Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Tadeusza Klemińskiego


foto

Kiedy tata poszedł znowu do szkoły?
     Wtedy kiedy w tym budynku zrobiono szkołę. Cały parter zajmowała szkoła, do tej szkoły chodziłem, ale trudno mi to umiejscowić w czasie. Od razu, kiedy zaczęła się szkoła, to zacząłem do niej chodzić. Most wysokotorowy był budowany w lesie, gdzie teraz jest rezerwat, było tam dużo patyków, jeździliśmy tam sankami z siostrą, ładowaliśmy drzewo na sanki i przywoziliśmy do domu na opał. Za jednym razem, kiedy ładowaliśmy patyki na sanki zobaczyli nas jacyś mężczyźni i powiedzieli nam, że nie warto brać takich zielonych i mokrych. Zwoziliśmy te patyki, nie było możliwości, żeby zwozić coś większego, bo nie było jak tego porąbać, to co się dało włożyć na sanki, to przywoziliśmy. To trwało do wiosny, szkołę uruchomiono dopiero na wiosnę. Kiedy uruchomiono szkołę, to lokatorzy poprzyjeżdżali z okolic, ci którzy mieszkali tu wcześniej. Właścicielka tego domu, pani Langier, nie mieszkała tutaj, ale po Powstaniu, zajęła jedno mieszkanie i otworzyła na tym terenie taka drewniana budkę, w której sprzedawała artykuły żywnościowe, oranżadę, kwas i inne tego typu rzeczy. Kiedy już jeździła kolejka, brałem od niej ten kwas i chodziłem wzdłuż trasy kolejki, nie było tam osobowych wagonów, tylko towarowe, ludzie na nich stali, a kolejka jechała do Karczewa, sprzedawałem pasażerom kolejki kwas i oranżadę. W sklepie ta oranżada kosztowała 2 złote, a ja za nią brałem 3 złote. Sprzedawałem to po szkole, akurat ludzie wracali z pracy, brałem do torby 10-15 butelek oranżady i sprzedawałem. Te pieniądze, które zarobiłem w ten sposób, mieliśmy na chleb, na życie. Matka w tym czasie jeździła na handel, na tzw. szaber na ziemie zachodnie. Kiedyś zabrała mnie ze sobą, siostra została.
Jak wyglądał taki wyjazd?
    
Wsiadało się do pociągu i się jechało. Za przejazd trzeba było zapłacić, matka siadała, a mnie sadzała w narożnik, płaszcz wieszała tak, aby mnie zasłaniał, kiedy przychodził kontroler, zakrywała mnie płaszczem, tak, aby nie było mnie widać i żeby nie musiała płacić za bilet.
Do jakiego miasta pojechaliście?
    
Do Zielonej Góry, z Zielonej Góry przeszliśmy kawałek, ale jak nazywała się ta miejscowość nie pamiętam. To było na wsi, przez tydzień mieszkaliśmy w takim domku. Znajdowaliśmy tam weki i inne rzeczy.
Z tych różnych niemieckich gospodarstw?
    
Tak. Chodziliśmy po tych domach i wybieraliśmy rzeczy, to co się trafiło, na przykład kłębek wełny, kiedy go rozwinęliśmy w domu, okazało się, że w środku był złoty zegarek. Ubrania, ciuchy, ci, którzy byli silniejsi, brali maszyny do szycia. Ja byłem na takim wyjeździe tylko raz. Ile dało się udźwignąć tyle się brało. W tym gospodarstwie, w którym byliśmy, znaleźliśmy wózek, wszystko włożyliśmy na ten wózek. Jechało wojsko, zatrzymali się i podwieźli nas z tym wózkiem do stacji. Z tym wózkiem przyjechaliśmy do Warszawy.
Czyli te łupy były dosyć pokaźne?
    
Tak. Tutaj ludziom wszystko rozkradli, więc była możliwość sprzedania tego wszystkiego i za to żyliśmy. Ja byłem tylko raz, matka jeździła kilka razy.
Kiedy ojciec wrócił z obozu?
    
Z robót przymusowych wrócił wiosną 1946 roku. Wsadzili go na okręt w Lubece i przywieźli do Polski, nie wiem czy do Szczecina, czy gdzieś bliżej. Ojciec przywiózł amerykańską czekoladę, musiał być w strefie amerykańskiej.
Czyli ten powrót nie nastąpił tak szybko?
    
Nie, nie nastąpił. Byliśmy sami. Kiedy już skończył się szaber, tam tworzyły się już władze i zabroniono szabrować, to matka przywoziła mięso z Garwolina. Kiedy wrócił ojciec, to zaczęła się już jakaś praca. Ojciec była malarzem pokojowym, więc jak wrócił, to zaczął malować. Matka też zaczęła pracować, najpierw pracowała w stołówce pracowniczej w Aninie, tam było jakieś biuro. Matka przynosiła obiady, albo przychodziliśmy tam do niej zmywać. Było już jedzenie, ojciec zaczął pracować, to były jakieś pieniądze.
A jak wyglądały zabawy z kolegami? Chłopcy w tym wieku często wyciągali niewybuchy.
    
Kiedy wróciliśmy, to w Rembertowie było sporo pocisków. Brało się taki pocisk, turlało się go, odkręcało się zapalnik i z tego wyciągało się rury z prochem.
     Było ich tam sześć w woreczkach był tam taki drobny proch. Bawiliśmy się w ten sposób, że braliśmy aluminiową rurkę, nasypywałem w nią pełno prochu, a z drugiej strony zatykałem i podpalałem i z tego taka katiusza leciała. To była taka zabawa. Z pocisków wyciągałem takie okrągłe, jak żelatyna, taki proch i tym rzucaliśmy, ale przylecieli policjanci i zabronili nam tego. To był jednopiętrowy dom i poddasze i jak to rzucaliśmy, to leciało dość wysoko. Już jak wkroczyli Rosjanie, to jak widzieli wysoki dom, to zajmowali pomieszczenia i tam nocowali, a następnego dnia wyjeżdżali. Kiedy oni wjechali samochodami na podwórko, chodził tam wartownik, z którym trochę gadaliśmy. To wyglądało tak, że jeden z nim gadał, a drugi patrzył, co tam mają. Raz znaleźliśmy, u nich w przyczepie, rakietnicę, to kiedy oni już odjechali, to próbowaliśmy z tej rakietnicy strzelać. Opieraliśmy tę rakietnicę na tarasie, ładowaliśmy i chcieliśmy strzelać. Jak odpaliliśmy to odrzuciło, tak uderzyła w kant tarasu, który był wyżej, ale później już utrzymaliśmy, już się nauczyliśmy.
Nie doszło do żadnego wypadku?
    
Nie. Wypadków tam dużo było, ale ja za dużo nie chodziłem, bo zawsze miałem jakieś zajęcie, albo sprzedawałem kwas i oranżadę, albo rąbałem drzewo do domu. Taki chłopak 13-14 lat, to już mógł różne rzeczy robić. Kiedy byłem młodszy, to przynosiłem do domu wodę, ale nie mogłem utrzymać napełnionego kubełka, to szedłem opierając się o ścianę i przestawiałem kubełek z wodą, w ten sposób przynosiłem wodę do domu. Nie byłem wysokiego wzrostu, byłem dość drobny.
Po wojnie wstąpił tata do harcerstwa?
    
Tak. W dawnym budynku szkoły był niemiecki szpital. Niemcy zajęli ten budynek w czasie wojny. Później znów w tym budynku zrobiono szkołę. Na początku była tam tzw. murowanka, czyli szkoła jednoklasowa, gdzie właściwie wszyscy się uczyli. To była nowa szkoła, wybudowana przed wojną. Lekcje nieraz mieliśmy w tej murowance. Za czasów okupacji też w tej murowance były pierwsze lekcje. Po wyzwoleniu lekcje już były w tamtej szkole i tam w tej murowance powstało harcerstwo Zawiszy Czarnego.
     Na wzór przedwojenny. Wyjeżdżaliśmy w okolicę Kościerzyny, tam mieliśmy obóz nad jeziorem Głębokim. Tam się nauczyłem pływać. To było tak jak na obozie, życie harcerskie, gotowaliśmy sami. Byli starsi chłopcy, którzy mieli po 18 lat, byli tacy, którzy brali na plecy dwunastoosobowy namiot i nieśli. Najęto chłopów z wozami i wozami przywozili nam te manele. Sami organizowaliśmy ten obóz, sami rozstawialiśmy namioty, sami gotowaliśmy. To tak jak na obozie, nieraz coś się przypaliło i trzeba było później czyścić, więc pucowaliśmy to piachem. Nad tym jeziorem było kilka drużyn, jedna drużyna była w jednym miejscu do pływania, to odchodziliśmy 100 metrów dalej i tam było takie miejsce do kąpieli. Myliśmy się w tym jeziorze, wodę też braliśmy z jeziora, tylko wypływało się łódka na środek tego jeziora, bo tam woda podobno była czystsza. Była tam drużyna, która prowadziła kurs pływacki, tam nauczyłem się pływać, uczyli tam pływać kraulem. Kazali nam zanurzyć głowę i otwierać oczy, żeby sprawdzić instruktor wsadzał palce i kazał mówić ile się ich widzi.
Czy wśród starszych kolegów w harcerstwie byli Akowcy?
    
Prawdopodobnie tak, ale się tym nie chwalili, w tym czasie nie było na ten temat rozmowy. Do drużyny, która była, co i raz przychodził jakiś starszy chłopak. Część z nich to byli po prostu szpiedzy ustroju komunistycznego.
Czyli już była inwigilacja?
    
Tak. Później hufcowy został zamknięty, część starszych chłopców została zamknięta, byli aresztowani. Był taki bieg i dostałem stopień ćwika. Część chłopców została aresztowana i siedziała po ileś lat. Kiedy wyjeżdżaliśmy na obóz dostaliśmy broń. Zazwyczaj było tak, że myśmy pilnowali obozu, a jeden starszy chłopak miał broń. Hufcowy to był nasz dawny drużynowy, kiedy stawialiśmy namioty on stawiał namiot obok nas.
Czy po tych aresztowaniach drużyna się rozleciała?
    
Ja odszedłem z tej drużyny, wtedy coś tam organizowano. Kiedy odchodziłem z drużyny były tzw. "Wilczki". Z kolegą, który nazywał się Kowalczyk, zajmowaliśmy się tymi "Wilczkami". Kiedy wyjeżdżaliśmy na obóz, ponieważ rodzice nie mieli pieniędzy, to zbieraliśmy kości, złom, szkło i woziliśmy do punktów skupu i to sprzedawaliśmy, to były pieniądze na obóz.
W którym to było roku, 1949?
   
Nie. 1945-46, ja w tym czasie byłem w harcerstwie. Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły powszechnej, to wtedy zajmowałem się tymi zuchami. Kiedy już poszedłem do szkoły zawodowej, do Konarskiego, to już w ogóle zerwałem kontakty z harcerstwem. Jechałem do szkoły, nie bardzo nam się powodziło, więc zapisałem się tam na obiady. Uczyłem się nie najgorzej, więc dostałem stypendium z PCK. Tam była świetlica, w której zostawałem. Nauczyłem się tam wyrabiać metaloplastykę, robiliśmy broszki i inne rzeczy. Kiedy umarł Stalin byłem dalej w szkole Konarskiego, robiliśmy jakaś lampę, bo byłem na kierunku elektrycznym. Do Konarskiego poszedłem do pierwszej klasy na wydział mechaniczny, a do drugiej przeszedłem na wydział elektryczny i szkołę skończyłem jako elektryk. Kiedy byłem na pierwszym roku nauczyłem się wyklepywać z mosiężnej i miedzianej blachy różne rzeczy. Wyklepywaliśmy jakieś broszki, zapinki do włosów. Kiedy już byłem na wydziale elektrycznym, to robiliśmy zamki elektryczne, silniki, instalacje. To nie było technikum, tylko coś w rodzaju gimnazjum. Kiedy ja kończyłem, to ten rok, który przyjęto miał być już jak w technikum, przyjęto wtedy również dziewczęta. Kiedy kończyłem dostałem tzw. "małą maturę". Zacząłem pracować w "Energoprojekcie". W czasie tej szkoły były kursy samochodowe, skończyłem taki kurs i skierowano mnie na praktykę do zakładu energetycznego w Rembertowie. To było zaraz po zakończeniu gimnazjum, po wakacjach. Zapisałem się do technikum wieczorowego, trzy lata chodziłem do gimnazjum, więc przyjęto mnie do trzeciej klasy technikum wieczorowego na Wybrzeżu Kościuszkowskim, tam skończyłem trzecią i czwartą klasę i zrobiłem maturę.
Wróćmy jeszcze na moment do czasu wojny, jakie było dla taty najgorsze przeżycie? Moment największego strachu?
    
Największy strach w czasie wojny, to 1944 rok, kiedy nas wysiedlili. W 1939 roku też uciekliśmy z tego domu, bo tutaj był przejazd i tu bomby padały. Uciekliśmy do znajomych do Anina. Tam, największym przeżyciem było jak Wojsko Polskie zarekwirowało krowę, okazało się, że cielną i jak tę krowę zabijali. To wspominam do dziś. Drugie takie przeżycie, to jak chodziliśmy do Radości (w 1944 roku) po mleko, to jeszcze trupy niemieckie leżały przy torach, niektórzy leżeli i mieli pozdejmowane buty. Oni tak leżeli, śmierdziało, koło nich się przechodziło i szło się dalej. W czasie okupacji, ten dom, w którym mieszkaliśmy, zajęli Niemcy. Tu obok był bazar, takie szopy, w których Niemcy trzymali samochody. Cała jednostka tu była, zostały tylko dwie rodziny, my i jeszcze dozorca. W jednym pomieszczeniu była pralnia, drugie pomieszczenie było zrujnowane, więc nikt tam nie mieszkał. W czasie okupacji Niemcy rozwalili kraty od podwórka i w piwnicach trzymali węgiel, bo w tym domu nie było centralnego ogrzewania. Niemcy przywozili węgiel, a my im podbieraliśmy, żeby też jakoś palić. Trochę tego węgla się kupowało, a trochę się podbierało.
Czyli wtedy był ten strach, żeby Niemcy nie złapali?
    
Ja w czasie okupacji byłem mały, wchodziłem do tej piwnicy, to były dwie połączone piwnice, do jednej było wejście, a druga była zamknięta i zasypana węglem, ale była tam taka dziura. Wchodziłem do tej dziury, wieczorem lub późnym wieczorem i wkładałem ojcu do kubełka bryłki węgla, a ojciec ten kubełek odbierał. Wzięliśmy 2-3 kubełki, ojciec wychodził, ponieważ Niemców znał. Oni nas tolerowali, nie było jakichś problemów. Kiedy ojciec dawał mi znak, ja wychodziłem. Przez tę dziurę nie można było wyjść, bo była za mała, musiałem wychodzić przez to okienko.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten