Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Diermajer-Sękowskiej


foto

Czyli pani podjęła decyzję, że razem z siostrą, pójdzie pani do obozu jenieckiego?
    
Tak. To było Śródmieście Północne, czyli przez Pruszków wyjechałyśmy do Fallingbostel, potem do Bergen-Belsen, w grudniu, i do Oberlangen.
Proszę opowiedzieć jak wyglądał transport.
    
Jechaliśmy bydlęcym wagonem, nie pamiętam już ile nas tam było. Dziewczętom było na pewno wygodniej, bo są niższe, prawie wszystkie mogły leżeć. Były krótkie przerwy na jakieś wyjście. W wagonie wywierciłyśmy otwór do wylewania moczu. Nikt nie wiedział, dokąd nas wiozą. Ja, osobiście, nie miałam jakichś złych myśli, ale wiele osób przyznawało, że ma przeczucia, że to się może bardzo źle skończyć. Może byłam po prostu naiwna, przy tych moich piętnastu latach?
     Przywieziono nas do obozu jenieckiego w Fallingbostel. Zrewidowano nas, długo to trwało, zabierali nam różne rzeczy, noże, nożyczki. Komendantką naszego baraku była kapitan "Rakieta" (Janina Płoska), która w obozie założyła dystynkcje starszego sierżanta. Oprócz mnie, w Fallingbostel, była czternastoletnia dziewczyna.
Jak dużo było dziewcząt w pani wieku?
    
Była jedna czternastoletnia i jedna piętnastoletnia, szesnastolatek było już sporo, później dziewczyny w wieku dwudziestu, dwudziestu dwu lat, starsze już wyjątkowo. Kapitan "Rakieta" bardzo uczulała nas na to, żeby nie mieć najmniejszych, nawet wzrokowych, kontaktów z Niemcami, bo z tych naszych buzi było to wyraźnie widać. Powstała sprawa daty urodzenia, trzeba było podać fałszywą. Tu był kłopot, bo miałam starszą o 2 i pół roku siostrę i nie bardzo było wiadomo, jaką datę podać. W związku z tym byłam starsza od mojej siostry, miałam dziewiętnaście lat, co w ogóle nie było zgodne z moim wyglądem. Bardzo nerwowym momentem była dla mnie rejestracja, bo było to połączone z fotografowaniem. Na szczęście nic nie zaszło. Zaskoczeniem po przybyciu do obozu, było to, że w kranach była woda, że można było się umyć. Ja, jak wszyscy inni, nie myłam się tygodniami. Żołnierz, który przyszedł na naszą kwaterę podczas Powstania, poprosił, żeby mu zrobić opatrunek łokcia. On uciekł ze szpitala, a tutaj dziewczyny nie chcą mu zrobić opatrunku. Ja się na to zgodziłam, nie mając najmniejszej świadomości, że z tego łokcia wyciekło około pół litra ropy, i ja z tej ropy, aż do wyjścia do niewoli, nie zdołałam się domyć. Już jako dziecko miałam nerwicę serca, i tutaj, w obozie wróciła arytmia, musiałam udać się do lekarza. Wrześniowiec miał przyjmować dziewczęta, byłam druga w kolejce. Koleżanka miała otwartą ranę na ręce, ja weszłam po niej i powiedziałam, że mam kłopoty z sercem. Lekarz powiedział, żebym się do pasa rozebrała, co zrobiłam, a on powiedział, że po raz pierwszy od pięciu lat widzi rozebraną kobietę. Myślę, że największym jego błędem było to, że powiedział, że widzi rozebraną kobietę, a to było dziecko. Wzięłam te swoje brudne ciuchy w garść i wyszłam, nie miałam zamiaru dalej z nim rozmawiać, a ta sprawa nerwicowa po jakimś czasie się uspokoiła. To dowodzi, jak bardzo ci ludzie byli odcięci od świata.
Jak wyglądało życie obozowe w Fallingbostel?
    
Była tam porucznik Milewska, która z zawodu była nauczycielką, były dwie siostry Jeżewskie, miały stopnie podporucznika. Jakieś takie stare panny z 20 roku coś tam działały. Wypełniały więcej niż w stu procentach swoje zadania. Były nie tylko komendantkami, chciały być również naszymi wychowawczyniami i nauczycielkami. W związku z tym ogłaszały, że od tej do tej będzie nauka śpiewu, od tej do tej będzie nauka języka, a potem będzie taka to i taka pogadanka. Oczywiście nie mogły wymagać, żeby się do tego bardzo dostosowywać, korzystała z tego nieduża ilość dziewcząt. Robienie z tego szkółki było na pewno przesadą. To było dla Fallingbostel bardzo charakterystyczne. Nasz barak dotykał do ściany lasu, to było bardzo przyjemne, trochę zieleni i żółknących już liści. Oprócz naszego kobiecego baraku, reszta to były baraki męskie. Latrynę miałyśmy wspólną z mężczyznami, z tego wynikały różne kłopoty. Wrześniowcy się szalenie nami opiekowali, oddawali nam swoje paczki, okazywali nam swoją sympatię.
Czyli było tu bardzo dużo pomocy i serdeczności?
    
Tak. To był wrzesień, a w październiku przenieśli nas do oflagu Bergen-Belsen. Tam miałyśmy trzy baraki, z czego jeden był oficerskim barakiem dla kobiet, drugi był żołnierski, a w trzecim był szpitalik. Poprzez podwójne druty sąsiadowałyśmy z oflagiem męskim z jeńcami z Powstania. Tam, zdaje się, były nawet jakieś małżeństwa rozdzielone na dwie strony. Porozumiewano się albo głośno krzycząc, albo przerzucając karteczki z przywiązanymi kamykami. Wyprowadzano nas stamtąd na różne prace obozowe i wtedy było widać druty, około stu, może dwustu metrów dalej, mówiło się, że tam już jest obóz koncentracyjny.
Do jakich prac Niemcy zmuszali?
    
W Bergen w zasadzie do żadnych, do kuchni, szpitalika, coś się nosiło z magazynu, wtedy było widać te druty kacetu. Były nawet jakieś wyjścia na zewnątrz. Mam krzyżyk z brzozowej gałązki, była możliwość znalezienia takich gałązek, dzięki którym ta pamiątka powstała. W Bergen, któraś z tych moich komendantek, powiedziała mi, że jest właściwie jasne, że będą nas wywozić na roboty. Jestem szczupła, słabej budowy i to mogłoby być bardzo dla mnie ciężkie, w związku z tym zaproponowała mi i kilku innym dziewczętom, żebyśmy zostały ordynanskami. Podjęłam sama decyzję, chyba po tym pobycie w Fallingbostel, że traktowanie mnie jako takiej uczennicy, którą trzeba wychowywać i kształtować, całkowicie mi nie odpowiada. Nie byłam specjalnie zbuntowana, ale było to urażenie ambicji, poza tym miałam tam wielu krewnych, oficerów, wiedziałam, co tam bywało z tymi ordynansami, stanowczo się na to nie godziłam, doprowadziło to nawet do konfliktu, bo ta pani uważała, że powinnam się jednak posłuchać. Losy oflagu, w tym tych ordynansek, okazały się chyba cięższe od tego cośmy przeżywały w Oberlangen. Tam była ta pierwsza ewakuacja i te panie były jednak mocno skłócone ze sobą. [...]
Kiedy nastąpiło przewiezienie do Oberlangen?
    
Dojechałyśmy do Oberlangen 24 grudnia w godzinach popołudniowych, zatrzymano nas w vorlagrze. Okazało się, że maksymalna ilość żołnierzy, kilkunastu, którzy pilnowali naszego obozu, wartowników, zwolniono do domu, ponieważ była wigilia, a nie mogli nas wpuścić przed zrewidowaniem. W tej sytuacji stwierdzono, że najprościej będzie nas zamknąć w areszcie, dlatego że gdzieś nas ulokują, a nie będziemy miały kontaktu z resztą obozu. Rzeczywiście, noc wigilijną spędziłyśmy w areszcie. Nie było tam światła, jedzenia też nie było. Trochę mam żal, że starsze dziewczyny nie zadbały o stworzenie jakiegoś nastroju, byłyśmy bardzo przygnębione. W pierwszy dzień świąt było piękne słońce, obóz wyległ, tak jak mógł najbliżej tego naszego aresztu, one nam tam śpiewały i wołały, pocieszały nas. Przy tym pierwszym święcie znaleźli się żołnierze, ale już nie bardzo było co nam zabierać, więc nas wypuścili. W tym momencie zajęte były cztery baraki, to były dziewczyny z Sandbostel, ze Śródmieścia Południowego. W czwartym baraku były dziewczęta ze Śródmieścia Północnego, czyli te, które przyjechały z Fallingbostel, które były potem w Bergen. My powinnyśmy były dołączyć do baraku czwartego, ale nie zmieściłyśmy się. 20 z nas poszło do czwórki, a drugie 20 do baraku Żoliborza, który akurat też się właśnie zapełnił. Ja spędziłam te pół roku w żoliborskim baraku. Muszę powiedzieć, że uważam to za bardzo dobre dla mnie rozwiązanie, ponieważ w baraku żoliborskim średnia wieku była właśnie najniższa. Dlatego, że tam harcerstwo wśród młodszych dziewcząt było bardzo dobrze w konspiracji zorganizowane, były w szkole im. Piłsudskiej między innymi. Ponieważ to były harcerki, to przeniosły zasady życia harcerskiego do obozu. To dotyczyło nie tylko śpiewania piosenek, ale również współdziałania, koleżeńskości, prawdomówności, nie było jednak, tego, co często się wkradało do baraków - wojskowego drylu.
Jak się potoczyło życie w Oberlangen?
    
Oberlangen otoczone było torfowiskami, daleko było do miejscowości Latten, nie było więc gdzie chodzić na jakiekolwiek roboty. Pracowałyśmy jedynie przy utrzymaniu porządku w obozie. Te prace obozowe wypadały raz na osiem dni. Przede wszystkim była to praca w kuchni.
Co dawano do jedzenia?
    
Jeden spory, kanciasty chleb na sześć, to były dwie, trzy kromeczki chleba. Pod koniec racje się zmniejszały. Do tego chleba było dwa deko margaryny, łyżeczka cukru, czasem marmolada z brukwi. Na obiad zupa, głównie na bazie brukwi, kartofli było tam bardzo mało. Jedzenie było zupełnie niewystarczające.
Dziewczyny nie dojadały?
    
Stanowczo. To jest trudne do określenia, bo wiemy, że w obozach koncentracyjnych z jedzeniem było jeszcze gorzej, to jest nieuczciwie na to narzekać, z drugiej strony, to już była taka wyniszczająca ilość jedzenia. Pewną pomocą były paczki żywnościowe.
     Poprzez Czerwony Krzyż przychodziły z kilku miejsc. Nasze panie komendantki w Bergen jakoś stosunkowo dobrze i sprawnie zgłosiły naszą grupę do Genewy, może akurat tego transportu nie zbombardowano, w każdym razie grupa bergeńska dostawała relatywnie więcej paczek niż reszta obozu. Te paczki, po bardzo długiej drodze dochodziły do Oberlangen z adresem tylko dla tej grupy. Inne grupy dostawały bez porównania mniej. Średnio, na miesiąc dostawałyśmy jedną paczkę na 3-4 dziewczyny. Ja, będąc w baraku żoliborskim, prowadziłam gospodarstwo z dwoma dziewczynami szesnastoletnimi, nie z moją siostrą, ona miała swoje koleżanki. Dostawałam swoją część paczki, a moje dwie koleżanki nie. Najpierw powstała nasza przyjaźń i wspólne gospodarstwo, a później zaczęły przychodzić paczki. Ustaliłyśmy, że będziemy to razem jeść. Wszystkie byłyśmy nie palące, za papierosy, które były w paczce kupiłam sobie buty, ponieważ z Powstania wyszłam prawie bez butów, a to już była zima. Chodziłam w drewniakach, ale od nich zaczął mi schodzić paznokieć. Te paczki były jakimś urozmaiceniem i konkretną, kaloryczną pomocą. Nie zgadzam się z moimi koleżankami, które w wielu relacjach z Oberlangen podają, że była zorganizowana tam nauka na poziomie gimnazjum i liceum. Szalenie szukałam możliwości uczenia się i znalazłam ją dopiero na dwa czy trzy tygodnie przed odbiciem obozu. Mówienie, że były matury w Oberlangen jest dla mnie niezrozumiałe. Nie było podręczników, aczkolwiek nauka była, było bardzo dużo nauczycielek.
Jak wyglądała sprawa korespondencji? Tutaj się zachował pani list obozowy.
    
Tak. Były przepisy, które tę sprawę określały dokładnie. Jeniec dostawał dwie kartki pocztowe na miesiąc i jeden blankiet listowy. Korespondencja była strasznie ważna, bo to było szukanie rodzin. Tu jest list mojej siostry do ciotki Hali, która mieszkała w Ożarowie. Przechodząc przez fabrykę kabli do niewoli, podrzuciłyśmy tam karteczkę. Więc ciocia miała informację, że jedziemy do obozu, jednocześnie wiadomo było, że rodzina też się będzie tam kierowała. Matka została wywieziona na roboty i z nią kontakt nawiązałyśmy dopiero później. Fakt, że nasza mama została wywieziona na roboty do Niemiec, do Celle, niedaleko Hannoveru, pozwolił nam korespondować z mamą nieomal codziennie. Kiedy wojska sowieckie weszły na tereny polskie, to dziewczyny nie miały już do kogo pisać, więc wszystkie te blankiety nam oddawały, dzięki temu mogłyśmy korespondować ile chciałyśmy.
Jak pani wspomniała, nawiązywały się w obozie przyjaźnie.
    
O tak! Oczywiście, że tak. Nie słyszałam o tym w obozach koncentracyjnych, tutaj były takie wspólne gospodarstwa, głównie 2-3 osobowe. Dziewczyny dzieliły między sobą żywność, razem jadły te skromne posiłki, wzajemnie się wspierały.
Z kim się pani zaprzyjaźniła?
    
To były dwie żoliborzanki, jedna z nich podobno już bardzo dobrze grała na fortepianie przed Powstaniem i bardzo brakowało jej możliwości ćwiczenia. Ja weszłam do niewoli z malutką walizeczką, nie miałam plecaka, zawsze byłam na szarym końcu tych wojskowych spraw z uwagi na mój wiek, miałam więc taką filigranową walizeczkę. Ta moja współtowarzyszka Halinka siadywała na pryczy kładąc sobie na kolanach tę walizeczkę i ćwiczyła sobie gamy. Miała takie harcerskie cechy, nie wiedziała, co się stało z matką, z bratem, każda z nas miała tyle niepokoi, przychodziły momenty trudniejsze, bardziej melancholijne, teraz powiedziało by się depresyjne. Taki był wieczór zimowy i ona mówi: "Wiecie co, w bardzo jestem złym nastroju, ja wyjdę na zewnątrz i pochodzę po mrozie, zmarznę, wrócę, to mi przejdzie." Więc ja jej powiedziałam, żeby wzięła moje rękawiczki, bo były grubsze od jej. Tak zrobiła, wyszła i się uspokoiła, a nie tak, żeby na swoich współtowarzyszkach wyżywać swoje humory. To były dziewczyny ustawione, jeśli chodzi o charakter, zachowanie i jakieś takie współdziałanie między ludźmi. To było naprawdę bardzo cenne. Po wojnie pracowała w swoim zawodzie w Paryżu. Ta druga też była bardzo sympatyczna. To właśnie Wanda robiła maturę w Nazarecie albo w Betlejem, w którejś z tych najbardziej biblijnych miejscowości.
Jak zapamiętała pani moment wyzwolenia obozu, bo to przecież była olbrzymia niespodzianka dla wszystkich dziewcząt, że obóz wyzwolili Polacy, żołnierze generała Maczka?
    
Tak. Głosy artylerii było słychać dużo wcześniej. Oni byli w odwodzie i nie prowadzili działań wojennych. Spodziewałyśmy się, że nadejdą. Służba łączności była zorganizowana, tłumaczki były przygotowane, chorągiew z pierzyny została uszyta. Ponieważ żywność w magazynach Oberlangen właściwie się skończyła, dostawałyśmy jakieś maleńkie kawałeczki chleba i to mocno spleśniałego, pozwolono wychodzić grupom dziewcząt do sąsiedniej wsi i tam za kawę z paczek, czy jakieś mydło, papierosy one kupowały kartofle, żeby była choć odrobina jedzenia. W ostatnich dniach prawie zupełnie nie jadłyśmy. Te dziewczyny opowiadały, że natknęły się na jakiś patrol, może to był patrol niemiecki, a my już byłyśmy częściowo umundurowane w amerykańskie mundury i ci Niemcy je wzięli za kobiety z wojska czynnego idącego z Zachodu. Pamiętam, że jak się zaczęła walka to bardzo głośno padały komendy, żeby chować się do baraków. Zobaczyłam tego pierwszego Polaka z okna, między barakami. Był w mundurze, w hełmie, biegł niemal w pozycji kucznej przez środek obozu. Kiedy go zobaczyłam całą grupą wyszłyśmy na zewnątrz. Szalenie szybko odbył się apel, co też chyba mało jest podkreślane we wspomnieniach. Apele w obozie, apele narzucone przez Niemców, odbywały się w szyku niemieckim, czyli piątkami. W ostatnich dniach Niemcy pozwalali nam na wychodzenie po żywność, dyscyplina już padała, wtedy nasza porucznik zarządziła apele już czwórkami. Ćwiczyłyśmy to, żeby to możliwie porządnie wyglądało. Pamiętam, że kiedy stawałyśmy tego dnia do apelu, w tym piątym baraku, gdzie były dziewczęta z Żoliborza, ta nasza dwudziestka z Bergen, tak jak dostała więcej paczek, tak dostała, w którymś momencie, amerykańskie mundury i myśmy się lepiej prezentowały. Koleżanki wypchnęły nas do pierwszego szeregu, z tego powodu widziałam trochę więcej z przejścia pułkownika Godzińskiego, Koszuckiego wtedy jeszcze.
Jak pani zapamiętała tę chwilę?
    
Sprawą bardzo wzruszającą do dzisiaj dla mnie jest wciąganie sztandaru i przejście pułkownika Koszuckiego wzdłuż tych szeregów. Stałam w pierwszym rzędzie, więc przechodził dwa metry ode mnie.
Poczucie prawdziwej wolności, czy to może jeszcze wtedy nie docierało?
    
Myślę, że nie docierało, a z drugiej strony było już tak oczekiwane, wymarzone. Później był wielki zamęt, zjeżdżanie się tych gości, żołnierzy. Ten częstował papierosem, ten złapał jakąś kurę.
Dla polskich żołnierzy to też chyba było zaskoczenie, że tu są jeńcy wojenni, dziewczyny z Powstania Warszawskiego?
    
Tak. Oczywiście, że był wielki szok, wielka radość. Pani, z którą jeszcze długo miałam kontakt, miała w dywizji męża, częściej byli ojcowie, a różnych krewnych już nie można zliczyć.
Czyli często rodziny się odnajdywały w ten sposób?
    
Rozmowy w dużym stopniu dotyczyły czy tego się zna, czy tamtego się zna. Żołnierze Dywizji dopytywali przede wszystkim o swoje rodziny z Warszawy. To były wielkie radości i wielki smutek, bo te wiadomości były różne.
     W dwa, trzy tygodnie po wyzwoleniu zostałyśmy przeniesione do sąsiedniego obozu w Niederlangen, gdzie nie było już piętrowych pryczy, bardzo nas rozluźniono. Ten obóz miał dużo zieleni, bo w Oberlangen nie było nic zupełnie, ani w obozie, ani poza obozem. Chodziło również o to, żeby zmienić nam otoczenie. W barakach podzielono nas na te, które będą się uczyć w ramach szkoły średniej i na te, które będą pełnić służbę w samym obozie, żeby te uczennice miały lepsze warunki. W którymś z baraków zaczęły się te lekcje w sposób bardzo zorganizowany. Nauczycielki były, była na przykład moja łacinniczka. Żołnierzom nie wolno było wchodzić do obozu, w baraku był naszykowany hotelik, trzeba było mieć przepustki. Wynikało to z tego, że zaczęła się rozwiązłość, zaczęły się tam bardzo konkretne romanse, tu w krzakach, tam w baraku. Dziewczyny też były nieznośne i niesubordynowane. Kilka lat temu dostałam do rąk swoich kopię rozkazów, które w obozie, od dnia odbicia obozu, porucznik codziennie wydawała, one były przed frontem czytane, w ostatnim punkcie była mowa o tym, kto siedzi w areszcie. Kiedy się nie wróciło na noc do obozu, to już było odnotowywane i dostawało się kilka dni aresztu.
Czyli za miłość można było zapłacić aresztem?
    
Tak. Trwały poszukiwania rodzin, tworzono wszystkie możliwe spisy. "Dziennik Polski" i "Dziennik Żołnierza" drukowały listę więźniów Oberlangen przez kilkanaście dni. Babka mojej matki tam nas, na tej liście, odnalazła. Mój mąż w Maczkowie przed kościołem spotkał oficera, z którym z kolei jego syn grywał w brydża. Ta sprawa szukania, opowiadania sobie, żołnierze z Dywizji bardzo chcieli, żeby im opowiadać o tych walkach w mieście, jak się odbywały, to było dla nich zupełnie nieznane. Ja w Niederlangen byłam krótko. Moja siostra, ze swoją taką zaprzyjaźnioną grupą załatwiała sobie przydział do 9 Pułku Strzelców Flandryjskich, bo jednej z tych dziewcząt brat cioteczny był tam oficerem i Dywizja ściągała dziewczyny do pracy głównie w świetlicach. Właściwie przy każdym batalionie powstawała taka świetlica, gdzie pracowały dziewczyny. Potem weszły do tego regularnego Batalionu Kobiecego przy Pierwszej Dywizji Pancernej. Natomiast, do naszego obozu przyjechała autostopem nasza mama. To też jest historia ciekawa, dlatego że w obozie jenieckim w Dessel znalazł się kapelan wyznania ewangelicko - reformowanego, człowiek pełen inwencji i energii. Kiedy weszli tam Amerykanie, to on ze swoim adiutantem zaczął autostopem objeżdżać obozy i często był pierwszym w ogóle duchownym, który mógł odprawić nabożeństwo. Na tej swojej drodze, wiedząc już z korespondencji, że nasza mama jest w tym obozie, zajechał tam do obozu i troszkę powiedział, jak to jest w naszym obozie. W obozie dla kobiet odprawił nabożeństwo i jednocześnie zameldował się u szefa duszpasterstwa przy Pierwszej Dywizji Pancernej pułkownika dziekana Franciszka Tomaszaka. Był to człowiek nastawiony szalenie ekumenicznie. Dużo pomógł temu naszemu kapelanowi i powiedział, że jeżeli będzie kiedykolwiek jakakolwiek potrzebna pomoc, on zawsze jest gotów. Po tym jak się dowiedział, że się znalazła moja mama, że my jesteśmy w obozie, to w momencie, kiedy można było werbować kobiety do pracy w dywizji, ten właśnie ksiądz pułkownik poprosił, żebyśmy - mama i ja zgłosiły się do pracy do duszpasterstwa. Mam taki dokument przez niego wydany, że mam prawo odbierania poczty polowej, która dochodzi do duszpasterstwa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten