Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eulalii Matusiak-Rudak


foto

     Jeszcze jedną noc przespaliśmy w piwnicy, bo do mieszkań nie wolno było wchodzić. Ja się raz przedostałam przez Niemców, żeby coś z ubrania czy do jedzenia choćby przynieść. Wyszłam trochę po kryjomu przed ojcem i ciotką, wyszłam z tej piwnicy, bo w piwnicy ciemno, kto mnie tam mógł zauważyć? Ja wyszłam, tak się skradałam, Niemcy siedzieli na parterze, przeszłam koło nich, a oni mi nic nie powiedzieli. Fakt, drzemali, ale nic mi nie powiedzieli. Poszłam na pierwsze piętro i w naszym korytarzu siedzieli Niemcy. Przeszłam koło nich i weszłam do mieszkania. Otworzyłam drzwi z klucza, bo jeszcze zdążyłyśmy z ciotką zamknąć, otworzyłam, weszłam i wzięłam coś do jedzenia. Tam był chleb, kawałek słoniny i jakiś garnek, chyba z zupą, tego nie pamiętam. Idę z powrotem, Niemiec zabrał mi chleb i spytał (ja nie znałam niemieckiego), co ja mam, a drugi mówi: "speck", czyli słonina i oddał mi chleb a zabrał słoninę. Zabrali mi też klucz od mieszkania, także już klucza nie pozwolił mi zabrać, a ten garnek i chleb zabrałam do piwnicy. Zjedliśmy.
     Później gotowało się na podwórku. To w ogóle był nadzwyczajny dom, tam byli nadzwyczajni ludzie, tam każdy się każdym opiekował. Był tam pan Rydecki, który miał sklep spożywczy, w tym domu z boku. Wszystko co miał dawał do gotowania, mąkę. Gotowaliśmy zaciery na dworze, w takich kotłach. Życie było zupełnie rodzinne. Był ołtarzyk, przy którym się modliliśmy, śpiewaliśmy.
     10 sierpnia, po południu przyszli Niemcy i kazali się nam wynosić, można było w rękę co nieco wziąć, wtedy mogliśmy pójść do mieszkania. Jak tylko weszliśmy do mieszkania i zbliżyliśmy się do okna to coś huknęło w róg naszego okna, czyli ktoś obserwował widocznie i nawet w to okno strzelali. Tam stała na oknie wykupiona przeze mnie marmolada, a to słońce sierpniowe tak grzało, że marmolada tak spuchła i lała się po tym oknie i na podłogę. W pierwszej chwili jak zobaczyłam na podłodze, to myślałam, że to krew czyjaś, a to była ta marmolada.
     Potem weszli już Niemcy, mogliśmy niektóre rzeczy wziąć. Ojciec wziął taką paczkę, którą miał przygotowaną na wszelki wypadek, tam było futro i garnitur, w takiej paczce w papier zawiniętej, takim dobrym papierem i sznurkami. My z ciotką wzięłyśmy tylko to co w rękę, ciotka wzięła trochę żywności, a ja wzięłam książkę, nie wiem dlaczego, ale książkę, moją ulubioną. Nakładłam na siebie chyba trzy sukienki i kożuszek, bo to co się miało na sobie, była szansa, że ocaleje. Byłam w sandałkach. I tak nas wypędzili z domów, okolicznych domów, bo jak szliśmy to z drugiej strony Okopowej, naprzeciwko Kaczej, to już tam trochę ludzi stało. Spędzili nas tam wszystkich. Naprzeciwko ustawione były karabiny maszynowe, na każdym rogu, na Kaczej, na Żytniej. Na Okopowej przy Żytniej była barykada. Niemcy kazali wszystkim mężczyznom wyjść i rozbierać tę barykadę, ta barykada była, tak jak to w Warszawie, z brukowców, płyt chodnikowych, szaf, krzeseł (później ja byłam w innej sytuacji, kiedy barykadę w Berlinie kazali mi budować, to zupełnie inaczej to wyglądało).
     W każdym razie mężczyźni poszli tam, a wtedy młode dziewczyny Niemcy pozabierali. Młode dziewczyny, nie dzieci, pozabierali. Jedna kobieta, taka bardzo siwa, prosiła, żeby jej córkę oddał. Nie oddał. Te dziewczyny poszły i nigdy nie wróciły. Po pewnym czasie kazali nam stamtąd ruszyć, byliśmy przekonani, że nas zabiją, bo do tej pory zabijano wszystkich po kolei, ale kazano nam iść. Kto nie mógł iść został. Jak dość daleko odeszliśmy, to usłyszeliśmy strzały, nie wiem czy stamtąd, ale prawdopodobnie zabito tych chorych czy starych, nie mogących iść.
     Ojciec już trochę chodził więc tak powoli, powoli szliśmy. Kawałek szliśmy ulicą Żytnią, potem Karolkową, koło szpitala Karola i Marii, potem koło szpitala św. Łazarza. To były straszne widoki. Potem szliśmy Lesznem do Górczewskiej. Na rogu Młynarskiej i Górczewskiej płonął dom, z tego domu pewnie chcieli skakać ludzie, były przewieszone zwłoki, zwęglone takie wisiały na oknie. Wie pan, jak jestem czasami w tamtej okolicy, to ja to widzę, bo ten dom stoi, nie będę mówiła który, bo może trudno byłoby tam ludziom mieszkać, chociaż uważam, że to jest dom bohaterów.
     Na rogu Górczewskiej i Młynarskiej była kapliczka, a w tej kapliczce leżały ludzkie zwłoki, obok były konie, spalone, spuchnięte, z takimi strasznie wzdętymi brzuchami. Dalej nas pędzili i tak w prześwicie Szlenkierów jest plac Opolski, tam za tym pałacykiem, to było naprzeciwko mojej szkoły. To tam w prześwicie do mojej szkoły, nic nie widziałam, tylko jakby zwalone coś, nie wiem. Natomiast tu, w prześwicie, były ustawione stoliki, byli Niemcy, były kobiety w kolorowych sukniach, patefon grał, oni tańczyli i się bawili. W tej scenerii, proszę pana, człowiek zabijający drugiego człowieka, człowiek niszczący całe narody, mógł się bawić. Dla mnie, dziewczyny wtedy dwunastoletniej, był to szok straszliwy, ja nie mogłam sobie z tym poradzić, nie mogłam zrozumieć jak to się działo. Wydawało się to nie do pojęcia.
     I dalej szliśmy, wszędzie były trupy, wszędzie były jakieś szczątki ludzkie. To jest obraz nie do opowiedzenia, nawet gdybym umiała rysować, to bym tego nie narysowała. Pędzili nas dalej, do ulicy Działdowskiej i z Działdowskiej skręciliśmy w ulicę Wolską, do kościoła św. Wojciecha i tam zabierali mężczyzn. Ja się tak przytuliłam do ojca, to Niemiec kolbą karabinu odpędził mnie od ojca, ojca chyba mocno uderzył tą kolbą, bo ojciec aż się tak skulił. Niemiec włożył tę kolbę między nas i tak nią szamotał, myśmy się odsuwali, to coraz mocniejsze te uderzenia były. Ojciec był już wtedy chyba przekonany, że idzie na stracenie. Wiedział, on sobie zdawał ze wszystkiego sprawę, ja nie. Rzucił tę swoją paczkę, ja wzięłam i ciągnęłam jeszcze do wiaduktu, do Bema, wtedy zgubiłam książkę, niestety.
A co to była za książka, pamięta pani tytuł?
    
?Antologia poezji polskiej", taka nasza książka, w zielonej skórzanej oprawie ze złotymi literami, piękna książka, na czerpanym, lekko kremowym papierze. To była książka ze wszystkimi wierszami, ja się z niej uczyłam wierszy w czasie wojny. Bardzo kochałam tę książkę. Popędzili nas dalej. Muszę panu powiedzieć, że nie wiem co na to wpłynęło, ale ja od tamtej pory nie wiem co się działo, aż się znalazłam w Pruszkowie. Nie wiem którędy szłam.
Nie pamięta pani tego ostatniego etapu?
     Czy jechałam? Czy szłam do tego Pruszkowa? Jak się tam znalazłam? Nic zupełnie nie pamiętam, mam lukę zupełną, nic nie wiem. A przecież zdaje mi się, że pamiętam niektóre szczegóły, bardzo dokładne szczegóły. To nie był pierwszy raz, kiedy mi się to zdarzyło, zdarzało się to też i potem.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten