Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak


foto

     I w którymś momencie, to było tuż koło Końskich, przed Końskimi, Niemcy otworzyli wagony i powiedzieli: "Wychodzić". No to wyszliśmy. I tam uroczy ludzie z Końskich, na przymurku przy jakimś parku czy skwerku, mieli talerze z zupą pomidorową. Proszę sobie wyobrazić: po tym wszystkim - talerze z ciepłą zupą pomidorową. Najlepszy posiłek w życiu. Dotąd pamiętam. W Końskich spędziłyśmy parę dni, jakaś rodzina bardzo uprzejmie udostępniła nam pokój, ale mama miała pomysł - jak się okazało słuszny, chociaż nie obyło bez przygód po drodze - żeby się dostać do Łowicza. Swego czasu, w latach 1932-35, ojciec był na stażu w Łowiczu, był zastępcą dowódcy pułku, a żona pułkownika Krudowskiego w dalszym ciągu tam mieszkała. Dostać się do niej wiadomo, że nie jest wcale łatwo, ani pociągiem, ani niczym innym. Ale do jakiegoś pociągu - niemieckiego, z zakamuflowanymi czołgami czy czymś -weszłyśmy, na taką platformę. I jedziemy, jedziemy, a ludzie mówią: "Tu trzeba skakać, bo potem wjedzie do Rzeszy". Ale babcia w tym wieku, Mania z chorą nogą, nie mogła skakać - więc tak jedziemy, jedziemy...
     I wylądowałyśmy w Łodzi, która należała do Reichu. A tutaj rozpacz. Mania przerażona, bo w Łodzi ją znają, była żoną wielkiego przemysłowca z Łodzi (nie znam nawet jej prawdziwego nazwiska, Baruch chyba). Tam nas wyrzucają - nie na głównej stacji w Łodzi, tylko na tej pierwszej w stosunku do Końskich.
     I tu znowu taki prześmieszny incydent. Wysiadamy, nie mamy pieniędzy - mamy okupacyjne złotówki, które tam nie chodzą w ogóle, zresztą bardzo niewiele. Nie mamy niemieckich pieniędzy, nie wiemy, co dalej robić, jak się dostać do Łowicza, który jest za granicą... Stoimy na przystanku, babcia przyjęła od kogoś, w charakterze jałmużny, pieniądze na bilet... Jedziemy tramwajem, Mania trzęsie się ze strachu - a babcia mówi: "Proszę zawołać konie, żeby mnie zawiozły na dworzec". To też był taki incydent zupełnie komedyjny.
     Brudni, umorusani, niebywale obrzydliwi, dojechaliśmy na główną stację w Łodzi. Sprzątaczka powiedziała: "Umyjcie się chociaż trochę, tu jest kran". Więc obmyliśmy się trochę - i tu kolejny incydent. Siedzimy na dworcu i debatujemy, w myślach i ze sobą, jak się dostać do Łowicza - w ogóle nie mając prawa być na tym terenie. Siedzimy - umorusani, brudni, wynędzniali. I przechadza się oficer niemiecki - w wyczyszczonych do blasku butach. Parę razy się przechadza. Mama mówi: "Jezus Maria, co on..." A on się zbliżył i mówi tak: "Może paniom jest nieprzyjemnie mówić po niemiecku, ale czy panie znają francuski?" Mama i babcia dobrze znały francuski. I on powiedział: "Czy mogę być w czymś pomocny?" To było zupełnie niespodziewane. Zrządzenie losu. I mama powiedziała, że chcemy się dostać do Łowicza. On powiedział: "Przecież to jest za granicą... Ale ja spróbuję wsadzić panie do pociągu". Pociąg przyjechał, niesłychanie zatłoczony, bez żadnego rozkładu oczywiście, i miał jechać tylko do granicy w Strykowie, Strykau, jak Niemcy mówili. Ale jak zobaczyli tego Niemca eskortującego nas, to weszłyśmy do przedziału. I on wszedł z nami. Potem zasnęłam. Mama mówi, że na którejś bliskiej stacji on wysiadł, nic nie powiedziawszy. Znaczy: przewiózł nas aż za Stryków - nie pozwalając na żadną rewizję, na żadne sprawdzanie. Wylądowałyśmy w Łowiczu - to była godzina policyjna, więc przeczekiwałyśmy na dworcu...
     Ja spałam prawie całą drogę. Bo to było po tych wszystkich przejściach, po tych wagonach, po tej Łodzi, po tym wszystkim...
     Wylądowałyśmy. Pani Krudowska, żona pułkownika Krudowskiego, o której nawet Niemcy mówili "Das ist die Erste Dame in Lowicz" (bo rzeczywiście Łowicz stał na Żydach i wojsku), cieszyła się tam wielkim szacunkiem, ale odebrali jej - pułkownik Krudowski też był w obozie - piękny dom, w którym wcześniej mieszkała. Obecnie mieszkała w zupełnie straszliwych warunkach - jeden pokój, kuchnia, oczywiście o żadnej łazience nie ma mowy... I tam była ona, jej syn starszy ode mnie o trzy lata, jej córka, której mąż umarł na tyfus, z małym - już pogrobowym dzieckiem.
     Pani Krudowska powiedziała: "Nie mogłam uczestniczyć w Powstaniu, ale przynajmniej niech się przysłużę tym, że każdy, kto jest bezdomny, znajdzie u mnie miejsce". I w tym pomieszczeniu, w tym pokoju, jej córka, Irka, spała w łóżeczku dziecinnym, razem ze swoim synkiem, zwinięta w kłębuszek, a myśmy spali pokotem.
     Tak trwałyśmy, moja siostra miała nawet jakieś możliwości zarobku, bo pani Krudowska wypiekała ciastka do cukierni - bo o dziwo cukiernie funkcjonowały - i Baśka roznosiła te ciastka. A ja trafiłam na komplety, na których kontynuowałam tam naukę. Te tajne komplety, prawdę mówiąc, nie były bardzo niebezpieczne. Odbywały się w mieszkaniu jednej z koleżanek. Nawet miałam taką zadrę moralną, bo ja zawsze lubiłam matematykę i nie bałam się matematyki, a na tych kompletach miała być klasówka z matematyki - i koledzy wymyślili: "Powiemy, że była łapanka i nie mogliśmy przyjść". Ja mówię: "Słuchajcie, nie róbmy tego!" Ale jakoś się upiekło, napisaliśmy tę klasówkę... Przerwy w edukacji w ogóle nie miałam. Ja bardzo wcześnie poszłam do szkoły, [czy] raczej bardzo późno - bo poszłam do czwartej klasy, ale mając niecałe 9 lat - tak że nie miałam przerwy. Przedtem, jak to się dawniej mówiło, pobierałam nauki w domu, a potem z roku na rok byłam w coraz to innej szkole, bo tak się przenosiłyśmy - to na Smolnej, to na Sadybie, to właśnie w Łowiczu, potem przez chwilę w Chorzowie, potem przez chwilę w Krakowie. Dość, że przerwy nie miałam.
     W tym Łowiczu, po tym, jak weszli Rosjanie, którzy się wsławili tym, że jeżeli widzieli, że ktoś miał zegarek, to krzyczeli: "Pani, kotoraja godina?" - co oznaczało, że trzeba pokazać zegarek; mama miała zegarek, nie pokazywała zupełnie. Już nie mieliśmy siły [mieszkać] u pani Krudowskiej, w tym natłoku jeszcze ją obciążać, więc mama wynajęła pomieszczenie u takiego babsztyla, mieszkającego z dwoma synami. Spałyśmy z mamą w kuchence, w parterowym domu, w którym było tak zimno, że rano w miednicy woda była zamarznięta. I w którymś momencie śpimy z mamą, razem, na takim wąskim żelaznym łóżku - i dobijanie się do okna. I mama szepcze: "Nie ruszaj się". Dobijanie się, dobijanie - jakiś Rusek się dobijał. Myśmy to przeczekały - i proszę sobie wyobrazić, że się nie włamał. To też zrządzenie losu.
     Byłyśmy tam ze cztery miesiące. Potem pojechaliśmy do Krakowa, już wyzwolonego, gdzie mama dostała pracę jako kierowniczka domu samotnych matek. Te matki były samotne albo zrządzeniem losu, albo zrządzeniem własnej niefrasobliwości - w każdym razie były tam różnej proweniencji panie z dziećmi...
Czy w Krakowie był ktoś z rodziny czy ze znajomych?
    
W pewnym sensie tak, ale to było trochę odległa znajomość - mąż mojej ciotecznej siostry miał tam znajomego, u którego się zatrzymał. A myśmy mieszkali na ulicy Kasztelańskiej - w bardzo ładnej  dzielnicy - i tam też zaraz zaczęłam chodzić do szkoły, i tam właśnie dotarł mój ojciec.
     To była historia jak z bajki, bo myśmy wiedziały, że ojciec żyje, wiedziałyśmy, że się waha czy przyjechać, czy nas spróbować jakoś ściągnąć... Miałam taki zeszyt, który mama gdzieś zdobyła, bardzo piękny zeszyt, ze sztywną okładką - i mówię: "Wiesz, nie będę go podpisywać, to tatuś, jak wróci, mi podpisze". I ten zeszyt czekał niepodpisany. I w pewnym momencie - wiedzieliśmy, że ojciec żyje, ale nie wiedzieliśmy, że wraca - mama siedzi w takiej małej kanciapce, która była kancelarią tego domu opiekującego się samotnymi kobietami, i nagle wchodzi - w mundurze, nawet nie z plecakiem, z jakimś workiem na plecach... I to był mój ojciec. Tak niespodziewanie. I ja powiedziałam: "Tatusiu, napisz mi zaświadczenie, że nie pójdę do szkoły z powodu twojego powrotu".
     Potem, po powrocie ojca, już niedługo tam byliśmy. Ojciec wrócił - to był chyba kwiecień... W każdym razie jak ojciec wrócił, to na Śląsku, gdzie osiadła po Powstaniu również jego siostra, bardzo poszukiwali ludzi z wyższym wykształceniem i jakimiś umiejętnościami - do administracji kopalń. Ojciec nie miał z kopalnictwem nic wspólnego, ale bardzo chętnie go wzięli. Początkowo miał bardzo duże stanowisko, był wicedyrektorem jakiegoś zespołu kopalń - z ogromnymi nagabywaniami, żeby się zapisał do partii.
     A jeszcze przedtem wezwał go Żymierski i powiada: "Panie pułkowniku, przeżył pan szczęśliwie wojnę, zapraszamy do wojska". Ojciec powiedział: "Nie, ja w tym wojsku nie chcę być". I więcej nie było nagabywań. Natomiast były nagabywania, żeby wstąpił do partii. Ojciec, korzystając ze stanowiska, brał samochód służbowy i objeżdżał różne kopalnie... Oczywiście się nie zapisał, ale potem już nie mógł być wicedyrektorem, potem było trochę mniejsze stanowisko, a potem, po przyjeździe do Warszawy, to już było bardzo skromne stanowisko. Bez ukrywania przeszłości... Nota bene mój ojciec, w czasie, kiedy ja się urodziłam (przełom dwudziestego dziewiątego i trzydziestego roku) był zastępcą szefa sztabu KOP-u - a Korpus Ochrony Pogranicza to już w ogóle płachta na czerwonego byka. Ale ojciec nigdy tego nie ukrywał, w żadnych formularzach życiorysowych. I ja też. Jak trzeba było wypełnić taki idąc na studia - czy ktoś służył, ja piszę: tak, ojciec był zastępcą... Proszę sobie wyobrazić, że nie przeszkodziło mi to ani w dostaniu się studia, ani w studiach, ani w zatrudnieniu jako asystent w Instytucie Fizyki.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten