Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Diermajer-Sękowskiej


foto

Czyli Pani z mamą i siostrą trafiły do Dywizji Pancernej gen. Maczka?
     Tak. Nie wszystkie miały taką okazję, dostawało się do Dywizji przez znajomości, mój mąż dostał się dlatego, że miał tego stryja pułkownika w Anglii.
Z mamą i siostrą pewnie się panie zastanawiały, co dalej robić?
     Oczywiście tak. Z tym, że siostra była w tym Batalionie Strzelców Flandryjskich, to było kilkadziesiąt kilometrów na północ. Moja służba w szefostwie trwała niedługo, dlatego że jak szkoła w Maczkowie została uruchomiona, to poprosiłam i dostałam odkomenderowanie do szkoły. W Maczkowie był pluton tego Batalionu Kobiecego i służba odbywała się w ramach tego plutonu, zresztą żadnych obowiązków wojskowych nie było, tylko trzeba było się uczyć.
W Niemczech zostało zorganizowane polskie miasto, właśnie Maczków.
    
Tak. To było miasto z całą polską administracją, było duszpasterstwo bardzo potrzebne. W zasadzie w Maczkowie wolno było mieszkać tylko rodzinom, bo chodziło tutaj o łączenie rodzin. Polakom, którzy zostali wywiezieni na roboty, nie wolno było zawierać małżeństw, ale takich par stworzyło się na robotach bardzo dużo, dzieci się rodziły. W Maczkowie, na początku, chyba w czerwcu, odbył się ślub kilkudziesięciu par naraz. Ci ludzie zamieszkali właśnie w Maczkowie. Chodziło o odtwarzanie tej polskiej rodziny. Był tam żłobek, przedszkole, szkoła powszechna, gimnazjum, liceum, szkoła zawodowa, kursy krawieckie, fabryczka drobnych wyrobów z aluminium przetapianego z pojemników albo ze zniszczonych samolotów stojących na lotniskach niemieckich, była kawiarnia, życie kulturalne było rozwinięte bardzo szeroko.
Czyli dla wielu Polaków Maczków był takim dłuższym przystankiem przed podjęciem dalszej decyzji czy wracać do kraju, czy zostać na zachodzie?
    
Oczywiście, że tak. Tak, ale to było bombardowane z dwóch stron, bo z jednej strony przyjeżdżali ludzie z Anglii i dosłownie nas oglądali. Ludzie, którzy spędzili całą wojnę w Anglii, bo takich też było bardzo dużo. Z Francji przyjechał polski teatr, bardzo duży zespół. Były dzieci, byli jeńcy wojenni, którzy przepływali z obozu do obozu. Maczków był zawsze tym punktem postojowym. Z drugiej strony, przez "zieloną granicę" przyjeżdżało bardzo wielu Polaków. Wszystko to było świetnie zorganizowane pod przykrywką UNRRA, tej pomocy amerykańskiej. Dwie moje komendantki z harcerstwa też przejechały przez Maczków. Broniewski, Białous, ci wszyscy tam też byli. Ci ludzie namawiali, żeby nie wracać. Urzędowa propaganda zdarzała się też. Półciężarówką przyjechali ludzie z rządu lubelskiego, warszawskiego, ale zostali przepędzeni przez naszych kolegów. Nauka, którą prawie wszyscy traktowaliśmy szalenie poważnie, a jednocześnie życie towarzyskie. Dużo tańczyliśmy, było też trochę sportu, kino, teatr. Nachodziły jednak te myśli, czy zostać, na Zachodzie, czy wracać. Każdy miał trochę inny punkt widzenia, każdy trochę inną przeszłość. Przeszłość tych ludzi w Maczkowie była jakimś niesamowitym zbiorowiskiem, przez co ci ludzie przeszli. Dlatego te decyzje były różne. Nie rozmawiało się dużo na ten temat, każdy chciał sam zdecydować.
Żyło się bieżącą chwilą.
    
Tak. Poza tym było się młodym i cieszyło się z tej wolności. Pamiętam taką historię ze szkoły, w której nauczycielami byli zawodowi pedagodzy, którzy byli oficerami rezerwy i w 1939 roku dostali się do obozów. To było dobrze zorganizowane, pościągali tych nauczycieli, fachowców do gimnazjum. Chodzili oni w mundurach, byli to głównie porucznicy i mówiło się do nich panie poruczniku, a oni, choćby dziewczyna była najmłodsza, mówili per pani, dlatego, że trzydziestoletni też się zdarzali, na przykład z Dywizji, którzy nie ukończyli matury, czy z najróżniejszych obozów. Był również nauczyciel niemieckiego, był to człowiek wielkiej urody i taki bardzo podrywający dziewczyny, muszę powiedzieć, że nam się to bardzo nie podobało. Ta nasza grupka dziewcząt z Dywizji, mieszkająca w hotelu "Wichers", postanowiła mu dokuczyć. Narysowałyśmy taki jego nekrolog, szalenie złośliwy, zrobiłyśmy go w trzech egzemplarzach i rozwiesiłyśmy w nocy. Oficer stwierdził, że został urażony honor oficera i, że to musi być ukarane. Dyrektor złapał się za głowę, co z tym zrobić. Nasłał na nas policję, bo w miasteczku była policja. Wezwali ich, bo w końcu zorientowali się, że to ktoś z tego narożnego budynku. Zostałyśmy wezwane na przesłuchanie do siedziby tej policji, a my na to, że my żadnego słowa na ten temat nie powiemy, ponieważ jesteśmy żołnierzami i podlegamy żandarmerii. Trzeba było szukać kobiecej żandarmerii. Pan dyrektor pojechał do dowództwa Dywizji, do dowództwa naszego Batalionu Kobiecego i pyta się, gdzie jest żandarmeria, bo jest obraza honoru oficera. To była zbyt mała jednostka, żeby mieć swoją żandarmerię. Okazało się, że musimy odpowiadać przed kobieca żandarmerią w Anglii. Ponieważ sprawa była, w gruncie rzeczy, śmieszna, mała, a z drugiej strony gdybyśmy były gdzieś zaewidencjonowane, to mogłybyśmy nigdy w życiu więcej do Anglii nie wjechać. W tej sytuacji, nasz dyrektor poszedł do dowódcy oddziału, pod który podlegały wszystkie te odbite obozy, wszystkie sprawy jeńców wojennych, robotników i radził się, co w tej sytuacji zrobić. Ten oficer wysłuchał i zadał pytanie, skąd w obozie wzięli się uczniowie, dyrektor odpowiedział, że z kacetu, z oflagu, ze stalagów, z robót, przez "zieloną granicę", z Dywizji, wszystko, co się da. To znaczyło, że to wszystko, to są ludzie ze straszną wojenną przeszłością. Dowódca powiedział, że, jeżeli tak jest i ci ludzie mają jeszcze poczucie humoru i chcą jeszcze coś zdziałać, to, że on gratuluje takiego zespołu i, że na pewno się będzie dyrektorowi dalej dobrze pracowało. Kiedy później mój dowódca, ksiądz pułkownik się o tym dowiedział, to staranował naszego dyrektora, tak, że on musiał wyjść od niego z gabinetu.
Czyli wykazał się zdrowym rozsądkiem?
    
Tak, tak jest. Musiałyśmy zdawać maturę internistycznie, taka była decyzja dyrektora. Dla mnie istotna była również drużyna harcerska. Harcerstwo odradzało się w szalonym tempie. W Maczkowie była drużyna żeńska i drużyna męska. Drużyna męska była oczywiście liczniejsza, dużo bardziej czynna, organizowali dużo większe obozy. Na fotografiach widać tę drużynę idącą główną ulicą miasteczka. Istniała jednak również drużyna kobieca, ja miałam taki zastęp dziewczynek, które jako małe dzieci zostały wywiezione z rodzicami do obozu. Tam były ciągłe zmiany tego zestawu ludzi w Maczkowie. Jedna była w drużynie 2-3 miesiące, wyjechała, to się zmieniało, tamto się zmieniało. Były jednak próby działania, kilkutygodniowe zbiórki już tym dziewczynom dawały trochę do myślenia. Były jakieś zespoły pracy, śpiewania.
Czy były jakieś wyjazdy, obozy harcerskie?
    
Były wycieczki pod sam Maczków, tam się odbywało przyrzeczenie harcerskie. Ja osobiście byłam na terenie lotniska, na dużym zjeździe harcerskim. Z uwagi na to, że byłam w harcerstwie konspiracyjnym, sama nie miałam zasłużonego harcerskiego obozu, a żeby otrzymać starszy stopień w mojej karierze harcerskiej, musiałam mieć zaliczony obóz harcerski. Powstał dylemat, ale w Maczkowie, była taka drużynowa Mydlarzowa, komendantka takiego hufca w Niemczech północnych, która wiedziała, że jestem po obozie w Oberlangen. Zasięgnęła języka u którejś z komendantek, jak ja się zachowywałam w obozie, w tych trudnych warunkach, gdzie trzeba było być i zaradnym i sprawdzić się w życiu stadnym. Dostałam pozytywną opinię i na tej podstawie dostałam ten stopień samarytanki. To było nietypowe rozwiązanie.
A kiedy poznała pani swojego przyszłego męża?
    
Mojego męża poznałam na zabawie sylwestrowej, to było 31 grudnia 1946 roku w Maczkowie. On już wtedy był po maturze. Załatwili sobie, że ta mała grupka nie wróciła do macierzystej jednostki, tylko została w Maczkowie, zdaje się, że udawali, że uczyli się tutaj języków. Kolega z klasy, który też był żołnierzem Dywizji, zaprosił mnie na ten bal do bursy dywizyjnej. Poprzedniego dnia przyjechał z Brukseli i jakoś się źle poczuł i powiedział, że bardzo się źle czuje i musi się położyć. Nie wiem, może wódki tam było za dużo. Powiedział, że jego kolega mną się zaopiekuje i ten kolega, to właśnie był mój późniejszy mąż. Od księdza pułkownika, ze Szkocji, dostałam moją pierwszą cywilną sukienkę, to była piękna niebieska, popołudniowa sukienka. Tę sukienkę miałam na sobie, widać ją na fotografii. Kiedy z moim teraz mężem, zaczęliśmy jeść z boku jakiś bigos, to on ten bigos wylał na moją sukienkę. Sytuacja była trudna, na ile ratować, na ile nie. Tak się nasza znajomość zaczęła. W cztery miesiące później pojechaliśmy razem do Brukseli i tam, w Wielki Piątek, mi się oświadczył.
Czyli była szybka decyzja?
    
Tak. Decyzja co do wyrażenia sobie uczuć, ale niestety mój mąż wracał wprost do Polski, ponieważ szwagier siedział we Wronkach, był oficerem MSZ, matka miała gruźlicę, miał małą, przyrodnią siostrę, temu więźniowi Wronek urodziło się dziecko, o którym nie wiedział.
Był tu potrzebny.
    
Tak. Kobiety pozostawały same. Natomiast ksiądz pułkownik bardzo namawiał mnie i mamę na wyjazd do Kanady, gdzie jego bratanek miał fermę, bardzo dużą i bardzo bogatą. Bratanek był kawalerem i dostałam propozycję, żeby wyjść za niego za mąż. On był ode mnie dwa razy starszy. Najpierw miałabym skończyć pomaturalną szkołę, czteroletnią, dla żon farmerów. Uczono tam wszystkiego, macania kur, prowadzenia rachunków, znajomości nasion. Wszystkiego miałabym się nauczyć przez te 4 lata, a po tych czterech latach za niego wyjść za mąż. To chyba budziło tak bardzo moją niechęć. Tutaj wiedziałam, że trzeba będzie zaczynać od zera, zupełnie nie wyobrażałam sobie jak to będzie. Tam z kolei odcięcie od polskiej kultury. Po maturze, próbowałam się dostać w Szkocji, na taką półwyższą uczelnię historii literatury polskiej, chociaż wiadomo było, że to nie będzie dawało dobrego zarobku, ale to mnie najbardziej interesowało. Zrezygnowałam z tego, potem zaręczyliśmy się. Siostra stanowczo nie chciała wracać do kraju. Moja mama, niedługo przed Powstaniem, wyszła drugi raz za mąż i ciągnęło ją do tego męża. Podjęłyśmy decyzję powrotu, ale tę decyzję podjęłyśmy już w Anglii. Zostałyśmy formalnie zdemobilizowane, obie mamy papiery z tej demobilizacji. Byłyśmy w obozie zbiorczym pod Ontario, pod Londynem i tam, po dwóch miesiącach pobytu, postanowiłyśmy, że chcemy wracać.
Kiedy ten powrót nastąpił?
    
W końcu listopada 1947 roku, przez dwa angielskie obozy przejściowe, gdzie warunki były coraz cięższe. W listopadzie mieszkałyśmy w Szkocji, w tzw. "beczkach śmiechu", to były metalowe baraki, w których w listopadzie był straszny ziąb. Chodziłyśmy z menażką po jedzenie, które wydawano przy drodze, było zimne. To było trudne i ten ciągły niepokój, czy robi się słusznie. Każdy odpływający statek był żegnany przez szkocką orkiestrę, która grała "Góralu, czy ci nie żal?". Kiedy statek przycumował w Gdańsku, to na nabrzeżu stali żołnierze z wymierzonymi w statek karabinami, w tym momencie angielski kapitan statku powiedział, że znajdujemy się na terytorium Wielkiej Brytanii i jeżeli ktoś nie chce zejść ze statku, to zostanie zawieziony z powrotem do Anglii.
Czyli ten wygląd żołnierzy z pepeszami podziałał tak, że niektórzy zmienili zdanie?
    
Tak, zwłaszcza, że wcześniej byli może niepewni swojej decyzji. To była jesień 1947 roku i ten rok akademicki straciłam.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten