku w Dąbrowie, jakby nie mieli dokładnych spisów wszystkich członków drużyn wchodzących w skład bytomskiego hufca, co śpiewano itd. Kiedy znudzeni moim stałym powtarzaniem, że cała drużyna a i inne też, zaprowadzili mnie na poddasze i zamknęli drzwi na klucz. Upał, chciałem napić się wody, bo a jakże, jest umywalka, kran, tylko, że wody nie ma. W oknach kraty „w trosce" o życie aresztantów. Mija godzina za godziną, nad głową mam rozpalony dach, a przed wyprowadzeniem z domu nie pozwolono mi napić się nawet łyka herbaty. Po południu zrobiło się nieco chłodniej, ale pragnienie dokucza. Pocieszam się, że w czasie Powstania było gorzej i się przeżyło. Wreszcie przed wieczorem sprowadzili mnie z powrotem na przesłuchanie. Wszystko od nowa, od życiorysu. W końcu dali za wygraną, oddali sznurówki, pasek i kazali podpisać zobowiązanie, że nigdy nikomu nie powiem, że tu byłem i o co mnie pytano, co z radością podpisałem. Z dzisiejszego punktu widzenia chyba oceniono by mnie jako TW. Przecież podpisałem papiery!
      Nadszedł 1948 rok i zaczęła się oficjalna likwidacja ZHP. Jeszcze ostatni obóz harcerski w Żegiestowie pod hasłem Harcerska Służba Polsce, na którym regulowaliśmy Poprad. Choć staraliśmy się, jak na harcerzy przystało, efekt był absolutnie żaden. Jak można ręcznie, bez żadnego sprzętu wyregulować górską rzekę? Staliśmy godzinami w nurcie tak bystrym, że nieraz czuliśmy na kostkach niesione z prądem co mniejsze kamienie. My swoje, otoczaki swoje. Teraz myślę, że był to jakiś pierwowzór późniejszych czynów społecznych. Coś totalnie absurdalnego.
     Mama tymczasem walczyła z urzędami, a urzędy z mamą, no bo przecież prywatna inicjatywa to fe, w ustroju budującym świetlaną przyszłość to zakała. Wymiary, domiary, kontrole, to stałe elementy gry. Nawet po jej śmierci nie obyło się bez interwencji. W nekrologach prasowych cenzura zakwestionowała wydrukowanie nadanych jej przez Londyn za działalność konspiracyjną  Krzyża Armii Krajowej i Medalu Wojska. Komplet odznaczeń wydrukowała na klepsydrach tylko zaprzyjaźniona drukarnia.
      Skończyło się harcerstwo, skończyło się dzieciństwo, jakie by nie było, ale jednak. Rozpoczął się nowy, też niełatwy czas.

 Wstecz...


foto
 
Relacja Jerzego Pawlaka

[...]  W kwietniu 1947 r. wstąpiłem do Ochotniczej Brygady Odbudowy Warszawy, mieściliśmy się w parku Traugutta tuż przy Cytadeli. Dowódcą był gen. bryg. Marian Spychalski. Turnus trwał 3-y miesiące. Umundurowani w wojskowe mundury i obowiązkowa musztra. Przebijaliśmy późniejszą ulicę M. Nowotki przez tereny Getta od Dworca Gdańskiego do pl. Bankowego. Współzawodniczyliśmy z brygadami międzynarodowymi jak: Węgrzy, Czesi, Francuzi, Jugosłowianie, Bułgarzy. Nasze narzędzie pracy to: kilof, oskard, łopata, taczka. Układaliśmy sami tory i pchaliśmy wózki z gruzem nad Wisłę. Nie otrzymywaliśmy za tą pracę zapłaty. Na zakończenie turnusu odbyła się defilada na terenie obozu z taczkami, oskardami, kilofami, łopatami. Wręczenie dyplomów i skierowanie do szkół zawodowych, do jakich kto się zapisał. Ja zgłaszałem chęć do szkoły sztuk pięknych, ale powiedziano mi, że jeszcze takich szkół nie ma. Zapisałem się, więc do Szkoły Przysposobienia Przemysłowego w Będzinie elektrotechniczna. Inni ochotnicy rozjechali się po całym kraju jak: Łódź, Kielce, Szczecin, Poznań, Wrocław, Żagań, Bielsko itd.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wiktorii Adamus

[...]  W 1950 roku nasz dom przeznaczono do rozbiórki, w zamian za mieszkanie w Świdrze. Ojciec przystał na to. Ja, niestety nie mogłam się z tym pogodzić - tyle przeżyłam w tym mieście i nagle wyjechać gdzieś...  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jana Ryszarda Mleczka

[...]  W 1949 r. nie mając szans dostania się na studia, o czym mówiono mi przy każdym kontakcie z UB. Zgłosiłem się na ochotnika na kurs instruktorów Służba Polsce w Lublińcu, dzięki czemu oraz życzliwości mojego zwierzchnika frontowego oficera Ludowego Wojska Polskiego dostałem tak mocne poparcie, że po zdaniu egzaminu wstępnego, zostałem dzięki, jak mi oświadczono, łaski Ludowego Państwa przyjęty na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, którego nie ukończyłem. W trakcie przebywania w Piotrkowie i uczenia się, zmuszony warunkami roznosiłem codziennie rano od godz. 6.00 do 7.30 ciastka z piekarni cukierniczej do sklepów, nosząc je na dużej tacy na głowie, co powodowało wyszydzanie mnie przez kolegów.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Haliny Paszkowskiej

[...]  W 1950 roku wyszłam za mąż, mam dwoje dzieci już dorosłych. Wiele lat byłam pod opieką Poradni Zdrowia Psychicznego. Nie pracuje, utrzymuje mnie mąż.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jacka Fedorowicza

[...]  Reszta wypędzeń - w skrócie. Z tym, że wypędzającymi nie będą już Niemcy, ale ich następcy - komuniści. Koniec wojny zastał nas w Kielcach.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Marii Tryczyńskiej

[...]  Tu kontynuowałam naukę w Liceum Żmichowskiej, skąd w klasie maturalnej zostałam karnie usunięta (grudzień 1948 r.) w ramach ostrej wówczas walki politycznej. Nie ominęły też ani mnie, ani mojego ojca liczne przesłuchania i represje ze strony UB. Maturę zdałam w liceum im. Hoffmanowej. I mimo wszystko udało mi się dostać do Akademii Medycznej w Warszawie, którą mimo wielu przeciwności natury politycznej ukończyłam 13 X 1954 r.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Aleksandry Wróblewskiej

[...]  W 1946 roku brat mój sprowadził dzieci do Szwajcarii. Tam Hania ukończyła w Zurichu trzyletnią szkołę pielęgniarek, a Bohdanek poświęcił się architekturze. Brat mój zmarł w 1955 roku na raka płuc w wieku 53 lat w Baden, gdzie jest pochowany. Bratanek zmarł śmiercią gwałtowną w Sztokcholmie w 1964 roku w wieku 28 lat na dwa tygodnie przed swym ślubem.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Idalii Olszewskiej-Klemińskiej

[...]  Jak tylko troszkę się uspokoiło, jak już Rosjanie byli w prawobrzeżnej Warszawie, to siostry zaczęły prowadzić lekcje. Chodziły tam głównie dzieci, które [mieszkały] w pobliżu klasztoru, ale ja niestety miałam dość daleko. Matka nie zawsze mogła mnie odprowadzać, bo przecież musiała zarabiać, więc [chodziłam] sama; to jest jakieś półtora kilometra. Ale to nie były spokojne czasy, jednak Niemcy jeszcze strzelali zza Wisły. I czasem się tak zdarzało, że mnie zastawała jakaś bitwa, jakieś strzelanie. Szłam przez pola, wtedy to jeszcze nie było wszędzie zabudowane. Matka się wtedy okropnie denerwowała. Siostry mnie czasami nie puszczały [ze szkoły], jak się zaczynała jakaś strzelanina... I zostawałam u sióstr - ale matka nie wiedziała czy ja już wyszłam, czy nie, więc rozpaczała, strasznie się denerwowała, okropnie.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ludmiły Niedbalskiej

[...]  I tak się zaczął pierwszy etap normalizacji naszego powojennego życia. Ciężko było, ale dobrze. Wstąpiłam do harcerstwa, z czego byłam bardzo dumna i do czego dążyłam od chwili powrotu do Warszawy. Byłam w 8 Warszawskiej Żeńskiej Drużynie Harcerskiej miałam mundur szary oczywiście, własnoręcznie wykonaną brązową chustę z żółtą tasiemką dokoła i furażerkę z lilijką, po którą tłukłam się gdzieś do Śródmieścia z wielkimi komplikacjami i błądzeniami. Chodziłam na zbiórki, kominki, ogniska, uczyłam się samodzielności, zaradności i umiejętności współżycia z ludźmi. W grudniu złożyłam przyrzeczenie i jestem mu wierna do dziś. Takie przyrzeczenie składa się raz w życiu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner

[...]  Zwłaszcza, że stryj nasz, ojca mojego brat, znalazł się jako urzędnik starostwa w Bystrzycy Kłodzkiej i napisał list do mamusi, że on jej wszystko załatwi. Tylko, że jak myśmy przyjechały, to nic nam nie załatwił. Załatwił najgorsze, jakiś najgorszy sklep, bez żadnego zaplecza (który do dziś nie jest zagospodarowany jako sklep, to najlepszy dowód, że nie był to obiekt interesujący - ani handlowo, ani w ogóle) i taki pokój - pakamerę, która służyła Niemcom za magazyn - jako miejsce do spania. Mieszkała tam właścicielka tego sklepu, Anna Brauner, i jej rodzina, która uciekła z Wrocławia przed działaniami wojennymi. Tam wśród Niemców też tylko kobiety i dzieci, i też zagęszczenie niesamowite. Nie było w tym domu żadnych wygód - ubikacja na podwórku, zlew w korytarzu - ale było tak czyściutko, taka dbałość o estetykę, [że] ja, po tych gruzach, po tym wszystkim, jak zobaczyłam to malownicze miasteczko, takie czyściutkie, w kwiatach, to później to mieszkanie było dla mnie jak coś bajkowego. Niewyobrażalnie pięknego.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Eugeniusza Spiechowicza

[...]  W lutym 1945, dodając również sobie lat zacząłem pracować jako robotnik w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym na Żoliborzu, gdzie pracowałem do grudnia 1945 r. We wrześniu 1945, zacząłem uczęszczać do III Miejskiego Gimnazjum i Liceum dla Dorosłych z siedzibą w Warszawie na Żoliborzu, gdzie w roku 1948, jako jedyny z pośród ponad 40 uczniów z mojej klasy, którzy rozpoczęli ze mną naukę, uzyskałem Świadectwo Dojrzałości. Dalsze lata potoczyły się zwykłym trybem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Włodzimierza Szurmaka

[...]  Tak mniej więcej ustabilizowana sytuacja trwała do połowy 1948 roku. Ja w tym czasie ukończyłem szkołę podstawową, a po zdaniu egzaminu wstępnego uczyłem się w szkole zawodowej im. Konarskiego, która wówczas mieściła się na Mokotowie na ul. Reja. Na początku 1948 roku matka ciężko zachorowała i okazało się, że jest chora na gruźlicę płuc. W tym też okresie sprowadziliśmy do domu mego brata.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Leszka Kazanowskiego

[...]  Już dalej to było normalnie. Pod koniec maja było ogłoszenie, że trzeba pójść do szkoły. No i poszliśmy do szkoły. Klasy były naprawdę różne, segregowali po klasach, do drugiej czy do trzeciej klasy mnie zakwalifikowali - nie pamiętam już teraz dokładnie - ale tam byli normalnie piętnasto-szesnastoletni młodzieńcy, którzy chodzili do drugiej klasy i nie potrafili pisać ani czytać.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas

[...]  Te pierwsze lata po wojnie spędziłami na Żeraniu i tam poszłam do szkoły, a mój brat do przedszkola... Bo tam, na tej Pelcowiźnie, urodził się mój brat. Urodził się i był calusieńki w krostach, w takich olbrzymich czyrakach - bo, jak słyszałam, on był zaziębiony w łonie matki - i był umierający, niejednokrotnie paliły się nad nim świeczki.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Wiesława Kępińskiego

[...]  Jesteśmy na Woli, to już jest czterdziesty piąty. Latem wyjechałem do wujka Tarnowskiego pod Połczyn Zdrój, gdzie on zajął poniemieckie gospodarstwo rolne, bardzo zamożne, z domem dla jaśniepaństwa, z domem dla robotników; i całe te obory, stodoły i stajnie... On to zajął z żywym inwentarzem - z krowami, z końmi, z kurami. Jeszcze ci gospodarze, tacy staruszkowie, tam sobie siedzieli, dopóki mogli...  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Elżbiety Massalskiej

[...]  Pierwszy rok po wojnie przeżyłyśmy w Warszawie na Pradze lecząc się. Matka nie była w stanie pracować, ja zabrałam się intensywnie do nauki, nadrabiając dwa lata w ciągu jednego roku szkolnego. Siostra wróciła po roku. Ponieważ żadna z nas nie miała uprawnień kwaterunkowych, a główna lokatorka - ciotka moja, wyjechała na Ziemie Odzyskane.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jerzego Uldanowicza

[...]  Pracowała ona niezwykle ciężko, by zdobyć przede wszystkim środki finansowe na leczenie mnie, bowiem okazało się, że w wyniku wygnania na roboty przymusowe, zachorowałem na gruźlicę płuc i na serce, mimo iż uprzednio wyróżniałem się dobrym zdrowiem i wyjątkową wytrzymałością na wysiłek fizyczny.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Danuty Nizińskiej-Grzegrzółki

[...]  Powoli życie dochodziło do normy. Ludzie przystąpili do odgruzowania Warszawy. Tatuś pracował na poczcie, mamusia w aptece, a ja poszłam na kurs maszynopisania i zaczęłam pracę w wojskowości jako maszynistka.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jerzego Kasprzaka

[...]  Ze starszym o dwa lata bratem pracowaliśmy, ojciec chorował, mama wychowywała małego. W 1947 roku zmarł ojciec, a w 1949 roku mama. [...] Myśmy potem wyjechali do Warszawy, mieszkaliśmy na Sadybie. W gazecie wyczytałem po 20 września, że pułkownik "Radosław" stanął na czele Komisji Likwidacyjnej Armii Krajowej, że urzęduje w gmachu BGK na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu i wzywa wszystkich żołnierzy Armii Krajowej do zgłaszania się do Komisji w celu ujawnienia się. Poszedłem, zgłosiłem się i zostałem zarejestrowany, to jest mój dokument z datą i numerem: "Dnia 28 września, obywatel Kasprzak Jerzy, członek byłej Armii Krajowej, zarejestrowany 28 września w Komisji Likwidacyjnej obszaru centralnego spełnił obowiązek ujawniania się". Podpis "Radosława" i jakiegoś UB-owca.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Izabelli Wciślińskiej

[...]  W każdym przeważnie mieście niemieckim były domy starców, gdzie znajdowali wyżywienie, pomieszczenie i opiekę. We Wrocławiu niedaleko naszego miejsca zamieszkania również był taki dom starców, gdzie stworzyły się po wojnie bardzo złe warunki wyżywienia, zresztą nie tylko ich. Jedna z sąsiadek Niemka zaproponowała, aby mogła do mnie przychodzić jedna z tych Niemek i za przypilnowanie dzieci otrzymać skromne jedzenie.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Mariana Grzegorza Bergandera

[...]  Po wojnie w dniu 5 maja 1945 roku wstąpiłem do 150 Drużyny Harcerskiej w Piastowie. Początkowo z braku mundurów nosiliśmy biało-czerwone opaski z napisem ZHP. Później ze starego prochowca matka uszyła mi coś w rodzaju harcerskiego munduru. W drużynie tej zdałem próbę na stopień "Młodzika". W kwietniu 1946 r. wraz z matką i siostrą wyjechałem za ziemie odzyskane do Cieplic Zdroju. Tam wstąpiłem do 22 lotniczej Drużyny Harcerskiej w Jeleniej Górze.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Tadeusza Klemińskiego

[...]  Kiedy tata poszedł znowu do szkoły? Wtedy kiedy w tym budynku zrobiono szkołę. Cały parter zajmowała szkoła, do tej szkoły chodziłem, ale trudno mi to umiejscowić w czasie. Od razu, kiedy zaczęła się szkoła, to zacząłem do niej chodzić. Most wysokotorowy był budowany w lesie, gdzie teraz jest rezerwat, było tam dużo patyków, jeździliśmy tam sankami z siostrą, ładowaliśmy drzewo na sanki i przywoziliśmy do domu na opał. Za jednym razem, kiedy ładowaliśmy patyki na sanki zobaczyli nas jacyś mężczyźni i powiedzieli nam, że nie warto brać takich zielonych i mokrych. Zwoziliśmy te patyki, nie było możliwości, żeby zwozić coś większego, bo nie było jak tego porąbać, to co się dało włożyć na sanki, to przywoziliśmy.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Danuty Napiórkowskiej-Jarzębowskiej

[...]  Ja natomiast, już po kilku miesiącach zachorowałam na owrzodzenie żołądka i dwunastnicy. Ciężko chorowałam przez blisko 26 lat. Do dzisiejszego dnia mam ograniczoną dietę, niektóre pokarmy bardzo mi szkodzą, w dalszym ciągu, błona śluzowa żołądka nie jest zdrowa, natomiast dwunastnicy już prawie nie mam, jest tam sztuczne przejście wytworzone nie operacyjnie, ale nastąpiło to samoistnie, przewężenie wszystkich przejść. Było to groźne, bo każde dalsze przewężenie groziło natychmiastowym pęknięciem, śmiercią.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Eulalii Matusiak-Rudak

[...]  Po pewnym czasie dostaliśmy przydział na mieszkanie. Tutaj, w tym małym pomieszczeniu mieszkało nas jedenaścioro, cała rodzina mojej bratowej, ciotka z synem, my. Gdzie rodzina dostała mieszkanie? Tylko my dostaliśmy mieszkanie, oni tam zostali. Ojciec dostał mieszkanie i wziął ze sobą moje ciotki, swoje siostry. Dostaliśmy mieszkanie na Lesznie pod numerem 6. Pierwsza oficyna była zburzona, my dostaliśmy mieszkanie w drugiej oficynie. Mieszkanie miało wejście kuchenne, było sześciopokojowe. Byliśmy trochę zdziwieni, bo przed wojną to było luksusowe mieszkanie, miało sztukaterie na suficie, podłoga z różnokolorowej klepki, piękny kaflowy piec z kutymi, żelaznymi drzwiczkami.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Aleksandry Diermajer-Sękowskiej

[...]  Nastąpił przyjazd do Warszawy? No nie, do ciotki w Sopocie. Tu nie było do czego wracać. Czyli najpierw mieszkała pani w Sopocie? A potem, w trójkę z ojczymem, zamieszkaliśmy w Mikołowicach pod Warszawą. Mąż wrócił w maju, już pracował, był kierowcą autobusu, dostał się na studia. Musieliśmy nostryfikować nasze matury. W moim indeksie immatrykulacja jest warunkowa, dlatego że muszę zdać łacinę, bo skończyłam liceum matematyczno - przyrodnicze, nie miałam innej możliwości, a poszłam na wydział humanistyczny. Musiałam zaliczyć łacinę i zajęcia z Polski współczesnej. W Ministerstwie Oświaty załatwiano nas bardzo przyjemnie. Mąż dostał się bez egzaminu, ja egzaminy zdawałam.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Krzysztofa Radlicza

[...]  Zostaliśmy ściągnięci przez ciotkę do Krakowa, gdzie z miejsca zapisałem się do gimnazjum im. Sobieskiego przy ulicy Batorego. Przyjęto mnie tam bardzo ciepło, bardzo mile. Był tam taki opiekun społeczny, warszawiak, pan Felewski. Za każdym razem, kiedy były jakieś przydziały z UNRRA mówił, że ja walczyłem, więc trzeba mi pomóc, był mi bardzo przychylny. Wychowawcą klasy był pan Kloske, wybitny biolog, mieliśmy tam wspaniałych, przedwojennych profesorów, byli bardzo uczynni, z sercem. Tam, niestety, do harcerstwa zapisać się jeszcze nie mogłem, ponieważ miałem w czerwcu lub lipcu wyjechać do Warszawy. Przyjechaliśmy z wujem do Warszawy, do mieszkania na Żoliborzu, gdzie były jego matka i siostra, zamieszkałem z nimi. Mieszkanie ocalało z pełnym ekwipunkiem, ponieważ pocisk uderzył w schody na klatce schodowej, nie było schodów, nie było wejścia, więc nikt nie mógł się tam dostać.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko

[...]  1 grudnia wyjechałam z Krakowa do Poronina, gdzie było już wynajęte pomieszczenie, z kilkunastoma dziewczętami z Internatu z ulicy Pańskiej, byłą jego kierowniczką Ireną Kisielnicką i trzema dorosłymi osobami (dwie z nich harcerki z Żoliborza). Rozpoczęłyśmy pracę w warunkach trudnych; miałyśmy wszystkie minimalną ilość ubrań, bielizny i stosunkowo małą ilość przydzielonej żywności i pieniędzy na jej dokupowanie. Miejscowi górale, dzięki lokalnemu księdzu proboszczowi, odnosili się do nas życzliwie; dostałyśmy na przykład w prezencie dużą rybę na Boże Narodzenie i kilkanaście główek kapusty.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Henryka Piotrowskiego

[...]  Będąc już na miejscu poszedłem pod wskazany adres. I tu o dziwo zamiast sierocińca, zastaję małą jednostkę wojskową. Przed budynkiem warta z bronią u nogi. Wartownik melduje mój przyjazd dowódcy warty i dopiero zostaję doprowadzony do dowódcy jednostki. W rozmowie z dowódcą kapitanem Sławomirem Stempniem przedstawiłem się i podałem mój życiorys. Tu dowiedziałem się, że trafiłem do jednostki liczącej blisko 240 chłopców zwanej "Orlęta Warszawy".  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Kowejszy

[...]  Po powrocie do Warszawy mama podjęła pracę w kuchni jednostki wojskowej. Praca odbywała się na dwie zmiany, a my z bratem plątaliśmy się wokół domu z kluczem uwiązanym na sznurku do czasu, aż trzeba było iść do szkoły. Zarobki mamy były niewielkie, a renta po ojcu była bardzo skromna toteż przez nasze dzieciństw przewijały się bieda i głód.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Bohdana Kapicy

[...]  My na razie życie w Warszawie rozpoczęliśmy od poszukiwań ojca. Wizyta w Szpitalu Wolskim nie przyniosła innych wiadomości niż te, które uzyskaliśmy w Leśnej Podkowie od siostry Salomei. Piesza wyprawa na Grochów, w celu dowiedzenia się, co dzieje się z dwiema ciociami (mamy siostrami), dała lepsze wyniki. Jedną ciocię mieszkającą na ulicy Osieckiej 56 zastaliśmy z całą rodziną, to jest mężem i córką, drugą ciocię mieszkającą na ulicy Hetmańskiej 8 zastaliśmy z młodszym synem, starszy razem z mężem wywieziony został przez Niemców w dniu 4 sierpnia, najmłodsza córka była u wujka rodziny. Pomimo, że ciocie nie miały zniszczonych mieszkań, mama nie chciała zatrzymać się u jednej z nich. Wolała wrócić na Dworską. Tu w krótkim czasie mieszkanie państwa Rybaków dało schronienie kilku rodzinom. Codziennie dom odwiedzany był przez byłych mieszkańców. Jedni przyjechali, aby zobaczyć jak wygląda, pozostawili adres dla rodziny, o ile się zgłosi i sami wracali do innych miast, gdzie zamieszkali w domach opuszczonych przez ludność niemiecką uciekającą przed wojskami rosyjskimi. Inni zatrzymywali się, prowizorycznie remontowali wypalone mieszkania i rozpoczynali pracę w swoich dawnych miejscach pracy, o ile istniały. Wkrótce wróciła żona pana Rybaka razem z synem, byli wywiezieni z Pruszkowa do Niemiec jeszcze tego dnia, co nas wysiedlono z Warszawy.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Cecylii Krajewskiej

[...]  Zamieszkałyśmy u niego w dwupokojowym mieszkaniu, w którym tylko jeden pokój nadawał się do użytku. Matka poprowadziła choremu stryjkowi sklep spożywczy znajdujący się naprzeciwko naszego domu. Niedługo wróciła z Niemiec starsza siostra razem ze swoim chłopcem Włochem, za którego wkrótce wyszła za mąż. Za jakiś czas przyjechała z Berlina ciotka z córką i zamieszkały z nami.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego

[...]  Potem poszedłem do szkoły im. Michała Konarskiego i przeniosłem się do internatu Ojców Orionistów do Warszawy. Po szkole Konarskiego byłem za dorosły na internat. Dyrektor biskup Bronisław Dąbrowski załatwił mi pokój na plebani koło kościoła św. Jakuba. Dostałem nowo odnowiony piękny duży pokój, co prawda bez mebli, a moim obowiązkiem było konserwowanie instalacji elektrycznych w kościele. Tam próbowałem uruchomić szopkę ruchomą. W wolnych chwilach jeździłem do rodziny, która mieszkała w Rembertowie.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Andrzeja Korgola

[...]  W ciągu najbliższych kilku dni od wyzwolenia zorganizowały się nowe władze administracyjne, powstała: Gminna Rada Narodowa - Gminy Okęcie pow. Warszawskiego, która rozpoczęła swoją działalność. Jedna z pierwszych akcji nowej administracji była wymiana pieniędzy na tzw. "lubelskie". Niemiecka pieczątka z "gapą" znajdująca się na kennkarcie pod zdjęciem, była wycinana, a w zamian każdy okaziciel otrzymywał 500 zł, była to bardzo znikoma suma.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Haliny Olk Wieczorek

       Wszyscy warszawiacy pracowali przy odbudowie Warszawy. Nawet dzieci uprzątały gruz, żeby mogły wjechać samochody i dowieźć żywność. Kobiety z podwarszawskich miejscowości (jak Babice) przynosiły na plecach bańki z mlekiem zawinięte w płótno, żeby sprzedać dla maleńkich dzieci. Zaczęli ściągać ludność z całej Polski do odbudowy stolicy. Ci ludzie dostawali mieszkania [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Ewy Osieckiej

       W pierwszych latach po wojnie tli się jeszcze iskierka nadziei, że może Ojciec wróci; Mama robi wszelkie możliwe poszukiwania, także przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż  - uzyskana odpowiedź Radzieckiego Czerwonego Krzyża w Moskwie z 14.12.1959 r. brzmi, że Tatuś  ?nie został odnaleziony na terenie ZSRR"- a nazwisko Ojca figurowało przecież na listach oficerów polskich [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Janusza Koska

[...]  Siostry mojej matki, mieszkające w Krasnymstawie, dowiedziały się, że wróciliśmy do Warszawy. Najmłodsza z nich przyjechała z propozycją, abyśmy zdecydowali się zamieszkać u nich z uwagi na możliwość podjęcia przez mnie natychmiastowej nauki w gimnazjum. W tym czasie w Warszawie jedyne, czynne szkoły znajdowały się tylko na Pradze. Z uwagi na brak komunikacji miałbym duże trudności z uczęszczaniem na lekcje. Pojechaliśmy do Krasnegostawu i tam ukończyłem 2-gą klasę gimnazjalną. Do Warszawy wróciliśmy w 1946 roku, gdzie kontynuowałem naukę w gimnazjum, a potem w liceum im. Stanisława Staszica.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej

[...]  Bałam się ciemności i ciągle widziałam trupy, nawet jako dorosła kobieta, wyszłam za mąż dosyć wcześnie, ciągle chodził za mną ten lęk, nie mogłam iść w ciemności, bo widziałam trupy, takie jak wtedy widziałam w piwnicy na Olesińskiej. To byli ludzie, którzy mieli na przykład otwarte usta, wybałuszone oczy. Ten widok we mnie pozostał na całe życie, ten lęk miałam cały czas.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Władysława Sali

[...]  I z tych czasów pozostało mi wiele cennych wspomnień, zarówno ze spotkań w kuchniach ludowych, w których tak często spotykałem się z warszawiakami, jak i w samej bursie, czy z wyjazdów po koloniach dla dzieci warszawskich. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy w tych czasach, kiedy do Warszawy szły z polskiego Śląska pierwsze wagony węgla, mogłem na Śląsku przyjmować pierwsze grupy kolonijne dzieci warszawskich.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Bohdana Lewandowskiego

W 1949 r. rozpocząłem naukę w gimnazjum elektrycznym w Żyrardowie. W tym czasie, ustanowiony przez sowietów reżim, ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Już w pierwszej klasie, nasz nauczyciel geografii, zniknął nagle bez śladu, ponieważ kilkakrotnie wspomniał o utraconych polskich terenach na wschodzie. Rychło wszystkie dzieci wiedziały, że należy unikać słów Lwów, Wilno, Wołyń, [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Zygmunta Waltera

[...]  Siostra dostała się na Politechnikę Krakowską i studiowała, z sukcesem zresztą, bo skończyła tę Politechnikę. Brat dostał się na Politechnikę Gliwicką. W końcu ktoś musiał tej matce pomagać. I na końcu, jak już się to wszystko trochę poukładało, jak ja już pracowałem na stanowisku dyrektora i zarabiałem na tyle, że mogłem sobie życie ułożyć i matce jeszcze dalej trochę pomóc, to rozpocząłem zaoczne studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończyłem uzyskując tytuł magistra. Ale to już w wieku wysoce dojrzałym. Ale skończyłem.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Jadwigi Szmidt

[...]  Wszyscy byliśmy biedni, ale radość przetrwania dodawała sił. Rozpoczęłyśmy życie codzienne od gotowania gorącej kawy, którą sprzedawałyśmy ludziom handlującym na pobliskim bazarze. Gotowałyśmy zupy, które nosiłyśmy, zarabiając w ten sposób na skromne codzienne bytowanie. Wybierałyśmy drzewo ze zburzonych domów, aby ogrzać swój własny. I znowu poczułyśmy smak chleba kupionego już za pierwsze zarobione pieniądze. Brałyśmy udział w ekshumacji zwłok brata z dziedzińca własnego domu i w pogrzebie na cmentarzu powązkowskim.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Pawła Ambrożewicza

[...]  Czekaliśmy na dworcu do rana w budce strażnika. Potem w pięć osób ruszyliśmy w stronę ulicy Towarowej. Jakie było nasze zdumienie, kiedy nie dochodząc do tej ulicy, wyszedł nam naprzeciw Ignacy Kandulski, mąż naszej gosposi Rózi, ojciec Władzia. Ich mieszkanie przy ul. Orlej było spalone, więc wrócił na ulicę Lwowską. Ignacy pomógł nam dotrzeć ulicą Koszykową do naszego domu przy ul. Lwowskiej. Dom rzeczywiście stał, ale po kapitulacji Powstania Niemcy palili całe miasto. W naszym domu spalony został cały parter, ale tak zwane stropy kleinowskie (szyny wypełnione cegłą) spowodowały, że ogień przyniesiony przez tak zwane Verbrennungskommando nie przedarł się na wyższe kondygnacje i nasze mieszkanie na I piętrze ocalało. Na drzwiach wejściowych do kamienicy wisiała kartka, że nie należy się tu wprowadzać, ponieważ dom, jak duża część ulicy Lwowskiej, została przydzielona przez władze Kwatermistrzostwu Ministerstwa Przemysłu. Wychodząc z Warszawy, zabraliśmy ze sobą klucz do naszego mieszkania. Był to gest raczej sentymentalny, bo i tak wyrzucający nas Niemcy żądali, aby lokale były otwarte. Drzwi mieszkania były przymknięte. Ignacy wywiesił na nich kartkę: „Nie wchodzić, - bo strzelam". Był to znak ostrzegawczy, bo prawdopodobnie nikt broni nie miał. Mimo oficjalnej wywieszki na drzwiach wejściowych do kamienicy, weszliśmy do swojego mieszkania i tu zaczynał się kolejny etap naszego popowstaniowego życiorysu. To, co zastaliśmy w mieszkaniu przedstawiało się dość ponuro. Zostało ono splądrowane i to dość skutecznie.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Michaliny Walter-Horst

[...]  Czyli wróciliście do Warszawy już jako dorośli ludzie. Tak. Ale Kraków był wspaniały. Na uczenie się i sport i zabawę. I dodam panu jeszcze, że taki los szczęśliwy mi się zrządził, że ja się znalazłam wówczas w najbliższej grupie Karola Wojtyły, późniejszego Papieża. Tak, że najserdeczniejsze, największe i co tu mówić, jak wartościowe wspomnienia mam związane z jego bliską obecnością, z jego przyjaźnią. Narty, wycieczki, wizyty w domu, ślub w kościele Mariackim, chrzest mojej córki na Wawelu.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Janiny Loth-Borkowskiej

  Jak się potoczyło pani życie w tych pierwszych, powojennych latach?            Skończyłam liceum. Jeździłam do Szachtmajerowej do Komorowa. Szłam ze Zgoda na ul. Niemcewicza, stamtąd ruszała kolejka EKD (teraz nazywa się WKD), jechałam do Komorowa. Zimą - jak wracałam - to po ciemku, przez te gruzy, przez całą Ochotę. Człowiek się wtedy nie bał chodzić po Warszawie, [...]

  Więcej ...


 
Relacja Wojciecha Prośniewskiego

         Poprzez most pontonowy docieramy na Dworzec Wschodni. Jest jakiś ruski skład składający się wyłącznie z lor. Mama pamięta trochę rosyjski jeszcze z czasów szkolnych, pod ruskim zaborem i dowiaduje się, że możemy zabrać się z nimi. Jadą przez Otwock i na pewno tam się zatrzymają. Ładujemy się na platformy wraz z naszym bagażem. Jest piękny, słoneczny dzień, [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor

[...]  Dowiedziałam się, że w Radzyniu jest gimnazjum i można zdawać egzamin eksternistyczny. Nie mogłam sobie poradzić z matematyką, fizyką i chemią i stryj mi załatwił dwumiesięczny pobyt w Radzyniu Podlaskim. Mówiłam, że miałam tam krewnych - te dwie ciotki. U jednej z nich mnie umieścił na dwa miesiące na takiej stancji, żebym ja te trudniejsze przedmioty opanowała i zdałam eksternistyczny egzamin w czerwcu w tamtejszym gimnazjum do czwartej klasy. Uratowałam trzecią klasę. Nie miałam żadnego opóźnienia okupacyjnego, wręcz odwrotnie, zrobiłam maturę szybciej niż mi się należało. Nie miałam jeszcze osiemnastu lat. Tam również Pani wstąpiła do harcerstwa? Tak. Organizowało się harcerstwo, więc jak usłyszeli warszawianka i z Powstania, to od razu mnie opadli, że mam prowadzić drużynę. Byłam zszokowana tym trochę, bo u nas się jednak przestrzegało tych szczebli, a tutaj nagle ja drużynowa, jak dopiero liznęłam harcerstwo.  [...]

  Więcej ...


foto
 
Relacja Bożeny Myślińskiej

[...]  Ja chodziłam do szkoły do Krotoszyna, potem do szkoły drogistowskiej. Ponieważ kuzynka matki miała drogerię, nie miała dzieci, i mówiła „wyucz się zawodu, to Ci oddam drogerię". Ale potem wszystkie drogerie upaństwowili i jej nie dostałam. Potem pracowałam w księgowości, z tym, że najpierw pracowałam w laboratorium w Poznaniu.  [...]

  Więcej ...


 
Relacja Julii Tazbir z d. Ehrenfeucht

[...]  Mama najpierw zostawiła nas bez pieniędzy i z małą ilością jedzenia, a sama pojechała do Łodzi, żeby zorganizować tam w oparciu o inną ciotkę jakąś szkołę i tam w Łodzi znalazła mieszkanie po takich Polakach, którzy zostali wyrzuceni ze swojego mieszkania i wrócili do siebie. To mieszkanie było podłe, bez kanalizacji, bez gazu i bez wody, było dwupokojowe. Mama dostała pracę, ponieważ potrzebowali nauczycieli. Nauczyciele wśród ofiar byli jednak bardzo reprezentowani, nie mówiąc o tym, że powywożeni też. Dokładnie w Wielkanoc 1945 roku przyjechaliśmy z Pruszkowa do Łodzi pociągiem, który miał jechać o 7.00 rano, a jechał o 11.00, ale jakoś myśmy się wbili do wagonu. Ponieważ była jeszcze godzina policyjna, jedną noc przebyliśmy na takim punkcie noclegowym na Dworcu Kaliskim, bo pociąg jechał do Poznania. Na Dworcu Kaliskim spotkaliśmy się z zaskakującym towarzystwem, mianowicie z całym transportem wilniuków, którzy byli niesamowici.  [...]

  Więcej ...


 
Galeria fotografii
         
 
search Szukaj na www
Wyszukaj artykuły na www zawierające poniższe słowa
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten