Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Napiórkowskiej-Jarzębowskiej


foto

     Szybko wycofano nas na tyły frontu do Oleśnicy. Szliśmy pieszo, bardzo szybko. Mijaliśmy płonące domy, spalone czołgi, całe pola zabitych, pod obstrzałem frontu, który pod wieczór jeszcze raz się cofnął z terenów Sacrau, ale my już byliśmy poza zasięgiem Niemców. Tymczasem brudni i wyczerpani powoli byliśmy transportowani w "swoje" strony. My znów wagonem towarowym do Krakowa, do wcześniej odnalezionej przez PCK (właściwie to babcia nas odnalazła) ukochanej babci. Przyjechaliśmy do klasztoru sióstr zakonnych przy ul. Koletek, który przyjął bardzo wielu wygnańców z powstańczej Warszawy, a nasza babcia też warszawianka gotowała dla nich posiłki. Do Krakowa jechaliśmy 5 dni. Była radość z przeżycia. Natychmiastowe spalenie naszych obozowo-podróżnych ubrań, kąpiel i bezpieczny już sen.
     Powrót do Warszawy, do rozbitego, okradzionego mieszkania na Grochowie nastąpił w drugi dzień Świąt Wielkanocnych 1945 roku, dosłownie na wierzchu węglarki pociągu towarowego - osłonięci tylko jakąś plandeką. Na szczęście pociąg jechał bardzo wolno, a innej możliwości transportu nie było. Dotarliśmy do Warszawy Zachodniej - wokół były tylko gruzy.
     Szliśmy przez gruzy Warszawy lewobrzeżnej. Niestety nie zapamiętałam, w jaki sposób dostaliśmy się na stronę praską. Na pewno większość drogi powrotnej z umownie zwanego Dworca Zachodniego, bo to była jedna ruina, przebyliśmy pieszo. Wróciliśmy do mieszkania, bo przed tym wróciliśmy z Krakowa. Do sąsiadów daliśmy znać pisemnie, list dotarł, że żyjemy, więc sąsiedzi zaczęli pilnować mieszkania, które i tak zostało już rozszabrowane. Do mieszkania wróciliśmy serdecznie witani przez resztkę sąsiadów, mieszkało ich w tym domu dziesięciu, tylko trzy rodziny przeżyły. Z resztą nie wiadomo co się stało. Nasze mieszkanie nie miało żadnej ściany działowej, miało w połowie, w dużym pokoju, rozbity sufit. Wszystko, co się dało, z mieszkania zostało rozszabrowane, meble zniszczone. Jak nas informowali sąsiedzi, po wkroczeniu na Pragę, mieszkało tam wojsko rosyjskie. Tapczan rozłożony był na pół, w części pojemnikowej była słoma. Nie mieliśmy na czym spać. Oczywiście, trzeba było najpierw trochę uprzątnąć, sąsiedzi nam trochę pomagali. W krótkim czasie, babci udało się z jakichś tam kawałków odzieży i z jakichś materiałów podarowanych przez sąsiadów, uszyć prowizoryczne poduszki wypchane sianem. Przykrywaliśmy się przez dłuższy czas własnymi jesionkami. Później cośkolwiek darowali nam sąsiedzi, resztę staraliśmy się w jakiś sposób zdobyć pracą. Wróciliśmy bez ojca, z którym nie wiedzieliśmy co się stało, czy w ogóle żyje, czy też nie. Od początku, zgłosiliśmy się do Polskiego Czerwonego Krzyża, ale raczej w celu poszukiwania ojca niż prosząc o pomoc. Ponieważ nasz babcia potrafiła pięknie szyć, chociaż była samoukiem, natychmiast zaczęła, jak to się mówi "obszywać" wszystkich możliwych sąsiadów. Wśród tych sąsiadów znalazła się również pani Eugenia Szaniawska, piosenkarka, której ktoś powiedział, ze jej sceniczne suknie, które przychodzą z zagranicy w paczkach, może przerobić nasz babcia. Okazało się, że babcia miała od niej tyle pracy, że w jakimś tam okresie, szyjąc dniami i nocami, dla nas poszyła ubrania i mieliśmy za co żyć. Ja wróciłam bardzo osłabiona, ale w miarę zdrowa. Moje schorzenia rozpoczęły się w kilka miesięcy później.
     Moja mama natomiast wróciła bardzo spuchnięta i z ciężką gruźlicą. Brat prawie nie mówił, brat ode mnie pięć lat młodszy, Bogusław Napiórkowski. Zaniemówił w czasie ciężkich nalotów, które bombardowały Wrocław. Trzeba było leczyć brata i za te pieniądze, które babcia zarabiała, żyliśmy nadzwyczaj skromnie. Nie wiem skąd, zaczęły napływać do nas, raz na miesiąc, raz na dwa miesiące, niewielkie paczki z Portugalii. Okazało się, że to podał Czerwony Krzyż. To nas bardzo ratowało. Prawie nic z tych paczek nie zostawialiśmy dla siebie, bowiem nie stać nas było na jedzenie czekolady, czy noszenie przysłowiowych nylonów, które przychodziły w paczce, czy sardynek. Wszystko to sprzedawaliśmy do takich punktów, podobnych do pewexów, żeby ratować nam wszystkim zdrowie i żeby te pieniądze były na codzienne, zwykłe, skromne wyżywienie. Dlaczego, miedzy innymi, wróciliśmy z takim zdrowiem?
     Otóż w obozie w Zakrau (obecny Zakrzów), w którym byłam z mama i bratem, wszystkie kobiety poddawane były, trudno to nazwać doświadczeniom, ale chyba tak. Początkowo dostawaliśmy zastrzyki, które rzekomo miały nas wzmacniać. Jak się później okazało, dostawaliśmy z kuchni specjalne jedzenie, inne niż mężczyźni. Do tego jedzenia, jak się okazało, dosypywano jakiś proszek. Wszystkie dojrzałe kobiety, młode dziewczęta i kobiety w wieku starszym, bo jeśli chodzi o wspomniane wcześniej więźniarki z okolic Wielunia, to zarówno mężczyźni jak i kobiety, to była młodzież w wieku od 20 do 30 lat, nie było tam nastoletnich. W tym było kilka rodzin z dziećmi. Kobiety dojrzałe, mówiąc ściśle, rozwinięte, po prostu bardzo puchły, czym później chwalili się Niemcy z obozu, że nam w obozie jest tak dobrze. Kobiety padały, nie każdy organizm to wytrzymał. Wożono nas bardzo często do Burgweide, to był obóz selekcyjny, koncentracyjny z komorami gazowymi. Tam wszystkie słabsze kobiety już odpadały. Nam udało się przeżyć.
     Natomiast młode dziewczęta, podobnie jak ja, trochę starsze ode mnie i młodsze, miały zahamowany rozwój na takim poziomie, na jakim przybyły do obozu. Dalszy rozwój, mimo upływu czasu, nie następował. W tej sytuacji, ja musiałam po powrocie leczyć się dosyć długo, żeby przywrócić sobie normalne hormonalne warunki rozwojowe, ale już nie urosłam. Brata trzeba było leczyć, żeby zaczął mówić, do dzisiejszego dnia się zacina od czasu do czasu, zwłaszcza jak się zdenerwuje. Przeżył, mówi, ma rodzinę, niebawem kończy 70 lat. Bardzo ciężko chorował i do dzisiejszego dnia choruje na chroniczne zapalenie jelita grubego, niemal całe życie jest na ścisłej diecie. To też są pozostałości prawdopodobnie stamtąd.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten