Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eulalii Matusiak-Rudak


foto

Wyszło chyba ze 40 osób, dziewczynki i kobiety. Szliśmy, bo nam kazali w tę stronę iść, z każdej strony leciały kule, to było w nocy, takie ogromne kule latały w powietrzu, wszystko na nas. Biegłyśmy i słychać było jak te kule uderzają o schrony, później już nie biegłyśmy, bo nie miałyśmy siły, szłyśmy.
     Ja wzięłam tylko jakiś koc z baraku, zresztą kiedy poszłam po ten koc, to o mało nie zginęłam. Na szczęście, nie chciało mi się wracać do drzwi, tylko wyskoczyłam przez okno, bo było bliżej do schronu, a w tym czasie w drzwi uderzył pocisk. Kiedy usiadłyśmy w rowie, żeby odpocząć, to zostawiłam ten koc, bo nie miałam siły go nieść.
     Tak szliśmy aż do Bernau, to jest chyba ze 40 kilometrów, no nie wiem, może mniej. Mijaliśmy te czujki i tylko: "Dobrze, dobrze, v pieryod, v pieryod.". My w ogóle nie wiedzieliśmy, gdzie mamy iść, ja nawet nie wiedziałam, gdzie jest front. Rano w Bernau pozwolono nam wejść do tych domów. Tam nie było w ogóle Niemców, widać było, że odeszli dosłownie od stołów, bo były zastawione, zastawione suto. Można było jeść, ale człowiek nie do tego miał głowę, żeby jeść w czyimś domu, z czyjegoś domu brać, mimo wszystko nie. Później jak szliśmy pod wiaduktem w Bernau, to tam było tyle trupów, Boże, ile tam było zabitych, Niemców w białych koszulach, Rosjanie chyba swoich sprzątali i Polaków też. W rowach było mnóstwo zwłok, tak blisko byliśmy frontu, że jeszcze nie zdążyli posprzątać.
     Później poszliśmy dalej, w stronę wsi. Zebrałam z ziemi trochę ziemniaków. Tak jak opowiadałyśmy sobie za czasów obozu, że już nic nie będziemy chciały jeść oprócz ziemniaków ze słoniną i zacierków na wodzie, tylko o tym się marzyło, żeby mieć jedną sukienkę na niedziele, a drugą na co dzień, nic więcej, tak sobie przyrzekałyśmy. Podniosłam te kartofle i wzięłam. Z samochodu ciężarowego krzyczy na mnie Rosjanin, że mam je wyrzucić. Pomyślałam, że tamci mogli, bo to był wróg, a ci? Nie Niemiec i na mnie krzyczy? Nie oddam tych kartofli, dlaczego ja mam je oddać? On wtedy wziął z dorosłych jakąś kobietę i powiedział, że to co leży na dworze, może być zatrute. On przecież nie wiedział, czyim ja jestem dzieckiem, czy polskim, czy rosyjskim, czy... Ten odruch człowieczeństwa znowu mi się jawi. W tych różnych nieszczęściach ja widzę tych ludzi prawdziwych.
     Przywołał mnie do siebie i dał mi bochenek chleba i słoik pasztetu, w takim zawekowanym słoiku. Weszliśmy do jakiejś kuchni. Przyszli do nas polscy żołnierze, przynieśli nam zabite kury, kaczki, nawet barana ściągnęli. Zjadłam troszkę tego gotowanego rosołu, z tym jednym ziemniakiem i w nocy się strasznie rozchorowałam. Na szczęście, w tym domu, w którym się zatrzymaliśmy, była radiostacja rosyjska i tam była niemiecka kobieta, matka właściciela tego domu, którą tam zostawili, (oni się gdzieś wynieśli stamtąd, a ją zostawili), ona pewnie była głodna i zaczęła krzyczeć: "Wilhelm, Brout, Brout!!". Ci Rosjanie, niewiele myśląc sprowadzili ją na dół, do nas, a nie wiedzieli, że my jesteśmy. Otwierają drzwi, a my tam jesteśmy, na podłodze w kuchni, śpimy, leżymy, a ja w malignie. Jak zobaczyłam tę kobietę na wózku, oni ją znieśli i wnieśli, strasznego krzyku narobiłam. Oni się spytali, kim my jesteśmy, skąd, my mówimy, że z obozu.
     Za jakiś czas przyszedł lekarz i powiedział, że nie mamy prawa tyle jeść, nie wolno nam, możemy tylko po łyżeczce. Wskazał na mnie i powiedział, że ja już do końca życia będę miała chory żołądek. Mówił, że wolno nam jeść po łyżeczce, po troszeczkę, bo jesteśmy wygłodzeni. Dał mi jakieś leki i wyszłam z tej gorączki, na drugi dzień już nie było kłopotu, ale mogło się źle skończyć.         
     Potem szliśmy piechotą, potem rosyjskim samochodem z dwoma przyczepami, to był samochód, który wiózł amunicję, a wracał bez amunicji, więc chojrak Rosjanin nabrał sobie ludzi na tę drugą przyczepę, ona się tak kołysała, że mało co nie powypadaliśmy. Dowiózł nas nad Odrę, a przez Odrę przewiózł nas już inny, bo tego nie puścili. Przez Odrę po tym pontonie nas przewieźli. Najpierw znaleźliśmy się gdzieś w Lancbergu, a potem w Kostrzyniu, z Kostrzynia na lorkach do Poznania. W Poznaniu już był Czerwony Krzyż, już nas zapisał.
     W Czerwonym Krzyżu dano nam, mi i ciotce, 150 złotych i do pociągu. Pojechałyśmy do Warszawy. W Warszawie, oczywiście, naszego domu nie było, ciotki domu też nie było, drugiej ciotki domu nie ma, była tam tylko kartka: "Leokadia Celejewska z Alicją i Jeżykiem mieszkają na Krzyżanowskiego 43." Poszłyśmy pod ten adres. To była facjatka w domu, który nie uległ zniszczeniu, ale nie był wykończony przed wojną. Było tam takie pomieszczenie jakby pralnicze, ze skośnymi belkami. Tam się zatrzymałyśmy. Była tam ulepiona z gliny kuchenka. Zaczęłyśmy gotować kawę i nosić rabarbar, sprzedawałyśmy to na dworcu. Ja trochę zaczęłam reperować czyjeś pończochy.
     6 sierpnia 1945 roku wrócił mój ojciec, którego najpierw zabrano z kościoła św. Wojciecha do ładowania maszyn wywożonych przez Niemców z Warszawy. Oni pakowali te maszyny, ale zanim to zrobili, to nasypali piasku, albo zrobili inne uszkodzenia, zanim Niemcy się zorientowali. W październiku wszystkich wypędzono z tej fabryki i wywieziono na okopy. Ojciec znalazł się na okopach, już było mroźno i tam został uderzony jakąś belką w głowę. Odnowiła się ta powstańcza kontuzja. Niemcy zostawili go na polu. Po dwóch lub trzech dniach leżenia w tym błocie znalazł go właściciel tego pola, razem z synami zataszczyli go do swojego gospodarstwa, do stodoły. Kiedy się ocucił, napoili go i nakarmili i zapytali go czy mówi po niemiecku, ojciec znał niemiecki, mogli się porozumieć. Spytali się czy ojciec zna się na pracy na roli, a ojciec się znał. Ojciec został w tym gospodarstwie, miał tam dobrze, miał co jeść, a po pewnym czasie siadał do stołu razem z gospodarzami.
Czyli ojciec szczęśliwie wrócił. Chociaż wtedy, na Woli, była pani przekonana, że widzi pani ojca po raz ostatni.
    
Ojciec wrócił. Kiedy odchodził od tego bauera, to ten bauer jeszcze go wyposażył, dał mu dużo rzeczy na drogę. Ojciec mu opowiadał, że ma dzieci. Wtedy były robione przez Amerykanów obozy przejściowe. Tam mu wszystko zabrali i tam była agitacja, żeby nie wracali do Polski, ale ojciec chciał wrócić i wrócił.
     Przywiózł dla mnie obrus na sukienkę, kremowy, bo ja nie miałam w czym chodzić i woreczek sucharów, bo martwił się, że my tu nie mamy co jeść i rzeczywiście tu nie było wtedy dobrze. Ale jak ojciec wrócił to za dwa dni poszedł do ministerstwa, zgłosił się do pracy, a ponieważ w czasie okupacji nie pracował u Niemców, to go od razu przyjęli. Już wtedy przyniósł mi ciepły materiał na sukienkę, wełnę, żeby zrobić sweter.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten