Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Tadeusza Klemińskiego


foto

Tadeusz Klemiński
ur. 15.07.1932 r.
Warszawa, 2.08.2007
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

     W okresie okupacji cały czas mieszkałem w Wawrze, zajmowaliśmy suterenę w domu, który stoi do dzisiaj, to jest przy skrzyżowaniu, na Bronisława Czecha, tam gdzie widać taki wyskoki dom. Tam byliśmy całą okupację, za wyjątkiem okresu, kiedy nas wygonili Niemcy, kiedy przechodził front.
Jak liczna była rodzina?
    
Ojciec, matka i nas trójka, młodszy brat i starsza siostra. Kiedy zbliżał się front, przyszli do nas jeszcze, z sąsiedniej posesji, państwo Kibitlewscy. Mieszkali razem z nami w tej suterenie, to był koniec lipca 1944 roku, oni zamieszkali u nas już w czerwcu, więc jakiś czas mieszkaliśmy razem. Część lokatorów uciekła, a ci, którzy zostali mieszkali wszyscy w piwnicach.
Kiedy wyrzucili was stamtąd Niemcy i jak to wyglądało?
    
Niemcy wyrzucili nas na przełomie lipca i sierpnia. 27 lipca czołgi rosyjskie podeszły pod Wawer. Po tym jak te czołgi podeszły i wróciły się do Miłosnej, to nas wtedy wysiedlili. Na początku poszliśmy do mojego chrzestnego. Mieszkał on z żoną na Grochowie.
A jak wyglądało wysiedlenie? Powiedzieli, że macie godzinę czasu na spakowanie swoich rzeczy i wynocha?
    
Tak. To wyglądało w ten sposób, ze jednego dnia przyszli i zawiadomili, że na następny dzień trzeba się ewakuować. To nie było tak, że od ręki. Tej nocy, przed piwnicą, robiliśmy takie zasłony z ziemi, żeby pocisk nie wleciał do piwnicy, tylko w ziemię. Przed jedną z piwnic wykopaliśmy potężny dół, wyłożyliśmy papą i włożyliśmy tam wszystkie cenniejsze rzeczy, jak pościel, ubrania. Wszystko wrzuciliśmy do tego dołu, zakryliśmy papą, przyłożyliśmy deskami i zasypaliśmy ziemią. Hodowaliśmy króliki, które tam zostały. Jak pojechaliśmy na Grochów, to nie mieliśmy co z tymi królikami zrobić. Ojciec poszedł do Mikulskich, pracowali razem w teatrze Ateneum, ojciec tam pomagał, malował, robił dekoracje. Poszliśmy do nich, stamtąd ojciec wziął jakiś wózek i chcieli przyjść zabrać te króliki. Przy ulicy Rembertowskiej, obecnie Marsa, stał żandarm i nie pozwalał przechodzić, nie mogliśmy wrócić po króliki, nie wiemy, co się z nimi stało. Przyszliśmy, piwnica była rozwalona, bo te króliki hodowaliśmy pod takim tarasem, królików nie było. Gdybyśmy je wypuścili, to by latały po całej okolicy.
     Chrzestny z żoną mieszkali na Grochowie, na pierwszym piętrze, przy placu Szembeka. Tam był taki drewniany kościółek, naprzeciwko ulicy. Chrzestny z żoną mieli sklep na dole, a sami mieszkali na pierwszym piętrze, a obok była brama. Najpierw poszliśmy do nich na górę, a później, jak już trwały walki, do piwnicy. Kiedy wychodziliśmy było widać łuny Powstania Warszawskiego.
     Kiedy przyszliśmy, to był chyba koniec lipca, bo jeszcze nic nie było. Na drugi dzień, ojca i chrzestnego zabrali, dali ogłoszenie, że wszyscy mężczyźni, od pewnego wieku, muszą się stawić. Ojciec i chrzestny poszli. Mikulski już nie wrócił. Ojciec opowiadał, że pracowali na torach. Ojciec wrócił już po wyzwoleniu.
Ojca wywieziono na roboty do Rzeszy?
    
Tak, ojca wywieźli zaraz następnego dnia po naszym przybyciu na Grochów. My pomagaliśmy żonie mojego chrzestnego robić papierosy, w takie gilzy nabijało się tytoń, ona sprzedawała to w tym sklepie. Ten sklep już rzadko był otwarty, ale przychodzili do niej ci, co kupowali, sprzedawała im te papierosy. Sklep był zamknięty, ale można było w nim sprzedawać od tyłu, że tak powiem. Przybyła tam czwórka osób, wiec trzeba było jakieś jedzenie zdobyć. Przedtem mieliśmy ogródek, tam były kartofle, pomidory. Ja z matką, (siostra z bratem została) wybrałem się do Wawra. Rosjanie jeszcze nie wkroczyli. Zatrzymano nas na posterunku przy szosie rembertowskiej, powiedzieli nam, że nie można tam iść. Matka im tłumaczyła, że idzie po jedzenie dla dzieci. Obok było pole z kartoflami, kawałek dalej mieszkał właściciel tego pola. Niemiec powiedział, że mamy iść na pole i sobie rwać. Poszliśmy z matką, ale patrzymy, że tam stoi "jakiś gość", spytaliśmy go czy nie ma motyki, a on odpowiedział: "Nie dość wam, że moje kartofle kopiecie, to jeszcze motyki chcecie!".
Ale pozwolił trochę zabrać?
    
Nie miał nic do gadania, dlatego że ten żandarm stał i kazał nam stąd rwać. Nakopaliśmy trochę tych kartofli, ja trochę w worek, matka trochę w worek i poszliśmy. Do placu Szembeka nie było tak daleko. Na Grochowie byliśmy do momentu wkroczenia wojsk rosyjskich. Siostrzeniec i siostrzenica mojego chrzestnego brali udział w Powstaniu, ona bardzo przezywała to, ze biorą udział w Powstaniu. Na Grochów nie przychodziły żadne informacje. Kiedy siedzieliśmy tam w piwnicy pocisk uderzył w dach, a to był jednopiętrowy dom. Pocisk przebił stół, który stał na środku pokoju mojego chrzestnego, przebił strop, przeleciał przez bramę, z drugiej strony była druga brama, wpadł w tą drugą bramę i się nie rozerwał, gdyby się rozerwał nic by z nas nie zostało. Wszyscy by zginęli, bo my akurat tutaj, pod tą bramą mieli piwnicę, w której siedzieliśmy. W czasie kiedy tam siedzieliśmy, w nocy, pocisk uderzył w ten drewniany kościółek i kościółek płonął. Lokatorzy nosili wodę ze studni, żeby inne domy się nie zapaliły. Pamiętam jak wkroczyli Rosjanie. Był taki chłopak, siedemnaście, może osiemnaście lat, wpadł do piwnicy i krzyczy: "Germanców niet?", odpowiedzieli mu, że nie, dali mu garść papierosów. Każdy dał coś temu Rosjaninowi, a za nim wlecieli następni, posilili się i polecieli dalej. My, zaraz po wyzwoleniu, dwa, trzy dni, zebraliśmy swoje rzeczy i wróciliśmy do domu. Myśmy wrócili do tej swojej sutereny.
Czy mieszkanie było splądrowane?
    
Nie, mieszkanie nie było splądrowanie, było napaskudzone, było widać, że odbywały się tam różne rzeczy.
     Kiedy siedzieliśmy w tej piwnicy przed wyrzuceniem nas, w rożnych piwnicach siedzieli różni ludzie. Przyszli Niemcy i szukali sobie jakiejś kobiety, wyciągnęli panią Poświatową, straszą panią, do swojej zabawy, swojej uciechy, jej siostrzenica powiedziała, że tutaj jest panna, to była taka pani, która była służącą w domku obok, ona też do nas przyszła, bo oni wyjechali i została sama. Ta siostrzenica pokazała gdzie ona jest, Niemcy tam poszli i ją gwałcili. My siedzieliśmy w domu i ona tak się darła, matka wyskoczyła tam do niej na korytarz, otworzyła drzwi, ten Niemiec się zląkł, ta kobieta uciekła, a on nie zdążył zobaczyć, dokąd wyszedł. Ona z tej piwnicy przyleciała do nas i została już do rana i obiła tej siostrzenicy gębę. Ludzie tam poschodzili z okolicy, były tam kury. Przyszli Niemcy i chcieli złapać kurę, był taki mały kogucik japończyk i ten kogucik skoczył temu Niemcowi na łeb, Niemiec do niego strzelała, ale nie mógł do niego trafić. Niemcy zabrali dwie kury i poszli. Później, kiedy wróciliśmy z tego wygnania.
Jakie było pierwsze wrażenie po wejściu do domu?
    
Brudno, splądrowane, ale to co zakopaliśmy zostało. Kiedy wróciliśmy, na tym terenie zostały już powołane jakieś władze i w tym budynku, gdzie mieszkaliśmy, był komisariat policji. Po kilku dniach wyciągnęliśmy te zakopane rzeczy, ci policjanci patrzyli jak odkopujemy nasze rzeczy. Mieliśmy takie srebrne jajko po cukierkach, w którym mieliśmy trochę srebrnych, przedwojennych pięciozłotówek i dziesięciozłotówek. Kiedy jeden z policjantów zobaczył, że mamy pieniądze, to wyskoczył i powiedział, że je rekwirują, wziąłem te pieniądze pod pachę i uciekłem. Tym sposobem udało nam się zachować te srebrne pieniądze. Na początku był jeszcze problem z jedzeniem. Chodziliśmy z matką na piechotę do Radości z Wawra po mleko, nosiliśmy je w bańkach. Przynosiliśmy je do Wawra i sprzedawaliśmy, z tego żyliśmy. To trwało jakiś czas. Później z tego domu wyniosła się policja i zrobiono tam szkołę.
     Nim zrobiono tam szkołę, to tu przy skrzyżowaniu szosy z Otwocka i tej z Miłosnej polska jednostka kierowała ruchem, to byli Polacy z kresów, oni zamieszkali w wolnych pomieszczeniach u nas w domu. Jeden z tych żołnierzy, Nidziński powiedział mojej matce, że niepotrzebnie się tak męczy, bo tu można po prostu bimber robić. Był taki parownik w komórce, u Kibitlewskich, którzy mieszkali z nami, nie miał on pokrywki, przynieśli go do nas i postawili w sionce. Pędziliśmy bimber i z tego bimbru się utrzymywaliśmy przez cały czas, kiedy byli ci żołnierze. Kiedy przenieśliśmy się do domu, to Powstanie było słychać z daleka. O Powstaniu nie rozmawialiśmy, tam (na Grochowie) rozmawialiśmy o tym częściej. Tu już była inna sytuacja, powrót do normalnego życia.
Kiedy tata poszedł znowu do szkoły?
    
Wtedy kiedy w tym budynku zrobiono szkołę. Cały parter zajmowała szkoła, do tej szkoły chodziłem, ale trudno mi to umiejscowić w czasie. Od razu, kiedy zaczęła się szkoła, to zacząłem do niej chodzić. Most wysokotorowy był budowany w lesie, gdzie teraz jest rezerwat, było tam dużo patyków, jeździliśmy tam sankami z siostrą, ładowaliśmy drzewo na sanki i przywoziliśmy do domu na opał. Za jednym razem, kiedy ładowaliśmy patyki na sanki zobaczyli nas jacyś mężczyźni i powiedzieli nam, że nie warto brać takich zielonych i mokrych. Zwoziliśmy te patyki, nie było możliwości, żeby zwozić coś większego, bo nie było jak tego porąbać, to co się dało włożyć na sanki, to przywoziliśmy. To trwało do wiosny, szkołę uruchomiono dopiero na wiosnę. Kiedy uruchomiono szkołę, to lokatorzy poprzyjeżdżali z okolic, ci którzy mieszkali tu wcześniej. Właścicielka tego domu, pani Langier, nie mieszkała tutaj, ale po Powstaniu, zajęła jedno mieszkanie i otworzyła na tym terenie taka drewniana budkę, w której sprzedawała artykuły żywnościowe, oranżadę, kwas i inne tego typu rzeczy. Kiedy już jeździła kolejka, brałem od niej ten kwas i chodziłem wzdłuż trasy kolejki, nie było tam osobowych wagonów, tylko towarowe, ludzie na nich stali, a kolejka jechała do Karczewa, sprzedawałem pasażerom kolejki kwas i oranżadę. W sklepie ta oranżada kosztowała 2 złote, a ja za nią brałem 3 złote. Sprzedawałem to po szkole, akurat ludzie wracali z pracy, brałem do torby 10-15 butelek oranżady i sprzedawałem. Te pieniądze, które zarobiłem w ten sposób, mieliśmy na chleb, na życie. Matka w tym czasie jeździła na handel, na tzw. szaber na ziemie zachodnie. Kiedyś zabrała mnie ze sobą, siostra została.
Jak wyglądał taki wyjazd?
    
Wsiadało się do pociągu i się jechało. Za przejazd trzeba było zapłacić, matka siadała, a mnie sadzała w narożnik, płaszcz wieszała tak, aby mnie zasłaniał, kiedy przychodził kontroler, zakrywała mnie płaszczem, tak, aby nie było mnie widać i żeby nie musiała płacić za bilet.
Do jakiego miasta pojechaliście?
    
Do Zielonej Góry, z Zielonej Góry przeszliśmy kawałek, ale jak nazywała się ta miejscowość nie pamiętam. To było na wsi, przez tydzień mieszkaliśmy w takim domku. Znajdowaliśmy tam weki i inne rzeczy.
Z tych różnych niemieckich gospodarstw?
    
Tak. Chodziliśmy po tych domach i wybieraliśmy rzeczy, to co się trafiło, na przykład kłębek wełny, kiedy go rozwinęliśmy w domu, okazało się, że w środku był złoty zegarek. Ubrania, ciuchy, ci, którzy byli silniejsi, brali maszyny do szycia. Ja byłem na takim wyjeździe tylko raz. Ile dało się udźwignąć tyle się brało. W tym gospodarstwie, w którym byliśmy, znaleźliśmy wózek, wszystko włożyliśmy na ten wózek. Jechało wojsko, zatrzymali się i podwieźli nas z tym wózkiem do stacji. Z tym wózkiem przyjechaliśmy do Warszawy.
Czyli te łupy były dosyć pokaźne?
    
Tak. Tutaj ludziom wszystko rozkradli, więc była możliwość sprzedania tego wszystkiego i za to żyliśmy. Ja byłem tylko raz, matka jeździła kilka razy.
Kiedy ojciec wrócił z obozu?
    
Z robót przymusowych wrócił wiosną 1946 roku. Wsadzili go na okręt w Lubece i przywieźli do Polski, nie wiem czy do Szczecina, czy gdzieś bliżej. Ojciec przywiózł amerykańską czekoladę, musiał być w strefie amerykańskiej.
Czyli ten powrót nie nastąpił tak szybko?
    
Nie, nie nastąpił. Byliśmy sami. Kiedy już skończył się szaber, tam tworzyły się już władze i zabroniono szabrować, to matka przywoziła mięso z Garwolina. Kiedy wrócił ojciec, to zaczęła się już jakaś praca. Ojciec była malarzem pokojowym, więc jak wrócił, to zaczął malować. Matka też zaczęła pracować, najpierw pracowała w stołówce pracowniczej w Aninie, tam było jakieś biuro. Matka przynosiła obiady, albo przychodziliśmy tam do niej zmywać. Było już jedzenie, ojciec zaczął pracować, to były jakieś pieniądze.
A jak wyglądały zabawy z kolegami? Chłopcy w tym wieku często wyciągali niewybuchy.
    
Kiedy wróciliśmy, to w Rembertowie było sporo pocisków. Brało się taki pocisk, turlało się go, odkręcało się zapalnik i z tego wyciągało się rury z prochem.
     Było ich tam sześć w woreczkach był tam taki drobny proch. Bawiliśmy się w ten sposób, że braliśmy aluminiową rurkę, nasypywałem w nią pełno prochu, a z drugiej strony zatykałem i podpalałem i z tego taka katiusza leciała. To była taka zabawa. Z pocisków wyciągałem takie okrągłe, jak żelatyna, taki proch i tym rzucaliśmy, ale przylecieli policjanci i zabronili nam tego. To był jednopiętrowy dom i poddasze i jak to rzucaliśmy, to leciało dość wysoko. Już jak wkroczyli Rosjanie, to jak widzieli wysoki dom, to zajmowali pomieszczenia i tam nocowali, a następnego dnia wyjeżdżali. Kiedy oni wjechali samochodami na podwórko, chodził tam wartownik, z którym trochę gadaliśmy. To wyglądało tak, że jeden z nim gadał, a drugi patrzył, co tam mają. Raz znaleźliśmy, u nich w przyczepie, rakietnicę, to kiedy oni już odjechali, to próbowaliśmy z tej rakietnicy strzelać. Opieraliśmy tę rakietnicę na tarasie, ładowaliśmy i chcieliśmy strzelać. Jak odpaliliśmy to odrzuciło, tak uderzyła w kant tarasu, który był wyżej, ale później już utrzymaliśmy, już się nauczyliśmy.
Nie doszło do żadnego wypadku?
    
Nie. Wypadków tam dużo było, ale ja za dużo nie chodziłem, bo zawsze miałem jakieś zajęcie, albo sprzedawałem kwas i oranżadę, albo rąbałem drzewo do domu. Taki chłopak 13-14 lat, to już mógł różne rzeczy robić. Kiedy byłem młodszy, to przynosiłem do domu wodę, ale nie mogłem utrzymać napełnionego kubełka, to szedłem opierając się o ścianę i przestawiałem kubełek z wodą, w ten sposób przynosiłem wodę do domu. Nie byłem wysokiego wzrostu, byłem dość drobny.
Po wojnie wstąpił tata do harcerstwa?
    
Tak. W dawnym budynku szkoły był niemiecki szpital. Niemcy zajęli ten budynek w czasie wojny. Później znów w tym budynku zrobiono szkołę. Na początku była tam tzw. murowanka, czyli szkoła jednoklasowa, gdzie właściwie wszyscy się uczyli. To była nowa szkoła, wybudowana przed wojną. Lekcje nieraz mieliśmy w tej murowance. Za czasów okupacji też w tej murowance były pierwsze lekcje. Po wyzwoleniu lekcje już były w tamtej szkole i tam w tej murowance powstało harcerstwo Zawiszy Czarnego.
     Na wzór przedwojenny. Wyjeżdżaliśmy w okolicę Kościerzyny, tam mieliśmy obóz nad jeziorem Głębokim. Tam się nauczyłem pływać. To było tak jak na obozie, życie harcerskie, gotowaliśmy sami. Byli starsi chłopcy, którzy mieli po 18 lat, byli tacy, którzy brali na plecy dwunastoosobowy namiot i nieśli. Najęto chłopów z wozami i wozami przywozili nam te manele. Sami organizowaliśmy ten obóz, sami rozstawialiśmy namioty, sami gotowaliśmy. To tak jak na obozie, nieraz coś się przypaliło i trzeba było później czyścić, więc pucowaliśmy to piachem. Nad tym jeziorem było kilka drużyn, jedna drużyna była w jednym miejscu do pływania, to odchodziliśmy 100 metrów dalej i tam było takie miejsce do kąpieli. Myliśmy się w tym jeziorze, wodę też braliśmy z jeziora, tylko wypływało się łódka na środek tego jeziora, bo tam woda podobno była czystsza. Była tam drużyna, która prowadziła kurs pływacki, tam nauczyłem się pływać, uczyli tam pływać kraulem. Kazali nam zanurzyć głowę i otwierać oczy, żeby sprawdzić instruktor wsadzał palce i kazał mówić ile się ich widzi.
Czy wśród starszych kolegów w harcerstwie byli Akowcy?
    
Prawdopodobnie tak, ale się tym nie chwalili, w tym czasie nie było na ten temat rozmowy. Do drużyny, która była, co i raz przychodził jakiś starszy chłopak. Część z nich to byli po prostu szpiedzy ustroju komunistycznego.
Czyli już była inwigilacja?
    
Tak. Później hufcowy został zamknięty, część starszych chłopców została zamknięta, byli aresztowani. Był taki bieg i dostałem stopień ćwika. Część chłopców została aresztowana i siedziała po ileś lat. Kiedy wyjeżdżaliśmy na obóz dostaliśmy broń. Zazwyczaj było tak, że myśmy pilnowali obozu, a jeden starszy chłopak miał broń. Hufcowy to był nasz dawny drużynowy, kiedy stawialiśmy namioty on stawiał namiot obok nas.
Czy po tych aresztowaniach drużyna się rozleciała?
    
Ja odszedłem z tej drużyny, wtedy coś tam organizowano. Kiedy odchodziłem z drużyny były tzw. "Wilczki". Z kolegą, który nazywał się Kowalczyk, zajmowaliśmy się tymi "Wilczkami". Kiedy wyjeżdżaliśmy na obóz, ponieważ rodzice nie mieli pieniędzy, to zbieraliśmy kości, złom, szkło i woziliśmy do punktów skupu i to sprzedawaliśmy, to były pieniądze na obóz.
W którym to było roku, 1949?
    
Nie. 1945-46, ja w tym czasie byłem w harcerstwie. Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły powszechnej, to wtedy zajmowałem się tymi zuchami. Kiedy już poszedłem do szkoły zawodowej, do Konarskiego, to już w ogóle zerwałem kontakty z harcerstwem. Jechałem do szkoły, nie bardzo nam się powodziło, więc zapisałem się tam na obiady. Uczyłem się nie najgorzej, więc dostałem stypendium z PCK. Tam była świetlica, w której zostawałem. Nauczyłem się tam wyrabiać metaloplastykę, robiliśmy broszki i inne rzeczy. Kiedy umarł Stalin byłem dalej w szkole Konarskiego, robiliśmy jakaś lampę, bo byłem na kierunku elektrycznym. Do Konarskiego poszedłem do pierwszej klasy na wydział mechaniczny, a do drugiej przeszedłem na wydział elektryczny i szkołę skończyłem jako elektryk. Kiedy byłem na pierwszym roku nauczyłem się wyklepywać z mosiężnej i miedzianej blachy różne rzeczy. Wyklepywaliśmy jakieś broszki, zapinki do włosów. Kiedy już byłem na wydziale elektrycznym, to robiliśmy zamki elektryczne, silniki, instalacje. To nie było technikum, tylko coś w rodzaju gimnazjum. Kiedy ja kończyłem, to ten rok, który przyjęto miał być już jak w technikum, przyjęto wtedy również dziewczęta. Kiedy kończyłem dostałem tzw. "małą maturę". Zacząłem pracować w "Energoprojekcie". W czasie tej szkoły były kursy samochodowe, skończyłem taki kurs i skierowano mnie na praktykę do zakładu energetycznego w Rembertowie. To było zaraz po zakończeniu gimnazjum, po wakacjach. Zapisałem się do technikum wieczorowego, trzy lata chodziłem do gimnazjum, więc przyjęto mnie do trzeciej klasy technikum wieczorowego na Wybrzeżu Kościuszkowskim, tam skończyłem trzecią i czwartą klasę i zrobiłem maturę.
Wróćmy jeszcze na moment do czasu wojny, jakie było dla taty najgorsze przeżycie? Moment największego strachu?
    
Największy strach w czasie wojny, to 1944 rok, kiedy nas wysiedlili. W 1939 roku też uciekliśmy z tego domu, bo tutaj był przejazd i tu bomby padały. Uciekliśmy do znajomych do Anina. Tam, największym przeżyciem było jak Wojsko Polskie zarekwirowało krowę, okazało się, że cielną i jak tę krowę zabijali. To wspominam do dziś. Drugie takie przeżycie, to jak chodziliśmy do Radości (w 1944 roku) po mleko, to jeszcze trupy niemieckie leżały przy torach, niektórzy leżeli i mieli pozdejmowane buty. Oni tak leżeli, śmierdziało, koło nich się przechodziło i szło się dalej. W czasie okupacji, ten dom, w którym mieszkaliśmy, zajęli Niemcy. Tu obok był bazar, takie szopy, w których Niemcy trzymali samochody. Cała jednostka tu była, zostały tylko dwie rodziny, my i jeszcze dozorca. W jednym pomieszczeniu była pralnia, drugie pomieszczenie było zrujnowane, więc nikt tam nie mieszkał. W czasie okupacji Niemcy rozwalili kraty od podwórka i w piwnicach trzymali węgiel, bo w tym domu nie było centralnego ogrzewania. Niemcy przywozili węgiel, a my im podbieraliśmy, żeby też jakoś palić. Trochę tego węgla się kupowało, a trochę się podbierało.
Czyli wtedy był ten strach, żeby Niemcy nie złapali?
    
Ja w czasie okupacji byłem mały, wchodziłem do tej piwnicy, to były dwie połączone piwnice, do jednej było wejście, a druga była zamknięta i zasypana węglem, ale była tam taka dziura. Wchodziłem do tej dziury, wieczorem lub późnym wieczorem i wkładałem ojcu do kubełka bryłki węgla, a ojciec ten kubełek odbierał. Wzięliśmy 2-3 kubełki, ojciec wychodził, ponieważ Niemców znał. Oni nas tolerowali, nie było jakichś problemów. Kiedy ojciec dawał mi znak, ja wychodziłem. Przez tę dziurę nie można było wyjść, bo była za mała, musiałem wychodzić przez to okienko.

 Wstecz...


Szkoła Podstawowa w Wawrze, 1942
Szkoła Podstawowa w Wawrze, 1942
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten