Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Tadeusza Ziomka


Tym razem też nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. W drodze otworzono drzwi, gdyż była straszna spiekota i brakowało powietrza. Zobaczyliśmy zielone pola, łany zbóż, piękne krajobrazy polskich wsi. Znikły widoki zgliszcz i ruin. Co odważniejsi, nawet kobiety, wyskakiwali w biegu z pociągu, by szybciej znaleźć się na wolności. W niektórych miejscowościach wrzucano nam do wagonu pożywienie i napoje, których byliśmy szczególnie spragnieni. Nie widać było Niemców, ale nie znaliśmy też jeszcze celu naszej podróży. (...)
     Pociąg przed wieczorem zatrzymał się na jakiejś stacji pomiędzy Łowiczem a Głownem. Nie widać było w ogóle Niemców, a słychać było tylko polską mowę. Stacja ta znajdowała się jak gdyby na bazarze, gdzie było wiele straganów z żywnością i napojami. Ku naszej wielkiej radości można było wszystkiego kosztować bezpłatnie. Było również dobre, świeże mleko, którego od tak dawna nie piliśmy. To przyjęcie zgotowali dla nas, uciekinierów, czy jak to wówczas mówiono - "powstańców" z Warszawy, tutejsi mieszkańcy i tutejsza polska administracja. (...)
     Stąd, z dworca, według losowego wyboru siadaliśmy na podwody, czyli chłopskie furmanki i jechaliśmy do poszczególnych wsi. W ten to losowy sposób dokonywał się przydział ludności wysiedlonej z Warszawy do poszczególnych gospodarzy celem zakwaterowania i opieki.
     Ja z matką zostałem przypisany do rodziny państwa Goliszów, jeśli dobrze pamiętam, we wsi Sędziszów, a brat z sąsiadką do państwa Sędzikowskich. Byli to szlachetni i zamożni gospodarze. Otoczyli nas iście rodzinną opieką. Tutaj mieliśmy co jeść, mogliśmy wypocząć i nabrać sił. Był czas na dziecięce zabawy.
     W prawie każdym domu była jakaś rodzina z Warszawy. Jednak przydział ten nie był stały. Być może u tych bogatszych gospodarzy mieliśmy tylko przejść okres kwarantanny czy aklimatyzacji. Pomimo naszego przywiązania do rodzin [gospodarzy] decyzją jakiejś ówczesnej władzy zmuszeni byliśmy przenieść się do nowego miejsca osiedlenia, tym razem we wsi o nazwie Ostrołęka w tym samym rejonie Łowicz-Głowno.
     Był to już wrzesień 1944 roku, ponieważ zaprowadzono mnie do miejscowej szkoły, gdzie od czasu do czasu uczęszczałem na lekcje w II klasie. Dlatego "od czasu do czasu", że i szkoła nie działała regularnie i gdy było bardzo zimno matka mnie po prostu nie puszczała.
     Zamieszkaliśmy u sąsiadujących gospodarzy. (...) Warunki w tej wsi były o wiele gorsze. Spaliśmy we trójkę u gospodarza, który przyjął matkę. Naszym łożem były dwa snopy słomy rozściełane na noc na glinianej podłodze, a za przykrycie służyły różne derki i gospodarskie sukmany. Gospodarze spali wprawdzie w łóżkach, ale też po kilka osób, a niektórzy z nich byli chorzy. Jeden z domowników miał gruźlicę. (...)
     Życie w tej wsi toczyło się inaczej [niż w poprzedniej]. Do swoich gospodarzy chodziłem jedynie na posiłki i do pracy, gdyż tu już wszyscy musieliśmy na siebie pracować. Matka pomagała w gospodarstwie przy wszystkich pracach w domu i w polu. Brat jej towarzyszył. Ja, jako starszy, pasłem krowy, rżnąłem z gospodarzem sieczkę dla bydła, opiekowałem się dzieckiem w kołysce pod nieobecność gospodarzy.
     Strawa u moich gospodarzy była lepsza i było jej zwykle więcej, natomiast u tych drugich, biedniejszych, często matka rezygnowała z części swojej porcji na rzecz brata.
     Nadeszła zima. Była ona nawet dość ostra. Ciepłe palta wzięte z Warszawy przydały się. Brak było tylko ciepłego obuwia. Matka sprzedała jakiś drobiazg (...) i zakupiła nam nowe buty u miejscowego szewca. Buty te były godne opisu - drewniaki oprawione we własnego wyrobu skórzane cholewki. Musieliśmy je oszczędzać i często matka przepędzała nas ze ślizgawek.
     Brak witamin i właściwego odżywiania powodował u nas różne choroby, owrzodzenia, do tego dochodziło jeszcze nagminne wówczas na wsi zawszenie. Matka bezustannie tępiła to robactwo, lecz nie było w tej biednej rodzinie chłopskiej warunków na to, by plagę tę zlikwidować.         
     Stosunek naszych gospodarzy do nas był raczej nie wylewny. Mieli oni dość własnych kłopotów, by jeszcze chcieć łagodzić nasze cierpienia.. Wojna wyciskała i na nich swoje piętno. Wszyscy wówczas, a szczególnie my - wysiedleńcy - oczekiwaliśmy wyzwolenia.
     Z okresu Powstania i wędrówki nie przypominam sobie, byśmy kiedyś odczuwali silniejszą potrzebę uczestnictwa w obrzędach religijnych. Matka była wierząca, do kościoła zwykle chodziliśmy, ale w tym czasie matka myślała przede wszystkim o zdobyciu środków do życia i przetrwania wraz z dziećmi okresu okupacji. Stąd też nigdy nie szukaliśmy ratunku jedynie w modlitwie, a przede wszystkim, zdobywając pożywienie - walczyliśmy o swoje biologiczne istnienie.
     Święta Bożego Narodzenia 1944 roku były smutne i identyczne jak nasze powszednie dni. Biały placek pamiętam, że znalazł się wówczas na stołach, ale innych rarytasów, takich jak smakowite szynki, czy kiełbasy, w te dni nie było. Był już jednak lepszy nastrój, gdyż nieprzerwanie szły wieści o klęskach Niemców i zbliżającej się armii niosącej wyzwolenie. (...)
     Zanim jednak nadeszło prawdziwe wyzwolenie kraju od faszyzmu obserwowaliśmy cofające się w popłochu, rozproszone oddziały niemieckie. Większa grupa Niemców przechodząc przez wieś Ostrołękę rzucała broń, była przerażona. Z okrzykami "tam rus idzie" i "Hitler kaput" szukała pomocy u miejscowej ludności polskiej. Nasza matka poradziła tym Niemcom, by nie uciekali, a oddali się Rosjanom do niewoli. Posłuchali oni tej rady. Zajęli jedna ze stodół i tam oczekiwali nadejścia frontu.
     Ludność wiejska w tym rejonie bała się panicznie i Niemców i Rosjan. (...) Kiedy już słychać i czuć było zbliżanie się wojsk radzieckich wszyscy pochowali się gdzie kto mógł.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten