Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Napiórkowskiej-Jarzębowskiej


foto

W obozie tym więziono jeńców wojennych z Francji (sami mężczyźni) oraz cywilów z Francji (też tylko mężczyźni) Polski i ZSRR - mężczyźni, kobiety i dzieci w różnym wieku. Przed wojną była tu prywatna "Fabryka Celulozy i Papieru Ewald Schoeller i Spółka". Ta nazwa i rzekomo profil produkcji pozostały bez zmian - tylko pracownicy się zmienili. Fabryka pracowała na rzecz machiny wojennej Niemiec.
     Ja miałam wtedy 13 lat. Pracowałam ponad siły w fabryce, w kuchni, a następnie polecono mi prowadzić "przedszkole" dla dzieci poniżej 9 lat. "Dostałam salę" w baraku, z dwoma stołami, długimi ławami i po 1 kromce chleba z "dżemem" oraz po kubku mleka dla każdego dziecka - było ich około 30. Wyżebrałam trochę papieru, kleju, ołówków itp. Byłam za te dzieci odpowiedzialna. Organizowałam im zajęcia, ciche zabawy, ale i uczyłam je. W obozie dokuczał nam głód, bicie, nocne "apele" na dziedzińcu - również w czasie mrozów, nocne rewizje, podczas których szukano powodów do maltretowania ludzi. Na przykład bardzo karano za brak litery "P" przy ubraniu, a często odrywali ją sami gestapowcy.
     To jednak i tak był cud, że trafiliśmy do tego obozu. Jak się bowiem później okazało "groźnym" kierownikiem obozu był Polak Jerzy Karwowski - na użytek Niemców volksdeutsch, nękający i bijący więźniów pejczem i nie tylko. Ale to on, faktycznie żołnierz AK, o czym oczywiście nie wiedzieliśmy i nie wiedzieliśmy też, że ta organizacja ma swoje zadania na terenie obozu, wielu więźniom uratował życie. Na przykład przed każdą nocną rewizją biegał po barakach i krzyczał, że o zmroku nikomu nie wolno wyjść poza swoją "sztubę" (salę). To on zorganizował "przedszkole" dla dzieci - żeby jakoś przeżyły. To dzięki niemu była ta szklanka mleka. To dzięki niemu szwab - kierownik mojej mamy w fabryce nie "zlikwidował" jej, jak zamierzał, gdy padała z braku sił. To dzięki niemu przeżył mój brat, bo, gdy bardzo ciężko zachorował na zapalenie płuc - osobiście przewiózł go do szpitala we Wrocławiu i oddał pod opiekę lekarza Rosjanina. Tam wprawdzie mój brat przestał mówić. Wtedy właśnie intensywnie bombardowany był już Wrocław i dorośli chorzy schodzili do schronu, a ciężko chore przerażone dziecko zostawało samo na łóżku. Ale mój brat przeżył i żyje do dziś i nieważne, że czasem się "zacina" - ale mówi. I w końcu ten człowiek, który na oczach gestapo bił i prześladował więźniów ostatecznie uratował nam życie.
     Gdy bowiem zbliżał się front ze wschodu i Niemcy zaczęli się wycofywać, postanowili obóz zlikwidować. Pewnego dnia o godzinie 12.00 w południe kazano na wycie syreny fabrycznej stawić się na dziedzińcu obozu wszystkim Rosjanom i Ukraińcom. Wywieziono ich ciężarówkami i jak się okazało kilka kilometrów dalej pod sławnym "Hundstfeld" (Psie Pole) wszystkich rozstrzelano. To samo zrobiono z Czechami z pobliskiego wcześniej opisanego obozu w Burgweide. Kolejnego dnia o godzinie 12.00 na sygnał syreny fabrycznej na dziedzińcu mieli się stawić wszyscy Polacy wraz z dziećmi. Dużo więźniów było z okolic Wielunia. Nasz kierownik komunikując nam rano o konieczności stawienia się na sygnał syreny aż trzy razy z naciskiem powtórzy: "ale przecież macie głowy na karku". Na szczęście obecni przy tym Niemcy nie zrozumieli o co chodzi. Powtarzał jeszcze: "fabryka jest zaminowana - ale...". Ale nie mieliśmy wyboru. Syrena przeraźliwie zawyła. Wybiegliśmy wszyscy z baraków, ale zamiast na plac zbiórki - do fabryki, do tylnych bram i przejść na przełaj, byle szybko, przez ogromne wysokie hałdy nie do końca zastygłej, szlaki i wysypiska odpadów z fabryki. Na terenie fabryki zostaliśmy skierowani do betonowych podziemnych bunkrów. W naszym było około 20 osób. Było tak ciasno, że kiedy jedni musieli usiąść lub się przespać, inni musieli stać. Na umówiony znak do drzwi bunkra nieznane ręce podawały nam skromne żołnierskie posiłki. Trwało to około tygodnia.
     Wreszcie gestapowcy znaleźli nas i odeszli, ale w ciągu godziny mieliśmy wszyscy wyjść, bo jeśli nie wyjdziemy, rozbiją bunkry granatami, a fabrykę i tak wysadzą w powietrze. Zrozumieliśmy grozę sytuacji. Czy jednak odważą się na wysadzenie fabryki? W pobliżu jest przecież Psie Pole, a tam ogromna fabryka i magazyny amunicji - wyleci wszystko. Jednak wyszliśmy z bunkrów przed upływem godziny. Zniknęliśmy. Niemcy zgłupieli. Krzyczeli, grozili, ale widocznie bali się wejść w głąb fabryki. A nas przewodnicy AK umieścili w piecach fabrycznych, suszarniach ligniny, pod fundamentami maszyn itp. Z mamą, bratem i trzema osobami siedziałam w takim piecu 8 dni. Cały czas było słychać walki frontowe, detonacje bomb i pocisków artyleryjskich - w dzień, bo w nocy wszystko cichło, a my modliliśmy się o ten huk, którego brak oznaczał, że wojska rosyjskie znów się cofnęły i nasza gehenna się przedłuży. Tymczasem front rosyjski taktycznie zbliżał się do Oleśnicy i do nas i znów cofał się i tak przez blisko dwa tygodnie. Trochę pożywienia dostarczały nam wciąż te same ręce. Nie myliśmy się. Wreszcie dziwna cisza i rozkaz po polsku i po rosyjsku: "wychodzić". Upragnione wyzwolenie, żyjemy. Na dziedzińcu jeszcze wewnątrz fabryki, kilku zarośniętych, zmęczonych żołnierzy rosyjskich - popatrzyli na nas i nagle... wszyscy uciekli! Jak się okazało przestraszyli się nas. Przestraszyli się siwych dzieci. No, bo siwi dorośli, ale dzieci? A nam przecież przez cały ten czas i w bunkrach i w piecach i pod maszynami za legowiska i przykrycia służyły zdobyte w fabryce papierowe maty, obrusy, zwoje ligniny itp. Więc wszyscy byliśmy siwi od białego pyłu. Do tego brudne, czarne twarze. Wojsko nie wiedziało, że w fabryce są więźniowie z obozu.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten