Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Kasprzaka


foto

     Nas załadowano w bydlęce wagony na szczęście odkryte i okazało się, że wiozą nas do Oświęcimia. W pewnym momencie jak rozniosła się wieść, to ludzie zaczęli kombinować, jak tu uciec. Ktoś wyskoczył, inny próbował wyłazić, to Niemiec strzelił i zabił. Tak, że nie było to takie proste. Ta wieść gruchnęła i wszyscy byli przekonani, że...
     Minęliśmy Koluszki, Piotrków, Radomsko i gdzieś na stacji Kłomnice między Radomskiem a Częstochową pociąg nad ranem zwolnił, stanął pod sygnałem, ja wtedy miałem pozycje wypracowaną, bo się w sam róg wagonu przesunąłem, nie od strony torów przeciwległych tylko od drugiej. Wyskoczyłem na bufory i między wagony. Położyłem się tak, żeby ten wagon mnie jeszcze krył, za chwilę pociąg ruszył, a ja zostałem. Okazało się, że nie byłem jedynym, który tak zrobił. Piątego października znalazłem się pod Częstochową w Rudnikach. Trafiłem do wsi, po drodze zaczepił mnie starszy pan, który w ten sam sposób urwał się z transportu. Napotkałem jakąś babkę, która z mlekiem szła, z bańkami, mówiła, że wczoraj do Kościelca warszawiaków przywieziono "jak się zgłosicie do sołtysa, to się wami zajmą". Ten starszy pan zapytał, czy mam jakąś legitymację - miałem. Jak się nazywam?... "Wiesz co, ja nie mam żadnych dokumentów, pójdziemy do sołtysa, ja będę niby twoim ojcem, to nas zapiszą na twoje nazwisko". Okazało się, że to był Żyd, inżynier, w czasie Powstania pracował w wytwórni granatów, nie miał dokumentów i w ten sposób go "uojcowiłem", nie on mnie usynowił, tylko ja go "uojcowiłem".
     Zgłosiliśmy się do sołtysa, dostaliśmy taki niby przydział, wpisał nas na listę pod moim nazwiskiem. Trafiliśmy do jakiegoś biedaka, dostaliśmy po talerzu zalewajki, na wieczór wrzucił nam dwa snopki słomy, w kuchni klepisko. Ten pan mówił: "My musimy poszukać inteligencję na tej wsi, inaczej to zginiemy". Wpadł na pomysł, żeby poszukać czegoś... Zapytał, czy tu szkoła jest? Tak jest. A czy nauczyciele są? Wypytał o nauczycielkę, dostaliśmy adres, poszliśmy. Okazało się, że bardzo przyjemna pani, bardzo inteligentna, na początku okupacji wysiedlona z Łodzi trafiła tutaj. Dostała tu pracę, przydział do bogatszego gospodarza, miała dobre mieszkanie. Przyjęła nas. Miała syna w moim wieku - ten chłopak był wpatrzony we mnie, pokazywałem mu znaczki powstańcze, musiałem opowiadać i opowiadać. Ta pani po jakimś czasie zorientowała się, że ten pan jest narodowości żydowskiej. Trochę się bała, bo miała córkę i syna. Mąż oficer gdzieś w oflagu. Powiedziała: "ciebie Jurek zatrzymam, możesz być tutaj, ale ten pan musi sobie poszukać czegoś". Ja zostałem, a on w tym samym gospodarstwie - miał prawdopodobnie walutę jakąś - u właściwego gospodarza został. Ja natomiast u tej pani nauczycielki byłem dziesięć dni, może dwa tygodnie, w między czasie penetrowałem w Częstochowie RGO. Szukałem na listach rodziców. RGO - Rada Główna Opiekuńcza zajmowała się warszawiakami. Były ogłoszone listy, można było te listy sprawdzać, szukać swoich bliskich. Niczego się nie dowiedziałem.
     Po dwóch tygodniach spytałem, "Jurek - ten jej syn, mój imiennik - masz jakąś mapę Polski?" Miał atlas geograficzny. Zobaczyłem, gdzie ja w ogóle jestem, bo teraz młodzi ludzie podróżują nie tylko po kraju, ale za granicą. Przed wojną czy w czasie wojny nie jeździli. Znałem tylko trasę do Garwolina na wieś do ciotki i z powrotem. [...]
     W maju 1945 r. byliśmy na wsi... Maj, czerwiec, lipiec, sierpień do września. W międzyczasie wdałem się w małą awanturkę na wsi. Jak front stał na Wiśle to wszystkie wsie były zajęte przez Sowietów, którzy kwaterowali na wsiach, w budynkach, ale również w ziemiankach leśnych. Strasznie dużo było tej armii, nie wszyscy mieścili się w domach gospodarzy, w lesie przy domu mojej ciotki były ziemianki z bali zrobione, tam mieszkali żołnierze.
     W lipcu w czasie żniw dosłownie za płotem gospodarstwa mojej ciotki, gospodarz kosił żyto. W pewnym momencie trafił na karabin. Woła mnie i mojego stryjecznego brata: "chłopaki chcecie karabin?" - "Chcemy". Rzucił nam na podwórko. Okazało się, że w lufie był wprowadzony pocisk, bo strzeliliśmy z tego karabinu. Prawdopodobnie w czasie zimy pijani żołnierze chodzili, bo to było przyfrontowe wojsko - ktoś zgubił albo rzucił w drugiego karabinem i karabin w śniegu czy w oziminie utkwił i tak żyto rosło, rosło... i karabin się ukazał na rżysku. Mój stryjeczny brat miał załadowaną pepeszę i tetetkę - oni zawsze mieli w czasie wojny broń...
     Wszyscy w tej chałupie u ciotki to rodzina z Pragi była - w dwóch trzech izbach chyba ze dwadzieścia osób mieszkało. Moja siostra cioteczna, mój brat rodzony, moja stryjenka, akurat w tym czasie w lipcu wyjechali do Elbląga na szaber. Może nie tyle szaber, co można było handlować z Niemcami. Trzeba było z czegoś żyć - na przykład stąd woziło się do Elbląga słoninę, za którą można było dostać główkę od "zingerowskiej" maszyny. Przywoziło się tę maszynę na Pragę na bazar i miało się przebicie parokrotne. W ten sposób ludzie handlowali... Akurat wszyscy wyjechali, w gospodarce zostali tylko moja mama z małym, ja, troje dzieci mojej siostry ciotecznej i mój stryjeczny brat w osobnej części domu. Właściwie myśmy byli najstarsi mając po piętnaście lat...
     W tym czasie grasowały różne bandy i po nocach słychać było strzały wokół, to myśmy ten karabin od sąsiadów skrócili, urżnęliśmy mu lufę, mieliśmy naboje - ten karabin był przydzielony dla mnie. Marian - mój brat stryjeczny miał z kolei pepeszę i tetetkę. Ja miałem spać w stodole, a on w domu. Gdyby jakieś bandziory nas napadły to bierzemy ich w dwa ognie. Tak się złożyło, że zamiast bandziorów przyszło UB. Ktoś doniósł - może dlatego, że słyszeli ten strzał, tego pocisku, który w lufie tkwił - w każdym bądź razie zaskoczyli nas w nocy. Wtedy milicja chodziła w wojskowych mundurach, innych nie było. Przeżyliśmy wielki dramat, znaleźli u Mariana pepeszę, Marian przyprowadził ich do mnie - "Jurek daj ten karabin", a ja udałem, że śpię, że nie wiem, o co chodzi. Wsunął mi rękę pod słomę i wyciągnął tego obrzyna. Wyprowadzili nas za stodołę, kazali nam kopać dół, wiedzieliśmy, że dostaniemy "w czapę", ale zaczęła się rozmowa... - "a skąd, a dlaczego, że z Warszawy, ponieważ są napady różne, to chcieliśmy chronić dom, rodzinę, dzieci małe...". Mnie puścili, a Mariana UB zabrało do Garwolina. Trzymali go chyba trzy tygodnie, rodzina w międzyczasie wróciła z Elbląga, z handlu. Ponieważ starszy syn mojego stryjka - brat tego Mariana poszedł do wojska jak przyszedł front - był nawet oficerem gdzieś nad Odrą - stryjek zadziałał, że wyciągnęli Mariana z ciupy. 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten