Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Izabelli Wciślińskiej


foto

     Niemcy doszli przez dziurę w murze wielkości drzwi wejściowych do klatek schodowych i piwnic i kazali wychodzić, wołając "raus". Przed wyjściem z piwnicy, po porozumieniu się z mężem, włożyłam do pościeli łóżka mój pierścionek z olbrzymim brylantem, a mężowi dałam córeczkę w beciku, gdyż myślałam, że może będą stosować jakieś represje w stosunku do mężczyzn. Kiedy już wszystkich nas zgromadzili przed pałacykiem królowej Marysieńki, wtedy zobaczyliśmy, że lufę czołgu kierują w naszą stronę, a 2 Niemców z karabinami kładzie się po obu stronach czołgu. Wtedy krzyknęłam do męża: "rzucaj się, a Basię przed siebie". Krzyknęłam również do pana Wiśniewskiego, który stał przede mną (mieszkał na I piętrze z żoną i 2 córeczkami) i Jerzego Wójcika 19-letniego chłopca, który też stał przede mną, aby się natychmiast rzucili na ziemię. Sama się rzuciłam, a oni zbagatelizowali to, co im powiedziałam i pierwsze strzały uderzyły w nich. Upadli na mnie i mnie przykryli, jeden nogi a drugi plecy, ponieważ leżałam twarzą do ziemi, a przed twarzą stała porzucona przez kogoś duża waliza. Leżałam od mego męża o jakieś 3-4 metry. Dzieci przeraźliwie krzyczały i moja córeczka też. Zapytywałam półgłosem mego męża, czy żyje. Odpowiadał tak, ale w pewnym momencie nie usłyszałam odpowiedzi, więc ponowiłam pytanie i wtedy usłyszałam: "jestem ranny". Bardzo się zdenerwowałam, a do tego musiałam również pocieszać pana Wiśniewskiego i pana Wójcika, którzy mnie błagali, aby im dać wody. Pocieszałam ich, że za chwilę im dam, żeby jeszcze trochę zaczekali. Wreszcie strzelanina ustała i usłyszeliśmy, że czołg odjeżdża. Mój mąż leżał przy murze, a za nim mocno zawinięta w becik moja córeczka. Przed moim mężem, według jego relacji, leżał mężczyzna dosyć okazały, który na 2 tygodnie przed Powstaniem wyszedł z Pawiaka. On był kilkakrotnie ranny w brzuch, bo później sama go jak mogłam ratowałam, jego żona chyba zginęła, bo nie przyszła go ratować, a wiadomo mi było, że była w 5 miesiącu ciąży. Mojej córeczce nic się nie stało, nawet becik nie był uszkodzony, a była to jedyna rzecz nie moja. Był to becik włosiany pożyczony od mojej siostry, który po wojnie jej zwróciłam.
     Egzekucja trwała kilka minut, rannych nie dobijali. Pan Rzeszotarski jako jeden z dowódców, pseudonim "Żmija" był w swojej kwaterze, a nie z rodziną przy ulicy Marii Kazimiery 3. Gdy zaczęło się trochę ściemniać, pan Rzeszotarski przysłał powstańców z noszami po rannych. Zabrali trzy trupy: żonę, teściową i syna Janka. Ja zabrałam mężowi córeczkę, a on i inni lżej ranni polecieli do szpitala. Ja i jeszcze parę osób, co ocalały opatrywaliśmy rannych. Podczas strzelaniny, jak się później okazało, wielu mężczyzn, co zdołało uciec do pałacyku, miało taką siłę, że wyrwało kraty w murach piwnicznych tego pałacyku.
     W egzekucji tej było kilkadziesiąt osób (około 70), przypuszczam, że zginęło wtedy około 30 osób. Mój mąż, został ranny odłamkami z pocisku w lewą dłoń, miał ponadto w 13 miejscach poprzestrzelany płaszcz, a przez niego garnitur, a nawet na ramieniu koszula, a ciało nie było tknięte. Kiedy dotknęłam włosów, całe pasmo z przodu wypadło mi. Podczas strzelaniny do nas z czołgu i karabinów latały nad nami bardzo nisko samoloty. Według późniejszych relacji moich sąsiadek również cudem uratowanych - były to samoloty sowieckie. Strzały z samolotu raniły jednego z żołnierzy niemieckich.
     Nasz sklep i mieszkanie paliło się. Jakoś tę noc razem z córeczką przesiedziałam w pałacyku. Nad ranem zobaczyłam powstańca i spytałam, czy nie wie, dokąd zostali zabrani stąd ranni, ponieważ był tam również i mój mąż. Odpowiedział, że do szpitala powstańczego na ulicę Krechowiecką. Na wprost ulicy Marii Kazimiery było całe osiedle jednorodzinnych domków policyjnych. Pomiędzy tymi domkami były porobione przekopy, to jest rowy o głębokości 60-70 cm, przez które w pozycji schylonej można było jako tako bezpiecznie przebiec aż do ulicy Słowackiego. Tymi właśnie przekopami biegłam za tym powstańcem do połowy schylona, ściskając mocno córeczkę, gdyż bardzo płakała, a kulki bez przerwy świstały nad naszymi głowami. Wreszcie dobrnęłam na ulicę Krechowiecką 6a, gdzie w piwnicach tego domu był szpital i odnalazłam swojego męża. Byliśmy znów razem, z tym, że mój mąż był na sali z rannymi, a mnie zrobiono miejsce na dolnej półce w piekarni, ponieważ tam było najcieplej. Jeden znajomy przyniósł mi poduszkę i kołdrę. Któregoś dnia w październiku, gdy byłam w drodze do sali męża, poczułam jak dom się zatrząsł i dowiedziałam się, że z piekarni został tylko lej. Tułałam się więc z córeczką po różnych kątach, aż do wyprowadzenia po upadku Powstania, co nastąpiło pod koniec października 1944 roku.
     W czasie Powstania pokarmu miałam bardzo dużo i nie tylko swoją córeczkę, ale i inne maleńkie dzieci po trochu mogłam dokarmiać, zbierając pokarm do szklanki. Dyrektorem tego szpitala na ulicy Krechowieckiej był lekarz - Żyd, który miał córeczkę w wieku mojej, a jego żona nie miała pokarmu. Jego więc córeczce dawałam pół szklanki. Ten dyrektor był bardzo dzielny i odważny człowiek, przy tym znał dobrze język niemiecki.
     Mój mąż jako ranny otrzymywał w szpitalu raz na dzień talerz zupy, przeważnie krupnik na koninie z wkładką z tego mięsa. Mój mąż zjadał ten kawałek mięsa, a ja zupę.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten