Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Zbyszewskiej


foto
Krystyna Zbyszewska
Ur. 16.01.1930 w Katowicach
Córka Jadwigi z Gumińskich i Alfonsa
Adres okupacyjny: Grójecka 44

     Od 1939 roku mieszkałam w Warszawie. Najpierw na ulicy Skorupki, a potem na pl. Narutowicza. W domu, który wychodził na chodnik przy Grójeckiej 44. Mieszkałyśmy tam z mamą i siostrą, która zginęła w czasie Powstania.
     W Powstaniu Warszawskim wzięłam czynny udział jako czternastoletnia dziewczynka.
     Byłam w Szarych Szeregach, w drużynie żeńskiej Grupy Wykonawczej, która była przy Pasiece - Głównej Kwaterze. Miałyśmy wyznaczone miejsce, gdzie miałyśmy się zbierać, na Świętokrzyskiej. Jak się zaczęło Powstanie, nie byłam w ogóle przygotowana. Nie miałam plecaczka, byłam w żółtej sukience i sandałach. Gdybym wiedziała, że na pewno będzie Powstanie, to byłabym odpowiednio ubrana i miałabym mydło i szczotkę do zębów, których nie wzięłam ze sobą, bo myślałam, że znowu wrócę do domu, gdzie została mama. O godzinie piątej usłyszałam jakieś krzyki na ulicy Świętokrzyskiej. Byłam w mieszkaniu na drugim piętrze i patrzę, a tam leci polski oficer z rewolwerem w ręku, z szablą i krzyczy: "Naprzód, naprzód". Jak zobaczyłam tego oficera, poczułam, że jestem w wolnej Polsce, dla mnie to było coś niesamowitego. Koleżanka, która była tam ze mną, mówiła, że przynieśli jakąś ranną dziewczynę, która miała krwotok. Ja tego w ogóle nie pamiętam, widocznie byłam aż tak przejęta. Ważne było tylko to, że jest polska flaga, że żołnierze strzelają, że jestem w wolnej Polsce.
     Na początku myśmy tylko pomagały w kuchni, robiłyśmy zupy. To był drugi dom od rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, tam były ruiny, w których siedzieli chłopcy i tam nosiłyśmy im zupę. Nosiłyśmy też chleby. Później zaczęła funkcjonować poczta powstańcza, po tym, jak 2 sierpnia została zdobyta Poczta Główna. Poleciałyśmy tam z całym naszym malutkim oddziałkiem i tam zorganizowałyśmy biuro poczty harcerskiej. Były powieszone skrzynki pocztowe, ludzie od razu wrzucali tam kartki z adresem i paroma słowami do swoich krewnych. My rozdzielałyśmy te listy, była nawet cenzura. Tam były półeczki, na które kładłyśmy listy podzielone na poszczególne ulice. Jeżeli nie było chłopaków, a było dużo listów, adresowanych gdzieś w okolicy, to brałam je i roznosiłam. To było bardzo ważne, bo ludzie chcieli wiedzieć, co się dzieje z rodziną, z dziećmi, mamą, ciotką. Oczywiście walka była ważniejsza, ale my też miałyśmy ważne zadania. Roznosiłam pocztę w obrębie Śródmieścia. Kiedy miałam trochę wolnego czasu, dawano mi gazetki, które nosiłam na Złotą, w kierunku stacji Warszawa Główna. Trwało to dość długo, nie mieszkałyśmy już na Świętokrzyskiej. Miałyśmy kwaterę, gdzie indziej, trzeba było iść ruinami. Mieszkało nas tam sześć dziewczyn. Ja miałam starszą o cztery lata siostrę - Bożenę Rażniewską, córkę z pierwszego małżeństwa mojej mamy, bardzo się lubiłyśmy. Poszła ze mną na Świętokrzyską w godzinie "W". Zobaczyła, że na dole jest punkt batalionu "Kiliński". Kogoś tam ubłagała, żeby ją wzięli na łączniczkę. Od tego czasu ona była w "Kilińskim" i brała udział w zdobywaniu Poczty Głównej, bo była ode mnie starsza. Była ranna w udo, ponieważ bała się, żeby jej nie wycofali ze służby z powodu rany, sama robiła sobie opatrunki. Przez to była dosyć słaba i we wrześniu zaraziła się czerwonką, umarła na Hożej w szpitalu.
     Nie wiedziałam, co się stało z mamą. Mama była w domu do końca sierpnia. W mieszkaniu na Narutowicza był brat mojej mamy z żoną. Wykwaterowali ich, bo ich dom był spalony. Potem musieli iść na ulicę Słupecką, a tam przyszli Niemcy. Kazali iść im pod eskortą na Zieleniak. Żona wuja była w ciąży, więc łatwo ją wypuścili. Z mamą było gorzej, została wywieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Była najpierw w Dachau. Przeszła straszne rzeczy.
     Kiedy budynek Poczty Głównej został zbombardowany, nie mogliśmy już tam prowadzić poczty powstańczej. Potem mieszkałyśmy w kwaterze na Jasnej. Miałam tam straszne kłopoty z żołądkiem, bo woda nie była taka jak trzeba. Drużynowa powiedziała mi, że ponieważ już tu nie ma poczty, to będę łączniczką w batalionie "Miłosz". Poszłam tam z koleżanką, Danką Banaszek. Miałyśmy kwaterę na ulicy Wiejskiej. Stamtąd rano szłyśmy całym oddziałem na zupę plujkę, potem siedziałyśmy przed kwaterą jakiegoś majora i czekałyśmy na polecenia, miałyśmy nosić jakieś karteczki, rozkazy. Tam byłam do końca Powstania. Byłam przerażona tym, co będzie z Warszawą. Widziałam, że Niemcy nas nienawidzą, chcą zniszczyć całą Warszawę. Nie wiedziałam, co się dzieję z moją mamą. Nie wiedziałam, gdzie mam pójść, czy do jakichś krewnych, którzy byli w Olkuszu, we Włoszczowej. Poszłam do "Gozdala" (Przemysława Góreckiego) na Wilczą 41 i zapytałam, co mam zrobić. "Gozdal" był harcmistrzem, który się nami opiekował. Jedni mówili, żebym poszła jako cywil, a drudzy, żebym poszła z oddziałem. "Gozdal" się mnie spytał, gdzie mieszkałam, powiedziałam mu, że na Ochocie, na placu Narutowicza, tam zostawiłam mamę. Powiedział, że uważa, że nie mogę iść jako cywil, i że powinnam iść z oddziałem. Wzięłam wszystkie swoje klamoty i zapakowałam w plecaczek.
     Razem z moim oddziałem poszliśmy przez pół Warszawy, do placu Zbawiciela. Ja nie miałam broni, ale wszyscy moi koledzy z oddziału musieli swoją broń - rewolwery, karabiny - wrzucać do kosza. Myślałam, że serce mi się wykrwawi. Szliśmy Grójecką, do mojego mieszkania na trzecim piętrze. Wszystko było spalone. Mama gdzieś poszła, Niemcy ją gdzieś zabrali. Szłam z oddziałem do Ożarowa. Po drodze były pola pomidorów. Kiedy zobaczyliśmy te pomidory - po dziesięć czy piętnaście na jednym krzaczku, wszyscy się na nie rzuciliśmy. Poleciałam i jadłam, nie mogłam się powstrzymać.
     Znalazłyśmy się w Ożarowie. Najpierw musiałyśmy się gdzieś zapisać, podać swoje nazwisko i oddział. Była tam też druga kolejka, do zupy. Był to krupnik, z czerwonymi pomidorami - pyszny, nigdy nie jadłam niczego tak dobrego. Było już późno, więc poszłyśmy się położyć. Kiedy obudziłyśmy się rano, wszystkie byłyśmy pomalowane na granatowo. Tam były jakieś farby, które się rozpuściły i nie bardzo dało się to zmyć. W Ożarowie byłyśmy chyba dwa dni. Niemcy dokonali tam segregacji, oddzielając kobiety od mężczyzn. W wagonie dostałam kawałek chleba, malutki kawałek margaryny i kawałek pasztetu, wielkości łyżki do herbaty. To miało być nasze śniadanie. Jechałyśmy trzy dni. 
     Pierwszy raz wysadzili nas w Bremen i stamtąd szłyśmy na piechotę do pierwszego obozu Sandbostel. Z daleka zobaczyłyśmy obóz i panów w mundurach, pomyślałyśmy, że to dobrze, bo oznacza to, że jesteśmy jeńcami wojennymi. Nie wiedziałyśmy co z nami będzie.
     Gdy zobaczyłam, że oni są w mundurach, to pomyślałam, że nie jesteśmy w obozie koncentracyjnym, tylko w obozie jenieckim. Panowie poszli do innych baraków. My miałyśmy dwa baraki, ja byłam w jednym, a koleżanki w drugim. Najpierw spałam na ziemi, a jak zobaczyli, że mam czternaście lat, to poszłam do drugiego baraku. Tam były takie pokoje i tam były młodsze dziewczynki.
     Panowie, którzy oglądali nas przez druty, byli zdziwieni, że w ogóle są kobiety, a w dodatku takie małolaty, jak my. Miałam 158 cm wzrostu, więc byłam dosyć niska. Inne dziewczyny były w moim wieku i mojego wzrostu. Tam był ohydny klimat, było gliniasto, wszędzie błoto, to była jesień, więc co chwila padało.
     Wyżywienie wyglądało następująco - rano była wspaniała kawa, czyli woda o kolorze ziemi, jeden bochenek chleba na sześć osób i kawałek margaryny, odrobinę buraczanej marmolady. Na obiad była zupa, przepyszna, albo z jarmużu, albo z brukwi, a czasami z grochu. W każdym ziarenku grochu była dziurka, z której wychodził robaczek i te robaczki zbierały się na górze w gruby kożuch. Wieczorem dostawaliśmy tylko kawę. Chleb, który dostawaliśmy rano, trzeba było podzielić na dwie porcje, na rano i na wieczór. Raz czy dwa wszyscy byli szczęśliwi, że dostali dwa kartofle. Niemcy nie zmuszali nas do pracy. Wiem, że w innych obozach tak było, ale nie u nas, w każdym razie ja o tym nie wiedziałam.
     W naszym obozie było 150 do 200 kobiet. W okolicy Bożego Narodzenia powiedzieli, że będą nas wywozić do obozu kobiecego. Nie wiedziałyśmy czy się cieszyć, czy martwić. Pakowałyśmy się, wszystko już miałyśmy zrobione. Rano miałyśmy wyjechać, a w nocy zrobiłam się czerwona jak burak, dostałam 40 stopni gorączki. Moja drużynowa zameldowała, że mam gorączkę. Przyszedł lekarz, trzech czy czterech polskich żołnierzy z noszami i zanieśli mnie do szpitala. Szpital był za drutami obozu. To był szpital dla wszystkich, bo obóz był nie tylko dla Polaków, byli tam Włosi, Francuzi i podobno dwóch Anglików. To był międzynarodowy obóz jeniecki. W szpitalu pracowali głównie polscy lekarze. Okazało się, że mam dyfteryt. Za szpitalem były dwa baraki dla zakażonych dyfterytem. Było w nich pięć koleżanek. Tam było wspaniale. Dostawałyśmy kluski, zupy z kaszą. Po tym, co przeżyłam w czasie Powstania i w obozie, to jedzenie wydawało mi się wspaniałe, jak w hotelu Ritz. W szpitalnych barakach byłam aż do marca.
     Wtedy przyszło dwóch wehrmachtowców, z wielkimi brzuchami, starsi panowie, zaprowadzili nas do stacji kolejowej i pojechaliśmy do Oberlangen, obozu jenieckiego dla kobiet. Trafiłam do ostatniego baraku, bo to był ostatni transport, który tam przywieziono. Dołączyłam do koleżanek po paru miesiącach. Tam było bardzo fajnie, bo była tam na przykład olimpiada - biegi, skoki w dal, brałam w tym udział, ale nie wygrałam nic. Komendantka wymyślała nam różne zajęcia, żebyśmy się nie nudziły i nie siedziały patrząc w okna. Były lekcje angielskiego. Jak były jakieś święta, to uczyłyśmy się śpiewać piosenki kościelne. Przychodził do nas kapelan z Włoch.
     W kwietniu całe niebo było pełne bombowców. Byłam szczęśliwa, że już koniec wojny. Myślałam, że Niemcy już nie mają siły, żeby je zestrzelić. Armaty były coraz bliżej. Któregoś dnia zobaczyłyśmy na horyzoncie czołg. Koleżanki, które znały angielski poszły, żeby ich przywitać, w ręku miały polską flagę. Oni przyszli i koleżanki mówiły do nich po angielsku, a oni krzyczą: "Kobiety! Jesteście Polki, a my jesteśmy Polakami!". Pytałyśmy się ich, skąd są, a oni powiedzieli nam, że są od generała Maczka. Powiedzieli, że jesteśmy już wolne. Byłyśmy takie szczęśliwe! Strażnicy z wieżyczek gdzieś pouciekali. Podobno złapano komendanta obozu. Wszyscy myśleli, że to będą Anglicy, a obóz wyzwolili Polacy, i ci żołnierze się nami zaopiekowali. Nie wiem, skąd oni mieli tyle kurczaków i konserw. Widzę siebie, jak siedzę na stołeczku, przede mną deska, a na niej konserwa ze śledziami, których nienawidzę, puszka mleka w proszku i konserwa z wieprzowiny na słodko, ohyda! Ale ja to jadłam. Oni do nas przychodzili, szukali swoich krewnych, znajomych. Urządzali dla nas zabawy. Po trzech tygodniach, ktoś do mnie przyszedł. Najpierw napisałam do "przyszywanej" ciotki, przyjaciółki mojej mamy, która była oficerem. Wiedziałam, w którym jest obozie. Napisałam, czy może coś wie o mojej mamie, że ja jestem w Oberlangen i czekam na wiadomości. W tym czasie, moja mama została wyzwolona przez Amerykanów z Ravensbrück, była w fatalnym stanie zdrowia i poszła do szpitala w Murnau. Tam był wielki obóz oficerski działający od 1939 roku. W tym obozie odkarmili ją i dali jej jakieś lekarstwa. Mama też napisała do swojej przyjaciółki, "przyszywanej" ciotki, która nazywała się Maria Gutry, pracowała w bibliotece przed wojną i w czasie okupacji. Te dwa listy u niej się spotkały, mój i mamy. Wysłała do mamy mój adres, a mama znała w Murnau wszystkich generałów, majorów i innych kapitanów. Był tam jeden generał, którego córka była w Oberlangen i wysłał do niej samochód z szoferem. Mama poprosiła, żeby mnie też zabrał i przywiózł do Murnau. Przyszedł jakiś żołnierz i powiedział, że pewien generał prosi mnie, żebym przyjechała do Murnau, bo tam jest moja mama. Byłam bardzo szczęśliwa, od razu się spakowałam, poszłam do komendantki z tym żołnierzem. Żołnierz musiał powiedzieć, jak się ten generał nazywa, bo nie można było, tak po prostu, wyjść z obozu, bo byłam żołnierzem, a nie prywatnym człowiekiem. Komendantka zgodziła się, żebym pojechała. Jechaliśmy dwa dni przez Niemcy. Przyjechałam do Murnau w Alpach.
     Spytałam się, gdzie mam szukać mamy, powiedziano mi, że w szpitalu, bo ona jest teraz tam sanitariuszką. Poszłam do szpitala i tam powiedzieli mi, że mama jest na pierwszym piętrze. Stałam na korytarzu, zobaczyłam, że idzie mama, ma króciutkie włosy. Patrzyła na mnie, ale przeszła koło mnie i szukała dalej. Stałam tam i zastanawiałam się, dlaczego ona mnie nie poznaje. Nie zdawałam sobie sprawy, ile centymetrów urosłam podczas pobytu w obozie, a mama pamiętała mnie sprzed wybuchu Powstania. Przeszła koło mnie dwa razy, w końcu ją zawołałam, spytałam, czy nie poznaje własnej córki. Mama zrobiła oczy w słup: "O, Boże! To jesteś ty!". Byłam wyższa i grubsza, bo przez te parę tygodni, które spędziłam w obozie jadłam konserwy łyżkami, mleko w proszku, to się zrobiłam gruba jak "beka". Mama miała tam swoją kwaterę, gdzie mnie oczywiście przyjęła. Poznała mnie ze swoimi znajomymi, między innymi z kawalerzystą, który zaopiekował się tam stadniną polskich koni. Chciał, żebym poszła do stadniny i pojeździła trochę konno, żebym trochę schudła. Dał mi swoje spodnie i buty, byłam tak gruba, że nie mogłam ich założyć. W końcu pojechałam bez żadnych spodni. Umiałam jeździć konno. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, z tego, co zrobiłam, jedząc tyle, co na pewno nie jest zdrowe.
     W obozie w Murnau byłam koło miesiąca. Któregoś dnia usłyszałam chóralnie śpiewane piosenki i zobaczyłam wjeżdżające samochody ciężarowe. To były nasze koleżanki z Oberlangen. Nie wiedzieli, co zrobić z tym obozem, więc część dziewcząt - 200-300 osób - wysłali do Włoch. Wśród nich były moje koleżanki, które parę dni spędziły w Murnau.
     Tam było wielkie jezioro, na którym były wspaniałe wysepki. Chodziliśmy tam pływać z kolegami i koleżankami AK-owcami, żeby przeżyć miłe chwile. Któregoś dnia zobaczyłyśmy na drugiej stronie jeziora jakąś tablicę, okazało się, że tam były manewry, myśmy o tym nie wiedziały. Poszłyśmy do jeziora, wypłynęłyśmy na wysepkę, zjadłyśmy tam kanapki, potem wracamy z mokrymi kostiumami. Przychodzi amerykański patrol i patrzy, skąd idziemy. Powiedziałyśmy im, że idziemy znad jeziora, a oni na to, że tam są manewry. Powiedzieli, że tam chodzić nie wolno. Mówili po angielsku, ja już trochę umiałam. Aresztowali nas. Murnau ma magistrat, czyli urząd miasta, w którym był areszt. Oni nie powinni byli nas wziąć, mimo, że nie miałyśmy wtedy mundurów, tylko cywilne ubrania. Mówiłyśmy im, że jesteśmy polskimi żołnierzami. Ale oni nic nie wiedzieli o Powstaniu, nie wierzyli, że kobiety mogą być polskimi żołnierzami. Dobrze, że ktoś nas zauważył i dał znać do obozu. W obozie się dowiedzieli, że dziewczyny i chłopcy z AK siedzą z Niemcami u Amerykanów, którzy aresztowali nas dziesięcioro. Ponieważ następnego dnia dziewczyny miały jechać do Włoch, do II Korpusu Armii Andersa, więc nasi przełożeni przyszli do Amerykanów prosić, żeby nas wypuścili, co w końcu zrobili. Zanocowałam u mamy, a rano, wszystkie pojechałyśmy do Włoch.
     Byłam w Macheracie, to był obóz przejściowy dla kobiet. Byliśmy umundurowani, wydzielili kobiety, nas - czternasto-piętnastolatki osobno, te troszkę starsze do szkoły w San Gorgio. Inne kobiety wysłano do szpitali, jako sekretarki. Były tam krzewy liści laurowych, winorośle, zobaczyłam to po raz pierwszy, kiedy chodziłyśmy tam na spacery. Wspaniałe winogrona, figi, daktyle, pomarańcze, cytryny. Dla mnie to było coś nowego.
     Trafiłam do grupy czternastu dziewcząt zrobili grupę, które miały jechać do Nazaretu. Pozostałe zostały w Macheracie, w innych oddziałach II Korpusu. Jechałyśmy przez całe Włochy. W jednym z portów (nazwy nie pamiętam) był wspaniały okręt, nazywał się "Kanton". Płynęłyśmy w pierwszej klasie, jadałyśmy w jadalni pierwszej klasy. Na pokładzie niżej płynęli do Indii Sikhowie, pierwszy raz widziałam Hindusów, widziałam, że mają pod turbanem długie włosy.
     Dopłynęliśmy do Port Saidu. Pierwsze, co tam zobaczyłam to dzieci, które podpływały do okrętu i błagały o bakszysz. My nie miałyśmy pieniędzy i nie mogłyśmy dać bakszyszu. Z nami była pani Radwańska, później pracowała w Ameryce w radio "Głos Ameryki". Ona wspaniale grała na pianinie, w pierwszej klasie dawała koncerty fortepianowe, grała głównie Chopina, ale nie tylko.
     Płynęłyśmy trzy dni. Któregoś dnia podróży, przed koncertem, przyszedł do niej wysoki Murzyn, który trzymał w ręku skrzypce i spytał, czy ona może mu akompaniować. Zaczęli grać, ale okazało się, że on, mimo tego, że był Murzynem, w ogóle nie miał poczucia rytmu. Ona powiedziała do nas po polsku: "Słuchajcie, czy wy widzicie, co on robi? Nie mogę za nim nadążyć!", a on dalej grał i nagle przestał i zaczął mówić po polsku: "Proszę pani, może nie umiem, ale uwielbiam grać na skrzypcach". Okazało się, że to był pan, który leżał w szpitalu polowym pod Monte Cassino, na sali, gdzie byli Polacy i nauczył się mówić po polsku. Dopłynęliśmy do Port Saidu, wsiedliśmy w jakiś pociąg i pojechaliśmy do Nazaretu. Wysłali nas tak daleko, ponieważ w San Gorgio nie było innej szkoły, tylko liceum. Kiedy przyjechałyśmy do Nazaretu okazało się, że jest tam już około 1700 dziewcząt, które przyjechały razem z Korpusem Andersa z Rosji. Połowa z nich poumierała po drodze na tyfus. Te, które przeszły przez Morze Kaspijskie, uratowały się. Te, które zachorowały jeszcze w Związku Radzieckim, poumierały, bo jeździły pociągami na gapę, bez jedzenia i picia. Moja koleżanka, która w sowieckim obozie sprzątała kancelarię, zobaczyła w koszu gazetę, w której było napisane, że powstaje polska armia w Kazachstanie. Wzięła tę gazetę pod koszulkę i pokazała innym. Dopiero wtedy dowiedzieli się, że jest taka możliwość, żeby dostać się do polskiej armii. Dzięki temu, ona i wszyscy z tego obozu, pojechali na południe. Te dziewczęta, które były w Nazarecie, były już odkarmione, miały mundury, książki i zeszyty. Były podzielone na klasy, bo to były dziewczyny, które przez dwa lata nie chodziły nigdzie do szkoły.
     Byli tam też chłopcy, uczyli się w 3 czy 4 szkołach kadeckich lub w szkole mechanicznej. Anders chciał uratować jak najwięcej polskiej młodzieży, która wcześniej była w Związku Radzieckim. I dzięki Bogu, udało mu się, bo było dużo tej młodzieży w Palestynie. Dziewczęta rozdzielono na klasy, mnie przydzielono do drugiej klasy gimnazjum. Uchodziłyśmy tam za bohaterki. Robiłyśmy przedstawienia o Powstaniu, opowiadałyśmy im, bo dla nich to było bardzo dziwne, że dziewczynki brały w nim udział, to było coś niezwykłego. Moja koleżanka złamała nogę i udawałyśmy, że ona jest w powstańczym szpitalu, śpiewałyśmy pieśni harcerskie, "Marsz Mokotowa". Kiedy miałyśmy już mundury, to w soboty i niedziele dostawałyśmy przepustki. Wtedy pierwszy raz jeździłam autostopem, bo dla mnie to miejsce było bardzo ciekawe, przecież tam niedaleko mieszkał Pan Jezus. Pod bazyliką Świętej Rodziny szło się schodkami w dół, do jaskini, w której był stół, na którym św. Józef robił stoły i krzesła. W samym Nazarecie było też miejsce zwiastowania, teraz podobno jest tam olbrzymia bazylika. Jeździłam też do Kany Galilejskiej, do Wzgórza Błogosławieństw, nie mówiąc o Jerozolimie. Musiałam obejrzeć wszystko, co się dało. Po pewnym czasie dostałam list od mamy. Pisała, że pracuje w Polskim Czerwonym Krzyżu we Włoszech, i że prosi, aby ją przeniesiono albo do Palestyny albo do Egiptu. Przenieśli ją do miejscowości nad Kanałem Sueskim, gdzie był polski szpital. Głównie byli tam ci, którzy mieli gruźlicę. Jeździłam do niej na wakacje, a stamtąd jeździłam do Kairu, żeby obejrzeć sfinksa i piramidy. Pobyt w Egipcie też miło wspominam. Mama, mimo wszystko, chciała wrócić do domu, do Polski. Nie wiedziała, co miałaby robić w Anglii, znała świetnie francuski, ale nie znała angielskiego.
     W Nazarecie byłam od listopada 1945 roku, do połowy 1947 roku. Zgłosiłyśmy się z mamą do powrotu do Polski. Kiedy powiedziałam o tym w szkole w Nazarecie, to patrzyli na mnie jak na komunistkę. My ciągle miałyśmy w oczach Warszawę. Ze szkoły w Nazarecie wszyscy z AK zgłosili chęć powrotu do Polski. Ci, którzy przyjechali ze Związku Radzieckiego stracili swoje domy na Wschodzie, nie mieli do kogo w Polsce przyjechać. Większość z nich została, może 5% przyjechało do Polski. W kwietniu, czy maju, ja i mama, dostałyśmy skierowanie do obozu w Suezie, to był obóz dla tych, którzy chcieli wrócić do Polski. Byłyśmy tam około dwóch tygodni, potem samochodami pojechałyśmy do Suezu i wsiadłyśmy na statek. Wysiadłyśmy w Neapolu, podstawiono tam polski pociąg. Jechałyśmy dwa czy trzy dni, przez Niemcy i Czechy, do Dziedzic. W Dziedzicach dostałyśmy przepustki, karty repatriacyjne. Pojechałam do Katowic, bo tam była córka mamy.
     Pochodzę z Katowic i do wybuchu wojny tam mieszkałam. Mama też stamtąd pochodziła, jej pierwszy mąż był dyrektorem kopalni. Potem rozwiodła się i wyszła za mąż za mojego ojca. Mieszkałam z mamą u mojej siostry w Bytomiu, w tym czasie przyjechał do mamy znajomy major z Murnau. Mama rozwiodła się z moim ojcem i wyszła za niego za mąż. Pół roku później przyjechał z Rumunii mój ojciec. Postarał się o mieszkanie w Katowicach, mieszkałam z nim. Chodziłam do szkoły w Bytomiu, do czwartej klasy. Potem chodziłam do liceum w Katowicach i tam zdałam maturę. Nawet zaczęłam studia na Politechnice Śląskiej, ale w 1951 roku wyszłam za mąż za mojego kolegę i pojechaliśmy do Warszawy. Tam urodził się nasz syn Jacek. Na początku nie studiowałam, bo nie miałam jak. Pracowałam, bo mój małżonek kończył Politechnikę Warszawską. Teść kupił mi maszynę tkacką, w piwnicy skręcałam wełnę.
     Przyjazd do Warszawy parę lat po wojnie był dla mnie okropny, nie umiałam się w tej Warszawie znaleźć. Te ruiny, te ścieżki między ruinami. Widziałam, że się buduje trasa WZ, to było wspaniałe, ale nowe domy nie były takie, jak bym chciała.
     Za każdym razem, kiedy myślałam o Powstaniu miałam straszne sny. Śniły mi się ruiny Warszawy, a ja uciekłam przez jakieś schody i gonił mnie albo wąż, albo bandyta, albo małpa. Miałam koszmary senne przez co najmniej 20 lat. Zaczęłam pracować w handlu zagranicznym, jeździłam do NRD, do RFN i kiedy tam widziałam ruiny, to i tam miałam te swoje sny. Zobaczyłam Drezno, jakież to było wszystko okropne, co ci Niemcy porobili na świecie!?
     Już się nie boję salwy honorowej, wybuchów. Na początku bałam się samolotów. Zastanawiałam się, czy zrzucą bombę czy nie. Teraz już się nie boję, w końcu minęło 60 lat.

 Wstecz...


Druga z  prawej siedzi Krystyna Zbyszewska, szkoła w Nazarecie, 1945  (zb. pryw.)
Druga z prawej siedzi Krystyna Zbyszewska, szkoła [...]
Dziewczęta ze szkoły w Nazarecie, 1945  (zb. pryw.)
Dziewczęta ze szkoły w Nazarecie, 1945 (zb. pry [...]
Dziewczęta ze szkoły w Nazarecie, 1945  (zb. pryw.)
Dziewczęta ze szkoły w Nazarecie, 1945 (zb. pry [...]
Krystyna Zbyszewska po wyjściu z niewoli, 1945 (zb. pryw.)
Krystyna Zbyszewska po wyjściu z niewoli, 1945 (zb. [...]
Krystyna Zbyszewska w tańcu cygańskim na popisie Szkoły Rytmicznej w Teatrze Miejskim w Katowicach, 1937 (zb. pryw.)
Krystyna Zbyszewska w tańcu cygańskim na popisie [...]
Krystyna Zbyszewska z mamą, tuż przed wojną (zb. pryw.)
Krystyna Zbyszewska z mamą, tuż przed wojną (zb. [...]
Krystyna Zbyszewska z psem, Katowice, 1938 (zb. pryw.)
Krystyna Zbyszewska z psem, Katowice, 1938 (zb. pr [...]
Krystyna Zbyszewska, Katowice, okres międzywojenny (zb. pryw.)
Krystyna Zbyszewska, Katowice, okres międzywojenny [...]
Młodsza ochotniczka tańczy zbójnickiego, w Nazarecie, 1945  (zb. pryw.)
Młodsza ochotniczka tańczy zbójnickiego, w Nazarecie, [...]
Pierwsza z   prawej siedzi Krystyna Zyszewska, Loretto, wrzesień, 1945 (zb. pryw.)
Pierwsza z prawej siedzi Krystyna Zyszewska, Loretto, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten