Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bogdana Lewandowskiego


foto

     Przyjaciółka była zamożna i miłosierna. Duże mieszkanie, nad sklepem przy ruchliwej ulicy, pełne już było uciekinierów z Warszawy. Serdeczni właściciele wszystkich gościnnie karmili. Przy dużym stole pałaszowało obiad kilkanaście osób. Z synem gospodarzy, moim rówieśnikiem, kilka dni beztrosko biegaliśmy po przedmieściu Piotrkowa, gdzie w ogrodach działkowych zachowały się jeszcze jesienne owoce.
     Nie można było nadużywać gościnności. Trzeba było podjąć jakieś działania. W tym czasie Hitlerowcy uciekali przed zbliżającym się frontem, rabując co się dało. Nastąpiło wzmożenie komunikacji. Wszystkie środki transportu kursowały załadowane na zachód, a puste z powrotem. Systematyczna kontrola ustała. Można było zaryzykować i pustą ciężarówką lub pociągiem odbyć podróż w kierunku Warszawy. Korzystając z tej sytuacji, Matka i ja, przyjechaliśmy pociągiem do Grodziska Mazowieckiego. Basia została w Piotrkowie.
     Matka znała kogoś w Grodzisku, liczyła na pomoc i miała nadzieję na rychły powrót do opuszczonego w Warszawie domu.
     Do Grodziska nie dało się wcisnąć przysłowiowego palca. W dwudziestotysięcznym miasteczku znalazło się nagle sto kilkadziesiąt tysięcy warszawiaków. Znaleźliśmy nocleg w biurze notariusza. Spaliśmy tam kilka nocy, na krzesłach, w okropnie zimnym pokoju. Później, pewna starsza kobieta pomogła nam niezwykle, przyjmując do swojego jednoizbowego, maleńkiego mieszkania, w niewielkim domu na ulicy Kolejowej. nr 8. Początkowo spaliśmy na podłodze, na papierowym sienniku, trzymając nogi pod łóżkiem naszej dobrodziejki, która po kilku dniach, w obawie przed zbliżającym się frontem, wyjechała do córki. Powierzyła nam swoje mieszkanie z całym dobytkiem. Był to mały, pojedynczy pokój z balkonem, na I piętrze, nad bramą, z wejściem z klatki schodowej. Umeblowanie bardzo skromne. Metalowe łóżko, szafa, stolik z krzesłami, komódka. Źródłem ciepła była węglowa, żeliwna kuchenka z blaszanym kominem.
     Wobec spodziewanych działań wojennych, położenie domu nie było korzystne. Małe podwórko bezpośrednio graniczyło z rozgałęzionymi torami i kolejowym mostem nad rzeczką Mrowną. Za torami zlokalizowana była fabryka chemiczna, a na końcu ulicy znajdowała się fabryka materiałów ściernych. Naprzeciwko domu, po drugiej stronie ulicy, na niezabudowanej działce, były wykonane okopy wojskowe. Na dodatek, na bocznicy, bezpośrednio przy podwórku, stacjonowała "Gruba Berta" wraz z dodatkowym wagonem. Ekscytujący widok dla rosyjskiego pilota.
     Na razie Rosjanie byli za Wisłą, czyli w odległości 30 km i od lipca czekali, aby Niemcy rozprawili się z Warszawą.
     W październiku i w listopadzie 44 r. żołnierze niemieccy systematycznie podpalali pozostałe w opuszczonej Warszawie domy. Mimo okropnych doświadczeń nikt się nie spodziewał, że po powstaniu, Niemcy z taką premedytacją będą niszczyli nasze mienie. Ze zgrozą i niedowierzaniem obserwowaliśmy łuny nad paloną Warszawą, widoczne z Grodziska, z odległości trzydziestu kilometrów. Po kilku miesiącach, bezpośrednio zobaczyliśmy ruiny i zgliszcza naszego domu.
     Na początku listopada 44r. pojechaliśmy przygodną ciężarówką do Piotrkowa, aby zabrać Basię i niezwłocznie wróciliśmy z nią, w podobny sposób do Grodziska.
     Przez kilka dni trwał względny spokój. Zapoznawaliśmy się z nowym otoczeniem i ludźmi. Matka szukała możliwości zarobkowania. Pewien właściciel sklepu dał jej pracę. W małej tekturowej walizce wystawialiśmy na ulicy świece, pastę do butów i mydło. Dochody były symboliczne. Trudno było cokolwiek sprzedać. Naszym wynagrodzeniem była żywność w niewielkiej ilości.
     W połowie listopada wznowiłem naukę szkolną. Lekcje trzeciej klasy odbywały się w prywatnym mieszkaniu. Wobec fatalnych warunków sanitarnych, dzieci powszechnie zarażone były świerzbem, który leczono okropnie cuchnącą i piekącą maścią siarkową. Codziennie, dokładnie sprawdzane były włosy i ubrania, czy nie pojawiły się wszy.
     Niemców w mieście było bardzo mało, na ulicach nie było ich widać. Wysłani byli na front lub na konkretne posterunki wojskowe. Dawało to warszawiakom pewne poczucie swobody. Korzystając z tego pomaszerowaliśmy do Milanówka, w poszukiwaniu nieznanych mi osób.
     W sąsiednim Turczynku, w dwóch pałacykach zajętych obecnie przez szpital, stacjonowało wojsko słowackie sprzymierzone z Niemcami. Obok unosił się zacumowany sterowiec. Żołnierze ubrani w jasne, oliwkowe mundury, nie zwracali uwagi na przechodzących Polaków.
     W przeddzień wigilii Bożego Narodzenia, późnym wieczorem, Rosjanie zbombardowali Grodzisk. Kilkanaście minut samoloty rzucały bomby w przypadkowych miejscach. Zburzono kilka domów, wzniecono pożary. W niezwykle przepełnionym miasteczku, zabito i zraniono mnóstwo ludzi.
     Na początku stycznia 1945 r. samoloty rosyjskie ponownie zaatakowały Grodzisk, tym razem w dzień. Rosjanie strzelali i bombardowali, wypełnione tysiącami warszawiaków, centrum miasta. Ludzie padali pokotem. Na rynku, rozszarpane ciała ludzkie pomieszane były ze szczątkami straganów. Przez wiele godzin umierali na ulicach ranni, pozbawieni pomocy. Następnego dnia, ponad pięćdziesiąt nierozpoznanych zwłok ułożono na chodniku obok cmentarza, a tłum przechodził, aby znaleźć swoich bliskich lub znajomych.
     Późnym wieczorem 15 stycznia 1945 r. kazano nagle, uciekać z budynków przyległych do torów, gdyż żołnierzy niemieccy szykowali się do zburzenia pobliskiego mostu kolejowego. W pół ubrani, w pośpiechu wybiegliśmy z domu. Wybuch, który nastąpił, był tak silny, że drzwi wejściowe do naszej izdebki, zostały wyrwane, a meble wypadły przez balkon na jezdnię. W jednej chwili mieszkanie przestało istnieć. Była obawa, że zawali się cały budynek. Straciliśmy nawet te drobiazgi, które zabraliśmy z domu po powstaniu.
     W zimową noc, ruszyliśmy poza miasto, aby gdzieś, choćby w stodole, zanocować. Na odległym przedmieściu, idący ulicą mężczyzna, zabrał do swego domu, spotkaną w ciemności, obcą kobietę z dwojgiem dzieci. Ten przypadkowy akt miłosierdzia, przesądził o naszym dalszym życiu.
     Nie byliśmy jedynymi gośćmi. W domu rezydowało jeszcze kilkoro uchodźców z Warszawy. Krewni gospodarza, i znajomi.
     Rano następnego dnia tj.16 stycznia 1945 r. obudziły nas wystrzały artyleryjskie i łoskot jadących czołgów. Po przeciwnej stronie ulicy wybuchł gwałtowny pożar w drewnianych zabudowaniach sąsiadów. Gdy strzelanina ustała pojawili się żołnierze. Byli to Rosjanie, którzy wznowili działania wojenne, okrążając wyludnioną Warszawę. W Grodzisku nie napotkali silnej obrony. Zostaliśmy wyzwoleni spod okupacji niemieckiej.
     Rosjanie zjechali furmankami, konno i nielicznymi ciężarówkami. Kilkunastu żołnierzy nocowało w szopie, a dwóch oficerów w domu. Rozmawiał z nimi właściciel, który biegle mówił po rosyjsku. Dłuższego kontaktu z Rosjanami nie było, szybko odjechali dalej. Pozostały tylko po nich niemiłe ślady, bo ich głodne, półdzikie konie, okropnie poobgryzały korę z drzew.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten