Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Witolda Jerzego Niewiadomskiego


foto

Pod koniec trzeciego dnia zorientowaliśmy się, że Volkssturmiści, którzy nas pilnowali, uciekli. Poczuliśmy się wolni i postanowiliśmy iść na zachód, bliżej aliantów. Mieliśmy ze sobą woreczek łuskanego grochu. Spytaliśmy jakiegoś gospodarza na przedmieściach Essen, czy może go nam ugotować. Gospodarz, poczciwy chłop, groch wysypał kurom, a przed nami postawił miskę jedzenia. Zjedliśmy, co nam dali. Dziewczyna służebna pyta, czy chcemy jeszcze? Oczywiście! Trzy razy obracała z repetą, a od następnego dnia przyniosła nam już na czterech jedzenie w miednicy. Zostaliśmy u tego Niemca. Po półrocznym pobycie w Niemczech, dopiero u niego odżyliśmy. Wreszcie mogliśmy się umyć, a raczej zeskrobać bród. Od miesiąca przecież nie zdejmowałem butów. Nawet kiedy Zagłębie Ruhry zajęli Amerykanie nie bardzo chcieliśmy od niego odchodzić. Zresztą pierwsze spotkanie z amerykańską armią nie wypadło najlepiej. Mój kolega, który miał pas z lilijką próbował im tłumaczyć, że byliśmy polskimi skautami wywiezionymi do Niemiec, ale nie chcieli nawet nas słuchać.
     U tego Niemca pracowaliśmy jeszcze przez miesiąc. Dopiero w czerwcu przenieśliśmy się do obozu przejściowo dla Polaków. W tym obozie pod amerykańską opieką chodziliśmy bardziej głodni, niż u naszego bauera. Gdyby nie pole kartofli, które sąsiadowało z barakami, ciężko byłoby nam przeżyć.
     W pierwszych dniach lipca postanowiliśmy, że dłużej nie będziemy czekać. Był to czas prawdziwej wędrówki ludów. Jedni jechali na wschód, drudzy na zachód. Zebraliśmy manatki, trochę żywności i ruszyliśmy na dworzec. Pociągi były tak "oblepione" ludźmi, że nie było miejsca, gdzie można by się uczepić. Na stopniach, na dachach, w wagonie i między wagonami wszędzie ludzie i każdy chce jechać. Nie obowiązywał żaden rozkład jazdy. Braliśmy pod uwagę tylko, czy pociąg jedzie na wschód, czy na zachód. Przejechaliśmy jakoś, to na węglu, to na cysternach, to uczepieni między wagonami do granicy stref okupacyjnych. W Holten Anglicy zamknęli granicę i nie chcieli nas puścić do Ruskich. Siedzieliśmy w tym miasteczku prawie tydzień. Nocowaliśmy w pustych wagonach odstawionych na bocznicę. O świcie trzeba je było prędko opuścić, żeby nie pojechać gdzieś niepotrzebnie. W końcu przez "zieloną granicę" przedostaliśmy się do Ruskich. Ci odtransportowali nas "pieszkom" do Magdeburga. Tam okazało się, że nie ma przejścia. Most na Łabie zerwany. Posiedzieliśmy tam ładnych parę dni. Tam też rozstałem się z "Topaczem" moim drużynowym. Ja pojechałem przez Lipsk, Drezno, Zgorzelec, Głogów, Żagań, on razem z resztą naszej grupy pojechał przez Szczecin. Do domu dotarliśmy tego samego dnia. 31 lipca 1945 r. w przeddzień rocznicy wybuchu Powstania dotarłem do Zalesia koło Piaseczna, gdzie spotkałem się z rodzicami. Stanąłem w drzwiach w krótkich spodenkach harcerskich, w których wyszedłem do Powstania. Tak zakończyła się moja wojenna epopeja.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten