Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eulalii Matusiak-Rudak


foto
Wywiad z Eulalią Matusiak-Rudak
ur. 14.02.1932 r.
Muzeum Historyczne m. st. Warszawy, 27.06.2007 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Proszę powiedzieć gdzie pani mieszkała w okresie okupacji?
    
W okresie okupacji mieszkałam na ulicy Chłodnej. Potem, przez pewien czas, na ulicy Gęsiej ze względu na sprawy rodzinne. Sprawy mojego ojca były tutaj dominujące, ponieważ ojciec przed wojną był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Był przed samą wojną na placówce w Niemczech, wrócił na urlop i wojna się rozpoczęła. Ewakuowali ojca razem z innymi urzędnikami, mógł wziąć ze sobą rodzinę. Myślę, że ewakuowali z dokumentacją.
     Jechaliśmy gdzieś na wschód, było jakieś bombardowanie w Ostrołęce. Jak nadlatywały samoloty to ludzie wysiadali z pociągu i biegli do lasu, żeby się schować. Uprzedzano, żeby nie nosić nic czerwonego, żeby nie było nic takiego. Jak wracaliśmy już po nalocie, to ktoś w tym pociągu zawsze nawoływał i to kilkakrotnie: "Ala, Ala, Ala!" i to się roznosiło jak "alarm!" i ludzie znów uciekali, robił się popłoch, robiło się takie zamieszanie. Nie mogli znaleźć tego kogoś, czy to była celowa robota, czy to była głupota czyjaś to nie wiem, ale w każdym razie, ten głos się rozlegał prawie przy każdym bombardowaniu. Mieliśmy takie dość duże bombardowanie przy stacji, nawet schron, do którego mieliśmy pójść został zbombardowany, ale ponieważ myśmy się tam nie mogli zmieścić, poszliśmy w inne miejsce. Jeszcze tutaj nadmienię, że nie pojechała z nami nasza mama, bo się spóźniła, ponieważ poszła się żegnać ze swoimi rodzicami i pojechała z nami siostra ojca. Ona się zresztą nami już wcześniej opiekowała, jak ojciec był na placówce.
     Dotarliśmy do Białowieży, no i tam taka sytuacja: tu bombardowanie, tu jakieś zniszczenia, a tu piękny pałac w Białowieży, piękny park, sarenki do rąk przychodzą, a więc radość duża. To było gdzieś siódmego, może ósmego września.
     Na początku roku szkolnego to ja nawet zaczęłam chodzić do szkoły [w Warszawie] i uczono nas jak się mamy zachowywać, zakładać maseczki, schodzić do schronu, takie były nasze pierwsze lekcje.
Czyli jeszcze w tych pierwszych dniach września była szkoła?
    
Tak, ja chodziłam już do drugiej klasy, bo wcześniej poszłam do szkoły, więc już drugą klasę miałam. W pierwszych dniach września była szkoła. To wszystko nas, dzieciaki chyba nawet trochę bawiło. Dostawaliśmy maseczki, jakieś opatrunki, coś mieliśmy z tym robić. Ale potem, jak było jedno bombardowanie, drugie, te rzeczy, które na ulicach się widziało, koleżanka, która nie przyszła na drugi dzień, tam znowu kolega nie przyszedł. Już zaczęliśmy rozumieć, co to jest wojna.
     No i w tym właśnie czasie nastąpiła ewakuacja, chyba Ministerstwa Spraw Zagranicznych i po tych dość długich podróżach znaleźliśmy się w Białowieży. Tuż przed 17 września, po jednej nocy, ojciec nas wyrwał wcześnie rano ze snu i mówi: "Musimy stad wyjeżdżać". Słyszałam jak mówił do ciotki: "Dostałem odprawę, trzymiesięczną i każdy ma robić co chce, niech się każdy stara jak chce". Myśmy się znaleźli w wiosce Waszkowce, tam byliśmy kilka dni, nawet bardzo to dla nas było malownicze, bo to taka typowa wieś, ja nie znałam wsi, jako, że w Warszawie stale byłam. Suszenie konopi, te dzbanki na płotach i te jakieś placki z marchwi, w piecu się to wszystko gotowało, piekło, więc to bardzo mnie interesowało. Ale znowu ojciec któregoś dnia poszedł do jakiegoś miasteczka, wrócił i mówi: "Musimy się zabierać, musimy uciekać." Wtedy sytuacja wydała nam się groźna, ojciec był bardzo zmartwiony, bardzo smutny, bo już było po 17 września. Od tego czasu musieliśmy uciekać. Stale do pociągu, z pociągu. Jechaliśmy w jedną stronę wzdłuż tych naszych ziem, ja stale siedziałam przy okienku i patrzyłam jakie tam miasteczka mijamy, jakie miasta, co raz to samo, za chwilę znów to samo, gdzieś ten pociąg tak kluczył. Potem musieliśmy wysiadać, pod wagonami przechodziliśmy, gdzieś się jakieś cegiełki postawiło i coś się gotowało, gorące jedzenie trzeba było zabierać do wagonu.
Czyli najpierw była ucieczka przed Niemcami, a potem przed Rosjanami?
    
Nie wiedzieliśmy co z tym robić, wreszcie Rosjanie nas gdzieś zatrzymali, to miasteczko nosiło nazwę na U, nie pamiętam, nie umiem sobie tego przypomnieć, bardzo krótka nazwa. Tam u jakiegoś chłopa nas zainstalowano, byliśmy tam przez kilka dni, nie wyglądało to zręcznie, zwłaszcza, że żona chłopa nie bardzo tego chciała.
     Na stacji tego miasteczka, jak tam później poszliśmy, to leżały trzy czy cztery niewypały bomb, ogrodzone jakimś sznurkiem i nie wolno było do tego podchodzić, ale ludzie stali przy samym sznurku, więc gdyby te bomby wybuchły to i tak ci ludzie by zginęli... te bomby z pół metra miały.
Jak udało się wrócić do Warszawy?
    
Zabrano nas stamtąd. Pozwolono nam wyjechać do Brześcia. W Brześciu, w twierdzy dano nam jedno pomieszczenie, było chyba z 80 osób, 40 osób dorosłych i dzieciaków trochę, bo rodziny były z dziećmi. Dali nam słomę, była jedna kuchnia i tak egzystowaliśmy chyba do końca listopada. Już było bardzo zimno, jak zaczęli się dorośli starać o to, żeby się jakoś przenieść do Warszawy. W Brześciu były trudne warunki, nocą trzeba było stać w kolejce po chleb. Bardzo trudno było go zdobyć. Pamiętam, że kiedyś też do tej kolejki poszłam, trzeba było stać na zmianę, bo to się dobę stało prawie po ten chleb i mnie wypadło nad samym ranem, poszłam brata zmieniłam. Otworzyli wcześniej i ja dostałam czterokilogramowy bochenek chleba, on był jeszcze gorący, niosłam go z trudem, nie mogłam go udźwignąć, bo ja miałam wtedy siedem lat. Byłam szczęśliwa, że wreszcie chleba trochę przyniosłam.
     No i jakoś tam żyliśmy, wyprzedając się ze wszystkiego co było, co się wiozło ze sobą, żeby zdobyć te pieniądze na jakieś przeniesienie się. No i mężczyźni wynaleźli jakiegoś przewoźnika, zapłacili mu duże pieniądze, przenieśliśmy się do jakiejś wioski blisko Bugu. Tam były patrole rosyjskie, przeważnie na koniach. Myśmy się chowali. Pamiętam raz się schowałam za kanapą, gdzieś się tam skryłam, żeby nas nie widzieli.
     Wczesnym rankiem, już śnieg był duży, wyszliśmy z tego domu, z tej chałupy i gęsiego, wzdłuż Bugu szliśmy do tej umówionej łodzi. Mówiono nam, że mamy być cicho, a tu w pewnym momencie jeden chłopiec krzyczy: "Ludzie! Zaczekajta, bo moja matka mdleje!" No krzyk, to jest puste pole, tu śnieg, tu gdzieś troszkę krzaków i ta woda, wszyscy struchleli. Mówimy mu: "Cicho bądź, cicho bądź." Za jakiś czas on znowu z takim krzykiem, inni prędko go uciszyli. W tym śniegu, doszliśmy do brzegu Bugu.
     Później jak myśmy przepływali to też były perypetie, bo zaczęły się strzały i z jednej i z drugiej strony nad nami. Wtedy zobaczyłam, że to są żołnierze na koniach w takich czapkach ze szpicami. To były rosyjskie ubrania, ja na tym się nie znam, ale pamiętam, że takie szpice były. Dla mnie to wszystko było wtedy takie może wyolbrzymione nawet, bo i te konie mi się wydawały duże, że one już na nas idą. A jeszcze zdarzyła się taka sytuacja, że nie wszyscy się zmieściliśmy na tę jedną łódź i ta łódź została zniesiona, nie wyobrażałam sobie, że taki wartki prąd jest na Bugu. Rzeka była jeszcze na brzegach troszeczkę przymrożona. Zanim oni odpłynęli, a tu zaczynają kule świstać, co robić? Gdzie się chować?
     Wtedy zza krzaków wychylił się jakiś inny nadbużanin i zaproponował nam, że on ma łódź i nas przewiezie, ale oczywiście za oddzielną opłatą. Na tamtej łodzi znalazła się moja ciotka i mój brat, a tutaj ja byłam z ojcem i z naszymi bagażami, było jeszcze parę osób, między innymi ten chłopiec, który tak krzyczał. Wypłynęliśmy na środek rzeki, zaczęło nas obracać. Przewoźnik mówi: "Ja już nie mam siły, nie wiem co robić, niech wszyscy się ratują jak mogą." No, ale jakoś tam i pan Wysocki i pan Jadczak i mój ojciec pomogli zażegnać niebezpieczeństwo. Tamci bardzo daleko wylądowali i stamtąd mój brat pierwszy leciał, żeby nam tu pomagać. Tamta łódź podpłynęła pod płaski brzeg, a myśmy podpłynęli pod bardzo wysoki, oblodzony.
     Brat mój podszedł, położył się na śniegu. Tadzio Wysocki, młody też chłopak, wdarł się pierwszy i tak obaj nas wyciągali z tej łodzi. Później te rzeczy też wyciągali, ale już nawet beretem Tadzia wylewaliśmy wodę z łodzi, bo już się tyle tej wody nabrało. Beret marzł dosłownie, ale był dobry do wylewania, bo jak garnek prawie służył.
     Wreszcie dostaliśmy się do jakiejś wioski, gdzieś blisko. Te chałupy były przygotowane na to, że nas tam przyjmą. Przyjęli nas taką bardzo dobrą kawą mleczną, nie naturalną, tylko zbożową, ale mleczną. Po tych przeżyciach ta kawa była zbawieniem. Położyliśmy się spać. Na noc gospodarze dali nam kożuchy, bardzo dobrze nas przyjęli. Nota bene w tych kożuchach były wszy, ale to już inna sprawa. Zaraz na drugi dzień przyszli Niemcy, dopytywać się kim my jesteśmy. Oczywiście mojego ojca wytknęli, bo ojciec znał niemiecki. Jak byliśmy po tamtej stronie to wytykali, bo znał rosyjski, tutaj to niemiecki, no i ojciec musiał się tłumaczyć, że chcemy wracać do Warszawy. No i Niemcy nam powiedzieli, że możemy.
     W każdym razie dostaliśmy się do pociągu do Warszawy. Mieszkanie zastaliśmy w całości, nie wszystko było zrujnowane. Potem musieliśmy się przenosić kilkakrotnie, bo jak tylko przyjechaliśmy dozorca powiedział: "Panie Matusiak, tu już po pana gestapo przychodziło." No bo, jak ojciec był pracownikiem MSZ, był na placówce, to mieli o nim dane. Musieliśmy zmieniać mieszkanie. Później już osiedliśmy przy ul. Kaczej.
     Mama ze względu na przynależność konspiracyjną mieszkała gdzie indziej, czasem spotykaliśmy się razem. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że mama jest aresztowana. Nawet ojciec i dziadek jakiegoś agenta wzięli, żeby się czegoś dowiedział. Agent powiedział: "Nie dowiadujcie się, ona była na Szucha, jest zmaltretowana." On się nawet tak wyraził: " Z jej celi krew wypływa." No i ja się dowiedziałam dopiero po dłuższym czasie, że moja mama została zamordowana.  Nie mogłam tego jakoś pojąć, bo wydawało mi się, że ta rodzina się scali, że wszyscy będziemy razem, zawsze nam tego brakowało.
     Jak ja się o tym dowiedziałam, nie umiałam jakoś o tym nikomu powiedzieć, a dowiedziałam się późno, bo widocznie śmierć mamy ukrywano  przede mną i ja na ulicy Płockiej, koło mojej szkoły, na spotkanego Niemca rzuciłam się z pretensjami, coś tam zaczęłam wykrzykiwać, jego pies mnie pogryzł (do dzisiaj mam znaki). I wtedy ktoś mnie wciągnął do jakiegoś podwórka, wypytał mnie pewnie gdzie ja chodzę do szkoły, co i jak. Kiedy wyleczyłam te skaleczenia i poszłam do szkoły po kilku dniach, to mnie siostra Eugenia Dębska, kierowniczka szkoły (szkoła była przy ul. Górczewskiej 9) powiedziała mi: "Słuchaj czy ty chcesz..." Ona już wiedziała o tej naszej sytuacji, wiedziała o tym, że mój brat jest w organizacji, nie wiem skąd, teraz to już wiem skąd, dlatego, że jego uczyła siostra Kazimiera, pani Kazimiera Baj, a w zakonie była siostra Maria Baj, więc to były takie powiązania rodzinne.
     Siostra Eugenia Dębska powiedziała mi: "Słuchaj, jak chcesz sprzeciwiać się wrogowi, to nie możesz w pojedynkę, to trzeba razem, to trzeba słuchać kogoś." Dała trochę reprymendę za to co zrobiłam, może pogłaskała, ja się w każdym razie zgodziłam, przeszłam szkolenie z łączności u pani Zofii Baj. Zaczęłam nosić prasę konspiracyjna. Moim zadaniem też było pilnowanie, bo w szkole przy Górczewskiej, poza szkołą podstawową, powszechną, jak się wtedy mówiło, była szkoła krawiecka, ale dziewczęta nie uczyły się krawiectwa, może trochę tak, jakoś musiały, ale miały tam szkolenia innego rodzaju. Ważniejsze szkolenia nie odbywały się w klasie, tylko w kaplicy.
Czyli szkoła krawiecka był taką przykrywką?
    
Była chyba przykrywką, te dziewczyny uczył też ksiądz Alfons Kasior, który dawał mi prasę konspiracyjną. Myślę, że te dziewczyny ją tam dostarczały, nie wiem jak to było, ja w to nie byłam włączona, bo ja dostawałam tę prasę w zakrystii. Kiedy czekałam na nią, to udawałam, że ceruję ornaty, trzeba było udawać, że coś tam się robi. Ja faktycznie cerowałam, bo miałam zdolność łatwego cerowania. Cerowałam też firanki z kaplicy, kiedy musiałam pilnować, żeby nikt do tej kaplicy nie wszedł. Nieraz udawałam, że myję drzwi, albo myłam fisharmonię (tam na korytarzu była fisharmonia vis a vis drzwi tej kaplicy) Żaden instrument nie był chyba tak wyczyszczony jak ta fisharmonia.
     Jednocześnie było nam bardzo ciężko finansowo, bo ojciec nie mógł zarabiać, gdzieś tam się postarał o trochę żyta czy fasoli, to przyniósł. Myśmy to żyto czy jęczmień przebierać musieli, bo było zanieczyszczone i potem to trzeba było gdzieś przemielić, na ręcznym młynku i z tego robiło się placki, bądź kluski. Oprócz tego myśmy z bratem z takiej fabryczki braliśmy pasma nici i na takie małe pasemka je zwijaliśmy, rozdzielaliśmy, zwijaliśmy w pasemka i oklejaliśmy banderolą. Spinki do włosów dostawaliśmy i na takie papierki, między te dziurki trzeba było je wkładać. Robiliśmy skuwki na sznurowadła, takie metalowe kółeczka, najpierw ręcznie, a później taką maszynkę nam zainstalowali, to już było łatwiej. I tak, przy karbidówce, bo nie było przecież światła, dopiero wieczorem, jak godzina policyjna była to wtedy światło było.
     Pewnego dnia, ja byłam sama w domu i przyszła jakaś dziewczyna i przyniosła mi kartkę dla brata i na tej kartce było: "Panie Zenku, lokal pana zagrożony." Ja już wiedziałam co to znaczy. Wszystkie skarby mojego brata, skarby harcerskie, łącznie ze sznurem, gwizdkiem, akcesoriami różnymi, wszystko to popakowałam w takie nieduże paczki i wyniosłam na podwórko pod śmietnik. Nie pod śmietnik, żeby położyć, tylko wtedy śmietnik, to była wielka drewniana skrzynia na wysokich nogach i ja pod ten śmietnik schowałam to i czekałam na brata, wiedziałam, że ma przyjść, żeby mu tę kartkę dać. Brat przyszedł, spotkałam go na ulicy, dałam mu tę kartkę i on wrócił, on wtedy już w domu nie mógł nocować. Z rzadka przychodził do domu i właśnie chyba wtedy zmienił nazwisko na inne. Ja tego nie wiem, bo on mi tego nie mówił. Przynosił jeszcze czasami jakieś rzeczy, które ja miałam zanieść, takie paczuszki, nieduże, w poszarzałym papierze, ja to miałam zanieść na ul. Spokojną albo do szkoły Konarskiego. Takie miałam zadanie.
     Kiedyś, jak z getta wywozili ludzi (jak jeszcze było getto), to szlaban zamykano, bo tramwaje jeździły ul. Okopową. Otwierano bramę na ul. Gęsią i na Kirkut. Myśmy przy tym szlabanie stali i widzieliśmy jak wywozili Żydów. Między innymi jednego chłopca, z którym wcześniej bawiliśmy się na podwórku (on przekradł się kiedyś z getta i został nakarmiony przez naszą znajomą. Dała mu też jedzenie na drogę, on to wszystko na raz zjadł, pewnie mu to zaszkodziło), ja tych oczu nie zapomnę nigdy.
     Jakoś trzeba było żyć. Handlowaliśmy na Kercelaku i z tego były pieniądze. Potem zaczęłam cerować jakieś ubrania. Ojciec zaczął trochę częściej przychodzić do domu, zarobił coś, jakimś pokątnym handlem się chyba zajmował. Jakieś ubrania przynosił, te ubrania miały plamy i miały dziury nieoczekiwane, myślę, teraz sobie zdaje z tego sprawę, że to były dziury po przestrzeleniu. Te plamy, to trzeba było usunąć albo wycinać w ogóle. Ja miałam za zadanie cerować, więc wyciągałam ze szwów te same nitki i  cerowałam, a później się to w miednicy lekarskiej prało i ojciec to sprzedawał. To jest to, co ja sobie przypominam, takie rzeczy.
W każdym razie musiała pani pracować, żeby pomóc ojcu, żeby rodzina mogła przetrwać.
    
Żeby siebie ratować. Wie pan, takie były historie, jak zebraliśmy się na przykład razem wszyscy rano i było śniadanie. Siedzimy wszyscy przy stole, jemy śniadanie, każdy głodny, tego chleba było mało i zostawała piętka: " no to ty zjedz tę piętkę", "nie, to ty zjedz", "nie, ja nie, to ty" i wreszcie ta piętka zostawała, bo nikt... każdy by ją zjadł, ale wie pan, w rodzinie to jest tak, niech zje ten, który jest bardziej głodny, a tu... no nie wiem jak to wytłumaczyć...
Każdy chciał zachować ten ostatni kawałek dla drugiej osoby.
    
Tak, dla kogoś innego. No i tak dotrwaliśmy do Powstania.
W momencie wybuchu Powstania, mieszkała pani cały czas przy ulicy Kaczej. Jak pani zapamiętała pierwsze dni sierpniowe?
    
Przedtem się już coś mówiło o tym, już słychać było. To były wakacje, dzieci powyjeżdżały na kolonie, kto mógł  to wysłał dzieci na wieś. Ja zostałam niestety, bądź stety w domu i usłyszałam wybuch. Byłam sama wtedy w domu. Za chwilę weszła moja ciotka, ta ciocia Jadzia, która z nami była. Jak usłyszałam ten wybuch podeszłam do okna i patrzę, a z rogu, z ul. Okopowej skręcają w Kaczą dwaj mężczyźni wlokący jakiegoś człowieka. Ja patrzę, a to jest mój ojciec. Oni go dosłownie wlekli i przywlekli go do naszej piwnicy, ale zanim przywlekli to... jeszcze widziałam, jak Okopową jechały samochody ciężarowe, tak jeden za drugim. Jeden z tych samochodów skręcił w Kaczą i zatrzymał się przed naszą bramą. Wtedy usłyszałam, że na schodach krzyczy nasz dozorca, chociaż mieszkał na innej klatce, ale wszedł na naszą: "Schodzić do piwnicy, schodzić!" Widocznie był wtajemniczony. Myśmy wybiegły z ciotką do piwnicy, na dół.
     Zanim Niemcy stanęli przy bramie, to zdążyli mojego ojca wprowadzić do piwnicy, już nie do mieszkania, ale bezpośrednio do piwnicy. Ojciec podobno był kontuzjowany, ja się nigdy nie mogłam tego dowiedzieć, bo stracił władzę w nogach i prawie nie słyszał i cały czas coś pokazywał na głowę, ale rozmawiał, mówił coś do nas. Po jakimś czasie zaczął coś słyszeć, tylko mówił, że go bardzo głowa boli, ja pytałam: "Tatusiu, co się stało?" - "Nie wiem" i do końca nie wiedział, co się stało. W każdym razie pomału odzyskiwał władzę w nogach, widocznie to była jakaś kontuzja, przy jakimś wybuchu był blisko.
Czyli był częściowo sparaliżowany i ogłuszony?
    
Tak, coś takiego było. Myśmy się zainstalowali w tej piwnicy jakoś. Wtedy zaczęły się jakieś wybuchy, takie walenie w ściany, bardzo mocne. Wtedy to były takie zwyczajne bramy we wgłębieniu z pachołkami takimi, także Niemcy nie mogli tego sforsować samochodem, tylko wyskoczyli z samochodu, tak opowiadał dozorca. Ale zanim oni wyskoczyli, to on zdążył tę bramę zamknąć. Pan Chełmiński, bardzo zacny człowiek, bardzo dużo zrobił dla ludzi w tym domu, bo to naprawdę mogło być tragicznie, bo to wchodziło się do bramy i były dwie oficyny, potem znowu do podwórka, znowu dwie oficyny i tak dalej. Niemcy sforsowali tę bramę granatem, czy granatami, tego nie wiem, w każdym razie weszli. Weszli na naszą klatkę schodową, na parter, do piwnicy się już bali wejść, bo wiedzieli, że tam są ludzie i bali się wejść na piętra, bo nie wiedzieli co tam jest.
     A tam właśnie, na drugim piętrze z innego budynku, powstańcy się przebijali i wreszcie się przebili. Ci ludzie z drugiego piętra nie zdążyli zejść, my z pierwszego piętra zdążyliśmy zejść do piwnicy, jak pan Chełmiński krzyczał. Na parterze, z jednego mieszkania nie wyszła rodzina i też zaczęli przebijać dziury. Myślę, że to była umówiona już sprawa. To takie dwie młode dziewczyny były i ich bracia, nazywali się chyba państwo Łapidonowie, może mylę nazwiska, ale to była Marysia i jeszcze...  dwóch chłopców chyba i oni się przebijali, a Niemcy byli na parterze. Marysia była pod nadzorem tych Niemców, chciała ostrzec powstańców, którzy się przebijali, żeby oni nie wchodzili do tego mieszkania, a oni te dziury robili. No, ale oni się wdarli i tych Niemców przepędzili.
     W każdym razie, tak się stało, że myśmy drugiego czy trzeciego dnia Powstania w naszym domu, na podwórku, mieli wolność absolutną. Byliśmy sami, to studzienne podwórko, to było nasze podwórko, myśmy już tam mieli wolność. I tu była wolna Polska. Już w piwnicy była wolna Polska, bo wie pan, już drugiego dnia przyszedł mój brat, w hełmie, z biało-czerwoną opaską na rękawie, miał broń przy sobie, przyniósł jakieś gazetki. Tam były nadzwyczajne wiadomości z frontu jak gdyby, bo on gdzieś na Woli walczył.
     Brat miał 17 lat, to był bohaterski chłopak, bardzo był ładny, to był bardzo dzielny chłopak. I to była ta radość, ludzie go obstąpili, te gazetki, te wiadomości. To było... to już w tej piwnicy, my już mogliśmy coś robić. Później mnie wysłano, bo tam przebito dziurę, bo jakiś meldunek trzeba było wysłać, a ta dziura była za mała. Na ulicę, przecież nie można było wychodzić, bo wie pan, to się na kiju czapkę wystawiało... Ale ponieważ ta dziura była za wąska, ja byłam mała, to się przemknęłam i gdzieś tam jakąś karteczkę zaniosłam i wróciłam z powrotem.
     Kiedy już tę wolność mieliśmy, to braliśmy bandaże, robiliśmy szarpie z prześcieradeł, każdy dawał prześcieradła, wysupływało się to i takie pączuszki się robiło, tampony takie, zawiązywało się i takie tampony się robiło, no i bandaże się prało. Ja miałam taką zdolność, że ładnie te bandaże zwijałam, wilgotne troszeczkę. Gdzie one szły to ja nie wiem, ale w każdym razie już była wolność w naszym domu.
     Później dali nam znać, że z naszego domu gołębiarz strzela. Widocznie jakiś Niemiec się tam usadowił, ale to już nie moja sprawa, to już raczej mężczyźni w tym wzięli udział.
No tak, ale na Woli jak wiadomo ta euforia bardzo szybko się skończyła.
    
Bardzo szybko się skończyła, proszę pana. Jeszcze brat przyszedł raz, a później przyszedł 9 sierpnia, już bez tej euforii. Już był smutny, wiedział, że się mają przebijać gdzieś na Starówkę. Powiedział do ojca, bo wie pan, jeszcze taki moment był, w piwnicy kiedy siedzieliśmy, kiedy ojciec jeszcze tak nie bardzo słyszał, ale ja do niego mówię: "Tatusiu, czy to Powstanie?", a tatuś: "Tak dziecko, Powstanie", wcale nie euforycznie, a ja mówię: "ojej, jakie to szczęście, to Zenek walczy!", a ojciec na to: "No, walczy..." Takim głosem, no wie pan, takim głosem zatroskanego, zmartwionego ojca. Cały czas miał taką twarz zatroskaną, a ja się cieszyłam i brat chciał mnie właśnie 10 sierpnia, mówi do ojca, że on mnie weźmie do szkoły na Okopowej. Czy to była szkoła na Okopowej 55 to jest mi trudno powiedzieć, w każdym razie do szkoły na Okopowej. A ojciec mówi: "Nie, niech już zostanie tutaj." No i mój brat poszedł, ale był tu ten ostatni raz z dwoma kolegami i z jakąś dziewczyną. I poszli wszyscy.
     Jeszcze jedną noc przespaliśmy w piwnicy, bo do mieszkań nie wolno było wchodzić. Ja się raz przedostałam przez Niemców, żeby coś z ubrania czy do jedzenia choćby przynieść. Wyszłam trochę po kryjomu przed ojcem i ciotką, wyszłam z tej piwnicy, bo w piwnicy ciemno, kto mnie tam mógł zauważyć? Ja wyszłam, tak się skradałam, Niemcy siedzieli na parterze, przeszłam koło nich, a oni mi nic nie powiedzieli. Fakt, drzemali, ale nic mi nie powiedzieli. Poszłam na pierwsze piętro i w naszym korytarzu siedzieli Niemcy. Przeszłam koło nich i weszłam do mieszkania. Otworzyłam drzwi z klucza, bo jeszcze zdążyłyśmy z ciotką zamknąć, otworzyłam, weszłam i wzięłam coś do jedzenia. Tam był chleb, kawałek słoniny i jakiś garnek, chyba z zupą, tego nie pamiętam. Idę z powrotem, Niemiec zabrał mi chleb i spytał (ja nie znałam niemieckiego), co ja mam, a drugi mówi: "speck", czyli słonina i oddał mi chleb a zabrał słoninę. Zabrali mi też klucz od mieszkania, także już klucza nie pozwolił mi zabrać, a ten garnek i chleb zabrałam do piwnicy. Zjedliśmy.
     Później gotowało się na podwórku. To w ogóle był nadzwyczajny dom, tam byli nadzwyczajni ludzie, tam każdy się każdym opiekował. Był tam pan Rydecki, który miał sklep spożywczy, w tym domu z boku. Wszystko co miał dawał do gotowania, mąkę. Gotowaliśmy zaciery na dworze, w takich kotłach. Życie było zupełnie rodzinne. Był ołtarzyk, przy którym się modliliśmy, śpiewaliśmy.
     10 sierpnia, po południu przyszli Niemcy i kazali się nam wynosić, można było w rękę co nieco wziąć, wtedy mogliśmy pójść do mieszkania. Jak tylko weszliśmy do mieszkania i zbliżyliśmy się do okna to coś huknęło w róg naszego okna, czyli ktoś obserwował widocznie i nawet w to okno strzelali. Tam stała na oknie wykupiona przeze mnie marmolada, a to słońce sierpniowe tak grzało, że marmolada tak spuchła i lała się po tym oknie i na podłogę. W pierwszej chwili jak zobaczyłam na podłodze, to myślałam, że to krew czyjaś, a to była ta marmolada.
     Potem weszli już Niemcy, mogliśmy niektóre rzeczy wziąć. Ojciec wziął taką paczkę, którą miał przygotowaną na wszelki wypadek, tam było futro i garnitur, w takiej paczce w papier zawiniętej, takim dobrym papierem i sznurkami. My z ciotką wzięłyśmy tylko to co w rękę, ciotka wzięła trochę żywności, a ja wzięłam książkę, nie wiem dlaczego, ale książkę, moją ulubioną. Nakładłam na siebie chyba trzy sukienki i kożuszek, bo to co się miało na sobie, była szansa, że ocaleje. Byłam w sandałkach. I tak nas wypędzili z domów, okolicznych domów, bo jak szliśmy to z drugiej strony Okopowej, naprzeciwko Kaczej, to już tam trochę ludzi stało. Spędzili nas tam wszystkich. Naprzeciwko ustawione były karabiny maszynowe, na każdym rogu, na Kaczej, na Żytniej. Na Okopowej przy Żytniej była barykada. Niemcy kazali wszystkim mężczyznom wyjść i rozbierać tę barykadę, ta barykada była, tak jak to w Warszawie, z brukowców, płyt chodnikowych, szaf, krzeseł (później ja byłam w innej sytuacji, kiedy barykadę w Berlinie kazali mi budować, to zupełnie inaczej to wyglądało).
     W każdym razie mężczyźni poszli tam, a wtedy młode dziewczyny Niemcy pozabierali. Młode dziewczyny, nie dzieci, pozabierali. Jedna kobieta, taka bardzo siwa, prosiła, żeby jej córkę oddał. Nie oddał. Te dziewczyny poszły i nigdy nie wróciły. Po pewnym czasie kazali nam stamtąd ruszyć, byliśmy przekonani, że nas zabiją, bo do tej pory zabijano wszystkich po kolei, ale kazano nam iść. Kto nie mógł iść został. Jak dość daleko odeszliśmy, to usłyszeliśmy strzały, nie wiem czy stamtąd, ale prawdopodobnie zabito tych chorych czy starych, nie mogących iść.
     Ojciec już trochę chodził więc tak powoli, powoli szliśmy. Kawałek szliśmy ulicą Żytnią, potem Karolkową, koło szpitala Karola i Marii, potem koło szpitala św. Łazarza. To były straszne widoki. Potem szliśmy Lesznem do Górczewskiej. Na rogu Młynarskiej i Górczewskiej płonął dom, z tego domu pewnie chcieli skakać ludzie, były przewieszone zwłoki, zwęglone takie wisiały na oknie. Wie pan, jak jestem czasami w tamtej okolicy, to ja to widzę, bo ten dom stoi, nie będę mówiła który, bo może trudno byłoby tam ludziom mieszkać, chociaż uważam, że to jest dom bohaterów.
     Na rogu Górczewskiej i Młynarskiej była kapliczka, a w tej kapliczce leżały ludzkie zwłoki, obok były konie, spalone, spuchnięte, z takimi strasznie wzdętymi brzuchami. Dalej nas pędzili i tak w prześwicie Szlenkierów jest plac Opolski, tam za tym pałacykiem, to było naprzeciwko mojej szkoły. To tam w prześwicie do mojej szkoły, nic nie widziałam, tylko jakby zwalone coś, nie wiem. Natomiast tu, w prześwicie, były ustawione stoliki, byli Niemcy, były kobiety w kolorowych sukniach, patefon grał, oni tańczyli i się bawili. W tej scenerii, proszę pana, człowiek zabijający drugiego człowieka, człowiek niszczący całe narody, mógł się bawić. Dla mnie, dziewczyny wtedy dwunastoletniej, był to szok straszliwy, ja nie mogłam sobie z tym poradzić, nie mogłam zrozumieć jak to się działo. Wydawało się to nie do pojęcia.
     I dalej szliśmy, wszędzie były trupy, wszędzie były jakieś szczątki ludzkie. To jest obraz nie do opowiedzenia, nawet gdybym umiała rysować, to bym tego nie narysowała. Pędzili nas dalej, do ulicy Działdowskiej i z Działdowskiej skręciliśmy w ulicę Wolską, do kościoła św. Wojciecha i tam zabierali mężczyzn. Ja się tak przytuliłam do ojca, to Niemiec kolbą karabinu odpędził mnie od ojca, ojca chyba mocno uderzył tą kolbą, bo ojciec aż się tak skulił. Niemiec włożył tę kolbę między nas i tak nią szamotał, myśmy się odsuwali, to coraz mocniejsze te uderzenia były. Ojciec był już wtedy chyba przekonany, że idzie na stracenie. Wiedział, on sobie zdawał ze wszystkiego sprawę, ja nie. Rzucił tę swoją paczkę, ja wzięłam i ciągnęłam jeszcze do wiaduktu, do Bema, wtedy zgubiłam książkę, niestety.
A co to była za książka, pamięta pani tytuł?
    
?Antologia poezji polskiej", taka nasza książka, w zielonej skórzanej oprawie ze złotymi literami, piękna książka, na czerpanym, lekko kremowym papierze. To była książka ze wszystkimi wierszami, ja się z niej uczyłam wierszy w czasie wojny. Bardzo kochałam tę książkę. Popędzili nas dalej. Muszę panu powiedzieć, że nie wiem co na to wpłynęło, ale ja od tamtej pory nie wiem co się działo, aż się znalazłam w Pruszkowie. Nie wiem którędy szłam.
Nie pamięta pani tego ostatniego etapu?
    
Czy jechałam? Czy szłam do tego Pruszkowa? Jak się tam znalazłam? Nic zupełnie nie pamiętam, mam lukę zupełną, nic nie wiem. A przecież zdaje mi się, że pamiętam niektóre szczegóły, bardzo dokładne szczegóły. To nie był pierwszy raz, kiedy mi się to zdarzyło, zdarzało się to też i potem.
     Znalazłam się w Pruszkowie. Tam, poza ciotką, znalazłam drugą ciotkę, matkę moich ciotecznych braci, którzy zginęli. To oni właśnie byli członkami klubu sportowego. Jeden był lekkoatletą, a drugi był piłkarzem. Są na liście strat "Skry". Oni zginęli, jeden w Buchenwaldzie, drugi w Krakowie. Byli maltretowani na Szucha.
Jak zapamiętała pani warunki obozowe w Pruszkowie?
    
Była to jakaś betonka, na której była maszyna, ta betonka była nieco wyżej i myśmy na tym przycupnęli. Potem gdzieś chodziłam między ludźmi. Tłum ludzi, ludzie leżeli, ludzie płakali, ludzie się modlili, ludzie się bili, coś sobie wyrywali.
Rozpacz w połączeniu z chaosem?
    
Z chaosem, z chęcią życia, z chęcią śmierci, z chęcią zakończenia tego. Nie umiem tego powiedzieć. Pomiędzy tym wszystkim chodziłam, bo gdzieś tam zupę jakąś dawali, jakieś pielęgniarki chleb dawały. Komuś coś zabierano, ktoś coś oddawał. Dzielono się jakimiś różańcami, nie wiem skąd ktoś miał cały pęk różańców, które rozdawał. Ktoś wyrywał, jeden różaniec się rozerwał. To były takie sceny, których ja nie umiem opisać. Chodziłam między tymi ludźmi.
     Znalazłam żonę mojego brata ciotecznego z dzieckiem, ona miała siedmiomiesięczne dziecko w czasie Powstania, ośmiomiesięczne, bo w styczniu się urodził Jurek Celejewski. Zaczęłyśmy się skupiać razem. Ja już zapamiętałam, że my byliśmy na tamtej betonce. Tam była ciotka, tamta druga ciotka też tam była, ale gdzieś później odeszła i zagubiła nam się. Była też matka tej mojej bratowej ze swoją siostrą.
Ile dni pani była w Pruszkowie?
    
Nie wiem, nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że jedną noc tam nocowałam albo może i nie... Może to był kawałek nocy... Znowu każą wychodzić. Wyszłyśmy, w tej naszej grupce i przechodziłyśmy przez taki krzyżak kolejowy, drewniany. Niemiec stał i kierował. Przechodziłyśmy przez ten krzyżak, mnie skierował w jedną stronę, ciocię Jadzię też, bratową w drugą stronę, jej matkę w tamtą stronę i jej siostrę w tamtą stronę. Przeprowadzał selekcję. One krzyczą, że my jesteśmy rodziną. One poszły gdzieś tam i później się znalazły gdzieś na wsi, a myśmy poszły w drugą stronę, do bydlęcych wagonów.
     Zamknęli wagony i powieźli nas. Przed Częstochową, jak trochę otworzyli, nie wiem gdzie to dokładnie było, czy to już było na stacji w Częstochowie, otworzyli wagon i trochę powietrza wpuścili. Wszyscy jechali, nie było ubikacji, było ciasno, nie można było usiąść, wszyscy jechali na stojąco, jeśli ktoś przykucnął, to inni się na niego przewracali. To było niesamowite. W pewnym momencie otworzyły się drzwi wagonu, wleciało trochę powietrza, wszyscy ludzie pchali się do drzwi, ale nie wolno było. Ludzie zaczęli się pchać, żeby trochę tego powietrza złapać. Jakiś kolejarz w ciemnym mundurze, czarnym ubraniu, miał ogromny biały dzbanek i mówi: "Ja wam tu wody trochę przyniosłem." I pyta Niemca czy wolno tę wodę, Niemiec kiwa głową, że tak. On tę wodę dał. Wszyscy chcieli tej wody, ta woda się rozchlapywała. Nie wiem czy po kropelce każdy dostał. Jedni mieli więcej. Wyrywali sobie ten dzbanek. On krzyczy: "Oddajcie ten dzbanek. Ja wam przyniosę tej wody, nie bójcie się, inni przyjdą!". Zabrał ten dzbanek, odwrócił się, a Niemiec do niego strzelił. Nie wiem czy go zabił, czy tylko ranił.
     Drzwi się zamknęły i koniec, już nie było odwrotu. W międzyczasie, tam chyba już później ktoś powiedział, że jeżeli pociąg pojedzie w tę stronę to pojedziecie na wolność, jak w drugą stronę to do Oświęcimia. No i tak czekamy, no i pojechał w stronę Oświęcimia... Wjechaliśmy do tego obozu. Ja od razu odczułam to takie dygotanie tych drutów. To była noc, one tak brzęczały tym naelektryzowaniem. To było coś co od razu człowieka zniewala, ja to tak odczułam. Byłam od razu gotowa iść na te druty, one przerażały, ale i przyciągały. Nie wiem, nie rozmawiałam o tym z nikim, ale coś takiego odczuwałam. Później jeszcze raz coś takiego odczułam, też tam.
     No i znowu psy, znowu selekcja. Mężczyźni osobno, kobiety osobno, mali chłopcy poszli z kobietami i z dziewczynkami. Pędzono nas drogą. W oddali widać było jakieś ognie, tak jakby jakieś duże kwadraty się paliły, w jednym miejscu, w drugim miejscu, w trzecim miejscu coś płonęło. Swąd był niesamowity. Swąd kości, włosów. Wisiała, jak gdyby, mgła tego swądu w tym obozie. Wpędzono nas do baraku, gdzie nie było ani prycz, ani niczego. Wieziono wózek z wodą, strasznie śmierdząca i cuchnąca, ale woda, wreszcie woda. W tym baraku, na ziemi była dość wilgotna glina, trzeba było znaleźć miejsce, żeby się gdzieś położyć, żeby jakoś spać.
Czyli w tym baraku ludzie spali na gołej ziemi?
    
Oczywiście, że spali na gołej ziemi, nic nam nie dano. Ale opowiadałam panu o tej paczce mojego ojca; córka pana Chełmińskiego - dozorcy (była trochę starsza ode mnie), znalazła się też w tym obozie, jak ona nas zobaczyła, to zapytała czy może być z nami, bo przecież znałyśmy się. Powiedziała, że tu jest jeszcze taka pani, też z ulicy Kaczej i spytała czy ta kobieta też może być z nami. Zawsze to jest bratnia dusza, ktoś znajomy. Ona przyszła z całą gromadą różnych maneli, myśmy były nagie i bose, tylko w tym co miałyśmy na sobie, a ona miała paczki i wśród tych paczek była paczka mojego ojca. Ja mówię, że to jest paczka mojego ojca, ona się zaczęła wykręcać, ja jej mówię, że na pewno, bo tu są sznurki z gilzami, mówię co jest w tej paczce. Moja ciotka zaczęła mnie odsuwać, mówi: "Co ty?! Nie kompromituj się!" Później może inaczej ciotka by reagowała. Ja mówię, że to na pewno jest paczka mojego ojca. Ona powiedziała, że jak otworzymy i będzie tam to co mówiłam, to zobaczymy. Rozwiązaliśmy tę paczkę, a tam było to futro i ona mi pozwoliła pierwszą noc spać na futrze mojego ojca. Nie spałam więc na gołej ziemi, jak to się mówi: "Pan Bóg łaskaw na sierotę", spałam na futrze mojego taty. Później, oczywiście, to wszystko trzeba było zwinąć i zabrać.
     Chodziliśmy jeszcze, chyba dwa dni bez niczego zupełnie, nie dawali nam jeść. My miałyśmy ze sobą woreczek grochu, ten groch był nie łuskany, brałyśmy go do ust i żułyśmy bardzo długo, aż ta łuska odpadła i później, takie zmiażdżone, zmieszane ze śliną łykałyśmy. Gienia Chełmińska miała chyba słoninę, a ta pani miała cukier. Każda z nas coś dawała, dzieliłyśmy się tym nawzajem. Więźniarki, które już były w obozie, podobno, zrzekły się jakiejś części zupy. "Kible" z tą zupą, bo to się tak mówiło: "kible", trafiły do nas. Po troszeczku tej zupy dostałyśmy. Nawet nie pamiętam, w czym tę zupę jadłyśmy, wtedy się wydawała nadzwyczajną, pyszną zupą.
Czy Niemcy ubrali was w pasiaki?
    
Wtedy jeszcze nie. Jeszcze byliśmy w swoich ubraniach. Rano, drugiego dnia, ustawiono stoły na podwórku, gdzieś nas pognano. Ja topografii obozu nie znałam, nawet nie wiem, czy umiałabym pokazać, w którym to było miejscu. Stanęliśmy przy stole, spisywano nas, zabierano biżuterię i pieniądze. Zabierano ubrania. Dawano takie torby, a ubrania do toreb. Zostawaliśmy tylko w takiej jednej sukieneczce, wszystko trzeba było oddać. Pakowano to w torby i zabierano. I popędzili nas do zauny, to jest kąpielisko, tam były takie pomieszczenia, podobno to się nazywało "fryzjernia". Tam kobiety, przeważnie Żydówki, zajmowały się strzyżeniem włosów. Strzygli każdą z nas, niektórym odpuścili to strzyżenie, ale akurat mi bardzo źle zgolili głowę. Ja miałam gęste bardzo włosy, kręcone i pewnie trudno było je obciąć maszynką, a ona musiała szybko to robić, więc mi pozadzierała skórę. Stamtąd musieliśmy przejść przez drzwi, w tych drzwiach stała głęboka miska z jakimś płynem, trzeba było w tej misce zanurzyć głowę. W tej misce były insekty z głów ludzi, którzy je mieli, więc przyczepiały się cudze włosy, te insekty wchodziły, lało się to po twarzy, do oczu, szczypało, to był jakiś żrący płyn. To było straszne.
     Później, rozebranych do naga, wypędzono nas na dwór. Staliśmy na dworze, na słońcu, z ogolonymi głowami, strasznie to piekło, to było bardzo męczące. Trzymano nas tak do nocy, a może całą noc, już nie pamiętam. Wieczorem, jak zapaliły się światła na tych drutach, te druty znów tak brzęczały, to ja miałam ochotę pójść na te druty, już nie mogłam, nie miałam siły tego wszystkiego znosić. Te obrazy, które się przewijały, ta nagość tych ludzi, dzieci, kobiet, staruszek, to było... Wie pan, w naszym domu, w czasie okupacji, było małżeństwo, po które przyszli Niemcy. Oni mieli małe dziecko. Niemcy zabrali tych rodziców na oczach tego dziecka. Nie wiem, co się działo w tym mieszkaniu, ale to dziecko straciło władzę w nogach. Opiekowała się nim babcia, taka nobliwa staruszka, zawsze chodziła w czarnej sukni z białym koronkowym kołnierzykiem, woziła tego wnuczka na wózku. To był taki dzieciaczek, miał wtedy może ze dwa i pół roku. Jak jego rodzice zostali zabrani miał może półtora roku. I on się znalazł w Oświęcimiu, na wózku i ta jego babcia też. Ta babcia rozebrana do naga, z ogoloną głową, nachyla się nad dzieckiem, a to dziecko się jej boi, krzyczy, nie poznaje, że to jego babcia. To był wstrząs dla babci i wstrząs dla mnie. To były straszne rzeczy. Owłosienie wszędzie było ogolone.
     Później wpędzono nas znowu do zauny, ale już nie strzyżono. Musiałyśmy przejść przez taki dołek. Trzeba było zanużyć nogi, żeby zdezynfekować i do kąpieliska. Byłyśmy radosne, że tu się wykąpiemy, zmyje się to wszystko z siebie. W ciągu dnia piłyśmy wodę z jakiegoś rowu. Weszłyśmy do tego kąpieliska, te prysznice i nie ma wody. W pewnym momencie poleciało trochę wody, gorąca, ukrop, po chwili zamknęli i już nie było. Wyszliśmy inną stroną, tam były wyrzucone te nasze ubrania, nie te z tych toreb, tylko te, z których się rozebraliśmy przed wejściem do fryzjerni, poszły do parówki. Ubrania z tej parówki były gorące, trochę wilgotne mogłyśmy wziąć, nasze i jakiś stos innych ubrań, pewnie po zamordowanych ludziach, tych, co poszli do krematorium od razu. Z tego stosu ubrań można było sobie coś tam dobrać. Ja znalazłam swoją własną sukienkę, ale nie znalazłam już żadnej bielizny i miałam te sandałki, w których wyszłam. Mój kożuszek nosił taki malutki chłopczyk, bo w tej parówce tak się zbiegł, że na mnie już by nie wszedł, a ten chłopczyk był malutki, może mu ciepło było przynajmniej przez jakiś czas, jeżeli mu go nie zabrali znowu.
     Popędzili nas do baraków, to było już w nocy, weszłam do baraku na FKL-u szesnastym, szesnasty barak, to były FKL, podobno to były baraki najgorsze. Weszłam do tego baraku, było tam zupełnie ciemno, nie wiedziałam jak się poruszać, a tam za nami krzyki, żeby prędzej wchodzić. Nie było tam miejsca, wreszcie gdzieś na górze ktoś pyta: "A kto ty jesteś?". Na mnie mówiono Lilka, zresztą taki pseudonim miałam. "No, choć tutaj." Podał mi ktoś rękę i weszłam na najwyższą pryczę. Tam były jakieś kobiety i one mówiły do siebie: "Patrz! To dzieciak! Słuchaj, to dzieciak. Skąd ty jesteś?" ja mówię: " Z Warszawy", a one: "A co w Warszawie?", ja mówię: " Powstanie.", "Powstanie w Warszawie!?". No i musiałam opowiadać i opowiadać o Powstaniu, one były tym zachwycone. Wreszcie usnęłam. Dały mi chyba kawałek chleba. Jak się obudziłam rano, to leżał koło mnie kawałek chleba, a ich już nie było. Kto to był, co to były za kobiety, ale Polki, kim one były nie wiem. Wtedy zaczęliśmy już żyć w tym baraku, było tam około 500 dzieci.
     Działy się tam różne rzeczy, trudno o tym opowiadać. Ja mam swoją wersję wolności, bo tak jak mówiliśmy, wolność była w czasie Powstania, na tym podwórku, nawet wolność była wtedy kiedy stałam w bramie na Okopowej, któregoś dnia Powstania, naprzeciwko był taki pawilon apteczny, stamtąd wyszły dziewczyny w białych fartuchach, dziewczyny w harcerskich mundurach, lekarze, mężczyźni, z biało czerwoną flagą, to było po południu, i zaśpiewali: "Jeszcze Polska nie zginęła". Myśmy, dzieciaki stanęli na baczność, a nie mogłyśmy wyjść z tego wgłębienia bramy. Myśmy to widziały. Ja nawet kiedyś o tym opowiadałam i jedna z koleżanek harcerek powiedziała, że one miały tam punkt opatrunkowy, stamtąd, wieczorami, odwoziły rannych  do szpitala św. Łazarza.
     W tym obozie, w tym baraku, byliśmy w jakiś sposób wolni. Jeżeli nas nie bito, jeżeli nie musiałyśmy stać na apelu na dworze, chciało się wyjść z tego baraku na zewnątrz, ale na zewnątrz to była "blokszpera", wchodziła do baraku jakaś taka "lagerteste" i krzyczała: "niech jedno dziecko na lagrze spotkam, to tu trupem padnie!", no i nie można było wychodzić wtedy z baraku, w ogóle nie można było wychodzić, nawet do "waszraumu" czy do latryny to nas wyprowadzano całym barakiem, wszystkich razem. Trudno się było pomieścić, później dzieci siusiały, robiły na tych pryczach.
     Później jakieś kible były, te kible musiałyśmy wynosić, bo przecież, jak wyprowadzali nas raz, czy dwa, w ciągu dnia, to dzieciak, zaziębiony jeszcze, nie wytrzymywał. Nie było materaca, nie było żadnych sienników, to były jakieś strzępy sienników, co w tych siennikach było, to nie wiem. Jak się ruszyli ci na górze, to ci na dole mieli na głowach pełno jakiegoś śmiecia, a jak ktoś się posiusiał, to lało się bezpośrednio, nie mówiąc już o innych rzeczach. Starsze dziewczynki zdecydowały się na to (wyznaczone były dyżury), że będziemy te kible z nieczystościami wynosić. Te kible były bardzo ciężkie, nie wolno było wynosić jak była zapełniona tylko połowa tego kibla.
     Kiedyś, jak wynosiłyśmy te kible, rolwaga jechała, byli mężczyźni, dobiegli do nas i pytają co to, my mówimy, powiedzieli, żebyśmy pamiętały, że oni zawsze o tej porze, co drugi dzień tędy jeżdżą, żebyśmy wtedy brały dyżur, to oni nam pomogą. Nie wiem czy innym też pomagali, ale nam kilka razy bardzo pomogli (później, po wojnie, spotkałam się z panem Czekalskim, który był jednym z tych z tej rolwagi. Napisał nam takie oświadczenie, bez naszej prośby zresztą).
     To był taki ruch oporu, zresztą nie raz się tak zdarzyło. Jak blokowa dzieliła chleb, to na barak dostawała całe bochenki chleba, nam się należała jedna piąta bochenka, to ona tak kroiła, że my dostawałyśmy jedną szóstą, bo ona miała zapasy chleba, a za chleb można było w obozie niemal wszystko dostać (ja się na tym nie znam, ale kupowali biżuterię i wszystko inne, ktoś przechował, ktoś miał z "kanady", to znaczy z tych baraków, gdzie się te wszystkie dobra zbierało), w każdym razie miała tam kontakty jakieś.
     Jak dziewczyny się komuś poskarżyły, że są mniejsze porcje chleba niż być powinny, a w takich warunkach liczył się każdy okruszek, to właśnie ci z ruchu oporu jej przekazali (nie wiem czy to do Niemców dotarło czy nie), że chleb musiał być krojony, ale zostawać na skórze, ta spodnia skóra nie mogła być przecięta, więc jak się złożyło, to było widać, że jest pięć porcji, a nie sześć.
     Dla nas taki ruch oporu był znaczący. Jak mnie jakaś kobieta, z tego ruchu oporu, dała bryłkę soli i mówi: "Jak nie będzie blokszpery, to idź do babek, one bardzo potrzebują soli". Nie wiem, dlaczego starsze kobiety tak bardzo potrzebowały soli, "To one ci za sól, one chleba nie jedzą, to one ci dadzą chleba za tę sól.". Ja rzeczywiście tak zrobiłam, ale zbierałam sobie ten chleb, żeby się najeść naraz. Jak nazbierałam cały woreczek, to w nocy mi ktoś ukradł ten chleb. Kiedyś szczur się trochę podzielił ze mną, przy mojej głowie siedział i jadł, bo  to w takim woreczku pod głowę sobie położyłam.
     Były takie różne formy pomocy. Kiedyś zupa została przywieziona rano przez jakieś kobiety. Zupa była z taką melką, to się melka nazywało. Wtedy to było coś fantastycznego, bo rano to były tylko zioła, kawa, chleb, od czasu do czasu kawałeczek margaryny, a dopiero na obiad zupa. Zupy były różne, z jarmużu, z kapusty, z pokrzyw. Ja nie powiem, że to nie mogło być zdrowe, może, ale kiedy je się też coś innego. Nie każda z nas miała miskę, niektóre miały tylko kubeczki, ja miałam tylko kubeczek. Jak tą chochlą nalewano tę zupę, a zupa była z kapusty, było pół liścia albo cały liść, to on zakrył i nic się nie nalało, chociaż tej gorącej wody.
     Najlepsza była zupa z brukwi czy czegoś innego, dość gęsta, zasypywana kaszą czy jakimś grysikiem, ta była najlepsza, tylko miała bardzo dużo robaków, białych, małych glizdek. Trzeba było albo zjadać nie patrząc, albo wybierać, jedno z dwojga. Jeśli zupa była z pokrzywy, to były w niej całe pokrzywy, jarmuż też. Gnębił nas bardzo brud, bałagan, zimno.
     Potem przeniesiono nas do innego baraku. Jak tylko się tam znalazłyśmy, nie miałam bielizny na sobie. Musiałam dół sukienki, w której spałam zawiązywać sobie na górze, nad głową, dlatego że byłam na najwyższej pryczy, a tam na suficie były wióry i w tych wiórach gnieździło się mnóstwo pluskiew. One spadały na całe ciała, wchodziły do nosa, do uszy, do oczu, więc się głowę zamotywało w sukienkę.
     Kiedyś wstałam i byłam cała wykropkowana na czerwono, tak byłam pogryziona, że flagierka chciała mnie wziąć na rewir. Były protesty, krzyki, awantury, dwie noce spałyśmy na dworze, a oni włożyli jakieś świece dymne, od których te wszystkie pluskwy zdechły. Przestało nas przynajmniej to gnębić.
     Te apele nas bardzo gnębiły, na apele musiały wychodzić wszystkie dzieci, i te małe bardzo, i kobiety w ciąży, bo w naszym baraku były też kobiety w ciąży, to był murowany barak, i dzieci niepełnosprawne. Była taka dziewczynka, która nie chodziła, ona stale siedziała z rozstawionymi nóżkami i się kiwała, tak jak takie dzieci nieszczęśliwe, ona chorowała na durfal. Nie dawała sobie sama rady, a jej mama była w baraku dla matek, chodziła do pracy, nie mogła się nią opiekować, nie mogła do niej przychodzić, a ona też musiała wychodzić na apel, więc wynoszono ją, wyciągano, ona siedziała i rozstawione miała nogi. Auzierka jak chodziła sprawdzać czy równo stoimy, to zawsze ją kopała, albo deptała te nóżki. Wzięłyśmy ją w środek, między nas, żeby jej nóżki nie wystawały, żeby jej nie kopała, to tak jak nigdy, ta auzierka (taka szczupła blondynka, nawet ładna kobieta), jak nigdy, nie przechodziła między szeregami, to wtedy, jak zobaczyła to weszła między szeregi i znów ją kopała w te nóżki. Ta dziewczynka miała 9 lat, ja nie wiem czy ona zdawała sobie sprawę z tego, że jest tak strasznie maltretowana.
     Pewnego dnia, gdy wyszłyśmy na apel, była mniejsza liczba dzieci. Wszystkie te dzieci zostały zabrane, wiadomo co się z nimi stało. Kiedyś poszłam do tego małego waszraumiku w baraku, gdzie te kible były, żeby się załatwić (tam było okno zabite deskami), ja między tymi szparami wdrapałam się (bo usłyszałam jakiś hałas), wyjrzałam i zobaczyłam, że szły kobiety z narzuconymi na głowy kocami. Szły w takim szpalerze, piątkami (bo tam się piątkami chodziło), w szpalerze z umundurowanych Niemców z karabinami, psy wokół nich. Gdzieś je prowadzili, już więcej nie wróciły. Podobno to były partyzantki jugosłowiańskie, ale ja tego nie wiem, bo tam były i Węgierki. Te Węgierki też zniknęły.
     Pewnego dnia zabrano matki, które były na bloku obok, więc od czasu do czasu można było chociaż pomachać ręką, chociaż po apelu, na chwilę je zobaczyć, jak nie było blokszpery, to coś tam sobie podać. Zabrali te matki gdzie indziej, to była rozpacz ogromna. Właśnie wtedy ruch oporu, ci panowie, przynieśli nam kartki od matek. Ja dostałam od ciotki, bo ona podała się za moją matkę, bo miała to samo nazwisko (to była siostra mojego ojca). To był skrawek szarego papieru. W obozie nie było papieru, nie było ręczników, nie było papieru toaletowego, jak te wszystkie rzeczy załatwiać? Nie było poduszek, nie było żadnych prześcieradeł, nie było żadnej pościeli, były tylko strzępy koca, jeden koc na całą pryczę, jak jedna się zakryła, to dla drugiej już nie starczało.
     Ta kartka przyszła do mnie, zmięta, zwinięta. Okazuję się, że ten pan, który ją przyniósł, powiedział, że zaraz wróci i żebym odpowiedziała. Ciocia mi napisała: "Żyję. Jestem zdrowa." I podała swój numer. Ja po drugiej stronie odpisałam jakimś kawalątkiem ołówka: "Żyję. Jestem zdrowa" (ten ołówek umieściłam w bloku między cegłami, teraz prosiłam koleżankę, żeby sprawdziła czy on tam jeszcze jest). I oni to zabrali. Wie pan, że oni sobie na naszych oczach, chociaż pewnie nie powinni byli (ale wiedzieli, że my ich nie wydamy), w obrębek czapki z pasiaka wkładali te nasze karteczki, w obrębek mankietów, czy jeszcze gdzieś i tak przenosili z tą rolwagą, na lagier, na którym były nasze matki.
    
Jednego dnia, część nas blokowa popędziła, poza tą normalną zauną, popędziła, też mówiło się, że to zauna, ale to było krematorium. Tam były młodsze ode mnie dzieci i takie jak ja, większych chyba nie było, może z siedemdziesiąt parę nas wtedy było. Wpędzono nas do tego jednego pomieszczenia, kazano się rozebrać, tam były takie ławeczki, zostawiliśmy swoje ubrania i buty. Weszliśmy do szarego, ponurego pomieszczenia, gdzieś tam maleńka lampka się świeciła. Były tam takie jakby prysznice, ale dzieciaki zaczęły się chować pod ścianami, tam był taki murek. "Chodźmy na murek, bo wiecie, tu się...". Dzieci już wiedziały, ja powiem szczerze, że tego nie wiedziałam, ale te dzieciaki mówiły: "patrzcie, patrzcie, tu się ta podłoga rozejdzie i my tam wpadniemy wszyscy." I rzeczywiście, na podłodze była taka dość szeroka zębatka, tak się zazębiały metalowe części. Z jednej i z drugiej strony były drzwi, tam było widać jakieś wózki, taczki. Słychać było krzyki po niemiecku: "Halo! Halo!", cały czas, wrzaski.
     Co jakiś czas Niemiec, purpurowy na twarzy, w mundurze niemieckim, wchodził do naszej sali, przechodził i walił siebie samego bacikiem po cholewach, wściekły, zły. Nie wiem czy miał nas zastraszyć. My się pochowaliśmy po kątach, a on chodził w tę i z powrotem. Dla nas to trwało wieczność. Stanął w tych drzwiach i krzyknął: "Raus!", takim strasznym głosem. My wylecieliśmy jak na skrzydłach, natychmiast, nie wiem jak się nie pozabijaliśmy w tych wąskich drzwiach, nie wiem. Zabraliśmy ubrania i wybiegliśmy na zewnątrz.
     Wyszliśmy stamtąd, blokowa zaprowadziła nas z powrotem na nasz lagier i z daleka zobaczyliśmy, że idzie kolumna kobiet. Któraś dziewczynka poznała wśród nich swoją matkę i krzyczy: "Matki wracają! Matki!". Rzeczywiście matki wracały, te co były zabrane przedtem. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z tym, że zaprowadzono nas do krematorium, trudno powiedzieć. Nie wiem, czy wszystkie dzieci miały zostać też zaprowadzone. Ile się naraz mogło tam mieścić? Dlaczego tylko siedemdziesiąt pare, a nie wszystkie pięćset? Matki wróciły, nie mogliśmy się z nimi spotkać, ale sama świadomość, że one tu są powodowała radość.
Czyli nikt nie wiedział, dlaczego was wtedy wypuścili?
     Nikt nie wiedział, dlaczego wypuścili. Nikt nie wiedział, dlaczego nas zaprowadzili.
Zaprowadzili was na śmierć i wypuścili?
    
Nikt nie wie dlaczego, nie wiadomo dlaczego. Czy czegoś zabrakło?
Czy może mieli awarię?
    
Może mieliśmy szczęście, w tym nieszczęściu? To tak jak ja mówię: "Pan Bóg łaskaw na sierotę." Może tak było.
     Później już nadeszły bardzo zimne dni, był chyba listopad. Wyprowadzono nas z tego baraku, bo tam już było strasznie zimno. Tam były piecyki, na których sztubowe gotowały sobie jakieś pierogi, wśród głodnych dzieci roznosiły się te zapachy. To była dodatkowa udręka. Przeprowadzili nas na tak zwany lagier cygański. To były drewniane baraki, kiedyś podobno były tam stajnie, więc po środku był piec, komin zamiast do góry szedł przez środek, czyli jak się paliło, to ten dym przechodził przez piec i wtedy było ciepło. Czasem siadałyśmy na tym piecu.
     Kiedy weszłyśmy do tego szóstego baraku na cygańskim lagrze, to zobaczyłam inne prycze niż w tamtym baraku, całe czarne i na nich wielkie, ogromne, kudłate, czerwone koce. To była taka trochę konsternacja, niektóre dzieciaki tego w ogóle nie widziały, bo od razu zaczęto nas wołać na apel i nie zdążyły wejść do baraku. Ja weszłam i od razu wybrałam sobie wysoką pryczę, tam położyłam swój woreczek, kubeczek i łyżkę, będę miała pryczę dla siebie, wzięłam ten koc do ręki, był ciepły, nareszcie będzie ciepło, pomyślałam.
     Wyszliśmy na apel, później znowu do zauny. Wróciliśmy do baraku, a tam, przed barakiem leżały te koce na stosie, wszystkie zabrane, mój woreczek i kubeczek leżą na piecu, blokowa stoi i pyta czyje to jest, każdego pytała, mówię, że to moje, a ona mnie zaczęła bić pejczem, bo zajęłam sobie pryczę. Później nie miałam żadnej pryczy, dzieci sobie pozajmowały jak ona mnie biła. Później się do jakichś koleżanek przytuliłam i byłam na samym dole. Zabrano nam te koce, mieliśmy te co poprzednio, jakieś cienkie derki. Było tak zimno, że nie można było w nocy spać. Ja nie mogłam spać z zimna.
     To był koniec listopada, zaczynał się grudzień. Już zaczęłam mieć spuchnięte nogi, zaczęłam już puchnąć. Nogi puchły z zimna, bo ja nie miałam pończoch. Matki były na innym bloku, była ta sam blokowa, też zabraniała wychodzić.
     Wrócę do tego wątku wolności. Jak się było w baraku, to na zewnątrz była wolność, zakazana bo blokszpera, jak się było na dworze, to wolność była za drutami, zakazana bo okupacja. Stale wolność gdzieś człowiekowi uciekała, ale była gdzieś w naszych umysłach. Kiedyś doszłam do drutów, był pogodny jesienny dzień, stanęłam i zobaczyłam nasze góry i poświatę zachodzącego słońca, lekko różową. Mnie to zachwyciło, w tej zwyczajności, w tym brudzie, to piękne słońce, te piękne nasze góry, one mi powiedziały: "Żyj!"
     Ja wiedziałam, że tam jest życie, tam jest Polska, tam jesteśmy my, może czeka tam mój brat, może mój ojciec, może tam są, może palą w piecu. Stale sobie wyobrażałam, że jak wrócę na wolność, to tam będzie siedzieć przy piecu cała rodzina, jest ciepło, ja wchodzę i oni się cieszą, że wróciłam. Tak wyobrażałam sobie mój powrót. Tak wtedy myślałam, że jeszcze jest normalny, piękny świat. Drugie takie przeżycie, o tym normalnym świecie, miałam później w Berlinie, też przeżyłam coś takiego.
     W czasie Bożego Narodzenia jeszcze byłam w Oświęcimiu. Ludzie z ruchu oporu dali nam choinkę, ktoś dał jakieś cukierki, które z "kanady" wyjął z jakiejś paczki. Ludzie dostawali tam paczki, my nie, bo byliśmy za krótko. Moja dalsza rodzina, do której wysłaliśmy list, mówi, że wysłali paczki, ale one do nas nie dotarły. Była choinka. Przyszedł Niemiec, kapo, starszy człowiek, ale też więzień, bo oni wszyscy byli więźniami tylko innymi, my mieliśmy oznakowanie więźnia politycznego. Wszyscy z Warszawy, dzieci z Powstania Warszawskiego, byli nazywani bandytami warszawskimi, "banditen Warschau", inaczej się do nas nie odzywano. Na pasku przyczepionym do ubrania mieliśmy numery. Pasiaków dla nas nie starczyło, zresztą dziecięcych pasiaków nie było. Na przedzie ubrania musiał być naszyty ten pasek z numerem, ja miałam 84 628, winkiel, czerwony trójkąt z literą "P", to znaczyło "więzień polityczny, Polak". Na plecach, na takiej kapotce, którą znalazłam, był wycięty prostokąt rozmiaru A5 i w to wszyty pasiak. Inne dzieci miały sztrafe, to się nazywało, czerwoną, z olejnej farby, a kobiety miały "KL" - "Konzentrationslager". Więc i tak i tak byliśmy oznaczeni, czy w pasiaku, czy nie.
     Wrócę do tego Bożego Narodzenia. Przyszedł ten kapo, który miał taki zwyczaj, w czasie kiedy tam byliśmy, że wołał nas do zauny, do parówki, ta kąpiel była taka sama jak ta pierwsza, albo zimna woda, albo ciepła, albo żadnej, żadnego ręcznika, żadnego mydła. Ostatecznie można się było umyć w waszraumie, z rurki leciało trochę zimnej wody. Ja sobie teraz zdaję z tego sprawę, że on nam pomógł. Kiedy staliśmy przed zauną, to wchodziło 30 - 40 dzieci, reszta stała na dworze, a on stale na nas krzyczał, żebyśmy biegali. Te dzieci, które wychodziły po kąpieli i po parówce, bo ubrania były dawane do parówki, potem wilgotne. Dziecko wychodziło na dwór i on kazał im biegać i biegać. Byliśmy na niego źli, dlaczego on nam każe biegać, chcieliśmy się skulić, a on nic tylko kazał nam biegać. Teraz rozumiem, że on nam w ten sposób pomagał, żebyśmy nie pozamarzali na tym mrozie.
     On przyszedł w Boże Narodzenie, z gitarą i zagrał nam "Cichą Noc". Zaczął nam opowiadać (tam były osoby, które znały niemiecki), że on też został więźniem, że ma dzieci i ma wnuki, że jemu bardzo nas żal. Na drugi dzień już tego człowieka nie było w obozie. Nie wiadomo, co się z nim stało.
     Tak dotrwaliśmy. Był jeszcze podział naszego bloku. W Boże Narodzenie nie było blokszpery, więc mogliśmy iść do matek. Poszliśmy do matek, żeby się przytulić do kogoś bliskiego, żeby być razem. Blokowa weszła na blok matek i nas wypędziła, krzyczała, żeby wychodzić, myśmy się trochę buntowali, nie chcieliśmy. Kilka z nas, tych zbuntowanych, wróciło do bloku później (w wejściu do baraku, były wrota, później był piec, jedna furtka, druga). Wchodzimy, a tam stoi blokowa, w jednej furteczce, to my do drugiej furteczki, tam jakieś dziewczyny nie wpuszczają, latamy jak opętane, w koło tego baraku, nie możemy wejść. Zdecydowałyśmy się na wejście koło blokowej, a ona stoi w tym wejściu, z taką pytą uplecioną z butaperki (taki warkocz upleciony z gutaperki) i każdą z nas tłucze po nogach. Po nogach, bo się wtedy człowiek przewraca. Jak się uderzy pod kolanami, to się człowiek przewraca. Miałam pootwierane rany, bo przemarznięte nogi, rany miałam na nogach aż do marca, to się w ogóle nie chciało goić. Takie Boże Narodzenie nam zrobiła.
     Któregoś dnia stycznia, przyszli na barak i zaczęli wyczytywać nasze numery, między innymi mój numer, ale nie byłam w pierwszej grupie. Mój numer wyczytano w którejś kolejnej grupie. Mieliśmy ustawić się przed blokiem. Nie wiedziałam, co z ciocią. Kiedy wyszliśmy wyszła również ciocia, była w tej samej grupie. Cieszyłam się, że pojedziemy razem. Wyprowadzono nas, poszliśmy na inny lagier, wchodzimy do baraku, a tam są te czerwone koce na stosach, te, które nam zabrano, widocznie nikomu ich nie dano, co za perfidia. Porozbierałyśmy te koce, powchodziłyśmy na prycze i przykryłyśmy się tymi kocami. Koce były trochę wilgotne i bardzo zimne. Taka się para zrobiła w baraku, że się nawzajem nie widziałyśmy, tak parowałyśmy. Trochę się przespałyśmy, potem na dworzec do Oświęcimia.
     Na dworcu dano nam po kawałku chleba i jakąś szarą paczkę, płaski pakuneczek, nie wiedzieliśmy, do czego to jest. Dopiero w nocy, kiedy w pociągu było bardzo zimno, otworzyłyśmy ten pakuneczek. To była torba z szarego papieru, w środku wysmarowana smołą. Weszłam w tę torbę i było mi ciepło i za mną wszystkie inne powchodziły w te torby. Tak, w tych torbach dojechałyśmy do Berlina. Stamtąd przewieziono nas kolejką, czy może metrem do Blankenburga, to była filia obozu Sachsenhausen. W Blankenburgu były lepsze warunki życia. Nie było tych ogromnych sztub, każda miała dla siebie wąziutką pryczę, kobieta na dole, dziewczynka na górze.
     Stamtąd zabrano nas na kąpiel, zapisanie. Później każdy, i kobieta i dziewczynka, musiała przejść z podniesionymi rękami, po wygoleniu wszystkich części ciała, włosów nie, tylko inne części ciała. Przechodziłyśmy przez takie nie bardzo duże pomieszczenie, tam siedziało kilku Niemców, rozpartych na fotelach, trzymali kije w rękach. Jak przechodziły kobiety, nie dziewczynki, koło nich, z podniesionymi rękami musiały przejść przed nimi, to oni tymi kijami, takimi z półtora metra, grzebali w tych miejscach intymnych tym kobietom. Rechotali, śmiali się, drwili. Podnosili tymi kijami piersi. Nie powinnam chyba tego opowiadać, bo to jest... Wstyd mi za ludzi, że są skłonni robić takie rzeczy, że można do tego stopnia kogoś poniżać.
     W Blankenburgu umieszczono nas na stałe. To był międzynarodowy obóz. Byli tam Francuzi, Włosi. Nas pędzono do pracy, do Berlina, ja też poszłam, bo od 10 roku życia trzeba było pracować. W Berlinie, na którejś ulicy postawiono mnie do budowania barykady. Czy wie pan jak ja to przeżyłam? Ja, dziewczyna z Powstania Warszawskiego, ja mam budować barykady w Berlinie?! To było co innego niż myśmy robili, u nas było znoszenie wszystkiego co się dało, tutaj była taka kratownica z szyn i w to się wsypywało gruz. Ja miałam taczkami wozić ten gruz, one były tak ciężkie, że nie mogłam ruszyć, one miały jechać po tych szynach. Jak się szyny zasypało gruzem, to ktoś zalewał je cementem, potem nowe szyny, nowy gruz, aż pod wiadukt. To było z jednej i z drugiej strony, między tym był taki wąski przesmyk, gdzie Niemcy chodzili. Muszę powiedzieć, że podkładali tam czasami kawałek chleba, czasami jakąś marchewkę, czy coś takiego.
A te taczki były przecież dla pani za ciężkie.
    
Oczywiście, ja nie mogłam sobie dać z nimi rady, więc przestałam chodzić do pracy. Nie miałam już ochoty chodzić do tej pracy, więc rano się schowałam i nie poszłam do pracy, a jak nie poszłam, to nie dostawałam jeść, bo po pracy się dostawało kartkę na jedzenie. Dzieliłyśmy się jedzeniem z ciocią, ale ona przecież szła do pracy, musiała jeść. Zaczęłam spacerować trochę po tym obozie, tam nie była ogłaszana blokszpera, więc chodziłam i spod kuchni, w której gotowano dla Niemców, wybierałam obierki od ziemniaków, liście kapusty, obierki buraków. To co znalazłam, czyściłyśmy w tym naszym pomieszczeniu, z koleżanką Dzidzią Lipską. Dzidzia była młodsza ode mnie, stała na czatach, żeby nas nikt nie złapał. Ja w tym czasie wybierałam te obierki, albo wskakiwałam do takiej szopy przez okno, znajdowałam tam brukiew (tylko ta brukiew była bardzo zgniła, a zgniła brukiew jest mazią dosłownie).
     Wybierałyśmy te obierki, a tego robić nie było wolno. Kiedyś zobaczył nas kucharz, kiedy wybierałyśmy obierki, zobaczył i schował się. Myśmy myślały, że to dobrze, zbieramy dalej a Dzidzia krzyczy do mnie, że kucharz znów wychodzi. On wyszedł z wiatrówką czy inną strzelbą i zaczął strzelać nam w nogi, w te nieszczęsne, bite, odmrożone nogi. Strzelał, robił sobie z tego zabawę, my uciekałyśmy, a on w nas strzelał, nie zabił, nie zrobił jakiejś wielkiej krzywdy, ale... Wie pan, jak się w baraku rozgrzewało, albo nie daj Boże, wodą pomoczyło, to strasznie szczypało, to chyba sól tam była. Jak wróciłyśmy do baraku, to od razu nogi pod wodę, ale dużo, jak najwięcej wody, żeby wypłukać, to co weszło w skórę, bo on strzelał tylko w nogi.
     Mimo wszystko, chodziłyśmy i zbierałyśmy te obierki. Obierki kładłyśmy do takiej puszki. Między schronami, na dworze, przygotowane były takie ruszty, tam można było coś palić i tam można było coś gotować. To było przygotowane do tego, żeby gotować sobie bieliznę, ubrania, zagrzać wody do mycia, a nie do gotowania takich rzeczy. Wszyscy gotowali tam, co kto mógł, to co zdobył. Żeby nie było widać, co robimy, kładłyśmy na te obierki szmatę, to wyglądało, jakbyśmy gotowały jakąś tam szmatę.
     Któregoś dnia przyszli żołnierze, odsunęli nas, a te ruszty takimi drągami wyrwali i to się wszystko wylało, wysypało z tych puszek. Ten żołnierz, który to robił, szedł po tych puszkach, po tym, co się wysypało, a tam u kogoś jakiś kawałek mięsa nawet był, u kogoś były całe kartofle, a on po tym deptał. Doszedł do naszej puszki, a tam były te obierki, ominął je, chyba zrobiło mu się wtedy żal. On się troszeczkę speszył, gdzieś ta ludzkość była. Jaka dysproporcja, on musiał to zrobić, ale odezwało się w nim coś ludzkiego.
     Tam u nich wszystkie śmieci układane były, poszłyśmy z Dzidzią, leżały tam butelki z ciemnego szkła. Wzięłyśmy po tej butelce, żeby mieć na noc wodę do picia. Kiedy były naloty, to ze zdenerwowania strasznie chciało się pić. To były takie butelki jak od piwa. Kiedy je wzięłyśmy to wyszedł już nie kucharz, ale führer, był drugim nadzorcą i mówił po polsku, mówiłyśmy na niego "ten w skórze", z psem. Poprzednio miałam taki przypadek, że on nasłał na nas psa, ja upadłam, Dzidzia się zatrzymała, podniosłyśmy się, a ten Niemiec, dorosły mężczyzna, pięścią w twarz, w ucho, uderzył jedną i uderzył drugą. Rozsierdził się tym, że wzięłyśmy te butelki. Dzidzia znała niemiecki i mówiła, że on nam tłumaczył, że działamy na szkodę Rzeszy Niemieckiej, że jesteśmy wrogami Rzeszy Niemieckiej, "banditen Warschau". Wiedział, ze my jesteśmy te z Warszawy, krzyczał na nas. Z tej złości, cisnął tymi butelkami w stos tamtych, kiedy się tamte potłukły, to znowu zaczął nas bić, ale nie poszczuł już nas tym psem, uciekłyśmy.
     Jak byłyśmy głodne, to śpiewałyśmy, bardzo długa piosenkę "Wołgę", "Jurka Biczana" i inne, nie chciało się wtedy tak jeść. W tym czasie, z Oświęcimia przyjechały nasze pieniądze, moje i ciotki, które tam zostawiłyśmy. Nie zwrócili nam ubrań, które by bardziej się nam przydały, innej grupie zwrócili ubranie, innej biżuterię, a nam warszawskie pieniądze. Zaczęła się tam jakaś awantura i oni dali nam za to ileś tam marek. Za te marki mogłyśmy kupić ciemne piwo i lemoniadę, to było wszystko, co można było kupić.
     Z koleżanką zrobiłyśmy taką dziurę w siatce, to nie były naelektryzowane druty, przeszłyśmy do miasta i poszłyśmy do sklepu. Tam, za marne grosze, udawałyśmy, że nie jesteśmy z obozu, a to przecież było widać, kupiłyśmy trochę sałatki jarzynowej z ziemniakami, ale to była odrobina, bo nie miałyśmy dużo pieniędzy.
     Kilka razy udało mi się wyrwać z obozu. Za którymś razem kupiłyśmy buraki i powkładałyśmy je sobie za kapotkę, żeby nie było widać. Szedł oddział Hitlerjugend. Zobaczyli nas. My miałyśmy naszywki na plecach, ogolone głowy. Kiedy nas zobaczyli, okrążyli nas i zaczęli rzucać w nas kamieniami. I jedno to było to, że rzucali w nas kamieniami, a drugie to, że te buraki nam się obijały o nogi, każda z nas miała po trzy buraki w kapotce ukryte. To waliło w te nieszczęsne nogi, jak zwykle. Uciekłyśmy.
     Któregoś dnia wyszłam sama. Był tam taki szeroki plac, był kwiecień, słońce świeciło, zobaczyłam, że rosną tulipany przy domach, zachwyciło mnie to. Tam były małe domki, ale były też kamienice, przy tej kamienicy, pół metra i rządek tulipanów. Ja mówię: "Boże mój! Tulipany rosną?!" Nie wyobrażałam sobie, że jeszcze coś na świecie jest, że można zachwycać się kwiatami. Jak urzeczona patrzyłam na te tulipany, poczułam się taka lekka, że ani nie czułam tej ciężkiej kapoty, ani tych butów, których prawie nie miałam, ani tych poodmrażanych, poranionych nóg. Leciuteńko przebiegłam sobie przez ten plac i postarałam się jakoś dostać do obozu, już normalną drogą, taką ścieżką, koło dziadka, który tam pilnował z psem, ale ten pies jakiś taki łagodny, dziadek też łagodny, wpuścił mnie i tamtędy przeszłam do obozu.
     Nad nami zaczęły się walki powietrzne, front się zbliżał, już nie było ogłaszanych alarmów. Ktoś rzucił pogłoskę, że na nasypie jest pociąg z ziemniakami. Wszyscy polecieliśmy po te kartofle, ja też, to było pod górę, po tym nasypie się wdarłam. Przy tych kartoflach siedzieli Niemcy, ale nic nie mówili, kiedy braliśmy te kartofle. Nabrałam tych kartofli w fartuszek i taką torebkę, może kilogram, może dwa, dużo, bo przecież tyle miesięcy nie było kartofli. Schodziliśmy z nasypu, dużo nas było, mężczyźni, obcokrajowcy, schodziliśmy z nasypu, przeszliśmy przez taki żywopłot, a tam karabiny naprzeciwko nas stoją, tak co pół metra, co metr. Kartofle rzuciłam w te krzaczki, ale mimo to, wszystkich nas zapędzili do szopy. Niektórzy mówili, że mają tę szopę podpalić, razem z nami. Znowu strach, obawy, chociaż ja już byłam wtedy otępiała na to wszystko.
     Wtedy, znów się zaczęła walka powietrzna, Niemcy uciekli, bo się tego bali. Mężczyźni jakoś sforsowali drzwi tej szopy, więc uciekliśmy. Moja ciotka stała na otwartej przestrzeni i załamywała ręce, pytała gdzie jest i co się z nią dzieje. Krzyczałam, że musi się położyć, padła koło mnie. Podniosłam trochę głowę i zobaczyłam niemieckie i rosyjskie samoloty. To było widowisko, było wtedy ładne słońce, ładna pogoda. Niemcy gdzieś zniknęli, zupełnie ich nie było. Kiedy ta walka się skończyła, wróciłyśmy po te kartofle. Nawet udało nam się trochę ugotować tych kartofli. Wtedy pojawiła się czujka, przyjechał czołg rosyjski, wysiadł z niego młody, brudny chłopak i powiedział, że już będziemy mieli wolność.
A Niemcy zdążyli uciec?
    
Niemców wymiotło zupełnie. Ten czołg wycofał się, bo to chyba tylko zwiad był. Jak tylko Rosjan nie było, to znaleźli się Niemcy. W tym czasie kiedy było trochę wolności, ludzie polecieli do magazynów i zaczęli brać żywność. Niemcy zaczęli wszystkich wypędzać na rozwałkę, tych co brali jakąś żywność. Ja zdobyłam, w jakiś sposób, od kogoś (sama nie byłam w tych magazynach, nie wiem czy moja ciotka była, bo ona była bardzo strachliwa, bała się o mnie) w takim okrągłym pudełku trochę cukru. W schronie usiadłam na tym pudełku. Mieli rozstrzeliwać tych ludzi, którzy mieli jedzenie, tam były jakieś pasztetowe i w tym momencie przyjechała cała grupa czołgów, więc Niemcy znowu się pochowali, Rosjanie ich aresztowali.
Niemcy nie zdążyli nikogo rozstrzelać?
    
Na szczęście nie zdążyli. Przyszli Rosjanie i powiedzieli, że tu jest przejazd kolejowy, wiadukt, że tu na pewno będą ciężkie walki i żeby rano, jeszcze pod osłoną nocy, wyjść z obozu. Wyszło chyba ze 40 osób, dziewczynki i kobiety. Szliśmy, bo nam kazali w tę stronę iść, z każdej strony leciały kule, to było w nocy, takie ogromne kule latały w powietrzu, wszystko na nas. Biegłyśmy i słychać było jak te kule uderzają o schrony, później już nie biegłyśmy, bo nie miałyśmy siły, szłyśmy.
     Ja wzięłam tylko jakiś koc z baraku, zresztą kiedy poszłam po ten koc, to o mało nie zginęłam. Na szczęście, nie chciało mi się wracać do drzwi, tylko wyskoczyłam przez okno, bo było bliżej do schronu, a w tym czasie w drzwi uderzył pocisk. Kiedy usiadłyśmy w rowie, żeby odpocząć, to zostawiłam ten koc, bo nie miałam siły go nieść.
     Tak szliśmy aż do Bernau, to jest chyba ze 40 kilometrów, no nie wiem, może mniej. Mijaliśmy te czujki i tylko: "Dobrze, dobrze, v pieryod, v pieryod.". My w ogóle nie wiedzieliśmy, gdzie mamy iść, ja nawet nie wiedziałam, gdzie jest front. Rano w Bernau pozwolono nam wejść do tych domów. Tam nie było w ogóle Niemców, widać było, że odeszli dosłownie od stołów, bo były zastawione, zastawione suto. Można było jeść, ale człowiek nie do tego miał głowę, żeby jeść w czyimś domu, z czyjegoś domu brać, mimo wszystko nie. Później jak szliśmy pod wiaduktem w Bernau, to tam było tyle trupów, Boże, ile tam było zabitych, Niemców w białych koszulach, Rosjanie chyba swoich sprzątali i Polaków też. W rowach było mnóstwo zwłok, tak blisko byliśmy frontu, że jeszcze nie zdążyli posprzątać.
     Później poszliśmy dalej, w stronę wsi. Zebrałam z ziemi trochę ziemniaków. Tak jak opowiadałyśmy sobie za czasów obozu, że już nic nie będziemy chciały jeść oprócz ziemniaków ze słoniną i zacierków na wodzie, tylko o tym się marzyło, żeby mieć jedną sukienkę na niedziele, a drugą na co dzień, nic więcej, tak sobie przyrzekałyśmy. Podniosłam te kartofle i wzięłam. Z samochodu ciężarowego krzyczy na mnie Rosjanin, że mam je wyrzucić. Pomyślałam, że tamci mogli, bo to był wróg, a ci? Nie Niemiec i na mnie krzyczy? Nie oddam tych kartofli, dlaczego ja mam je oddać? On wtedy wziął z dorosłych jakąś kobietę i powiedział, że to co leży na dworze, może być zatrute. On przecież nie wiedział, czyim ja jestem dzieckiem, czy polskim, czy rosyjskim, czy... Ten odruch człowieczeństwa znowu mi się jawi. W tych różnych nieszczęściach ja widzę tych ludzi prawdziwych.
     Przywołał mnie do siebie i dał mi bochenek chleba i słoik pasztetu, w takim zawekowanym słoiku. Weszliśmy do jakiejś kuchni. Przyszli do nas polscy żołnierze, przynieśli nam zabite kury, kaczki, nawet barana ściągnęli. Zjadłam troszkę tego gotowanego rosołu, z tym jednym ziemniakiem i w nocy się strasznie rozchorowałam. Na szczęście, w tym domu, w którym się zatrzymaliśmy, była radiostacja rosyjska i tam była niemiecka kobieta, matka właściciela tego domu, którą tam zostawili, (oni się gdzieś wynieśli stamtąd, a ją zostawili), ona pewnie była głodna i zaczęła krzyczeć: "Wilhelm, Brout, Brout!!". Ci Rosjanie, niewiele myśląc sprowadzili ją na dół, do nas, a nie wiedzieli, że my jesteśmy. Otwierają drzwi, a my tam jesteśmy, na podłodze w kuchni, śpimy, leżymy, a ja w malignie. Jak zobaczyłam tę kobietę na wózku, oni ją znieśli i wnieśli, strasznego krzyku narobiłam. Oni się spytali, kim my jesteśmy, skąd, my mówimy, że z obozu.
     Za jakiś czas przyszedł lekarz i powiedział, że nie mamy prawa tyle jeść, nie wolno nam, możemy tylko po łyżeczce. Wskazał na mnie i powiedział, że ja już do końca życia będę miała chory żołądek. Mówił, że wolno nam jeść po łyżeczce, po troszeczkę, bo jesteśmy wygłodzeni. Dał mi jakieś leki i wyszłam z tej gorączki, na drugi dzień już nie było kłopotu, ale mogło się źle skończyć.         
     Potem szliśmy piechotą, potem rosyjskim samochodem z dwoma przyczepami, to był samochód, który wiózł amunicję, a wracał bez amunicji, więc chojrak Rosjanin nabrał sobie ludzi na tę drugą przyczepę, ona się tak kołysała, że mało co nie powypadaliśmy. Dowiózł nas nad Odrę, a przez Odrę przewiózł nas już inny, bo tego nie puścili. Przez Odrę po tym pontonie nas przewieźli. Najpierw znaleźliśmy się gdzieś w Lancbergu, a potem w Kostrzyniu, z Kostrzynia na lorkach do Poznania. W Poznaniu już był Czerwony Krzyż, już nas zapisał.
     W Czerwonym Krzyżu dano nam, mi i ciotce, 150 złotych i do pociągu. Pojechałyśmy do Warszawy. W Warszawie, oczywiście, naszego domu nie było, ciotki domu też nie było, drugiej ciotki domu nie ma, była tam tylko kartka: "Leokadia Celejewska z Alicją i Jeżykiem mieszkają na Krzyżanowskiego 43." Poszłyśmy pod ten adres. To była facjatka w domu, który nie uległ zniszczeniu, ale nie był wykończony przed wojną. Było tam takie pomieszczenie jakby pralnicze, ze skośnymi belkami. Tam się zatrzymałyśmy. Była tam ulepiona z gliny kuchenka. Zaczęłyśmy gotować kawę i nosić rabarbar, sprzedawałyśmy to na dworcu. Ja trochę zaczęłam reperować czyjeś pończochy.
     6 sierpnia 1945 roku wrócił mój ojciec, którego najpierw zabrano z kościoła św. Wojciecha do ładowania maszyn wywożonych przez Niemców z Warszawy. Oni pakowali te maszyny, ale zanim to zrobili, to nasypali piasku, albo zrobili inne uszkodzenia, zanim Niemcy się zorientowali. W październiku wszystkich wypędzono z tej fabryki i wywieziono na okopy. Ojciec znalazł się na okopach, już było mroźno i tam został uderzony jakąś belką w głowę. Odnowiła się ta powstańcza kontuzja. Niemcy zostawili go na polu. Po dwóch lub trzech dniach leżenia w tym błocie znalazł go właściciel tego pola, razem z synami zataszczyli go do swojego gospodarstwa, do stodoły. Kiedy się ocucił, napoili go i nakarmili i zapytali go czy mówi po niemiecku, ojciec znał niemiecki, mogli się porozumieć. Spytali się czy ojciec zna się na pracy na roli, a ojciec się znał. Ojciec został w tym gospodarstwie, miał tam dobrze, miał co jeść, a po pewnym czasie siadał do stołu razem z gospodarzami.
Czyli ojciec szczęśliwie wrócił. Chociaż wtedy, na Woli, była pani przekonana, że widzi pani ojca po raz ostatni.
    
Ojciec wrócił. Kiedy odchodził od tego bauera, to ten bauer jeszcze go wyposażył, dał mu dużo rzeczy na drogę. Ojciec mu opowiadał, że ma dzieci. Wtedy były robione przez Amerykanów obozy przejściowe. Tam mu wszystko zabrali i tam była agitacja, żeby nie wracali do Polski, ale ojciec chciał wrócić i wrócił.
     Przywiózł dla mnie obrus na sukienkę, kremowy, bo ja nie miałam w czym chodzić i woreczek sucharów, bo martwił się, że my tu nie mamy co jeść i rzeczywiście tu nie było wtedy dobrze. Ale jak ojciec wrócił to za dwa dni poszedł do ministerstwa, zgłosił się do pracy, a ponieważ w czasie okupacji nie pracował u Niemców, to go od razu przyjęli. Już wtedy przyniósł mi ciepły materiał na sukienkę, wełnę, żeby zrobić sweter. Po pewnym czasie dostaliśmy przydział na mieszkanie. Tutaj, w tym małym pomieszczeniu mieszkało nas jedenaścioro, cała rodzina mojej bratowej, ciotka z synem, my.
Gdzie rodzina dostała mieszkanie?
    
Tylko my dostaliśmy mieszkanie, oni tam zostali. Ojciec dostał mieszkanie i wziął ze sobą moje ciotki, swoje siostry. Dostaliśmy mieszkanie na Lesznie pod numerem 6. Pierwsza oficyna była zburzona, my dostaliśmy mieszkanie w drugiej oficynie. Mieszkanie miało wejście kuchenne, było sześciopokojowe. Byliśmy trochę zdziwieni, bo przed wojną to było luksusowe mieszkanie, miało sztukaterie na suficie, podłoga z różnokolorowej klepki, piękny kaflowy piec z kutymi, żelaznymi drzwiczkami.
     Mieszkało już tam kilka rodzin bez żadnego nakazu, to byli dzicy lokatorzy. Ale kto by kogokolwiek wyrzucił wtedy? Ojciec powiedział im tylko, że muszą nam dać któryś pokój. Zachowali się ładnie, bo dali nam największy pokój, tylko, że przez ten pokój wszyscy chodzili do łazienki. Później zrobiliśmy tam takie przegrodzenie z papierów. Tam się nie zamykało, bo przecież nie było co kraść.
     Robiliśmy sobie meble z cegieł, które owijaliśmy papierami. W salonie, w tym pokoju, w którym mieszkaliśmy, stała koza. Łazienka była piękna, z wanną na środku, można było tam mieszkać. Później wprowadziła się jeszcze jedna rodzina do kuchni. Ze wszystkimi bardzo dobrze żyliśmy. Kiedy obok zaczęła walić się oficyna, wchodziliśmy do domu przez gruzy. To był przed wojną budynek chyba siedmiopiętrowy, a zostały 3 piętra i fragment czwartego, na którym później zamieszkali ludzie. Ustawialiśmy kafelki od pieca odwrotną stroną, bo miały takie wgłębienia, na suficie, żeby nie lała nam się woda, bo jak padał deszcz, to ciekło przez te wszystkie sztukaterie, na tę piękną podłogę.
     Proszę sobie wyobrazić: tu piękna podłoga, sztukaterie, a tu koza i szafa z desek owiniętych papierem. Kiedyś zerwał się wiatr, a tam sterczał tylko komin i ten komin zaczął się chwiać. Po wojnie domy się waliły, bo były za słabe. Tak zginął nasz sąsiad, balkon się pod nim urwał. Mój kolega też tak zginął, kiedy podczas burzy zawalił się dom. Komin zaczął się bardzo chwiać, więc my - wszyscy lokatorzy, poszliśmy na noc do pionu, w którym to było, poszliśmy na druga stronę. Ten budynek jeszcze stoi, do teraz, to jest budynek Urzędu Wojewody. Tam był duży hol, schody, tam nam pozwolono spać, tam był żołnierz pilnujący tego budynku. Wtedy to nie był Urząd Wojewódzki, ale dyrekcja Państwowego Monopolu Spirytusowego.
     Rano mężczyźni poszli do naszego domu i cegiełka po cegiełce, rozebrali ten komin. Tak się zjednoczyliśmy, że złożyliśmy się, żeby okryć dach. Zebraliśmy pieniądze, zapłaciliśmy komuś i dachu nie zrobił, rzekomo starał się o azyl polityczny gdzieś tam, a to był zwykły oszust. Jeszcze raz zebraliśmy pieniądze i wzięliśmy zwykłego człowieka, który ten dach zrobił, a nie ważnego pana inżyniera. Oficyna obok się zarwała i zginęły dwie kobiety. Sami zrobiliśmy dróżkę, żeby nie wchodzić po gruzach. Kilka niedziel te gruzy uprzątali. Znaleźliśmy nawet studzienkę z wodą, więc nie musieliśmy już nosić wody z daleka.
     Ponieważ nasz dom groził już zawaleniem, zbudowano parę domów na Muranowie. Przenieśli nas na Muranów, tylko my mieliśmy nakaz, ale spytali czy to jest wszystko rodzina i czy chcemy wszyscy mieszkać w jednym mieszkaniu. Powiedzieliśmy, że każdy chce w osobnym i każdy dostał swoje mieszkanie na Muranowie. Bardzo dobrze ze sobą żyliśmy, bywaliśmy u siebie, żyło się po sąsiedzku, jak się wyjeżdżało na wakacje, to zostawiało się klucze.
Kiedy dowiedziała się pani o śmierci brata?
    
Jak wróciłam, to zaraz zaczęłam go szukać, zaczęłam się czegoś dowiadywać. Pamiętałam, że on chciał mnie zabrać do jakiejś szkoły, więc poszłam do tej szkoły, tam go szukać. Niczego się tam nie dowiedziałam, bo szkołę zburzył wybuch bomby. Poszłam dalej i spotkałam babcię kolegi mojego brata, babcię braci Zawadzkich, Heńka albo Wojtka, nie pamiętam i Jurka, to pamiętam, bo to był kolega mojego brata.
     Od niej się dowiedziałam, że tu, na terenie Fabryki Pfeiffra zabili ludzi. Przyszła grupa powstańców, z dziewczyną, która była z nimi, kilkanaście osób, pochowali się w garbarskich kotłach, na terenie fabryki. Schowali się przed Niemcami, bo chcieli się przebijać dalej. Mój brat się podobno nie schował, bo był z tą dziewczyną i jeszcze tam z innymi i zostali w podwórku fabryczki chemicznej. Tam była taka maleńka fabryczka chemiczna, w której mieszkała ta babcia, która nam o tym wszystkim opowiedziała.
     Usiłowali się bronić jak doszli Niemcy, ale to było beznadziejne, bo było ich tylko kilkoro, nie mieli już przy sobie broni. Kiedy Niemcy weszli i ich zrewidowali, to znaleźli u tej dziewczyny finkę harcerską i za to wszystkich wzięli. Później kobiety zaczęły płakać i kobiety zostawili, a tej dziewczyny nie. Wzięli ich na druga stronę do tej fabryki Fajfra. Kobiety zaczęły krzyczeć, więc tę dziewczynę puścili, wszystkich mężczyzn zabrali i rozstrzelali. Ta babcia pokazała mi gdzie to się stało, poszłam tam i leżały tam zwłoki, osiem czy dziewięć osób. To był stos zwłok na podwyższeniu i przysypane to wszystko piaskiem, który już stwardniał. Wystawały ręce albo nogi, rąk jakoś nie mogłam...
     Spojrzałam na jeden but i pomyślałam, że to chyba jest but mojego brata. Zaczęłam to wszystko odgrzebywać i zobaczyłam skarpetkę, którą zrobiłam mu na drutach. Wtedy już wiedziałam, że to mój brat. Poprosiłam dozorcę tej fabryki, żeby zawiadomił mnie, kiedy będzie ekshumacja. Poszłam do Czerwonego Krzyża, rozmawiano ze mną, ale o ekshumacji nikt mnie nie zawiadomił. Kiedy wrócił ojciec, zabrałam go w to miejsce, już było po ekshumacji. Szukałam w Czerwonym Krzyżu, zgłosiły się rodziny, które były przy ekshumacji, zgłosiły się rodziny, które wzięły rzeczy, które poszły do depozytu. Wszyscy znaleźli, a my byliśmy już za późno i nic nie znaleźliśmy. Poszliśmy do kilku z tych rodzin, ale nie chcieli nic pokazać, może się bali mówić o AK? Nie wiem czy mój brat miał przy sobie jakieś rzeczy. Ta staruszka, ta babcia, mówiła, że widziała jak z jego marynarki wyciągnęli dowód.

 Wstecz...


Eulalia Matusiak z bratem Zenonem, lata 30-te XX wieku
Eulalia Matusiak z bratem Zenonem, lata 30-te XX w [...]
Karta pracy Eulalii Matusiak, 1944 (awers)
Karta pracy Eulalii Matusiak, 1944 (awers)
Karta pracy Eulalii Matusiak, 1944 (rewers)
Karta pracy Eulalii Matusiak, 1944 (rewers)
Oświadczenie Leopolda Czekalskiego potwierdzające pobyt Eulali Matusiak w Auschwitz Birkenau
Oświadczenie Leopolda Czekalskiego potwierdzające [...]
Święty obrazek Eulalii Matusiak, który towarzyszył jej w obozie koncentracyjnym (awers)
Święty obrazek Eulalii Matusiak, który towarzyszył [...]
Święty obrazek Eulalii Matusiak, który towarzyszył jej w obozie koncentracyjnym (rewers)
Święty obrazek Eulalii Matusiak, który towarzyszył [...]
Zenon Matusiak, brat Eulalii, poległ w Powstaniu Warszawskim, 1944
Zenon Matusiak, brat Eulalii, poległ w Powstaniu Warszawskim, [...]

Galeria fotografii

Wywiad z Eulalią Matusiak-Rudak przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego, 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten