Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak


foto

6 września Niemcy zajęli Powiśle. Jak pani zapamiętała moment pojawienia się Niemców?
    
My, na Smolnej, z tą przyjaciółką mojej mamy, Manią, nie pakowaliśmy nic - właściwie nie mieliśmy rzeczy i jakoś nie przyszło nam [to] na myśl. Pamiętam, że miałam na sobie tylko jakiś płaszcz, zwany później prochowcem, taki lekki płaszcz - zresztą ciepło wtedy było. I wygnali nas przez ogrody Szpitala Czerwonego Krzyża, pognali najpierw na ulicę Czerwonego Krzyża, gdzie przytrzymali nas w bramie. Krążył tam Ukrainiec - mówiło się o nich Kałmucy, a Ukraińcy - który zabawiał się tym, że straszył, że wszystkich powystrzela, a potem mówił: "A teraz idę się napić, ale tu wrócę i was wszystkich powystrzelam". Zresztą nie wrócił i nie wystrzelał.
     Stamtąd, chyba po półtorej doby, pognali nas w stronę Wisły, co chwila ustawiając gdzieś pod murem. Moja najukochańsza babcia zobaczyła tam - w czasie wojny, w czasie okupacji, ludzie wykorzystywali każdy skrawek ziemi - pomidory, rosły nie zebrane. I babcia zerwała pomidor, a moja mama mówi: "Mamo, co ty robisz?! Przecież nas za chwilę zastrzelą!" "Ale jeżeli nie zastrzelą, to pomidorek - same witaminy!" - powiedziała. I wzdłuż Wisły pognali nas do ulicy Bednarskiej, z takimi przystankami grozy.
     Co chwilę moment niepewności. I szliśmy Bednarską, już bardzo spaloną, w górę. Potem pędzili nas aż do kościoła, tego jedynego, który ocalał, wysokiego kościoła gotyckiego na Woli, już za tym było getto, zupełnie zburzone...
Na Woli jest kościół świętego Wojciecha.
    
Tam nas pognali. Tłum ludzi. I rannych, i chorych, i śmierdzących... I zapytałam babcię: "Jak to? Ten kościół już nie będzie mógł być używany", a babcia odpowiedziała: "To nic, Ewuniu. To się go od nowa poświęci". I tam spędziłyśmy jedną noc.
     Ale zanim nas tam dognali, to też taki incydent - do czego się przydało moje nazwisko. Bo prowadzili nas Niemcy, otaczali, ale dość rzadko szli, a oprócz tego doskakiwali Ukraińcy-Kałmucy. I jeden szarpnął mnie za rękę, a ja krzyknęłam: "Ich bin Kryspin von Kirszenstein!" (Kryspin to jest herb mojego ojca) - i on odskoczył. Tak że przydało się nazwisko o niemieckim brzmieniu.
     Potem, po tej nocy spędzonej w kościele, pognali nas do Pruszkowa. To gnanie nie było już takie rozpaczliwe; wpakowali nas do kolejki, która kursowała, ludzie po drodze wyskakiwali. Mama się nie zorientowała i myśmy w tym Pruszkowie po prostu wysiadły. I tam było coś w rodzaju remizy...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten