Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Tadeusza Klemińskiego


foto

Czy mieszkanie było splądrowane?
     Nie, mieszkanie nie było splądrowanie, było napaskudzone, było widać, że odbywały się tam różne rzeczy.
     Kiedy siedzieliśmy w tej piwnicy przed wyrzuceniem nas, w rożnych piwnicach siedzieli różni ludzie. Przyszli Niemcy i szukali sobie jakiejś kobiety, wyciągnęli panią Poświatową, straszą panią, do swojej zabawy, swojej uciechy, jej siostrzenica powiedziała, że tutaj jest panna, to była taka pani, która była służącą w domku obok, ona też do nas przyszła, bo oni wyjechali i została sama. Ta siostrzenica pokazała gdzie ona jest, Niemcy tam poszli i ją gwałcili. My siedzieliśmy w domu i ona tak się darła, matka wyskoczyła tam do niej na korytarz, otworzyła drzwi, ten Niemiec się zląkł, ta kobieta uciekła, a on nie zdążył zobaczyć, dokąd wyszedł. Ona z tej piwnicy przyleciała do nas i została już do rana i obiła tej siostrzenicy gębę. Ludzie tam poschodzili z okolicy, były tam kury. Przyszli Niemcy i chcieli złapać kurę, był taki mały kogucik japończyk i ten kogucik skoczył temu Niemcowi na łeb, Niemiec do niego strzelała, ale nie mógł do niego trafić. Niemcy zabrali dwie kury i poszli. Później, kiedy wróciliśmy z tego wygnania.
Jakie było pierwsze wrażenie po wejściu do domu?
    
Brudno, splądrowane, ale to co zakopaliśmy zostało. Kiedy wróciliśmy, na tym terenie zostały już powołane jakieś władze i w tym budynku, gdzie mieszkaliśmy, był komisariat policji. Po kilku dniach wyciągnęliśmy te zakopane rzeczy, ci policjanci patrzyli jak odkopujemy nasze rzeczy. Mieliśmy takie srebrne jajko po cukierkach, w którym mieliśmy trochę srebrnych, przedwojennych pięciozłotówek i dziesięciozłotówek. Kiedy jeden z policjantów zobaczył, że mamy pieniądze, to wyskoczył i powiedział, że je rekwirują, wziąłem te pieniądze pod pachę i uciekłem. Tym sposobem udało nam się zachować te srebrne pieniądze. Na początku był jeszcze problem z jedzeniem. Chodziliśmy z matką na piechotę do Radości z Wawra po mleko, nosiliśmy je w bańkach. Przynosiliśmy je do Wawra i sprzedawaliśmy, z tego żyliśmy. To trwało jakiś czas. Później z tego domu wyniosła się policja i zrobiono tam szkołę.
     Nim zrobiono tam szkołę, to tu przy skrzyżowaniu szosy z Otwocka i tej z Miłosnej polska jednostka kierowała ruchem, to byli Polacy z kresów, oni zamieszkali w wolnych pomieszczeniach u nas w domu. Jeden z tych żołnierzy, Nidziński powiedział mojej matce, że niepotrzebnie się tak męczy, bo tu można po prostu bimber robić. Był taki parownik w komórce, u Kibitlewskich, którzy mieszkali z nami, nie miał on pokrywki, przynieśli go do nas i postawili w sionce. Pędziliśmy bimber i z tego bimbru się utrzymywaliśmy przez cały czas, kiedy byli ci żołnierze. Kiedy przenieśliśmy się do domu, to Powstanie było słychać z daleka. O Powstaniu nie rozmawialiśmy, tam (na Grochowie) rozmawialiśmy o tym częściej. Tu już była inna sytuacja, powrót do normalnego życia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten