Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Uldanowicza


     O świcie dnia 9 października pociąg zatrzymał się w pewnej odległości od obozu przejściowego w Burgweide pod Wrocławiem (obecnie są to Sołtysowice i Polanowice, należące do dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu). Urzędowa nazwa obozu brzmiała: "Durchgangslager des Gauarbeitsamts Niederschlesien Burgweide". (zobacz kopię dokumentu "Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
     Idąc do powyższego obozu mijaliśmy obóz jeńców wojennych - brytyjskich lub amerykańskich. Jeńcy ci przerzucili nam przez druty znaczną ilość żywności i papierosów, pochodzących z paczek, jakie otrzymywali.
     Obóz w Burgweide, w którym przebywałem od 9 do około 16 października, miał charakter typowy: otoczony siatką i drutem kolczastym, składał się ze standardowych drewnianych baraków. Podzielony był na dwie części - po jednodniowym pobycie w pierwszej z nich zostaliśmy skierowani do łaźni, a jednocześnie naszą odzież poddano dezynfekcji, po czym znaleźliśmy się w drugiej części obozu. W tym też okresie poddano nas bardzo pobieżnemu badaniu lekarskiemu. (zobacz kopię dokumentu "Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
     Wyżywienie w obozie było zdecydowanie niewystarczające, zwłaszcza pod względem kaloryczności, przy czym wydawanie posiłków z kotła zorganizowano złośliwie. Byliśmy zmuszeni stać po kolejkach po posiłki przez znaczną część dnia, co dotyczyło zwłaszcza osób starszych i słabszych, gdyż kocioł był ustawiany za każdym razem gdzie indziej, w związku z tym posiłki dostawało się tym później, im później dobiegło się do niego. Najwolniejsi nie otrzymywali nic. Głód doskwierał - jedliśmy nawet stary, całkowicie zeschnięty i spleśniały chleb.
     W obozie przebywały tysiące ludzi - znacznie więcej osób, niż mogło położyć się na noc w barakach. Pierwszą noc spędziłem wśród deszczu na ławce poza barakiem, następne zaś stosunkowo "korzystnie", bo wewnątrz baraku na stole o wymiarach około 1,5m x 1 m, w trzy osoby, z których w tej sytuacji tylko jedna mogła w danym momencie przyjąć pozycję półleżącą, a dwie pozostałe zmuszone były siedzieć. Większość więźniów spędzała noce śpiąc bezpośrednio na podłodze, lecz i tam panował ogromny tłok.
     W czasie pobytu w Burgeweide wciągnięto nas do obozowej ewidencji policyjnej - mnie pod numerem "A.4762" (zobacz kopię dokumentu "Merkzettel zur Vorlage bei der Meldebehoerde des Wohnortes").
     Stopniowo przeprowadzano selekcję więźniów, formując grupy kierowane do transportów kolejowych, których przeznaczenia wówczas nie znaliśmy.
     Udało mi się dostać do jednej grupy wraz z matką. Grupa ta, licząca kilkadziesiąt osób, konwojowana przez uzbrojoną straż została przerzucona pociągiem osobowym do... Katowic, gdzie zatrudniono nas wszystkich jako pracowników fizycznych w zakładach naprawczych parowozów. Zostałem pomocnikiem ślusarz, zaś mojej matce po kilkudziesięciominutowym przeszkoleniu nakazano pracę na dwóch (jednocześnie) potężnych szlifierkach. Zakwaterowano nas na terenie tychże zakładów, w bardzo złych warunkach (trzypiętrowe drewniane prycze w kilkudziesięcioosobowych salach.
     W naszej trudnej sytuacji (obok ciężkich warunków pracy i mieszkania dawały się odczuć skutki znacznego wyczerpania psycho-fizycznego wydarzeniami poprzednich tygodni) wielką ulgę i pomoc przynosił nam niebywale serdeczny stosunek, jako okazywali nam od pierwszej chwili miejscowi robotnicy -  Polacy, zatrudnieni w tych samych zakładach. Do końca życia nie zapomnę, że troszczyli się o nas - młodzież i dorosłych - jak o osoby najbliższe. W miarę możliwości pracowali za nas, ostrzegali w odpowiednich chwilach przed Niemcami, oddawali nam swoje posiłki.
     Niemcy spostrzegli to. Po upływie tygodnia przewieźli całą naszą grupę warszawiaków do Gliwic, gdzie zatrudniono nas w podobnych zakładach naprawczych parowozów (oficjalna nazwa: "Reichsbahn Ausbesserungswerk Lokomotivwerk Gleiwitz"), a zakwaterowano w położonych w pobliżu obozach: kobiecym przy Bergwerkstrasse 95 i męskim przy Weidmannsweg (zobacz kopię legitymacji pracowniczej (...)
     Przyjechawszy z Katowic do Gliwic znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie - wśród z reguły zdecydowanie niechętnego lub wręcz wrogiego w stosunku do nas środowiska ludności miejscowej i napływowej (Katowice od Gliwic oddzielała przecież do 1939 roku granica polsko-niemiecka).(...) Wszystko, co polskie, było dławione przez Niemców, wśród których, w miarę upływu czasu i zbliżania się klęski III Rzeszy, coraz większy odsetek stanowili uciekinierzy z terenów Związku Radzieckiego i Prus Wschodnich.
     Powyższe okoliczności od pierwszej chwili znalazły wyraz w nieprzyjemnym odnoszeniu się do nas większości miejscowych pracowników _ Niemców, którzy nie tylko starali się obarczyć nas pracą ponad siły, lecz także wielokrotnie usiłowali likwidować nas fizycznie, stwarzając z premedytacją "wypadki".
     Moja matka i ja byliśmy zatrudnieni jako robotnicy placowi, z reguły przy pracach przeładunkowych. Zmuszano nas do niezwykle ciężkiej pracy fizycznej. Oto przykład: niejednokrotnie w ciągu około dwóch godzin musiałem przeładować ręcznie - przenosząc lub przerzucając - partię klocków hamulcowych stosowanych w parowozach, to jest 500 sztuk po 25 kg, co stanowi 12,5 tony  (a miałem przecież 14 lat!).
     Odbywało się to wszystko z zachowaniem pewnych pozorów działania "w majestacie prawa". Co miesiąc wypłacano nam wynagrodzenie, które po potrąceniu większości zarobionej kwoty tytułem zwrotu kosztów zakwaterowania, wyżywienia, ubrania roboczego, różnych składek (w tym - jak nas poinformowano - na Fundusz Odbudowy Terenów Polskich!) wynosiło z reguły 50-120 marek, chociaż zdarzały się przypadki, gdy Polak w chwili wypłaty dowiadywał się, że nie otrzymuje nic, ponieważ jest dłużnikiem zakładów. Uznany za ciężko pracującego (?Schwerarbeiter") otrzymywałem z tego tytułu raz lub dwa w tygodniu dodatek żywnościowy w postaci kawałka kiełbasy ważącego około 5 dkg. Chorym przysługiwały zwolnienia lekarskie. Gdy zachorowałem, prawdopodobnie na zapalenie oskrzeli, lekarz zakładowy po badaniu" trwającym około 5-10 sekund uznał mnie za chorego na anginę i przyznał mi trzy dni zwolnienia, po których byłem zmuszony powrócić do pracy. W ambulatorium przyzakładowym była wywieszona informacja, że pacjenci niezależnie od kolejności zgłaszania się, są przyjmowani wg narodowości względnie obywatelstwa, po czym następowała odpowiednia lista, na której na pierwszym miejscu byli Niemcy, na przedostatnim Polacy, na ostatnim - obywatele Związku Radzieckiego. Załoga zakładów licząca około 3000 pracowników, była złożona z przedstawicieli dwunastu narodowości. Unormowano również zachowanie się podczas coraz częstszych nalotów lotnictwa brytyjskiego i amerykańskiego. W przeciwieństwie do Niemców, robotnikom przymusowym nie przysługiwało prawo do korzystania ze schronów - musieliśmy opuszczać zakłady, nigdy nie bombardowane i przez cały czas nalotu przebywać w otwartym terenie wśród gęsto padających odłamków pocisków przeciwlotniczych.
     Teoretycznie przysługiwało nam zwolnienie od pracy w niedziele i święta, w praktyce jednak znaczną ich część spędzaliśmy bądź w zakładach (konieczność dokonania rzekomo pilnych przeładunków), bądź w pobliżu Gliwic przy kopaniu rowów przeciwczołgowych.
     Wyżywienie mieliśmy bardzo złe. Głównym problemem była jego niska kaloryczność i niedostatek witamin. Braki te w niewielkim stopniu uzupełnialiśmy kupując nielegalnie od Niemców i realizując pewne ilości kuponów z kartek żywnościowych, głównie na chleb i margarynę (na tych terenach wszelkie artykuły żywnościowe z wyjątkiem soli i piwa sprzedawano wówczas wyłącznie na kartki). Ponadto kilkakrotnie udało się nam uzyskać w gliwickich lokalach gastronomicznych skromne potrawy jarskie - inne były na kartki.
     Warunki mieszkaniowe mieliśmy także bardzo złe - zajmowaliśmy dwudziestoosobowe sale w standardowych, prawie nie ogrzewanych barakach. Nasze prymitywne piętrowe prycze i znikoma pościel były pełne robactwa, które zastaliśmy tam w chwili przyjazdu.
     Za wszystkie nasze krzywdy rewanżowaliśmy się Niemcom w zasadzie w jeden sposób - uprawianiem sabotażu, którego formy i przedmiot zmienialiśmy stosownie do okoliczności. Z reguły sabotaż polegał na niszczeniu lub uszkadzaniu materiałów i części przeznaczonych do produkcji.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten