Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eulalii Matusiak-Rudak


foto

Po pewnym czasie dostaliśmy przydział na mieszkanie. Tutaj, w tym małym pomieszczeniu mieszkało nas jedenaścioro, cała rodzina mojej bratowej, ciotka z synem, my.
Gdzie rodzina dostała mieszkanie?
    
Tylko my dostaliśmy mieszkanie, oni tam zostali. Ojciec dostał mieszkanie i wziął ze sobą moje ciotki, swoje siostry. Dostaliśmy mieszkanie na Lesznie pod numerem 6. Pierwsza oficyna była zburzona, my dostaliśmy mieszkanie w drugiej oficynie. Mieszkanie miało wejście kuchenne, było sześciopokojowe. Byliśmy trochę zdziwieni, bo przed wojną to było luksusowe mieszkanie, miało sztukaterie na suficie, podłoga z różnokolorowej klepki, piękny kaflowy piec z kutymi, żelaznymi drzwiczkami.
     Mieszkało już tam kilka rodzin bez żadnego nakazu, to byli dzicy lokatorzy. Ale kto by kogokolwiek wyrzucił wtedy? Ojciec powiedział im tylko, że muszą nam dać któryś pokój. Zachowali się ładnie, bo dali nam największy pokój, tylko, że przez ten pokój wszyscy chodzili do łazienki. Później zrobiliśmy tam takie przegrodzenie z papierów. Tam się nie zamykało, bo przecież nie było co kraść.
     Robiliśmy sobie meble z cegieł, które owijaliśmy papierami. W salonie, w tym pokoju, w którym mieszkaliśmy, stała koza. Łazienka była piękna, z wanną na środku, można było tam mieszkać. Później wprowadziła się jeszcze jedna rodzina do kuchni. Ze wszystkimi bardzo dobrze żyliśmy. Kiedy obok zaczęła walić się oficyna, wchodziliśmy do domu przez gruzy. To był przed wojną budynek chyba siedmiopiętrowy, a zostały 3 piętra i fragment czwartego, na którym później zamieszkali ludzie. Ustawialiśmy kafelki od pieca odwrotną stroną, bo miały takie wgłębienia, na suficie, żeby nie lała nam się woda, bo jak padał deszcz, to ciekło przez te wszystkie sztukaterie, na tę piękną podłogę.
     Proszę sobie wyobrazić: tu piękna podłoga, sztukaterie, a tu koza i szafa z desek owiniętych papierem. Kiedyś zerwał się wiatr, a tam sterczał tylko komin i ten komin zaczął się chwiać. Po wojnie domy się waliły, bo były za słabe. Tak zginął nasz sąsiad, balkon się pod nim urwał. Mój kolega też tak zginął, kiedy podczas burzy zawalił się dom. Komin zaczął się bardzo chwiać, więc my - wszyscy lokatorzy, poszliśmy na noc do pionu, w którym to było, poszliśmy na druga stronę. Ten budynek jeszcze stoi, do teraz, to jest budynek Urzędu Wojewody. Tam był duży hol, schody, tam nam pozwolono spać, tam był żołnierz pilnujący tego budynku. Wtedy to nie był Urząd Wojewódzki, ale dyrekcja Państwowego Monopolu Spirytusowego.
     Rano mężczyźni poszli do naszego domu i cegiełka po cegiełce, rozebrali ten komin. Tak się zjednoczyliśmy, że złożyliśmy się, żeby okryć dach. Zebraliśmy pieniądze, zapłaciliśmy komuś i dachu nie zrobił, rzekomo starał się o azyl polityczny gdzieś tam, a to był zwykły oszust. Jeszcze raz zebraliśmy pieniądze i wzięliśmy zwykłego człowieka, który ten dach zrobił, a nie ważnego pana inżyniera. Oficyna obok się zarwała i zginęły dwie kobiety. Sami zrobiliśmy dróżkę, żeby nie wchodzić po gruzach. Kilka niedziel te gruzy uprzątali. Znaleźliśmy nawet studzienkę z wodą, więc nie musieliśmy już nosić wody z daleka.
     Ponieważ nasz dom groził już zawaleniem, zbudowano parę domów na Muranowie. Przenieśli nas na Muranów, tylko my mieliśmy nakaz, ale spytali czy to jest wszystko rodzina i czy chcemy wszyscy mieszkać w jednym mieszkaniu. Powiedzieliśmy, że każdy chce w osobnym i każdy dostał swoje mieszkanie na Muranowie. Bardzo dobrze ze sobą żyliśmy, bywaliśmy u siebie, żyło się po sąsiedzku, jak się wyjeżdżało na wakacje, to zostawiało się klucze.
Kiedy dowiedziała się pani o śmierci brata?
    
Jak wróciłam, to zaraz zaczęłam go szukać, zaczęłam się czegoś dowiadywać. Pamiętałam, że on chciał mnie zabrać do jakiejś szkoły, więc poszłam do tej szkoły, tam go szukać. Niczego się tam nie dowiedziałam, bo szkołę zburzył wybuch bomby. Poszłam dalej i spotkałam babcię kolegi mojego brata, babcię braci Zawadzkich, Heńka albo Wojtka, nie pamiętam i Jurka, to pamiętam, bo to był kolega mojego brata.
     Od niej się dowiedziałam, że tu, na terenie Fabryki Fajfra zabili ludzi. Przyszła grupa powstańców, z dziewczyną, która była z nimi, kilkanaście osób, pochowali się w garbarskich kotłach, na terenie fabryki. Schowali się przed Niemcami, bo chcieli się przebijać dalej. Mój brat się podobno nie schował, bo był z tą dziewczyną i jeszcze tam z innymi i zostali w podwórku fabryczki chemicznej. Tam była taka maleńka fabryczka chemiczna, w której mieszkała ta babcia, która nam o tym wszystkim opowiedziała.
     Usiłowali się bronić jak doszli Niemcy, ale to było beznadziejne, bo było ich tylko kilkoro, nie mieli już przy sobie broni. Kiedy Niemcy weszli i ich zrewidowali, to znaleźli u tej dziewczyny finkę harcerską i za to wszystkich wzięli. Później kobiety zaczęły płakać i kobiety zostawili, a tej dziewczyny nie. Wzięli ich na druga stronę do tej fabryki Fajfra. Kobiety zaczęły krzyczeć, więc tę dziewczynę puścili, wszystkich mężczyzn zabrali i rozstrzelali. Ta babcia pokazała mi gdzie to się stało, poszłam tam i leżały tam zwłoki, osiem czy dziewięć osób. To był stos zwłok na podwyższeniu i przysypane to wszystko piaskiem, który już stwardniał. Wystawały ręce albo nogi, rąk jakoś nie mogłam...
     Spojrzałam na jeden but i pomyślałam, że to chyba jest but mojego brata. Zaczęłam to wszystko odgrzebywać i zobaczyłam skarpetkę, którą zrobiłam mu na drutach. Wtedy już wiedziałam, że to mój brat. Poprosiłam dozorcę tej fabryki, żeby zawiadomił mnie, kiedy będzie ekshumacja. Poszłam do Czerwonego Krzyża, rozmawiano ze mną, ale o ekshumacji nikt mnie nie zawiadomił. Kiedy wrócił ojciec, zabrałam go w to miejsce, już było po ekshumacji. Szukałam w Czerwonym Krzyżu, zgłosiły się rodziny, które były przy ekshumacji, zgłosiły się rodziny, które wzięły rzeczy, które poszły do depozytu. Wszyscy znaleźli, a my byliśmy już za późno i nic nie znaleźliśmy. Poszliśmy do kilku z tych rodzin, ale nie chcieli nic pokazać, może się bali mówić o AK? Nie wiem czy mój brat miał przy sobie jakieś rzeczy. Ta staruszka, ta babcia, mówiła, że widziała jak z jego marynarki wyciągnęli dowód.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten