Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Kirszenstein-Skrzypczak


foto

     Potem, w 1947 roku, przenieśliśmy się do Warszawy. Ojciec dostał to skromniejsze stanowisko...
     Ojciec dostał na Częstochowskiej mieszkanie, bardzo malutkie, dwa pokoje z kuchnią - ale jednak. I wszystko od zera. To znaczy kupienie garnka to był wielki ewenement, zrobienie własnoręczne stołu - o tego, przy którym siedzimy, którego nigdy nie porzucę; jest składany, żeby mógł się zmieścić w tym małym mieszkaniu... I takie stoliki, które ojciec też sam zrobił - ogromnie lubił majstrować. I zamieszkaliśmy na tej Częstochowskiej, i tam mieszkaliśmy do śmierci ojca. Znaczy jeszcze dłużej, ale tam mój ojciec umarł - zupełnie nagle i nieoczekiwanie, na serce, w czasie, kiedy moja matka była na wakacjach z dwójką moich starszych dzieci, z Marysią i z Agnieszką, a ja zostałam w Warszawie, bo Jaś, trzeci, był malutki. Wyszłam na spacer z Jasiem, a nagle mnie woła dozorca, mówi: "Prędko, prędko z powrotem!" Okazuje się, że rozmawiał z ojcem i potem zobaczył jak ojciec się osuwa, to parterowe mieszkanie, osuwa się tak... Zmarł zupełnie nagle...
Czy w okresie powojennym często wracały wspomnienia, przeżycia wojenne?
    
W rozmowach rodzinnych właściwie nie. Czasem tylko jakieś ucieszne dykteryjki.
A jak to się odbiło na psychice młodej dziewczyny?
    
Nie wiem... To było jakieś takie tabu. To znaczy - nigdy nie opowiadaliśmy ojcu o Powstaniu... Nigdy nie opowiadaliśmy i nie wypytywał. Tak samo nie wypytywał o to, jak mój brat był aresztowany i rozstrzelany. Zapytał mnie tylko, czy Jędrek dobrze prowadził samochód (przed wojną akurat miał 16 lat, więc dostał pierwsze prawo jazdy), ja powiedziałam: "Przecież podczas wojny nie było samochodów" i na tym właściwie rozmowa się urwała.
     Tak, że rozmów o wojnie nie  było, czasem jakieś dykteryjki... O panu Aleksie - jak myśmy mówili - Weissbergu-Cybulskim, jak Niemcom mówił: "A gdzie ja mam pójść?"... Czasem mówiliśmy o tym, że w mieszkaniu mojej babci na Smolnej ukrywało się do osiemnastu Żydów - oprócz pana Aleksa i jego żony, jego znajomi, którzy przychodzili tam dosłownie na całe dnie. On miał dosyć dużo pieniędzy, nie wiem skąd, nawet szynkę kupował, co pamiętam jak dziś, takie płaty szynki... I przychodzili jego znajomi, Żydzi. Przyszła dozorczyni i mówi: "Pani inżynierowo, czy pani się nie boi? On tak wygląda na Żyda i tacy ludzie przychodzą..." - "Moja Józefowo, bez woli Bożej włos nam z głowy nie spadnie" - powiedziała babcia religijnie. Ii rzeczywiście. I powiedziała w dodatku: "Przecież to wszystko jedno, czy jest jeden, czy osiemnastu". Ukrywał się tam między innymi kolega i przyjaciel mojego brata, późniejszy profesor filozofii, Stefan Morawski, spał w stołowym pokoju.
     To był bardzo dziwny okres... Zimno było potwornie, nieopalane mieszkanie, głodno potwornie... Ja zapytałam moją mamę, czy jak ma się worek cukru i worek mąki, to się na pewno nie umrze z głodu - potem to cytowano w rodzinie. Zresztą o dziwo podczas wojny można było wziąć pożyczkę na nasz dom na Sadybie, na hipotekę. Mama napisała do ojca, bo to była wspólna własność, ojciec przysłał formalną zgodę z obozu jenieckiego i dostała z BGK pożyczkę... To nie była duża pożyczka, ale właśnie ten przysłowiowy worek mąki i worek cukru był w domu. Tak że jakoś nam to służyło, nie na długo, ale jednak służyło; też jakoś się dzieliło z innymi ludźmi...
     Paradoksalnie działały różne rzeczy. Podobnie jak w obozie. Z takich historii, które ojciec opowiadał, właściwie tylko żartobliwych - proszę sobie wyobrazić: pięć tysięcy oficerów zamkniętych w obozie, bez wiadomości o rodzinach, wiedzą, że jest Powstanie i są bezsilni. I mają prawo do jednego listu (taki długi list) i dwóch kartek, mniejszych, miesięcznie. Któregoś razu przychodzi list napisany maczkiem (tylko ołówkiem można było pisać), trzy ostatnie linijki puste. Następny list przychodzi - tak samo. Mama mówi: "Coś niedobrze się dzieje psychicznie z ojcem, bo pisze bardzo serdecznie..." - cenzura nie była bardzo surowa, pisał: "Ucz się koniecznie angielskiego, to taki ważny język..." do mnie, i tak dalej - "Ale dlaczego nie wypełnia tych ostatnich trzech linijek?" Po wojnie nam powiedział: "To była kara [za to], że ktoś coś przeszwarcował w liście" - i pozwalali wypełniać nie 30 linijek, tylko 27. Wtedy to nikomu nie przychodziło do głowy, mama już się bała o psychikę ojca...
     Zresztą poczta niemiecka chodziła dobrze... Proszę sobie wyobrazić, że ostatni list ojca przed Powstaniem - Powstanie [zaczęło się] we wtorek - przyszedł w sobotę, nadany dwa dni wcześniej. Strasznie szybko. I z Murnau, przecież to kawał drogi. Potem, jak byłyśmy już w Łowiczu, to ojciec napisał, na zaoszczędzonej kartce, do pani pułkownikowej Krudowskiej; nawet bez adresu- Łowicz, Zofia Krudowska, doszło oczywiście, to była znana osoba. I napisał tak: "Już dwa tygodnie nie mam wiadomości od mojej Kaziutki i się niepokoję". No jak!? Warszawa zburzona... Ale właśnie tak rozumował. Tak że to chodziło jakoś znośnie, chociaż z bardzo śmiesznymi zadrami ze strony Niemców.
     A jeśli mowa o oflagu, to ojciec mówił, że nigdy w życiu nie był tak zajęty, jak tam. Tu przedstawienie teatralne, tu wykłady... Z Genewy dostawali z Czerwonego Krzyża dowolne książki, jakie sobie zamarzyli, za wyjątkiem strategii wojskowej. Tak że wykłady ze strategii były robione potajemnie, ale reszta oficjalnie. Były kursy języków, kursy teatralne, byli tam i rzeźbiarze, i naukowcy... Tak że życie dosłownie wrzało. Ojciec mówił: "Ja miałem dzień poszatkowany". Mieszkali tam nawet w znośnych warunkach, to znaczy oficerowie tacy jak mój ojciec mieszkali w czterech w pokoju, generałowie - po dwóch. I takie historie, które czytałam potem, ojciec potwierdzał - że ludzie dostawali takiego troszkę zajoba... Bo dwóch generałów mieszkających we wspólnym pokoju podzieliło sobie stół kredą na pół - jeden położył rękawiczkę na granicy, to ten [drugi] obciął nożyczkami palce tej rękawiczki... I potem [o tym czytałam, i] ojciec jeszcze przedtem o tym opowiadał. Więc były takie śmiesznostki. Ale właśnie dzień podobno mieli niesłychanie zajęty. I jakieś drobne rzeźby ojciec robił... Śliczne szachy zrobił, sam wyrzeźbił, takie podróżne, z wtykanymi kołeczkami. Przysłał w paczce z obozu, proszę sobie wyobrazić - przyszła paczka z obozu, były te szachy, był jeszcze taki nóż do przecinania książek...
A czy te szachy ocalały?
    
Tak, ocalały. Są teraz u mojego ukochanego zięcia. Powiedziałam: "Tylko ty, Włodku, się nimi zaopiekujesz, bo tu u mnie w domu jest bałagan". Więc są, ocalone, z takimi uchylnymi półeczkami - no, naprawdę cacuszko zupełne. Więc to robił ojciec. Potem z pudełek od proszku do zębów - nie było wówczas past do zębów - robił ramki do fotografii. Dotychczas te ramki są u mojej starszej córki. I to przysyłał w paczkach, bo z obozu przyjechał z tym workiem, gdzie był jeden ręcznik i zmiana bielizny - to, co mógł przywieźć...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten