Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Diermajer-Sękowskiej


foto

     Zostałam wywieziona na roboty w góry Hartzu. Pierwsza grupa została wywieziona na odgruzowywanie Hannoveru, tam było bardzo ciężko i bardzo niebezpiecznie. Wiadomo było, mówiło się o tym i to się spełniło, że następna grupa wyjeżdża w góry Hartz do gospodarstwa rolnego. Powiedziano, że ma być nas 40 i mamy się same dobrać. Dobrałyśmy się całą tą drużyną z kompanii porucznika "Zaręby" ze Szpitalnej, z którą poszłyśmy do niewoli. To była dobra grupa, pojechały z nami siostry Jeżewskie, dwie oficerki, które miały być naszymi komendantkami i jednocześnie osobami znającymi dobrze język niemiecki. Wyjechałyśmy pociągiem i konwojował nas żołnierz niemiecki. Miałyśmy jeszcze trzy przesiadki, w którymś momencie okazało się, że nie ma naszego komendanta tylko jest jakiś pan w kapelusiku z piórkiem, pytałyśmy, gdzie jest nasz komendant, powiedziano nam, że go nie ma, i że teraz ten cywil będzie się nami opiekował. Stwierdziliśmy, że nam to nie odpowiada, ale to oczywiście niczego nie zmieniło. Dojechałyśmy na stację kolejową Goslar, stamtąd kilka kilometrów szłyśmy piechotą. Znalazłyśmy się w miejscowości Schladen, było tam bardzo duże gospodarstwo rolniczo -nasienne, z jakimś programem badawczym. Drugiego dnia przyszło dwóch czy trzech policjantów z najbliższego posterunku i powiedziało, że mamy zdjąć wszystkie nasze odznaki wojskowe, dlatego, że teraz już jesteśmy cywilami, że to jest rozkaz komendy głównej wojska niemieckiego, że wszyscy jeńcy wojenni przechodzą na status cywili.
Czyli Niemcy chcieli złamać umowę kapitulacyjną?
    
Tak. Ale tu te panie oficerki nam się przydały, bo stwierdziły, że nie ma najmniejszych podstaw podważać słów tych panów, ale, że nas jako jeńców obowiązuje kontakt z władzami zewnętrznymi poprzez męża zaufania, zgodnie z Konwencją Genewską. Tych policjantów to zupełnie nie obchodziło, kazali dystynkcje zdjąć. Stałyśmy w takim spichrzu, w dwuszeregu, nikt nie drgnął. Wtedy oni zaczęli zdzierać nam opaski. Opaski były przyszyte, zaczęli więc wyciągać scyzoryki i odpruwać nam te opaski. Cały czas stałyśmy w szyku. Trudniejsza była sprawa, ponieważ miałyśmy wszyte proporczyki i oni te proporczyki również na nas pruli. Trwało to godzinami. Jedna z koleżanek z Bergen, Helena Kolanowska, wycinała z deseczek, karabinki długości 7- 8 centymetrów, skądś miała jakąś woskową brązową kredkę, którą kolorowała te karabinki i zamiast rzemienia miały kilka czarnych nitek. Ja taki karabinek ofiarowałam Anieli Podwalskiej, która się tak trochę mną opiekowała, matkowała mi i ona miała ten karabinek przyczepiony na piersi. Jeden z tych Niemców się nachylił i oglądał, w końcu musiał się zorientować, że to ma być karabin i ze złością odpruł to tym scyzorykiem. Kiedy skończyła się ta część apelu, to powiedzieli, że za to co zrobiłyśmy, za naszą niesubordynację, dziesięć z nas zostanie przekazanych do obozu koncentracyjnego. Nastąpiła selekcja. Panie Jeżewskie reprezentujące nas i mówiące po niemiecku, wywołali jako pierwsze, żebyśmy nie zostały bez kogoś starszego i mówiącego po niemiecku, a potem to tak na chybił trafił wybierali, ale tę dziewczynę, która miała przyszyty karabinek ten sam Niemiec sobie wyłowił, było widać po twarzy, że mu się to przypomniało i ją też wygarnął z szeregu.
Czyli jak się im nie spodobała jakaś dziewczyna to ją wywoływali? I ta dziesiątka została wywieziona do obozu koncentracyjnego?
    
Tak i tam one rzeczywiście prowadziły ten tryb życia obozu koncentracyjnego. Wróciły do nas, do tego gospodarstwa rolnego, kiedy doszło do koncentracji kobiet żołnierzy, nie oficerów, z obozów jenieckich w Oberlangen, nad holenderską granicą. Ściągnęli te dziewczyny z kacetów do Schlagen, naszą czterdziestkę ze Schlagen do Bergen, na jeden czy dwa dni i potem do Oberlangen. Jeśli chodzi o samo Schlagen, to praca była w gospodarstwie nasiennym, pakowałyśmy fasolę w worki. Praca już wtedy była zmechanizowana, nie nosiłyśmy worków, były taśmociągi, w jednym miejscu się sypało, a w drugim zawiązywało, to nie było takie ciężkie. Można było sobie wziąć trochę tej fasoli i myśmy sobie same tam gotowały. Ze względu na to, że ja byłam najmłodsza, jak było zapotrzebowanie do tej stacji badawczej, w której się te ziarenka ważyło i mierzyło, to ja tam pracowałam kilka dni. Byli tam w stosunku bardzo mili i opiekuńczy. Raz mi się zdarzyło, że miałam odganiać wrony z takiego poletka, żeby nie wyjadały jakichś tam ziarenek. To nie był taki ciężki okres dla naszej trzydziestki, bo z tamtą dziesiątką to już jest zupełnie inna historia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten