Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Diermajer-Sękowskiej


foto
Wywiad z Aleksandrą Diermajer-Sękowską
ur. 27.05.1929 r.
Warszawa, 10.08.2007 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Jako piętnastoletnia dziewczyna brała pani udział w Powstaniu Warszawskim i tak się złożyło, że przez pewien czas pracowała pani w gabinecie lekarskim, pomagała pani przy opiece nad dziećmi.
    
Tak, tak było. Zacznę może od mojego dzieciństwa, jak do tego doszło. Pochodzę z rodziny mieszczańskiej, dobrze sytuowanej. Mój ojciec zmarł w 1936 roku. W mojej pamięci zaciera się ta granica między 1936 a 1939 rokiem, ponieważ w tym 1936 roku poziom naszego życia bardzo się obniżył z powodu braku dobrych zarobków mojego ojca. Mam trzy lata starszą siostrę. Chodziłyśmy do szkoły ewangelickiej, parafii augsburskiej im. Królowej Anny Wazówny, na placu Małachowskiego. To jest specjalnie ważne dla mnie, dla mojej siostry było mniej ważne. Wychowanie patriotyczne odgrywało tam szalenie dużą rolę, a co za tym idzie, również harcerstwo. Należałam do drużyny harcerskiej przy tej szkole, z tym, że dopiero od 1943 roku, kiedy to nauka odbywała się częściowo na kompletach, a potem w ramach szkoły galanteryjno-konfekcyjnej. W harcerstwie przeszłam roczny, solidny, pogłębiony kurs łączności terenowej, konkretnie byłam specjalistką od Powiśla i Starego Miasta. Tuż przed Powstaniem dostałam przydział do jakiejś pani doktor i byłam jej łączniczką. 1 sierpnia rano kazała mi się zgłosić 2 sierpnia rano i w ten sposób utraciłam z nią kontakt. Dlatego, na początku Powstania, razem z innymi koleżankami harcerkami, z którymi razem mieszkałyśmy w Śródmieściu u jednej z naszej grupy, szukałyśmy jakiejkolwiek pracy na potrzeby wojska. W tych pierwszych dniach byłam pomywaczką przy ulicy Sienkiewicza w Wojskowych Zakładach Wydawniczych. W ciągu tych pierwszych dni nawiązałam kontakt ze środowiskiem harcerskim. Mianowicie, przy ulicy Zgoda 15, w suterenach, piwnicach, w dawnym lokalu nocnym, niemieckim, były zgrupowane dziewczęta w wieku przedwojskowym. Była to Wojskowa Służba Społeczna, która swoją formę organizacyjną uzyskała przy Biurze Informacji i Propagandy odpowiednim rozkazem. U nas były same dziewczęta, które wykonywały kilka rodzajów pracy. Zarówno roznoszenie prasy, jak i gotowanie mleka w proszku i roznoszenie tego mleka po piwnicach, dostarczanie ludziom przebywającym w piwnicach odzieży. Po kilku dniach spotkałam swoją panią doktor sprzed Powstania, ucieszyła się, że mnie zobaczyła i mówi: "Tutaj będę miała taki punkt lekarski, to ty mi będziesz pomagała".
Na czym ta pomoc polegała?
    
Ja nie mogłam jej wiele pomóc z tego powodu, że nie miałam żadnego wykształcenia. Pacjentami były głównie maleńkie, kilkumiesięczne dzieci, które na skutek biegunki, cierpiały na odwodnienie organizmu. Pani doktor wprowadzała do ich małych ciałek sól fizjologiczną. Na plecach, podskórnie wstrzykiwała ten płyn, na tych plecach robił się taki garb. Dość dziwnie wyglądały te dzieci. W zasadzie, ja bardziej opiekowałam się matkami niż dziećmi, bo matki były strasznie zestresowane. Starałam się do nich jakoś przemawiać, żeby je uspokoić. Drugiego lub trzeciego dnia zbiłam termometr, bo nie bardzo wiedziałam jak takiemu maluchowi zmierzyć temperaturę. Potem jakoś uprosiłam "Czarną Wandę" (Wanda Kamieniecka-Grycko), żeby jednak zmieniła tę moją pracę, bo mnie to bardzo nie odpowiada.
Bo pani była przeszkolona wcześniej jako łączniczka?
     Tak, jako łączniczka i tę funkcję chciałam pełnić, chociaż to okupacyjne przeszkolenie nie za wiele przydawało się, dlatego że jak się znalazłam później na Powiślu, to okazało się, że najważniejsze informacje, to są te, skąd jest ostrzał i gdzie można spokojnie przejść, a gdzie trzeba przez piwnice, czy w jakiś tam inny sposób. Wysokość pięter danego domu, czy z jakiego kamienia jest nawierzchnia już nie były tak istotne. Oczywiście układ ulic i bram przejściowych w dalszym ciągu był ważny. Do Powstania wyszłam z Żoliborza, krótko tam mieszkałam.
Przed samym Powstaniem mieszkała pani na Żoliborzu?
    
Na Żoliborzu. Wynikło to stąd, że po śmierci mojego ojca, mieszkaliśmy w dzielnicy niemieckiej, na ulicy Wilanowskiej. Tam, któregoś dnia zgłosił się Niemiec, że ma przydział na to mieszkanie. Był to nad wyraz kulturalny pan, inżynier elektryk z Mannheim. Powiedział, że jemu zupełnie wystarczy jeden pokój, że my możemy w tym mieszkaniu mieszkać dalej i tak było przez około dwa lata. Jesienią 1943 roku okazało się, że jego żona chce przyjechać i ta żona nie życzy sobie, żeby w tym samym mieszkaniu były Polki. Wtedy zaczęłyśmy się tułać. Osobno mieszkała moja siostra, ja też raczej osobno. W każdym razie z Żoliborza wyszłam do Powstania. Gdy przyszedł moment upadku Powstania nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Zdarzało się, że słyszałam jak mówiono, że dzieci to powinny wrócić do domu. Odpowiadałam na to, że ja nie wiem, gdzie ten dom jest.
Starsza siostra walczyła na Powiślu?
    
Tak, była sanitariuszką. Ja tam potem też dobiłam. We wrześniu, kiedy Wojskowa Służba Społeczna już nie bardzo mogła działać, ja się tutaj przytuliłam. Nie całkowicie byłam akceptowana, ale to już był taki okres Powstania, że robiło się już to, co było potrzeba. Jakaś praca w kuchni, różne sprawy porządkowe, coś się tam przyszywało tym żołnierzom. Razem z siostrą zdecydowałyśmy, żeby iść do niewoli.
Czyli pani podjęła decyzję, że razem z siostrą, pójdzie pani do obozu jenieckiego?
    
Tak. To było Śródmieście Północne, czyli przez Pruszków wyjechałyśmy do Fallingbostel, potem do Bergen-Belsen, w grudniu, i do Oberlangen.
Proszę opowiedzieć jak wyglądał transport.
    
Jechaliśmy bydlęcym wagonem, nie pamiętam już ile nas tam było. Dziewczętom było na pewno wygodniej, bo są niższe, prawie wszystkie mogły leżeć. Były krótkie przerwy na jakieś wyjście. W wagonie wywierciłyśmy otwór do wylewania moczu.
     Nikt nie wiedział, dokąd nas wiozą. Ja, osobiście, nie miałam jakichś złych myśli, ale wiele osób przyznawało, że ma przeczucia, że to się może bardzo źle skończyć. Może byłam po prostu naiwna, przy tych moich piętnastu latach?
     Przywieziono nas do obozu jenieckiego w Fallingbostel. Zrewidowano nas, długo to trwało, zabierali nam różne rzeczy, noże, nożyczki. Komendantką naszego baraku była kapitan "Rakieta" (Janina Płoska), która w obozie założyła dystynkcje starszego sierżanta. Oprócz mnie, w Fallingbostel, była czternastoletnia dziewczyna.
Jak dużo było dziewcząt w pani wieku?
    
Była jedna czternastoletnia i jedna piętnastoletnia, szesnastolatek było już sporo, później dziewczyny w wieku dwudziestu, dwudziestu dwu lat, starsze już wyjątkowo. Kapitan "Rakieta" bardzo uczulała nas na to, żeby nie mieć najmniejszych, nawet wzrokowych, kontaktów z Niemcami, bo z tych naszych buzi było to wyraźnie widać. Powstała sprawa daty urodzenia, trzeba było podać fałszywą. Tu był kłopot, bo miałam starszą o 2 i pół roku siostrę i nie bardzo było wiadomo, jaką datę podać. W związku z tym byłam starsza od mojej siostry, miałam dziewiętnaście lat, co w ogóle nie było zgodne z moim wyglądem. Bardzo nerwowym momentem była dla mnie rejestracja, bo było to połączone z fotografowaniem. Na szczęście nic nie zaszło. Zaskoczeniem po przybyciu do obozu, było to, że w kranach była woda, że można było się umyć. Ja, jak wszyscy inni, nie myłam się tygodniami. Żołnierz, który przyszedł na naszą kwaterę podczas Powstania, poprosił, żeby mu zrobić opatrunek łokcia. On uciekł ze szpitala, a tutaj dziewczyny nie chcą mu zrobić opatrunku. Ja się na to zgodziłam, nie mając najmniejszej świadomości, że z tego łokcia wyciekło około pół litra ropy, i ja z tej ropy, aż do wyjścia do niewoli, nie zdołałam się domyć. Już jako dziecko miałam nerwicę serca, i tutaj, w obozie wróciła arytmia, musiałam udać się do lekarza. Wrześniowiec miał przyjmować dziewczęta, byłam druga w kolejce. Koleżanka miała otwartą ranę na ręce, ja weszłam po niej i powiedziałam, że mam kłopoty z sercem. Lekarz powiedział, żebym się do pasa rozebrała, co zrobiłam, a on powiedział, że po raz pierwszy od pięciu lat widzi rozebraną kobietę. Myślę, że największym jego błędem było to, że powiedział, że widzi rozebraną kobietę, a to było dziecko. Wzięłam te swoje brudne ciuchy w garść i wyszłam, nie miałam zamiaru dalej z nim rozmawiać, a ta sprawa nerwicowa po jakimś czasie się uspokoiła. To dowodzi, jak bardzo ci ludzie byli odcięci od świata.
Jak wyglądało życie obozowe w Fallingbostel?
    
Była tam porucznik Mileska, która z zawodu była nauczycielką, były dwie siostry Jeżewskie, miały stopnie podporucznika. Jakieś takie stare panny z 20 roku coś tam działały. Wypełniały więcej niż w stu procentach swoje zadania. Były nie tylko komendantkami, chciały być również naszymi wychowawczyniami i nauczycielkami. W związku z tym ogłaszały, że od tej do tej będzie nauka śpiewu, od tej do tej będzie nauka języka, a potem będzie taka to i taka pogadanka. Oczywiście nie mogły wymagać, żeby się do tego bardzo dostosowywać, korzystała z tego nieduża ilość dziewcząt. Robienie z tego szkółki było na pewno przesadą. To było dla Fallingbostel bardzo charakterystyczne. Nasz barak dotykał do ściany lasu, to było bardzo przyjemne, trochę zieleni i żółknących już liści. Oprócz naszego kobiecego baraku, reszta to były baraki męskie. Latrynę miałyśmy wspólną z mężczyznami, z tego wynikały różne kłopoty. Wrześniowcy się szalenie nami opiekowali, oddawali nam swoje paczki, okazywali nam swoją sympatię.
Czyli było tu bardzo dużo pomocy i serdeczności?
    
Tak. To był wrzesień, a w październiku przenieśli nas do oflagu Bergen-Belsen. Tam miałyśmy trzy baraki, z czego jeden był oficerskim barakiem dla kobiet, drugi był żołnierski, a w trzecim był szpitalik. Poprzez podwójne druty sąsiadowałyśmy z oflagiem męskim z jeńcami z Powstania. Tam, zdaje się, były nawet jakieś małżeństwa rozdzielone na dwie strony. Porozumiewano się albo głośno krzycząc, albo przerzucając karteczki z przywiązanymi kamykami. Wyprowadzano nas stamtąd na różne prace obozowe i wtedy było widać druty, około stu, może dwustu metrów dalej, mówiło się, że tam już jest obóz koncentracyjny.
Do jakich prac Niemcy zmuszali?
    
W Bergen w zasadzie do żadnych, do kuchni, szpitalika, coś się nosiło z magazynu, wtedy było widać te druty kacetu. Były nawet jakieś wyjścia na zewnątrz. Mam krzyżyk z brzozowej gałązki, była możliwość znalezienia takich gałązek, dzięki którym ta pamiątka powstała. W Bergen, któraś z tych moich komendantek, powiedziała mi, że jest właściwie jasne, że będą nas wywozić na roboty. Jestem szczupła, słabej budowy i to mogłoby być bardzo dla mnie ciężkie, w związku z tym zaproponowała mi i kilku innym dziewczętom, żebyśmy zostały ordynanskami. Podjęłam sama decyzję, chyba po tym pobycie w Fallingbostel, że traktowanie mnie jako takiej uczennicy, którą trzeba wychowywać i kształtować, całkowicie mi nie odpowiada. Nie byłam specjalnie zbuntowana, ale było to urażenie ambicji, poza tym miałam tam wielu krewnych, oficerów, wiedziałam, co tam bywało z tymi ordynansami, stanowczo się na to nie godziłam, doprowadziło to nawet do konfliktu, bo ta pani uważała, że powinnam się jednak posłuchać. Losy oflagu, w tym tych ordynansek, okazały się chyba cięższe od tego cośmy przeżywały w Oberlangen. Tam była ta pierwsza ewakuacja i te panie były jednak mocno skłócone ze sobą. Zostałam wywieziona na roboty w góry Harzu. Pierwsza grupa została wywieziona na odgruzowywanie Hannoveru, tam było bardzo ciężko i bardzo niebezpiecznie. Wiadomo było, mówiło się o tym i to się spełniło, że następna grupa wyjeżdża w góry Harz do gospodarstwa rolnego. Powiedziano, że ma być nas 40 i mamy się same dobrać. Dobrałyśmy się całą tą drużyną z kompanii porucznika "Zaręby" ze Szpitalnej, z którą poszłyśmy do niewoli. To była dobra grupa, pojechały z nami siostry Jeżewskie, dwie oficerki, które miały być naszymi komendantkami i jednocześnie osobami znającymi dobrze język niemiecki. Wyjechałyśmy pociągiem i konwojował nas żołnierz niemiecki. Miałyśmy jeszcze trzy przesiadki, w którymś momencie okazało się, że nie ma naszego komendanta tylko jest jakiś pan w kapelusiku z piórkiem, pytałyśmy, gdzie jest nasz komendant, powiedziano nam, że go nie ma, i że teraz ten cywil będzie się nami opiekował. Stwierdziliśmy, że nam to nie odpowiada, ale to oczywiście niczego nie zmieniło. Dojechałyśmy na stację kolejową Goslar, stamtąd kilka kilometrów szłyśmy piechotą. Znalazłyśmy się w miejscowości Schladen, było tam bardzo duże gospodarstwo rolniczo-nasienne, z jakimś programem badawczym. Drugiego dnia przyszło dwóch czy trzech policjantów z najbliższego posterunku i powiedziało, że mamy zdjąć wszystkie nasze odznaki wojskowe, dlatego, że teraz już jesteśmy cywilami, że to jest rozkaz komendy głównej wojska niemieckiego, że wszyscy jeńcy wojenni przechodzą na status cywili.
Czyli Niemcy chcieli złamać umowę kapitulacyjną?
    
Tak. Ale tu te panie oficerki nam się przydały, bo stwierdziły, że nie ma najmniejszych podstaw podważać słów tych panów, ale, że nas jako jeńców obowiązuje kontakt z władzami zewnętrznymi poprzez męża zaufania, zgodnie z Konwencją Genewską. Tych policjantów to zupełnie nie obchodziło, kazali dystynkcje zdjąć. Stałyśmy w takim spichrzu, w dwuszeregu, nikt nie drgnął. Wtedy oni zaczęli zdzierać nam opaski. Opaski były przyszyte, zaczęli więc wyciągać scyzoryki i odpruwać nam te opaski. Cały czas stałyśmy w szyku. Trudniejsza była sprawa, ponieważ miałyśmy wszyte proporczyki i oni te proporczyki również na nas pruli. Trwało to godzinami. Jedna z koleżanek z Bergen, Helena Kolanowska, wycinała z deseczek, karabinki długości 7- 8 centymetrów, skądś miała jakąś woskową brązową kredkę, którą kolorowała te karabinki i zamiast rzemienia miały kilka czarnych nitek. Ja taki karabinek ofiarowałam Anieli Podwalskiej, która się tak trochę mną opiekowała, matkowała mi i ona miała ten karabinek przyczepiony na piersi. Jeden z tych Niemców się nachylił i oglądał, w końcu musiał się zorientować, że to ma być karabin i ze złością odpruł to tym scyzorykiem. Kiedy skończyła się ta część apelu, to powiedzieli, że za to co zrobiłyśmy, za naszą niesubordynację, dziesięć z nas zostanie przekazanych do obozu koncentracyjnego. Nastąpiła selekcja. Panie Jeżewskie reprezentujące nas i mówiące po niemiecku, wywołali jako pierwsze, żebyśmy nie zostały bez kogoś starszego i mówiącego po niemiecku, a potem to tak na chybił trafił wybierali, ale tę dziewczynę, która miała przyszyty karabinek ten sam Niemiec sobie wyłowił, było widać po twarzy, że mu się to przypomniało i ją też wygarnął z szeregu.
Czyli jak się im nie spodobała jakaś dziewczyna to ją wywoływali? I ta dziesiątka została wywieziona do obozu koncentracyjnego?
    
Tak i tam one rzeczywiście prowadziły ten tryb życia obozu koncentracyjnego. Wróciły do nas, do tego gospodarstwa rolnego, kiedy doszło do koncentracji kobiet żołnierzy, nie oficerów, z obozów jenieckich w Oberlangen, nad holenderską granicą. Ściągnęli te dziewczyny z kacetów do Schlagen, naszą czterdziestkę ze Schlagen do Bergen, na jeden czy dwa dni i potem do Oberlangen. Jeśli chodzi o samo Schlagen, to praca była w gospodarstwie nasiennym, pakowałyśmy fasolę w worki. Praca już wtedy była zmechanizowana, nie nosiłyśmy worków, były taśmociągi, w jednym miejscu się sypało, a w drugim zawiązywało, to nie było takie ciężkie. Można było sobie wziąć trochę tej fasoli i myśmy sobie same tam gotowały. Ze względu na to, że ja byłam najmłodsza, jak było zapotrzebowanie do tej stacji badawczej, w której się te ziarenka ważyło i mierzyło, to ja tam pracowałam kilka dni. Byli tam w stosunku bardzo mili i opiekuńczy. Raz mi się zdarzyło, że miałam odganiać wrony z takiego poletka, żeby nie wyjadały jakichś tam ziarenek. To nie był taki ciężki okres dla naszej trzydziestki, bo z tamtą dziesiątką to już jest zupełnie inna historia.
Kiedy nastąpiło przewiezienie do Oberlangen?
    
Dojechałyśmy do Oberlangen 24 grudnia w godzinach popołudniowych, zatrzymano nas w vorlagrze. Okazało się, że maksymalna ilość żołnierzy, kilkunastu, którzy pilnowali naszego obozu, wartowników, zwolniono do domu, ponieważ była wigilia, a nie mogli nas wpuścić przed zrewidowaniem. W tej sytuacji stwierdzono, że najprościej będzie nas zamknąć w areszcie, dlatego że gdzieś nas ulokują, a nie będziemy miały kontaktu z resztą obozu. Rzeczywiście, noc wigilijną spędziłyśmy w areszcie. Nie było tam światła, jedzenia też nie było. Trochę mam żal, że starsze dziewczyny nie zadbały o stworzenie jakiegoś nastroju, byłyśmy bardzo przygnębione. W pierwszy dzień świąt było piękne słońce, obóz wyległ, tak jak mógł najbliżej tego naszego aresztu, one nam tam śpiewały i wołały, pocieszały nas. Przy tym pierwszym święcie znaleźli się żołnierze, ale już nie bardzo było co nam zabierać, więc nas wypuścili. W tym momencie zajęte były cztery baraki, to były dziewczyny z Sandbostel, ze Śródmieścia Południowego. W czwartym baraku były dziewczęta ze Śródmieścia Północnego, czyli te, które przyjechały z Fallingbostel, które były potem w Bergen. My powinnyśmy były dołączyć do baraku czwartego, ale nie zmieściłyśmy się. 20 z nas poszło do czwórki, a drugie 20 do baraku Żoliborza, który akurat też się właśnie zapełnił. Ja spędziłam te pół roku w żoliborskim baraku. Muszę powiedzieć, że uważam to za bardzo dobre dla mnie rozwiązanie, ponieważ w baraku żoliborskim średnia wieku była właśnie najniższa. Dlatego, że tam harcerstwo wśród młodszych dziewcząt było bardzo dobrze w konspiracji zorganizowane, były w szkole im. Piłsudskiej między innymi. Ponieważ to były harcerki, to przeniosły zasady życia harcerskiego do obozu. To dotyczyło nie tylko śpiewania piosenek, ale również współdziałania, koleżeńskości, prawdomówności, nie było jednak, tego, co często się wkradało do baraków - wojskowego drylu.
Jak się potoczyło życie w Oberlangen?
    
Oberlangen otoczone było torfowiskami, daleko było do miejscowości Latten, nie było więc gdzie chodzić na jakiekolwiek roboty. Pracowałyśmy jedynie przy utrzymaniu porządku w obozie. Te prace obozowe wypadały raz na osiem dni. Przede wszystkim była to praca w kuchni.
Co dawano do jedzenia?
    
Jeden spory, kanciasty chleb na sześć, to były dwie, trzy kromeczki chleba. Pod koniec racje się zmniejszały. Do tego chleba było dwa deko margaryny, łyżeczka cukru, czasem marmolada z brukwi. Na obiad zupa, głównie na bazie brukwi, kartofli było tam bardzo mało. Jedzenie było zupełnie niewystarczające.
Dziewczyny nie dojadały?
    
Stanowczo. To jest trudne do określenia, bo wiemy, że w obozach koncentracyjnych z jedzeniem było jeszcze gorzej, to jest nieuczciwie na to narzekać, z drugiej strony, to już była taka wyniszczająca ilość jedzenia. Pewną pomocą były paczki żywnościowe.
     Poprzez Czerwony Krzyż przychodziły z kilku miejsc. Nasze panie komendantki w Bergen jakoś stosunkowo dobrze i sprawnie zgłosiły naszą grupę do Genewy, może akurat tego transportu nie zbombardowano, w każdym razie grupa bergeńska dostawała relatywnie więcej paczek niż reszta obozu. Te paczki, po bardzo długiej drodze dochodziły do Oberlangen z adresem tylko dla tej grupy. Inne grupy dostawały bez porównania mniej. Średnio, na miesiąc dostawałyśmy jedną paczkę na 3-4 dziewczyny. Ja, będąc w baraku żoliborskim, prowadziłam gospodarstwo z dwoma dziewczynami szesnastoletnimi, nie z moją siostrą, ona miała swoje koleżanki. Dostawałam swoją część paczki, a moje dwie koleżanki nie. Najpierw powstała nasza przyjaźń i wspólne gospodarstwo, a później zaczęły przychodzić paczki. Ustaliłyśmy, że będziemy to razem jeść. Wszystkie byłyśmy nie palące, za papierosy, które były w paczce kupiłam sobie buty, ponieważ z Powstania wyszłam prawie bez butów, a to już była zima. Chodziłam w drewniakach, ale od nich zaczął mi schodzić paznokieć. Te paczki były jakimś urozmaiceniem i konkretną, kaloryczną pomocą. Nie zgadzam się z moimi koleżankami, które w wielu relacjach z Oberlangen podają, że była zorganizowana tam nauka na poziomie gimnazjum i liceum. Szalenie szukałam możliwości uczenia się i znalazłam ją dopiero na dwa czy trzy tygodnie przed odbiciem obozu. Mówienie, że były matury w Oberlangen jest dla mnie niezrozumiałe. Nie było podręczników, aczkolwiek nauka była, było bardzo dużo nauczycielek.
Jak wyglądała sprawa korespondencji? Tutaj się zachował pani list obozowy.
    
Tak. Były przepisy, które tę sprawę określały dokładnie. Jeniec dostawał dwie kartki pocztowe na miesiąc i jeden blankiet listowy. Korespondencja była strasznie ważna, bo to było szukanie rodzin. Tu jest list mojej siostry do ciotki Hali, która mieszkała w Ożarowie. Przechodząc przez fabrykę kabli do niewoli, podrzuciłyśmy tam karteczkę. Więc ciocia miała informację, że jedziemy do obozu, jednocześnie wiadomo było, że rodzina też się będzie tam kierowała. Matka została wywieziona na roboty i z nią kontakt nawiązałyśmy dopiero później. Fakt, że nasza mama została wywieziona na roboty do Niemiec, do Celle, niedaleko Hannoveru, pozwolił nam korespondować z mamą nieomal codziennie. Kiedy wojska sowieckie weszły na tereny polskie, to dziewczyny nie miały już do kogo pisać, więc wszystkie te blankiety nam oddawały, dzięki temu mogłyśmy korespondować ile chciałyśmy.
Jak pani wspomniała, nawiązywały się w obozie przyjaźnie.
    
O tak! Oczywiście, że tak. Nie słyszałam o tym w obozach koncentracyjnych, tutaj były takie wspólne gospodarstwa, głównie 2-3 osobowe. Dziewczyny dzieliły między sobą żywność, razem jadły te skromne posiłki, wzajemnie się wspierały.
Z kim się pani zaprzyjaźniła?
    
To były dwie żoliborzanki, jedna z nich podobno już bardzo dobrze grała na fortepianie przed Powstaniem i bardzo brakowało jej możliwości ćwiczenia. Ja wyszłam do niewoli z malutką walizeczką, nie miałam plecaka, zawsze byłam na szarym końcu tych wojskowych spraw z uwagi na mój wiek, miałam więc taką filigranową walizeczkę. Ta moja współtowarzyszka Halinka siadywała na pryczy kładąc sobie na kolanach tę walizeczkę i ćwiczyła sobie gamy. Miała takie harcerskie cechy, nie wiedziała, co się stało z matką, z bratem, każda z nas miała tyle niepokoi, przychodziły momenty trudniejsze, bardziej melancholijne, teraz powiedziało by się depresyjne. Taki był wieczór zimowy i ona mówi: "Wiecie co, w bardzo jestem złym nastroju, ja wyjdę na zewnątrz i pochodzę po mrozie, zmarznę, wrócę, to mi przejdzie." Więc ja jej powiedziałam, żeby wzięła moje rękawiczki, bo były grubsze od jej. Tak zrobiła, wyszła i się uspokoiła, a nie tak, żeby na swoich współtowarzyszkach wyżywać swoje humory. To były dziewczyny ustawione, jeśli chodzi o charakter, zachowanie i jakieś takie współdziałanie między ludźmi. To było naprawdę bardzo cenne. Po wojnie pracowała w swoim zawodzie w Paryżu. Ta druga też była bardzo sympatyczna. To właśnie Wanda robiła maturę w Nazarecie albo w Betlejem, w którejś z tych najbardziej biblijnych miejscowości.
Jak zapamiętała pani moment wyzwolenia obozu, bo to przecież była olbrzymia niespodzianka dla wszystkich dziewcząt, że obóz wyzwolili Polacy, żołnierze generała Maczka?
    
Tak. Głosy artylerii było słychać dużo wcześniej. Oni byli w odwodzie i nie prowadzili działań wojennych. Spodziewałyśmy się, że nadejdą. Służba łączności była zorganizowana, tłumaczki były przygotowane, chorągiew z pierzyny została uszyta. Ponieważ żywność w magazynach Oberlangen właściwie się skończyła, dostawałyśmy jakieś maleńkie kawałeczki chleba i to mocno spleśniałego, pozwolono wychodzić grupom dziewcząt do sąsiedniej wsi i tam za kawę z paczek, czy jakieś mydło, papierosy one kupowały kartofle, żeby była choć odrobina jedzenia. W ostatnich dniach prawie zupełnie nie jadłyśmy. Te dziewczyny opowiadały, że natknęły się na jakiś patrol, może to był patrol niemiecki, a my już byłyśmy częściowo umundurowane w amerykańskie mundury i ci Niemcy je wzięli za kobiety z wojska czynnego idącego z Zachodu. Pamiętam, że jak się zaczęła walka to bardzo głośno padały komendy, żeby chować się do baraków. Zobaczyłam tego pierwszego Polaka z okna, między barakami. Był w mundurze, w hełmie, biegł niemal w pozycji kucznej przez środek obozu. Kiedy go zobaczyłam całą grupą wyszłyśmy na zewnątrz. Szalenie szybko odbył się apel, co też chyba mało jest podkreślane we wspomnieniach. Apele w obozie, apele narzucone przez Niemców, odbywały się w szyku niemieckim, czyli piątkami. W ostatnich dniach Niemcy pozwalali nam na wychodzenie po żywność, dyscyplina już padała, wtedy nasza porucznik zarządziła apele już czwórkami. Ćwiczyłyśmy to, żeby to możliwie porządnie wyglądało. Pamiętam, że kiedy stawałyśmy tego dnia do apelu, w tym piątym baraku, gdzie były dziewczęta z Żoliborza, ta nasza dwudziestka z Bergen, tak jak dostała więcej paczek, tak dostała, w którymś momencie, amerykańskie mundury i myśmy się lepiej prezentowały. Koleżanki wypchnęły nas do pierwszego szeregu, z tego powodu widziałam trochę więcej z przejścia pułkownika Godzińskiego, Koszuckiego wtedy jeszcze.
Jak pani zapamiętała tę chwilę?
    
Sprawą bardzo wzruszającą do dzisiaj dla mnie jest wciąganie sztandaru i przejście pułkownika Koszuckiego wzdłuż tych szeregów. Stałam w pierwszym rzędzie, więc przechodził dwa metry ode mnie.
Poczucie prawdziwej wolności, czy to może jeszcze wtedy nie docierało?
    
Myślę, że nie docierało, a z drugiej strony było już tak oczekiwane, wymarzone. Później był wielki zamęt, zjeżdżanie się tych gości, żołnierzy. Ten częstował papierosem, ten złapał jakąś kurę.
Dla polskich żołnierzy to też chyba było zaskoczenie, że tu są jeńcy wojenni, dziewczyny z Powstania Warszawskiego?
    
Tak. Oczywiście, że był wielki szok, wielka radość. Pani, z którą jeszcze długo miałam kontakt, miała w dywizji męża, częściej byli ojcowie, a różnych krewnych już nie można zliczyć.
Czyli często rodziny się odnajdywały w ten sposób?
    
Rozmowy w dużym stopniu dotyczyły czy tego się zna, czy tamtego się zna. Żołnierze Dywizji dopytywali przede wszystkim o swoje rodziny z Warszawy. To były wielkie radości i wielki smutek, bo te wiadomości były różne.
     W dwa, trzy tygodnie po wyzwoleniu zostałyśmy przeniesione do sąsiedniego obozu w Niederlangen, gdzie nie było już piętrowych pryczy, bardzo nas rozluźniono. Ten obóz miał dużo zieleni, bo w Oberlangen nie było nic zupełnie, ani w obozie, ani poza obozem. Chodziło również o to, żeby zmienić nam otoczenie. W barakach podzielono nas na te, które będą się uczyć w ramach szkoły średniej i na te, które będą pełnić służbę w samym obozie, żeby te uczennice miały lepsze warunki. W którymś z baraków zaczęły się te lekcje w sposób bardzo zorganizowany. Nauczycielki były, była na przykład moja łacinniczka. Żołnierzom nie wolno było wchodzić do obozu, w baraku był naszykowany hotelik, trzeba było mieć przepustki. Wynikało to z tego, że zaczęła się rozwiązłość, zaczęły się tam bardzo konkretne romanse, tu w krzakach, tam w baraku. Dziewczyny też były nieznośne i niesubordynowane. Kilka lat temu dostałam do rąk swoich kopię rozkazów, które w obozie, od dnia odbicia obozu, porucznik codziennie wydawała, one były przed frontem czytane, w ostatnim punkcie była mowa o tym, kto siedzi w areszcie. Kiedy się nie wróciło na noc do obozu, to już było odnotowywane i dostawało się kilka dni aresztu.
Czyli za miłość można było zapłacić aresztem?
    
Tak. Trwały poszukiwania rodzin, tworzono wszystkie możliwe spisy. "Dziennik Polski" i "Dziennik Żołnierza" drukowały listę więźniów Oberlangen przez kilkanaście dni. Babka mojej matki tam nas, na tej liście, odnalazła. Mój mąż w Maczkowie przed kościołem spotkał oficera, z którym z kolei jego syn grywał w brydża. Ta sprawa szukania, opowiadania sobie, żołnierze z Dywizji bardzo chcieli, żeby im opowiadać o tych walkach w mieście, jak się odbywały, to było dla nich zupełnie nieznane. Ja w Niederlangen byłam krótko. Moja siostra, ze swoją taką zaprzyjaźnioną grupą załatwiała sobie przydział do 9 Pułku Strzelców Flandryjskich, bo jednej z tych dziewcząt brat cioteczny był tam oficerem i Dywizja ściągała dziewczyny do pracy głównie w świetlicach. Właściwie przy każdym batalionie powstawała taka świetlica, gdzie pracowały dziewczyny. Potem weszły do tego regularnego Batalionu Kobiecego przy Pierwszej Dywizji Pancernej. Natomiast, do naszego obozu przyjechała autostopem nasza mama. To też jest historia ciekawa, dlatego że w obozie jenieckim w Dessel znalazł się kapelan wyznania ewangelicko - reformowanego, człowiek pełen inwencji i energii. Kiedy weszli tam Amerykanie, to on ze swoim adiutantem zaczął autostopem objeżdżać obozy i często był pierwszym w ogóle duchownym, który mógł odprawić nabożeństwo. Na tej swojej drodze, wiedząc już z korespondencji, że nasza mama jest w tym obozie, zajechał tam do obozu i troszkę powiedział, jak to jest w naszym obozie. W obozie dla kobiet odprawił nabożeństwo i jednocześnie zameldował się u szefa duszpasterstwa przy Pierwszej Dywizji Pancernej pułkownika dziekana Franciszka Tomaszaka. Był to człowiek nastawiony szalenie ekumenicznie. Dużo pomógł temu naszemu kapelanowi i powiedział, że jeżeli będzie kiedykolwiek jakakolwiek potrzebna pomoc, on zawsze jest gotów. Po tym jak się dowiedział, że się znalazła moja mama, że my jesteśmy w obozie, to w momencie, kiedy można było werbować kobiety do pracy w dywizji, ten właśnie ksiądz pułkownik poprosił, żebyśmy - mama i ja zgłosiły się do pracy do duszpasterstwa. Mam taki dokument przez niego wydany, że mam prawo odbierania poczty polowej, która dochodzi do duszpasterstwa.
Czyli Pani z mamą i siostrą trafiły do Dywizji Pancernej gen. Maczka?
    
Tak. Nie wszystkie miały taką okazję, dostawało się do Dywizji przez znajomości, mój mąż dostał się dlatego, że miał tego stryja pułkownika w Anglii.
Z mamą i siostrą pewnie się panie zastanawiały, co dalej robić?
    
Oczywiście tak. Z tym, że siostra była w tym Batalionie Strzelców Flandryjskich, to było kilkadziesiąt kilometrów na północ. Moja służba w szefostwie trwała niedługo, dlatego że jak szkoła w Maczkowie została uruchomiona, to poprosiłam i dostałam odkomenderowanie do szkoły. W Maczkowie był pluton tego Batalionu Kobiecego i służba odbywała się w ramach tego plutonu, zresztą żadnych obowiązków wojskowych nie było, tylko trzeba było się uczyć.
W Niemczech zostało zorganizowane polskie miasto, właśnie Maczków.
    
Tak. To było miasto z całą polską administracją, było duszpasterstwo bardzo potrzebne. W zasadzie w Maczkowie wolno było mieszkać tylko rodzinom, bo chodziło tutaj o łączenie rodzin. Polakom, którzy zostali wywiezieni na roboty, nie wolno było zawierać małżeństw, ale takich par stworzyło się na robotach bardzo dużo, dzieci się rodziły. W Maczkowie, na początku, chyba w czerwcu, odbył się ślub kilkudziesięciu par naraz. Ci ludzie zamieszkali właśnie w Maczkowie. Chodziło o odtwarzanie tej polskiej rodziny. Był tam żłobek, przedszkole, szkoła powszechna, gimnazjum, liceum, szkoła zawodowa, kursy krawieckie, fabryczka drobnych wyrobów z aluminium przetapianego z pojemników albo ze zniszczonych samolotów stojących na lotniskach niemieckich, była kawiarnia, życie kulturalne było rozwinięte bardzo szeroko.
Czyli dla wielu Polaków Maczków był takim dłuższym przystankiem przed podjęciem dalszej decyzji czy wracać do kraju, czy zostać na zachodzie?
    
Oczywiście, że tak. Tak, ale to było bombardowane z dwóch stron, bo z jednej strony przyjeżdżali ludzie z Anglii i dosłownie nas oglądali. Ludzie, którzy spędzili całą wojnę w Anglii, bo takich też było bardzo dużo. Z Francji przyjechał polski teatr, bardzo duży zespół. Były dzieci, byli jeńcy wojenni, którzy przepływali z obozu do obozu. Maczków był zawsze tym punktem postojowym. Z drugiej strony, przez "zieloną granicę" przyjeżdżało bardzo wielu Polaków. Wszystko to było świetnie zorganizowane pod przykrywką UNRRA, tej pomocy amerykańskiej. Dwie moje komendantki z harcerstwa też przejechały przez Maczków. Broniewski, Białous, ci wszyscy tam też byli. Ci ludzie namawiali, żeby nie wracać. Urzędowa propaganda zdarzała się też. Półciężarówką przyjechali ludzie z rządu lubelskiego, warszawskiego, ale zostali przepędzeni przez naszych kolegów. Nauka, którą prawie wszyscy traktowaliśmy szalenie poważnie, a jednocześnie życie towarzyskie. Dużo tańczyliśmy, było też trochę sportu, kino, teatr. Nachodziły jednak te myśli, czy zostać, na Zachodzie, czy wracać. Każdy miał trochę inny punkt widzenia, każdy trochę inną przeszłość. Przeszłość tych ludzi w Maczkowie była jakimś niesamowitym zbiorowiskiem, przez co ci ludzie przeszli. Dlatego te decyzje były różne. Nie rozmawiało się dużo na ten temat, każdy chciał sam zdecydować.
Żyło się bieżącą chwilą.
    
Tak. Poza tym było się młodym i cieszyło się z tej wolności. Pamiętam taką historię ze szkoły, w której nauczycielami byli zawodowi pedagodzy, którzy byli oficerami rezerwy i w 1939 roku dostali się do obozów. To było dobrze zorganizowane, pościągali tych nauczycieli, fachowców do gimnazjum. Chodzili oni w mundurach, byli to głównie porucznicy i mówiło się do nich panie poruczniku, a oni, choćby dziewczyna była najmłodsza, mówili per pani, dlatego, że trzydziestoletni też się zdarzali, na przykład z Dywizji, którzy nie ukończyli matury, czy z najróżniejszych obozów. Był również nauczyciel niemieckiego, był to człowiek wielkiej urody i taki bardzo podrywający dziewczyny, muszę powiedzieć, że nam się to bardzo nie podobało. Ta nasza grupka dziewcząt z Dywizji, mieszkająca w hotelu "Wichers", postanowiła mu dokuczyć. Narysowałyśmy taki jego nekrolog, szalenie złośliwy, zrobiłyśmy go w trzech egzemplarzach i rozwiesiłyśmy w nocy. Oficer stwierdził, że został urażony honor oficera i, że to musi być ukarane. Dyrektor złapał się za głowę, co z tym zrobić. Nasłał na nas policję, bo w miasteczku była policja. Wezwali ich, bo w końcu zorientowali się, że to ktoś z tego narożnego budynku. Zostałyśmy wezwane na przesłuchanie do siedziby tej policji, a my na to, że my żadnego słowa na ten temat nie powiemy, ponieważ jesteśmy żołnierzami i podlegamy żandarmerii. Trzeba było szukać kobiecej żandarmerii. Pan dyrektor pojechał do dowództwa Dywizji, do dowództwa naszego Batalionu Kobiecego i pyta się, gdzie jest żandarmeria, bo jest obraza honoru oficera. To była zbyt mała jednostka, żeby mieć swoją żandarmerię. Okazało się, że musimy odpowiadać przed kobieca żandarmerią w Anglii. Ponieważ sprawa była, w gruncie rzeczy, śmieszna, mała, a z drugiej strony gdybyśmy były gdzieś zaewidencjonowane, to mogłybyśmy nigdy w życiu więcej do Anglii nie wjechać. W tej sytuacji, nasz dyrektor poszedł do dowódcy oddziału, pod który podlegały wszystkie te odbite obozy, wszystkie sprawy jeńców wojennych, robotników i radził się, co w tej sytuacji zrobić. Ten oficer wysłuchał i zadał pytanie, skąd w obozie wzięli się uczniowie, dyrektor odpowiedział, że z kacetu, z oflagu, ze stalagów, z robót, przez "zieloną granicę", z Dywizji, wszystko, co się da. To znaczyło, że to wszystko, to są ludzie ze straszną wojenną przeszłością. Dowódca powiedział, że, jeżeli tak jest i ci ludzie mają jeszcze poczucie humoru i chcą jeszcze coś zdziałać, to, że on gratuluje takiego zespołu i, że na pewno się będzie dyrektorowi dalej dobrze pracowało. Kiedy później mój dowódca, ksiądz pułkownik się o tym dowiedział, to staranował naszego dyrektora, tak, że on musiał wyjść od niego z gabinetu.
Czyli wykazał się zdrowym rozsądkiem?
    
Tak, tak jest. Musiałyśmy zdawać maturę internistycznie, taka była decyzja dyrektora. Dla mnie istotna była również drużyna harcerska. Harcerstwo odradzało się w szalonym tempie. W Maczkowie była drużyna żeńska i drużyna męska. Drużyna męska była oczywiście liczniejsza, dużo bardziej czynna, organizowali dużo większe obozy. Na fotografiach widać tę drużynę idącą główną ulicą miasteczka. Istniała jednak również drużyna kobieca, ja miałam taki zastęp dziewczynek, które jako małe dzieci zostały wywiezione z rodzicami do obozu. Tam były ciągłe zmiany tego zestawu ludzi w Maczkowie. Jedna była w drużynie 2-3 miesiące, wyjechała, to się zmieniało, tamto się zmieniało. Były jednak próby działania, kilkutygodniowe zbiórki już tym dziewczynom dawały trochę do myślenia. Były jakieś zespoły pracy, śpiewania.
Czy były jakieś wyjazdy, obozy harcerskie?
    
Były wycieczki pod sam Maczków, tam się odbywało przyrzeczenie harcerskie. Ja osobiście byłam na terenie lotniska, na dużym zjeździe harcerskim. Z uwagi na to, że byłam w harcerstwie konspiracyjnym, sama nie miałam zasłużonego harcerskiego obozu, a żeby otrzymać starszy stopień w mojej karierze harcerskiej, musiałam mieć zaliczony obóz harcerski. Powstał dylemat, ale w Maczkowie, była taka drużynowa Mydlarzowa, komendantka takiego hufca w Niemczech północnych, która wiedziała, że jestem po obozie w Oberlangen. Zasięgnęła języka u którejś z komendantek, jak ja się zachowywałam w obozie, w tych trudnych warunkach, gdzie trzeba było być i zaradnym i sprawdzić się w życiu stadnym. Dostałam pozytywną opinię i na tej podstawie dostałam ten stopień samarytanki. To było nietypowe rozwiązanie.
A kiedy poznała pani swojego przyszłego męża?
    
Mojego męża poznałam na zabawie sylwestrowej, to było 31 grudnia 1946 roku w Maczkowie. On już wtedy był po maturze. Załatwili sobie, że ta mała grupka nie wróciła do macierzystej jednostki, tylko została w Maczkowie, zdaje się, że udawali, że uczyli się tutaj języków. Kolega z klasy, który też był żołnierzem Dywizji, zaprosił mnie na ten bal do bursy dywizyjnej. Poprzedniego dnia przyjechał z Brukseli i jakoś się źle poczuł i powiedział, że bardzo się źle czuje i musi się położyć. Nie wiem, może wódki tam było za dużo. Powiedział, że jego kolega mną się zaopiekuje i ten kolega, to właśnie był mój późniejszy mąż. Od księdza pułkownika, ze Szkocji, dostałam moją pierwszą cywilną sukienkę, to była piękna niebieska, popołudniowa sukienka. Tę sukienkę miałam na sobie, widać ją na fotografii. Kiedy z moim teraz mężem, zaczęliśmy jeść z boku jakiś bigos, to on ten bigos wylał na moją sukienkę. Sytuacja była trudna, na ile ratować, na ile nie. Tak się nasza znajomość zaczęła. W cztery miesiące później pojechaliśmy razem do Brukseli i tam, w Wielki Piątek, mi się oświadczył.
Czyli była szybka decyzja?
    
Tak. Decyzja co do wyrażenia sobie uczuć, ale niestety mój mąż wracał wprost do Polski, ponieważ szwagier siedział we Wronkach, był oficerem NSZ, matka miała gruźlicę, miał małą, przyrodnią siostrę, temu więźniowi Wronek urodziło się dziecko, o którym nie wiedział.
Był tu potrzebny.
    
Tak. Kobiety pozostawały same. Natomiast ksiądz pułkownik bardzo namawiał mnie i mamę na wyjazd do Kanady, gdzie jego bratanek miał fermę, bardzo dużą i bardzo bogatą. Bratanek był kawalerem i dostałam propozycję, żeby wyjść za niego za mąż. On był ode mnie dwa razy starszy. Najpierw miałabym skończyć pomaturalną szkołę, czteroletnią, dla żon farmerów. Uczono tam wszystkiego, macania kur, prowadzenia rachunków, znajomości nasion. Wszystkiego miałabym się nauczyć przez te 4 lata, a po tych czterech latach za niego wyjść za mąż. To chyba budziło tak bardzo moją niechęć. Tutaj wiedziałam, że trzeba będzie zaczynać od zera, zupełnie nie wyobrażałam sobie jak to będzie. Tam z kolei odcięcie od polskiej kultury. Po maturze, próbowałam się dostać w Szkocji, na taką półwyższą uczelnię historii literatury polskiej, chociaż wiadomo było, że to nie będzie dawało dobrego zarobku, ale to mnie najbardziej interesowało. Zrezygnowałam z tego, potem zaręczyliśmy się. Siostra stanowczo nie chciała wracać do kraju. Moja mama, niedługo przed Powstaniem, wyszła drugi raz za mąż i ciągnęło ją do tego męża. Podjęłyśmy decyzję powrotu, ale tę decyzję podjęłyśmy już w Anglii. Zostałyśmy formalnie zdemobilizowane, obie mamy papiery z tej demobilizacji. Byłyśmy w obozie zbiorczym pod Ontario, pod Londynem i tam, po dwóch miesiącach pobytu, postanowiłyśmy, że chcemy wracać.
Kiedy ten powrót nastąpił?
    
W końcu listopada 1947 roku, przez dwa angielskie obozy przejściowe, gdzie warunki były coraz cięższe. W listopadzie mieszkałyśmy w Szkocji, w tzw. "beczkach śmiechu", to były metalowe baraki, w których w listopadzie był straszny ziąb. Chodziłyśmy z menażką po jedzenie, które wydawano przy drodze, było zimne. To było trudne i ten ciągły niepokój, czy robi się słusznie. Każdy odpływający statek był żegnany przez szkocką orkiestrę, która grała "Góralu, czy ci nie żal?". Kiedy statek przycumował w Gdańsku, to na nabrzeżu stali żołnierze z wymierzonymi w statek karabinami, w tym momencie angielski kapitan statku powiedział, że znajdujemy się na terytorium Wielkiej Brytanii i jeżeli ktoś nie chce zejść ze statku, to zostanie zawieziony z powrotem do Anglii.
Czyli ten wygląd żołnierzy z pepeszami podziałał tak, że niektórzy zmienili zdanie?
    
Tak, zwłaszcza, że wcześniej byli może niepewni swojej decyzji. To była jesień 1947 roku i ten rok akademicki straciłam.
Nastąpił przyjazd do Warszawy?
    
No nie, do ciotki w Sopocie. Tu nie było do czego wracać.
Czyli najpierw mieszkała pani w Sopocie?
    
A potem, w trójkę z ojczymem, zamieszkaliśmy w Mikołowicach pod Warszawą. Mąż wrócił w maju, już pracował, był kierowcą autobusu, dostał się na studia. Musieliśmy nostryfikować nasze matury. W moim indeksie immatrykulacja jest warunkowa, dlatego że muszę zdać łacinę, bo skończyłam liceum matematyczno - przyrodnicze, nie miałam innej możliwości, a poszłam na wydział humanistyczny. Musiałam zaliczyć łacinę i zajęcia z Polski współczesnej. W Ministerstwie Oświaty załatwiano nas bardzo przyjemnie. Mąż dostał się bez egzaminu, ja egzaminy zdawałam.
A kiedy był ślub?
    
Myśmy się pobrali w 1948 roku, po moim powrocie. Te pierwsze lata studiów były trudne, ja zrezygnowałam po urodzeniu się dziecka. Mieszkaliśmy w Komorowie i te dojazdy zabierały dużo czasu. Miałam małe dziecko i nauka przychodziła mi z większym trudem.
Proszę jeszcze powiedzieć jak przeżycia z Powstania Warszawskiego i potem z obozów odbiły się na pani psychice?
    
To samo pytanie zadał mi niedawno duchowny szwajcarski, a jeszcze wcześniej pytano mnie o to w 50-lecie Powstania, kiedy w moim środowisku kościelnym żywa była dyskusja na temat nienawiści do Niemców. Ja byłam w tym szczęśliwym położeniu, że w 1964 roku zaczęłam pracować w kościele i był bardzo duży ruch gości z NRD i RFN, spotykałam się z Niemcami, ale z ludźmi pracującymi czy działającymi w Kościele, z ludźmi uczciwymi, którzy starali się brać jak najmniejszy udział w wojnie, którzy strasznie cierpieli, że jednak służyli w Wehrmachcie. Powstawały przyjaźnie, tu, w tym mieszkaniu, wypiliśmy razem bardzo dużo alkoholu. Te uprzedzenia szybko pękły, ale ja miałam ku temu warunki. Niemcy z RFN byli otwarci i szczerzy i to tutaj nam bardzo odpowiadało. Natomiast moja siostra, która została na Zachodzie, to jest warte zauważenia, że ci ludzie, którzy zostali na Zachodzie, do dziś stoją w tym samym punkcie swojej nienawiści do Niemców. Tak jak ta nienawiść wyglądała po wojnie, tak już później nie przechodziła żadnych przeobrażeń i była powodem, dla którego oni musieli wyemigrować. Pierwsze bytności na cmentarzu wojskowym były połączone z takim uczuciem, że jeżeli tu leży tak wielu ludzi, to to, że ja żyję, to może dlatego, że ja gdzieś oszczędzałam się za bardzo, nie spełniałam swoich obowiązków.
Czy to były wyrzuty sumienia?
    
Tak, oczywiście, że tak. Potem rozmawialiśmy w gronie kościelnym, że odpowiedź na to jest bardzo prosta, że jeżeli się to przeżyło, to po to, żeby jeszcze czegoś w tym życiu dokonać. Udokumentować to, zrobić coś dla innych ludzi.
No i zadbać o pamięć tych, co polegli i dać świadectwo historii.
    
No właśnie, stąd na 50-tą rocznice Powstania, w kościele garnizonowym, ewangelicko-augsburskim, miałam na ten temat kazanie. Były dwa kazania, moje i księdza biskupa Dembowskiego, którego znałam z różnych działań ekumenicznych. Ksiądz Dembowski opowiadał, jak to był młodym człowiekiem i rąbał drzewo i jak uderzał tą siekierą w drzewo, to wyobrażał sobie, że on tak zabija Niemców, że tę swoją złość do Niemców wyładowywał rąbiąc drzewo. Tak właśnie w tym kazaniu nam wspominał. Do dzisiaj pracuję nad historią tego mojego środowiska. Zarówno to, co się ukazało w tym moim kościele ewangelicko - augsburskim, jak i to, co się ukazało poza nim, jest to wykonanie tego obowiązku w stosunku do tych, którzy już nie mogli tego zrobić. Znaczenie tych przeżyć jest bardzo duże. Wchodzenie w dorosłe życie było dla mnie bardzo trudne, bo brakowało mi dorastania. Nie miałam ojca, później ojczyma bardzo krótko.
W warunkach wojennych w tę dorosłość wkroczyła pani bardzo szybko.
    
Tak, jeżeli chodzi o zaradność, jeśli trzeba zreperować bezpieczniki drutem albo jakieś takie rzeczy, to proszę bardzo, ale to dorastanie było idące pewnymi torami, a różnych rzeczy mi okropnie brakowało. To na pewno czuję gdzieś do dzisiaj, nie wiem, czy moje dzieci to jakoś odczuwają. Starszy syn mówi, że urodził się za szybko po wojnie, bo to wszystko jeszcze na pewno w nas żyło, jeszcze nie uzyskaliśmy jakiegoś wewnętrznego spokoju.
A takie wewnętrzne niepokoje, związane z powojennym stresem, trwały długo?
    
Tak, z tego powodu, że byliśmy tymi "zaplutymi karłami reakcji". Ja od początku byłam sekretarką mojego męża, kiedy zaczęliśmy to pisanie na temat chemii, a potem pracowałam w kościele, w związku z tym nie miałam żadnych zetknięć w pracy z władzami partyjnymi. Natomiast aresztowania wśród najbliższych ludzi, to było cały czas.
Ta gehenna trwała dalej.
    
To skutkowało tym, że włączyliśmy się w działania KOR, działaliśmy w drugim, czy trzecim kręgu, ale jednak uważaliśmy to za potrzebne i ponieśliśmy bardzo poważne konsekwencje, zwłaszcza mój mąż, dlatego że, jeśli chodzi o mnie, Urząd do Spraw Wyznań, do którego oczywiście natychmiast to doszło, powiedział mojemu biskupowi, że albo mnie zwolnią, albo nie wydadzą pierwszego kserografu, to był pierwszy kserograf z Zachodu, a w tym momencie ten kserograf stał na cle. Powiedzieli, że kościół, w którym pracuje taka osoba, nie ma prawa mieć maszyny do powielania. Mój biskup powiedział na to, że my wybieramy panią Sękowską. Dowiedziałam się o tym po latach, bo biskup utrzymywał to w tajemnicy.

 Wstecz...


Aleksandra Diermajer z matką i siostrą, Maczków 1946
Aleksandra Diermajer z matką i siostrą, Maczków [...]
Broszka wykonana przez Irenę Diermajer w okresie okupacji niemieckiej, Warszawa, depozyt MHW
Broszka wykonana przez Irenę Diermajer w okresie okupacji [...]
Notatnik należący do sanitariuszki Ireny Diermajer z urodzinowymi życzeniami od siostry Aleksandry Diermajer, Powstanie Warszawskie, 29 VIII 1944, depozyt MHW
Notatnik należący do sanitariuszki Ireny Diermajer [...]
Sygnet Aleksandry Diermajer, który wraz z nią przetrwał Powstanie Warszawskie  i towarzyszył w niewoli, depozyt MHW
Sygnet Aleksandry Diermajer, który wraz z nią przetrwał [...]

Galeria fotografii

Sekowska_Krug.swf
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten