Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eulalii Matusiak-Rudak


foto

     Zamknęli wagony i powieźli nas. Przed Częstochową, jak trochę otworzyli, nie wiem gdzie to dokładnie było, czy to już było na stacji w Częstochowie, otworzyli wagon i trochę powietrza wpuścili. Wszyscy jechali, nie było ubikacji, było ciasno, nie można było usiąść, wszyscy jechali na stojąco, jeśli ktoś przykucnął, to inni się na niego przewracali. To było niesamowite. W pewnym momencie otworzyły się drzwi wagonu, wleciało trochę powietrza, wszyscy ludzie pchali się do drzwi, ale nie wolno było. Ludzie zaczęli się pchać, żeby trochę tego powietrza złapać. Jakiś kolejarz w ciemnym mundurze, czarnym ubraniu, miał ogromny biały dzbanek i mówi: "Ja wam tu wody trochę przyniosłem." I pyta Niemca czy wolno tę wodę, Niemiec kiwa głową, że tak. On tę wodę dał. Wszyscy chcieli tej wody, ta woda się rozchlapywała. Nie wiem czy po kropelce każdy dostał. Jedni mieli więcej. Wyrywali sobie ten dzbanek. On krzyczy: "Oddajcie ten dzbanek. Ja wam przyniosę tej wody, nie bójcie się, inni przyjdą!". Zabrał ten dzbanek, odwrócił się, a Niemiec do niego strzelił. Nie wiem czy go zabił, czy tylko ranił.
     Drzwi się zamknęły i koniec, już nie było odwrotu. W międzyczasie, tam chyba już później ktoś powiedział, że jeżeli pociąg pojedzie w tę stronę to pojedziecie na wolność, jak w drugą stronę to do Oświęcimia. No i tak czekamy, no i pojechał w stronę Oświęcimia... Wjechaliśmy do tego obozu. Ja od razu odczułam to takie dygotanie tych drutów. To była noc, one tak brzęczały tym naelektryzowaniem. To było coś co od razu człowieka zniewala, ja to tak odczułam. Byłam od razu gotowa iść na te druty, one przerażały, ale i przyciągały. Nie wiem, nie rozmawiałam o tym z nikim, ale coś takiego odczuwałam. Później jeszcze raz coś takiego odczułam, też tam.
     No i znowu psy, znowu selekcja. Mężczyźni osobno, kobiety osobno, mali chłopcy poszli z kobietami i z dziewczynkami. Pędzono nas drogą. W oddali widać było jakieś ognie, tak jakby jakieś duże kwadraty się paliły, w jednym miejscu, w drugim miejscu, w trzecim miejscu coś płonęło. Swąd był niesamowity. Swąd kości, włosów. Wisiała, jak gdyby, mgła tego swądu w tym obozie. Wpędzono nas do baraku, gdzie nie było ani prycz, ani niczego. Wieziono wózek z wodą, strasznie śmierdząca i cuchnąca, ale woda, wreszcie woda. W tym baraku, na ziemi była dość wilgotna glina, trzeba było znaleźć miejsce, żeby się gdzieś położyć, żeby jakoś spać.
Czyli w tym baraku ludzie spali na gołej ziemi?
    
Oczywiście, że spali na gołej ziemi, nic nam nie dano. Ale opowiadałam panu o tej paczce mojego ojca; córka pana Chełmińskiego - dozorcy (była trochę starsza ode mnie), znalazła się też w tym obozie, jak ona nas zobaczyła, to zapytała czy może być z nami, bo przecież znałyśmy się. Powiedziała, że tu jest jeszcze taka pani, też z ulicy Kaczej i spytała czy ta kobieta też może być z nami. Zawsze to jest bratnia dusza, ktoś znajomy. Ona przyszła z całą gromadą różnych maneli, myśmy były nagie i bose, tylko w tym co miałyśmy na sobie, a ona miała paczki i wśród tych paczek była paczka mojego ojca. Ja mówię, że to jest paczka mojego ojca, ona się zaczęła wykręcać, ja jej mówię, że na pewno, bo tu są sznurki z gilzami, mówię co jest w tej paczce. Moja ciotka zaczęła mnie odsuwać, mówi: "Co ty?! Nie kompromituj się!" Później może inaczej ciotka by reagowała. Ja mówię, że to na pewno jest paczka mojego ojca. Ona powiedziała, że jak otworzymy i będzie tam to co mówiłam, to zobaczymy. Rozwiązaliśmy tę paczkę, a tam było to futro i ona mi pozwoliła pierwszą noc spać na futrze mojego ojca. Nie spałam więc na gołej ziemi, jak to się mówi: "Pan Bóg łaskaw na sierotę", spałam na futrze mojego taty. Później, oczywiście, to wszystko trzeba było zwinąć i zabrać.
     Chodziliśmy jeszcze, chyba dwa dni bez niczego zupełnie, nie dawali nam jeść. My miałyśmy ze sobą woreczek grochu, ten groch był nie łuskany, brałyśmy go do ust i żułyśmy bardzo długo, aż ta łuska odpadła i później, takie zmiażdżone, zmieszane ze śliną łykałyśmy. Gienia Chełmińska miała chyba słoninę, a ta pani miała cukier. Każda z nas coś dawała, dzieliłyśmy się tym nawzajem. Więźniarki, które już były w obozie, podobno, zrzekły się jakiejś części zupy. "Kible" z tą zupą, bo to się tak mówiło: "kible", trafiły do nas. Po troszeczku tej zupy dostałyśmy. Nawet nie pamiętam, w czym tę zupę jadłyśmy, wtedy się wydawała nadzwyczajną, pyszną zupą.
Czy Niemcy ubrali was w pasiaki?
    
Wtedy jeszcze nie. Jeszcze byliśmy w swoich ubraniach. Rano, drugiego dnia, ustawiono stoły na podwórku, gdzieś nas pognano. Ja topografii obozu nie znałam, nawet nie wiem, czy umiałabym pokazać, w którym to było miejscu. Stanęliśmy przy stole, spisywano nas, zabierano biżuterię i pieniądze. Zabierano ubrania. Dawano takie torby, a ubrania do toreb. Zostawaliśmy tylko w takiej jednej sukieneczce, wszystko trzeba było oddać. Pakowano to w torby i zabierano. I popędzili nas do zauny, to jest kąpielisko, tam były takie pomieszczenia, podobno to się nazywało "fryzjernia". Tam kobiety, przeważnie Żydówki, zajmowały się strzyżeniem włosów. Strzygli każdą z nas, niektórym odpuścili to strzyżenie, ale akurat mi bardzo źle zgolili głowę. Ja miałam gęste bardzo włosy, kręcone i pewnie trudno było je obciąć maszynką, a ona musiała szybko to robić, więc mi pozadzierała skórę. Stamtąd musieliśmy przejść przez drzwi, w tych drzwiach stała głęboka miska z jakimś płynem, trzeba było w tej misce zanurzyć głowę. W tej misce były insekty z głów ludzi, którzy je mieli, więc przyczepiały się cudze włosy, te insekty wchodziły, lało się to po twarzy, do oczu, szczypało, to był jakiś żrący płyn. To było straszne.
     Później, rozebranych do naga, wypędzono nas na dwór. Staliśmy na dworze, na słońcu, z ogolonymi głowami, strasznie to piekło, to było bardzo męczące. Trzymano nas tak do nocy, a może całą noc, już nie pamiętam. Wieczorem, jak zapaliły się światła na tych drutach, te druty znów tak brzęczały, to ja miałam ochotę pójść na te druty, już nie mogłam, nie miałam siły tego wszystkiego znosić. Te obrazy, które się przewijały, ta nagość tych ludzi, dzieci, kobiet, staruszek, to było... Wie pan, w naszym domu, w czasie okupacji, było małżeństwo, po które przyszli Niemcy. Oni mieli małe dziecko. Niemcy zabrali tych rodziców na oczach tego dziecka. Nie wiem, co się działo w tym mieszkaniu, ale to dziecko straciło władzę w nogach. Opiekowała się nim babcia, taka nobliwa staruszka, zawsze chodziła w czarnej sukni z białym koronkowym kołnierzykiem, woziła tego wnuczka na wózku. To był taki dzieciaczek, miał wtedy może ze dwa i pół roku. Jak jego rodzice zostali zabrani miał może półtora roku. I on się znalazł w Oświęcimiu, na wózku i ta jego babcia też. Ta babcia rozebrana do naga, z ogoloną głową, nachyla się nad dzieckiem, a to dziecko się jej boi, krzyczy, nie poznaje, że to jego babcia. To był wstrząs dla babci i wstrząs dla mnie. To były straszne rzeczy. Owłosienie wszędzie było ogolone.
     Później wpędzono nas znowu do zauny, ale już nie strzyżono. Musiałyśmy przejść przez taki dołek. Trzeba było zanużyć nogi, żeby zdezynfekować i do kąpieliska. Byłyśmy radosne, że tu się wykąpiemy, zmyje się to wszystko z siebie. W ciągu dnia piłyśmy wodę z jakiegoś rowu. Weszłyśmy do tego kąpieliska, te prysznice i nie ma wody. W pewnym momencie poleciało trochę wody, gorąca, ukrop, po chwili zamknęli i już nie było. Wyszliśmy inną stroną, tam były wyrzucone te nasze ubrania, nie te z tych toreb, tylko te, z których się rozebraliśmy przed wejściem do fryzjerni, poszły do parówki. Ubrania z tej parówki były gorące, trochę wilgotne mogłyśmy wziąć, nasze i jakiś stos innych ubrań, pewnie po zamordowanych ludziach, tych, co poszli do krematorium od razu. Z tego stosu ubrań można było sobie coś tam dobrać. Ja znalazłam swoją własną sukienkę, ale nie znalazłam już żadnej bielizny i miałam te sandałki, w których wyszłam. Mój kożuszek nosił taki malutki chłopczyk, bo w tej parówce tak się zbiegł, że na mnie już by nie wszedł, a ten chłopczyk był malutki, może mu ciepło było przynajmniej przez jakiś czas, jeżeli mu go nie zabrali znowu.
     Popędzili nas do baraków, to było już w nocy, weszłam do baraku na FKL-u szesnastym, szesnasty barak, to były FKL, podobno to były baraki najgorsze. Weszłam do tego baraku, było tam zupełnie ciemno, nie wiedziałam jak się poruszać, a tam za nami krzyki, żeby prędzej wchodzić. Nie było tam miejsca, wreszcie gdzieś na górze ktoś pyta: "A kto ty jesteś?". Na mnie mówiono Lilka, zresztą taki pseudonim miałam. "No, choć tutaj." Podał mi ktoś rękę i weszłam na najwyższą pryczę. Tam były jakieś kobiety i one mówiły do siebie: "Patrz! To dzieciak! Słuchaj, to dzieciak. Skąd ty jesteś?" ja mówię: " Z Warszawy", a one: "A co w Warszawie?", ja mówię: " Powstanie.", "Powstanie w Warszawie!?". No i musiałam opowiadać i opowiadać o Powstaniu, one były tym zachwycone. Wreszcie usnęłam. Dały mi chyba kawałek chleba. Jak się obudziłam rano, to leżał koło mnie kawałek chleba, a ich już nie było. Kto to był, co to były za kobiety, ale Polki, kim one były nie wiem. Wtedy zaczęliśmy już żyć w tym baraku, było tam około 500 dzieci.
     Działy się tam różne rzeczy, trudno o tym opowiadać. Ja mam swoją wersję wolności, bo tak jak mówiliśmy, wolność była w czasie Powstania, na tym podwórku, nawet wolność była wtedy kiedy stałam w bramie na Okopowej, któregoś dnia Powstania, naprzeciwko był taki pawilon apteczny, stamtąd wyszły dziewczyny w białych fartuchach, dziewczyny w harcerskich mundurach, lekarze, mężczyźni, z biało czerwoną flagą, to było po południu, i zaśpiewali: "Jeszcze Polska nie zginęła". Myśmy, dzieciaki stanęli na baczność, a nie mogłyśmy wyjść z tego wgłębienia bramy. Myśmy to widziały. Ja nawet kiedyś o tym opowiadałam i jedna z koleżanek harcerek powiedziała, że one miały tam punkt opatrunkowy, stamtąd, wieczorami, odwoziły rannych  do szpitala św. Łazarza.
     W tym obozie, w tym baraku, byliśmy w jakiś sposób wolni. Jeżeli nas nie bito, jeżeli nie musiałyśmy stać na apelu na dworze, chciało się wyjść z tego baraku na zewnątrz, ale na zewnątrz to była "blokszpera", wchodziła do baraku jakaś taka "lagerteste" i krzyczała: "niech jedno dziecko na lagrze spotkam, to tu trupem padnie!", no i nie można było wychodzić wtedy z baraku, w ogóle nie można było wychodzić, nawet do "waszraumu" czy do latryny to nas wyprowadzano całym barakiem, wszystkich razem. Trudno się było pomieścić, później dzieci siusiały, robiły na tych pryczach.
     Później jakieś kible były, te kible musiałyśmy wynosić, bo przecież, jak wyprowadzali nas raz, czy dwa, w ciągu dnia, to dzieciak, zaziębiony jeszcze, nie wytrzymywał. Nie było materaca, nie było żadnych sienników, to były jakieś strzępy sienników, co w tych siennikach było, to nie wiem. Jak się ruszyli ci na górze, to ci na dole mieli na głowach pełno jakiegoś śmiecia, a jak ktoś się posiusiał, to lało się bezpośrednio, nie mówiąc już o innych rzeczach. Starsze dziewczynki zdecydowały się na to (wyznaczone były dyżury), że będziemy te kible z nieczystościami wynosić. Te kible były bardzo ciężkie, nie wolno było wynosić jak była zapełniona tylko połowa tego kibla.
     Kiedyś, jak wynosiłyśmy te kible, rolwaga jechała, byli mężczyźni, dobiegli do nas i pytają co to, my mówimy, powiedzieli, żebyśmy pamiętały, że oni zawsze o tej porze, co drugi dzień tędy jeżdżą, żebyśmy wtedy brały dyżur, to oni nam pomogą. Nie wiem czy innym też pomagali, ale nam kilka razy bardzo pomogli (później, po wojnie, spotkałam się z panem Czekalskim, który był jednym z tych z tej rolwagi. Napisał nam takie oświadczenie, bez naszej prośby zresztą).
     To był taki ruch oporu, zresztą nie raz się tak zdarzyło. Jak blokowa dzieliła chleb, to na barak dostawała całe bochenki chleba, nam się należała jedna piąta bochenka, to ona tak kroiła, że my dostawałyśmy jedną szóstą, bo ona miała zapasy chleba, a za chleb można było w obozie niemal wszystko dostać (ja się na tym nie znam, ale kupowali biżuterię i wszystko inne, ktoś przechował, ktoś miał z "kanady", to znaczy z tych baraków, gdzie się te wszystkie dobra zbierało), w każdym razie miała tam kontakty jakieś.
     Jak dziewczyny się komuś poskarżyły, że są mniejsze porcje chleba niż być powinny, a w takich warunkach liczył się każdy okruszek, to właśnie ci z ruchu oporu jej przekazali (nie wiem czy to do Niemców dotarło czy nie), że chleb musiał być krojony, ale zostawać na skórze, ta spodnia skóra nie mogła być przecięta, więc jak się złożyło, to było widać, że jest pięć porcji, a nie sześć.
     Dla nas taki ruch oporu był znaczący. Jak mnie jakaś kobieta, z tego ruchu oporu, dała bryłkę soli i mówi: "Jak nie będzie blokszpery, to idź do babek, one bardzo potrzebują soli". Nie wiem, dlaczego starsze kobiety tak bardzo potrzebowały soli, "To one ci za sól, one chleba nie jedzą, to one ci dadzą chleba za tę sól.". Ja rzeczywiście tak zrobiłam, ale zbierałam sobie ten chleb, żeby się najeść naraz. Jak nazbierałam cały woreczek, to w nocy mi ktoś ukradł ten chleb. Kiedyś szczur się trochę podzielił ze mną, przy mojej głowie siedział i jadł, bo  to w takim woreczku pod głowę sobie położyłam.
     Były takie różne formy pomocy. Kiedyś zupa została przywieziona rano przez jakieś kobiety. Zupa była z taką melką, to się melka nazywało. Wtedy to było coś fantastycznego, bo rano to były tylko zioła, kawa, chleb, od czasu do czasu kawałeczek margaryny, a dopiero na obiad zupa. Zupy były różne, z jarmużu, z kapusty, z pokrzyw. Ja nie powiem, że to nie mogło być zdrowe, może, ale kiedy je się też coś innego. Nie każda z nas miała miskę, niektóre miały tylko kubeczki, ja miałam tylko kubeczek. Jak tą chochlą nalewano tę zupę, a zupa była z kapusty, było pół liścia albo cały liść, to on zakrył i nic się nie nalało, chociaż tej gorącej wody.
     Najlepsza była zupa z brukwi czy czegoś innego, dość gęsta, zasypywana kaszą czy jakimś grysikiem, ta była najlepsza, tylko miała bardzo dużo robaków, białych, małych glizdek. Trzeba było albo zjadać nie patrząc, albo wybierać, jedno z dwojga. Jeśli zupa była z pokrzywy, to były w niej całe pokrzywy, jarmuż też. Gnębił nas bardzo brud, bałagan, zimno.
     Potem przeniesiono nas do innego baraku. Jak tylko się tam znalazłyśmy, nie miałam bielizny na sobie. Musiałam dół sukienki, w której spałam zawiązywać sobie na górze, nad głową, dlatego że byłam na najwyższej pryczy, a tam na suficie były wióry i w tych wiórach gnieździło się mnóstwo pluskiew.  One spadały na całe ciała, wchodziły do nosa, do uszy, do oczu, więc się głowę zamotywało w sukienkę.
     Kiedyś wstałam i byłam cała wykropkowana na czerwono, tak byłam pogryziona, że flagierka chciała mnie wziąć na rewir. Były protesty, krzyki, awantury, dwie noce spałyśmy na dworze, a oni włożyli jakieś świece dymne, od których te wszystkie pluskwy zdechły. Przestało nas przynajmniej to gnębić.
     Te apele nas bardzo gnębiły, na apele musiały wychodzić wszystkie dzieci, i te małe bardzo, i kobiety w ciąży, bo w naszym baraku były też kobiety w ciąży, to był murowany barak, i dzieci niepełnosprawne. Była taka dziewczynka, która nie chodziła, ona stale siedziała z rozstawionymi nóżkami i się kiwała, tak jak takie dzieci nieszczęśliwe, ona chorowała na durfal. Nie dawała sobie sama rady, a jej mama była w baraku dla matek, chodziła do pracy, nie mogła się nią opiekować, nie mogła do niej przychodzić, a ona też musiała wychodzić na apel, więc wynoszono ją, wyciągano, ona siedziała i rozstawione miała nogi. Auzierka jak chodziła sprawdzać czy równo stoimy, to zawsze ją kopała, albo deptała te nóżki. Wzięłyśmy ją w środek, między nas, żeby jej nóżki nie wystawały, żeby jej nie kopała, to tak jak nigdy, ta auzierka (taka szczupła blondynka, nawet ładna kobieta), jak nigdy, nie przechodziła między szeregami, to wtedy, jak zobaczyła to weszła między szeregi i znów ją kopała w te nóżki. Ta dziewczynka miała 9 lat, ja nie wiem czy ona zdawała sobie sprawę z tego, że jest tak strasznie maltretowana.
     Pewnego dnia, gdy wyszłyśmy na apel, była mniejsza liczba dzieci. Wszystkie te dzieci zostały zabrane, wiadomo co się z nimi stało. Kiedyś poszłam do tego małego waszraumiku w baraku, gdzie te kible były, żeby się załatwić (tam było okno zabite deskami), ja między tymi szparami wdrapałam się (bo usłyszałam jakiś hałas), wyjrzałam i zobaczyłam, że szły kobiety z narzuconymi na głowy kocami. Szły w takim szpalerze, piątkami (bo tam się piątkami chodziło), w szpalerze z umundurowanych Niemców z karabinami, psy wokół nich. Gdzieś je prowadzili, już więcej nie wróciły. Podobno to były partyzantki jugosłowiańskie, ale ja tego nie wiem, bo tam były i Węgierki. Te Węgierki też zniknęły.
     Pewnego dnia zabrano matki, które były na bloku obok, więc od czasu do czasu można było chociaż pomachać ręką, chociaż po apelu, na chwilę je zobaczyć, jak nie było blokszpery, to coś tam sobie podać. Zabrali te matki gdzie indziej, to była rozpacz ogromna. Właśnie wtedy ruch oporu, ci panowie, przynieśli nam kartki od matek. Ja dostałam od ciotki, bo ona podała się za moją matkę, bo miała to samo nazwisko (to była siostra mojego ojca). To był skrawek szarego papieru. W obozie nie było papieru, nie było ręczników, nie było papieru toaletowego, jak te wszystkie rzeczy załatwiać? Nie było poduszek, nie było żadnych prześcieradeł, nie było żadnej pościeli, były tylko strzępy koca, jeden koc na całą pryczę, jak jedna się zakryła, to dla drugiej już nie starczało.
     Ta kartka przyszła do mnie, zmięta, zwinięta. Okazuję się, że ten pan, który ją przyniósł, powiedział, że zaraz wróci i żebym odpowiedziała. Ciocia mi napisała: "Żyję. Jestem zdrowa." I podała swój numer. Ja po drugiej stronie odpisałam jakimś kawalątkiem ołówka: "Żyję. Jestem zdrowa" (ten ołówek umieściłam w bloku między cegłami, teraz prosiłam koleżankę, żeby sprawdziła czy on tam jeszcze jest). I oni to zabrali. Wie pan, że oni sobie na naszych oczach, chociaż pewnie nie powinni byli (ale wiedzieli, że my ich nie wydamy), w obrębek czapki z pasiaka wkładali te nasze karteczki, w obrębek mankietów, czy jeszcze gdzieś i tak przenosili z tą rolwagą, na lagier, na którym były nasze matki.
    
Jednego dnia, część nas blokowa popędziła, poza tą normalną zauną, popędziła, też mówiło się, że to zauna, ale to było krematorium. Tam były młodsze ode mnie dzieci i takie jak ja, większych chyba nie było, może z siedemdziesiąt parę nas wtedy było. Wpędzono nas do tego jednego pomieszczenia, kazano się rozebrać, tam były takie ławeczki, zostawiliśmy swoje ubrania i buty. Weszliśmy do szarego, ponurego pomieszczenia, gdzieś tam maleńka lampka się świeciła. Były tam takie jakby prysznice, ale dzieciaki zaczęły się chować pod ścianami, tam był taki murek. "Chodźmy na murek, bo wiecie, tu się...". Dzieci już wiedziały, ja powiem szczerze, że tego nie wiedziałam, ale te dzieciaki mówiły: "patrzcie, patrzcie, tu się ta podłoga rozejdzie i my tam wpadniemy wszyscy." I rzeczywiście, na podłodze była taka dość szeroka zębatka, tak się zazębiały metalowe części. Z jednej i z drugiej strony były drzwi, tam było widać jakieś wózki, taczki. Słychać było krzyki po niemiecku: "Halo! Halo!", cały czas, wrzaski.
     Co jakiś czas Niemiec, purpurowy na twarzy, w mundurze niemieckim, wchodził do naszej sali, przechodził i walił siebie samego bacikiem po cholewach, wściekły, zły. Nie wiem czy miał nas zastraszyć. My się pochowaliśmy po kątach, a on chodził w tę i z powrotem. Dla nas to trwało wieczność. Stanął w tych drzwiach i krzyknął: "Raus!", takim strasznym głosem. My wylecieliśmy jak na skrzydłach, natychmiast, nie wiem jak się nie pozabijaliśmy w tych wąskich drzwiach, nie wiem. Zabraliśmy ubrania i wybiegliśmy na zewnątrz.
     Wyszliśmy stamtąd, blokowa zaprowadziła nas z powrotem na nasz lagier i z daleka zobaczyliśmy, że idzie kolumna kobiet. Któraś dziewczynka poznała wśród nich swoją matkę i krzyczy: "Matki wracają! Matki!". Rzeczywiście matki wracały, te co były zabrane przedtem. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z tym, że zaprowadzono nas do krematorium, trudno powiedzieć. Nie wiem, czy wszystkie dzieci miały zostać też zaprowadzone. Ile się naraz mogło tam mieścić? Dlaczego tylko siedemdziesiąt pare, a nie wszystkie pięćset? Matki wróciły, nie mogliśmy się z nimi spotkać, ale sama świadomość, że one tu są powodowała radość.
Czyli nikt nie wiedział, dlaczego was wtedy wypuścili?
    
Nikt nie wiedział, dlaczego wypuścili. Nikt nie wiedział, dlaczego nas zaprowadzili.
Zaprowadzili was na śmierć i wypuścili?
    
Nikt nie wie dlaczego, nie wiadomo dlaczego. Czy czegoś zabrakło?
Czy może mieli awarię?
    
Może mieliśmy szczęście, w tym nieszczęściu? To tak jak ja mówię: "Pan Bóg łaskaw na sierotę." Może tak było.
     Później już nadeszły bardzo zimne dni, był chyba listopad. Wyprowadzono nas z tego baraku, bo tam już było strasznie zimno. Tam były piecyki, na których sztubowe gotowały sobie jakieś pierogi, wśród głodnych dzieci roznosiły się te zapachy. To była dodatkowa udręka. Przeprowadzili nas na tak zwany lagier cygański. To były drewniane baraki, kiedyś podobno były tam stajnie, więc po środku był piec, komin zamiast do góry szedł przez środek, czyli jak się paliło, to ten dym przechodził przez piec i wtedy było ciepło. Czasem siadałyśmy na tym piecu.
     Kiedy weszłyśmy do tego szóstego baraku na cygańskim lagrze, to zobaczyłam inne prycze niż w tamtym baraku, całe czarne i na nich wielkie, ogromne, kudłate, czerwone koce. To była taka trochę konsternacja, niektóre dzieciaki tego w ogóle nie widziały, bo od razu zaczęto nas wołać na apel i nie zdążyły wejść do baraku. Ja weszłam i od razu wybrałam sobie wysoką pryczę, tam położyłam swój woreczek, kubeczek i łyżkę, będę miała pryczę dla siebie, wzięłam ten koc do ręki, był ciepły, nareszcie będzie ciepło, pomyślałam.
     Wyszliśmy na apel, później znowu do zauny. Wróciliśmy do baraku, a tam, przed barakiem leżały te koce na stosie, wszystkie zabrane, mój woreczek i kubeczek leżą na piecu, blokowa stoi i pyta czyje to jest, każdego pytała, mówię, że to moje, a ona mnie zaczęła bić pejczem, bo zajęłam sobie pryczę. Później nie miałam żadnej pryczy, dzieci sobie pozajmowały jak ona mnie biła. Później się do jakichś koleżanek przytuliłam i byłam na samym dole. Zabrano nam te koce, mieliśmy te co poprzednio, jakieś cienkie derki. Było tak zimno, że nie można było w nocy spać. Ja nie mogłam spać z zimna.
     To był koniec listopada, zaczynał się grudzień. Już zaczęłam mieć spuchnięte nogi, zaczęłam już puchnąć. Nogi puchły z zimna, bo ja nie miałam pończoch. Matki były na innym bloku, była ta sam blokowa, też zabraniała wychodzić.
     Wrócę do tego wątku wolności. Jak się było w baraku, to na zewnątrz była wolność, zakazana bo blokszpera, jak się było na dworze, to wolność była za drutami, zakazana bo okupacja. Stale wolność gdzieś człowiekowi uciekała, ale była gdzieś w naszych umysłach. Kiedyś doszłam do drutów, był pogodny jesienny dzień, stanęłam i zobaczyłam nasze góry i poświatę zachodzącego słońca, lekko różową. Mnie to zachwyciło, w tej zwyczajności, w tym brudzie, to piękne słońce, te piękne nasze góry, one mi powiedziały: "Żyj!"
     Ja wiedziałam, że tam jest życie, tam jest Polska, tam jesteśmy my, może czeka tam mój brat, może mój ojciec, może tam są, może palą w piecu. Stale sobie wyobrażałam, że jak wrócę na wolność, to tam będzie siedzieć przy piecu cała rodzina, jest ciepło, ja wchodzę i oni się cieszą, że wróciłam. Tak wyobrażałam sobie mój powrót. Tak wtedy myślałam, że jeszcze jest normalny, piękny świat. Drugie takie przeżycie, o tym normalnym świecie, miałam później w Berlinie, też przeżyłam coś takiego.
     W czasie Bożego Narodzenia jeszcze byłam w Oświęcimiu. Ludzie z ruchu oporu dali nam choinkę, ktoś dał jakieś cukierki, które z "kanady" wyjął z jakiejś paczki. Ludzie dostawali tam paczki, my nie, bo byliśmy za krótko. Moja dalsza rodzina, do której wysłaliśmy list, mówi, że wysłali paczki, ale one do nas nie dotarły. Była choinka. Przyszedł Niemiec, kapo, starszy człowiek, ale też więzień, bo oni wszyscy byli więźniami tylko innymi, my mieliśmy oznakowanie więźnia politycznego. Wszyscy z Warszawy, dzieci z Powstania Warszawskiego, byli nazywani bandytami warszawskimi, "banditen Warschau", inaczej się do nas nie odzywano. Na pasku przyczepionym do ubrania mieliśmy numery. Pasiaków dla nas nie starczyło, zresztą dziecięcych pasiaków nie było. Na przedzie ubrania musiał być naszyty ten pasek z numerem, ja miałam 84 628, winkiel, czerwony trójkąt z literą "P", to znaczyło "więzień polityczny, Polak". Na plecach, na takiej kapotce, którą znalazłam, był wycięty prostokąt rozmiaru A5 i w to wszyty pasiak. Inne dzieci miały sztrafe, to się nazywało, czerwoną, z olejnej farby, a kobiety miały "KL" - "Konzentrationslager". Więc i tak i tak byliśmy oznaczeni, czy w pasiaku, czy nie.
     Wrócę do tego Bożego Narodzenia. Przyszedł ten kapo, który miał taki zwyczaj, w czasie kiedy tam byliśmy, że wołał nas do zauny, do parówki, ta kąpiel była taka sama jak ta pierwsza, albo zimna woda, albo ciepła, albo żadnej, żadnego ręcznika, żadnego mydła. Ostatecznie można się było umyć w waszraumie, z rurki leciało trochę zimnej wody. Ja sobie teraz zdaję z tego sprawę, że on nam pomógł. Kiedy staliśmy przed zauną, to wchodziło 30 - 40 dzieci, reszta stała na dworze, a on stale na nas krzyczał, żebyśmy biegali. Te dzieci, które wychodziły po kąpieli i po parówce, bo ubrania były dawane do parówki, potem wilgotne. Dziecko wychodziło na dwór i on kazał im biegać i biegać. Byliśmy na niego źli, dlaczego on nam każe biegać, chcieliśmy się skulić, a on nic tylko kazał nam biegać. Teraz rozumiem, że on nam w ten sposób pomagał, żebyśmy nie pozamarzali na tym mrozie.
     On przyszedł w Boże Narodzenie, z gitarą i zagrał nam "Cichą Noc". Zaczął nam opowiadać (tam były osoby, które znały niemiecki), że on też został więźniem, że ma dzieci i ma wnuki, że jemu bardzo nas żal. Na drugi dzień już tego człowieka nie było w obozie. Nie wiadomo, co się z nim stało.
     Tak dotrwaliśmy. Był jeszcze podział naszego bloku. W Boże Narodzenie nie było blokszpery, więc mogliśmy iść do matek. Poszliśmy do matek, żeby się przytulić do kogoś bliskiego, żeby być razem. Blokowa weszła na blok matek i nas wypędziła, krzyczała, żeby wychodzić, myśmy się trochę buntowali, nie chcieliśmy. Kilka z nas, tych zbuntowanych, wróciło do bloku później (w wejściu do baraku, były wrota, później był piec, jedna furtka, druga). Wchodzimy, a tam stoi blokowa, w jednej furteczce, to my do drugiej furteczki, tam jakieś dziewczyny nie wpuszczają, latamy jak opętane, w koło tego baraku, nie możemy wejść. Zdecydowałyśmy się na wejście koło blokowej, a ona stoi w tym wejściu, z taką pytą uplecioną z butaperki (taki warkocz upleciony z gutaperki) i każdą z nas tłucze po nogach. Po nogach, bo się wtedy człowiek przewraca. Jak się uderzy pod kolanami, to się człowiek przewraca. Miałam pootwierane rany, bo przemarznięte nogi, rany miałam na nogach aż do marca, to się w ogóle nie chciało goić. Takie Boże Narodzenie nam zrobiła.
     Któregoś dnia stycznia, przyszli na barak i zaczęli wyczytywać nasze numery, między innymi mój numer, ale nie byłam w pierwszej grupie. Mój numer wyczytano w którejś kolejnej grupie. Mieliśmy ustawić się przed blokiem. Nie wiedziałam, co z ciocią. Kiedy wyszliśmy wyszła również ciocia, była w tej samej grupie. Cieszyłam się, że pojedziemy razem. Wyprowadzono nas, poszliśmy na inny lagier, wchodzimy do baraku, a tam są te czerwone koce na stosach, te, które nam zabrano, widocznie nikomu ich nie dano, co za perfidia. Porozbierałyśmy te koce, powchodziłyśmy na prycze i przykryłyśmy się tymi kocami. Koce były trochę wilgotne i bardzo zimne. Taka się para zrobiła w baraku, że się nawzajem nie widziałyśmy, tak parowałyśmy. Trochę się przespałyśmy, potem na dworzec do Oświęcimia.
     Na dworcu dano nam po kawałku chleba i jakąś szarą paczkę, płaski pakuneczek, nie wiedzieliśmy, do czego to jest. Dopiero w nocy, kiedy w pociągu było bardzo zimno, otworzyłyśmy ten pakuneczek. To była torba z szarego papieru, w środku wysmarowana smołą. Weszłam w tę torbę i było mi ciepło i za mną wszystkie inne powchodziły w te torby. Tak, w tych torbach dojechałyśmy do Berlina. Stamtąd przewieziono nas kolejką, czy może metrem do Blankenburga, to była filia obozu Sachsenhausen. W Blankenburgu były lepsze warunki życia. Nie było tych ogromnych sztub, każda miała dla siebie wąziutką pryczę, kobieta na dole, dziewczynka na górze.
     Stamtąd zabrano nas na kąpiel, zapisanie. Później każdy, i kobieta i dziewczynka, musiała przejść z podniesionymi rękami, po wygoleniu wszystkich części ciała, włosów nie, tylko inne części ciała. Przechodziłyśmy przez takie nie bardzo duże pomieszczenie, tam siedziało kilku Niemców, rozpartych na fotelach, trzymali kije w rękach. Jak przechodziły kobiety, nie dziewczynki, koło nich, z podniesionymi rękami musiały przejść przed nimi, to oni tymi kijami, takimi z półtora metra, grzebali w tych miejscach intymnych tym kobietom. Rechotali, śmiali się, drwili. Podnosili tymi kijami piersi. Nie powinnam chyba tego opowiadać, bo to jest... Wstyd mi za ludzi, że są skłonni robić takie rzeczy, że można do tego stopnia kogoś poniżać. [...] Dzieliłyśmy się jedzeniem z ciocią, ale ona przecież szła do pracy, musiała jeść. Zaczęłam spacerować trochę po tym obozie, tam nie była ogłaszana blokszpera, więc chodziłam i spod kuchni, w której gotowano dla Niemców, wybierałam obierki od ziemniaków, liście kapusty, obierki buraków. To co znalazłam, czyściłyśmy w tym naszym pomieszczeniu, z koleżanką Dzidzią Lipską. Dzidzia była młodsza ode mnie, stała na czatach, żeby nas nikt nie złapał. Ja w tym czasie wybierałam te obierki, albo wskakiwałam do takiej szopy przez okno, znajdowałam tam brukiew (tylko ta brukiew była bardzo zgniła, a zgniła brukiew jest mazią dosłownie).
     Wybierałyśmy te obierki, a tego robić nie było wolno. Kiedyś zobaczył nas kucharz, kiedy wybierałyśmy obierki, zobaczył i schował się. Myśmy myślały, że to dobrze, zbieramy dalej a Dzidzia krzyczy do mnie, że kucharz znów wychodzi. On wyszedł z wiatrówką czy inną strzelbą i zaczął strzelać nam w nogi, w te nieszczęsne, bite, odmrożone nogi. Strzelał, robił sobie z tego zabawę, my uciekałyśmy, a on w nas strzelał, nie zabił, nie zrobił jakiejś wielkiej krzywdy, ale... Wie pan, jak się w baraku rozgrzewało, albo nie daj Boże, wodą pomoczyło, to strasznie szczypało, to chyba sól tam była. Jak wróciłyśmy do baraku, to od razu nogi pod wodę, ale dużo, jak najwięcej wody, żeby wypłukać, to co weszło w skórę, bo on strzelał tylko w nogi.
     Mimo wszystko, chodziłyśmy i zbierałyśmy te obierki. Obierki kładłyśmy do takiej puszki. Między schronami, na dworze, przygotowane były takie ruszty, tam można było coś palić i tam można było coś gotować. To było przygotowane do tego, żeby gotować sobie bieliznę, ubrania, zagrzać wody do mycia, a nie do gotowania takich rzeczy. Wszyscy gotowali tam, co kto mógł, to co zdobył. Żeby nie było widać, co robimy, kładłyśmy na te obierki szmatę, to wyglądało, jakbyśmy gotowały jakąś tam szmatę.
     Któregoś dnia przyszli żołnierze, odsunęli nas, a te ruszty takimi drągami wyrwali i to się wszystko wylało, wysypało z tych puszek. Ten żołnierz, który to robił, szedł po tych puszkach, po tym, co się wysypało, a tam u kogoś jakiś kawałek mięsa nawet był, u kogoś były całe kartofle, a on po tym deptał. Doszedł do naszej puszki, a tam były te obierki, ominął je, chyba zrobiło mu się wtedy żal. On się troszeczkę speszył, gdzieś ta ludzkość była. Jaka dysproporcja, on musiał to zrobić, ale odezwało się w nim coś ludzkiego.
     Tam u nich wszystkie śmieci układane były, poszłyśmy z Dzidzią, leżały tam butelki z ciemnego szkła. Wzięłyśmy po tej butelce, żeby mieć na noc wodę do picia. Kiedy były naloty, to ze zdenerwowania strasznie chciało się pić. To były takie butelki jak od piwa. Kiedy je wzięłyśmy to wyszedł już nie kucharz, ale führer, był drugim nadzorcą i mówił po polsku, mówiłyśmy na niego "ten w skórze", z psem. Poprzednio miałam taki przypadek, że on nasłał na nas psa, ja upadłam, Dzidzia się zatrzymała, podniosłyśmy się, a ten Niemiec, dorosły mężczyzna, pięścią w twarz, w ucho, uderzył jedną i uderzył drugą. Rozsierdził się tym, że wzięłyśmy te butelki. Dzidzia znała niemiecki i mówiła, że on nam tłumaczył, że działamy na szkodę Rzeszy Niemieckiej, że jesteśmy wrogami Rzeszy Niemieckiej, "banditen Warschau". Wiedział, ze my jesteśmy te z Warszawy, krzyczał na nas. Z tej złości, cisnął tymi butelkami w stos tamtych, kiedy się tamte potłukły, to znowu zaczął nas bić, ale nie poszczuł już nas tym psem, uciekłyśmy.
     Jak byłyśmy głodne, to śpiewałyśmy, bardzo długa piosenkę "Wołgę", "Jurka Biczana" i inne, nie chciało się wtedy tak jeść. W tym czasie, z Oświęcimia przyjechały nasze pieniądze, moje i ciotki, które tam zostawiłyśmy. Nie zwrócili nam ubrań, które by bardziej się nam przydały, innej grupie zwrócili ubranie, innej biżuterię, a nam warszawskie pieniądze. Zaczęła się tam jakaś awantura i oni dali nam za to ileś tam marek. Za te marki mogłyśmy kupić ciemne piwo i lemoniadę, to było wszystko, co można było kupić.
     Z koleżanką zrobiłyśmy taką dziurę w siatce, to nie były naelektryzowane druty, przeszłyśmy do miasta i poszłyśmy do sklepu. Tam, za marne grosze, udawałyśmy, że nie jesteśmy z obozu, a to przecież było widać, kupiłyśmy trochę sałatki jarzynowej z ziemniakami, ale to była odrobina, bo nie miałyśmy dużo pieniędzy.
     Kilka razy udało mi się wyrwać z obozu. Za którymś razem kupiłyśmy buraki i powkładałyśmy je sobie za kapotkę, żeby nie było widać. Szedł oddział Hitlerjugend. Zobaczyli nas. My miałyśmy naszywki na plecach, ogolone głowy. Kiedy nas zobaczyli, okrążyli nas i zaczęli rzucać w nas kamieniami. I jedno to było to, że rzucali w nas kamieniami, a drugie to, że te buraki nam się obijały o nogi, każda z nas miała po trzy buraki w kapotce ukryte. To waliło w te nieszczęsne nogi, jak zwykle. Uciekłyśmy.
     Któregoś dnia wyszłam sama. Był tam taki szeroki plac, był kwiecień, słońce świeciło, zobaczyłam, że rosną tulipany przy domach, zachwyciło mnie to. Tam były małe domki, ale były też kamienice, przy tej kamienicy, pół metra i rządek tulipanów. Ja mówię: "Boże mój! Tulipany rosną?!" Nie wyobrażałam sobie, że jeszcze coś na świecie jest, że można zachwycać się kwiatami. Jak urzeczona patrzyłam na te tulipany, poczułam się taka lekka, że ani nie czułam tej ciężkiej kapoty, ani tych butów, których prawie nie miałam, ani tych poodmrażanych, poranionych nóg. Leciuteńko przebiegłam sobie przez ten plac i postarałam się jakoś dostać do obozu, już normalną drogą, taką ścieżką, koło dziadka, który tam pilnował z psem, ale ten pies jakiś taki łagodny, dziadek też łagodny, wpuścił mnie i tamtędy przeszłam do obozu.
     Nad nami zaczęły się walki powietrzne, front się zbliżał, już nie było ogłaszanych alarmów. Ktoś rzucił pogłoskę, że na nasypie jest pociąg z ziemniakami. Wszyscy polecieliśmy po te kartofle, ja też, to było pod górę, po tym nasypie się wdarłam. Przy tych kartoflach siedzieli Niemcy, ale nic nie mówili, kiedy braliśmy te kartofle. Nabrałam tych kartofli w fartuszek i taką torebkę, może kilogram, może dwa, dużo, bo przecież tyle miesięcy nie było kartofli. Schodziliśmy z nasypu, dużo nas było, mężczyźni, obcokrajowcy, schodziliśmy z nasypu, przeszliśmy przez taki żywopłot, a tam karabiny naprzeciwko nas stoją, tak co pół metra, co metr. Kartofle rzuciłam w te krzaczki, ale mimo to, wszystkich nas zapędzili do szopy. Niektórzy mówili, że mają tę szopę podpalić, razem z nami. Znowu strach, obawy, chociaż ja już byłam wtedy otępiała na to wszystko.
     Wtedy, znów się zaczęła walka powietrzna, Niemcy uciekli, bo się tego bali. Mężczyźni jakoś sforsowali drzwi tej szopy, więc uciekliśmy. Moja ciotka stała na otwartej przestrzeni i załamywała ręce, pytała gdzie jest i co się z nią dzieje. Krzyczałam, że musi się położyć, padła koło mnie. Podniosłam trochę głowę i zobaczyłam niemieckie i rosyjskie samoloty. To było widowisko, było wtedy ładne słońce, ładna pogoda. Niemcy gdzieś zniknęli, zupełnie ich nie było. Kiedy ta walka się skończyła, wróciłyśmy po te kartofle. Nawet udało nam się trochę ugotować tych kartofli. Wtedy pojawiła się czujka, przyjechał czołg rosyjski, wysiadł z niego młody, brudny chłopak i powiedział, że już będziemy mieli wolność.
A Niemcy zdążyli uciec?
    
Niemców wymiotło zupełnie. Ten czołg wycofał się, bo to chyba tylko zwiad był. Jak tylko Rosjan nie było, to znaleźli się Niemcy. W tym czasie kiedy było trochę wolności, ludzie polecieli do magazynów i zaczęli brać żywność. Niemcy zaczęli wszystkich wypędzać na rozwałkę, tych co brali jakąś żywność. Ja zdobyłam, w jakiś sposób, od kogoś (sama nie byłam w tych magazynach, nie wiem czy moja ciotka była, bo ona była bardzo strachliwa, bała się o mnie) w takim okrągłym pudełku trochę cukru. W schronie usiadłam na tym pudełku. Mieli rozstrzeliwać tych ludzi, którzy mieli jedzenie, tam były jakieś pasztetowe i w tym momencie przyjechała cała grupa czołgów, więc Niemcy znowu się pochowali, Rosjanie ich aresztowali.
Niemcy nie zdążyli nikogo rozstrzelać?
     Na szczęście nie zdążyli. Przyszli Rosjanie i powiedzieli, że tu jest przejazd kolejowy, wiadukt, że tu na pewno będą ciężkie walki i żeby rano, jeszcze pod osłoną nocy, wyjść z obozu.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten