Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krzysztofa Radlicza


foto
Wywiad z Krzysztofem Radliczem
ur. 1930 r.
Muzeum Historyczne m. st. Warszawy, 9.08.2007 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

 

     Przed wojną, poprzez okupację, aż do Powstania Warszawskiego mieszkałem przy ulicy Różanej 13, mieszkania 10.
Jak liczna była rodzina, z kim pan mieszkał?
     Ojciec, mama, brat i gosposia. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu ze służbówką. Moja mama od 1938 roku była administratorką domu. Ojciec umarł w 1938 roku, po jego śmierci zamieszkała u nas jego siostra, Halina Radlicz - Ruehlowa, która była równocześnie moją matką chrzestną, była nauczycielką w gimnazjum. Od wybuchu wojny ciotka została zaprzysiężona przez generała Tokarzewskiego, w Śródmieściu, była oficerem Wojskowej Służby Kobiet. Od tego czasu nie wolno nam było mówić o sprawach Polski, o sprawach wojskowych przy obcych ludziach. Dla pewności, ciotka zebrała od nas wszystkich przysięgę wojskową. Jedyną zaprzysiężoną osobą w domu była moja ciotka. W czasie okupacji był u nas punkt przerzutowy oficerów na Zachód, miejsce tajnych kompletów, lokal magazynu tajnych map i matryc, schronisko, w którym wice komendantem był mój wuj, następnie miejsce ukrywania Żydów i osób poszukiwanych, a następnie fabryka makaronów oraz miejsce gromadzenia grypsów do więzień, między innymi na Pawiak.
Czyli bardzo dużo się działo w tym domu?
    
Bardzo dużo. To było dobre, bo w tym bloku budynków, bardzo dużo mieszkań zajętych było przez oficerów Gestapo, żandarmerii i volksdojczów. Pod latarnią jest najciemniej, w związku z tym różne rzeczy przechodzą łatwo. Mój wuj, który był świetnym organizatorem, często bywał u nas, żeby okoliczni ludzie go widzieli. Wuj bywał u nas często, tak samo jak ciotka często bywała w jego mieszkaniu na ulicy Słowackiego 5/13, mieszkania 143. Pod koniec okupacji, w 1943 roku, byłem w siódmej klasie szkoły powszechnej.
A gdzie pan chodził do szkoły?
    
W Warszawie, to była 121 szkoła powszechna im. Juliana Stachewicza, która w 1941 roku, została przeniesiona z Różanej w Aleję Piłsudskiego, obok kawiarni "Lardellego", tam chodziłem do siódmej klasy, równocześnie do gimnazjum im. Tadeusz Rejtana, to była szkoła ogrodnicza przy ulicy Śniadeckich. W 1944 roku przyszedłem na normalny komplet, tam było chyba 12 osób, wszedłem w miejsce, gdzie za pół godziny, miała się odbyć egzekucja skazańców, to było na ulicy Piusa XII. Zawiadomiłem panią profesor, polonistkę, która mnie natychmiast skierowała na ulicę Wilczą 28, gdzie było zebranie osób z podchorążówki. W związku z tym, że wyglądałem na o wiele młodszego niż byłem w rzeczywistości, mogłem spokojnie przejść między kordonami żandarmów. Dotarłem, zawiadomiłem, spełniłem swój patriotyczny obowiązek. Wśród uczestników zebrania zauważyłem swojego kolegę, który mieszkał na ulicy Różanej 13, on dał mi znak, żeby nic nie mówić. Wyszedłem stamtąd i poszedłem do domu. Później właściwie nic się takiego nie działo, oprócz tego, że bez przerwy ktoś do nas przychodził, były różnego rodzaju tajne spotkania w Wojskowej Służbie Kobiet.
     W czasie okupacji, jeszcze chyba w 1944 roku, w kwietniu, przyszła do nas taka studentka medycyny, Barbara Jaksa - Bykowska, która miała pójść do Lasów Jabłonowskich. Ona mnie wzięła razem ze swoją koleżanką. Wtedy pierwszy raz uczestniczyłem w takich ćwiczeniach patrolowych, ja szedłem środkiem szosy, a one z boku. Wtedy pierwszy raz spotkałem się z takimi ćwiczeniami wojskowymi. Tak dotrwałem do Powstania Warszawskiego.
Proszę powiedzieć, jak pan zapamiętał, jako czternastoletni chłopiec, te pierwsze dni Powstania, ten moment wybuchu i te pierwsze dni?
    
Pierwsze dni były pełne obaw i niepewności, ponieważ myśmy byli w strefie niczyjej, nie było ani Niemców, ani powstańców. Dopiero trzeciego dnia przyszli powstańcy z Kompanii B1, z dowódcą, porucznikiem "Jackiem", dowódcą plutonu - "Cyganem", byli wtedy cztery, czy pięć godzin, spakowali się i zwinęli z powrotem, bo nie było odpowiedniego zaplecza. Byli bardzo słabo uzbrojeni. Dopiero czwartego przyszła większa ilość powstańców, okopali się i wtedy nastąpił atak na budynek "Społem", który stał pomiędzy ulicą Różaną i ulicą Grażyny. W czasie ataku, od ulicy Bałuckiego, jeden z żołnierzy, stojący przy furtce do "Społem", został ranny. Postrzelono go z bunkra, przy ulicy Puławskiej, na przeciwko ulicy Różanej. Rannego chcieliśmy, jakoś odciągnąć, zabezpieczyć, ale Niemcy cały czas ostrzeliwali, aż go wykończyli. On leżał trzy dni na ulicy. Na ulicę Różaną można było wyjść dopiero 6 czy 7 sierpnia, dopiero kiedy na Różanej, przy tym placyku przy Puławskiej, powstała barykada z płyt i kamieni, druga barykada była przy ulicy Bałuckiego, dopiero wtedy można było swobodnie wyjść na ulicę.
Czyli wtedy, w tym rejonie, zrobiło się bezpieczniej?
    
Bezpieczniej, ponieważ posterunki AK, przekroczyły ulicę Grażyny, to już była pewna odległość. Trzeba było jednak uważać, bo na ulicy Madalińskiego, w domu Wedla, były posterunki snajperów, którzy ostrzeliwali wszystkich, którzy się zbliżyli. Była ogromna euforia, kiedy na budynkach ukazały się biało-czerwone flagi. Przypominam sobie, jak niesamowicie uczuciowo to przeżyłem, gdy usłyszałem hymn, z oczu ciekły mi łzy, człowiek był po prostu zaszokowany tą sytuacją, czuł się znów wolny i bezpieczny. W czasie Powstania Warszawskiego, moja ciotka była komendantką Wojskowej Służby Kobiet w intendenturze na ulicy Pilickiej. Kilkukrotnie chodziłem z meldunkami z ulicy Różanej na Pilicką. Przechodziliśmy wzdłuż ulicy Bałuckiego, przez park Dreszera, do ulicy Tynieckiej, a stamtąd do Malczewskiego, aż do ulicy Pilickiej. Z okna na Pilickiej były widoczne pola, na których były okopy ze stanowiskami artyleryjskimi oraz karabinami maszynowymi. Raz przeżyłem nalot sztukasów na tę część Mokotowa, one nie tylko bombardowały, ale strzelano z nich również karabinami maszynowymi do wszystkich, którzy byli widoczni, w odpowiedzi były tylko, niestety, wystrzały z KB, co było mało skuteczne.
Proszę powiedzieć, co zrobiło na panu największe wrażenie w czasie Powstania?
    
Myślę, że poczucie wolności, poczucie, że w niedługim czasie, to wszystko się skończy. Był głód, ale wszyscy byli bardzo solidarni.
Czy w domu były jakieś zapasy żywności?
    
Wszyscy, którzy mieli cokolwiek się dzielili. Jeśli ktoś hodował króliki lub miał przydomową działkę, to dzielił się owocami, jarzynami, zapasami mąki czy cukru. To była fantastyczna rzecz. Ja w czasie okupacji miałem kurę, karmazynę, która w czasie Powstania odegrała wielką rolę, ponieważ codziennie znosiła jajko dla szpitala, ranni mieli chociaż ten pożytek.
Czego się pan najbardziej bał, jaki był moment największego strachu, coś co panu utkwiło w pamięci?
    
Człowiek mógł uważać, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, co go może spotkać. Przypominam sobie taką humorystyczną scenę. To było pod koniec Powstania, był ostry ostrzał z granatników. Siedzieliśmy w piwnicy, gdzie między budynkami, w piwnicach, były wybite przejścia. Akurat u nas, nad tym przejściem był przewód kominowy, pocisk granatnika wybuchł na kominie. Po ostrzale wszyscy wyszliśmy z piwnicy i ubawiliśmy się nieprzeciętnie, bo z piwnicy wyszły diabły. To był najśmieszniejszy moment z okresu Powstania.
     W końcowym okresie Powstania obszar się bardzo skurczył, zmniejszył się bardzo. Były częste ostrzały, wtedy zraniono sanitariuszkę Małgorzatkę i porucznika Markowskiego, twórcę marszu Mokotowa.
27 września Mokotów skapitulował. Jak się potoczyły pana losy od tego momentu?
    
Był duży ostrzał, a my byliśmy na otwartej przestrzeni. "Społem" było już w rękach niemieckich. Przesunęliśmy się tym przejściem do narożnego domu, na ulicy Bałuckiego 34, tam zastaliśmy kapitulacje Mokotowa. Zanim wyszliśmy, to przez budynek na Różanej 15, przechodził taki fajny podporucznik, uroczy człowiek, pełen humoru. Niemcy podsunęli działo na gąsienicach i prawie w momencie kapitulacji wystrzelili w bramę. Ten porucznik dostał odłamkiem między oczy, oczy mu wypłynęły. To było makabryczne. On oczywiście został od razu opatrzony i skierowany do punktu sanitarnego. Wyszedłem na ulicę, stało tam trzech oficerów i rozmawiało z jakimiś Niemcami i Kałmukami. Głównego ataku dokonały oddziały rosyjskie, które oddały się do niemieckiej dyspozycji. Najpierw musieliśmy usunąć barykadę, zasypać ją, wtedy wjechały czołgi.
A pan wychodził z mamą?
    
Tak z mamą wychodziłem, z mamą, ciotką i babcią. Przeszliśmy do ulicy Kazimierzowskiej, Kazimierzowska do Madalińskiego, Madalińskiego na zachód, przez Aleje Niepodległości, a później w pole i skosem, w stronę działek koło Okęcia. Tam przechodziliśmy koło ogródków działkowych, gdzie wśród pomidorów, zobaczyliśmy trupa jakiejś łączniczki AK, z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Skierowano nas do torów wyścigowych na Służewcu, gdzie umieszczono nas w hangarach. 28 września załadowano nas do bydlęcych wagonów i odstawiono nas do Pruszkowa. W Pruszkowie, mimo tego, że człowiek się już wszystkiego bał, bardziej był już tego wszystkiego świadomy. Przy samej bramie był obóz dla Akowców. Wśród Akowców, za drutami kolczastymi zobaczyliśmy mojego brata. W związku z tym byliśmy trochę spokojniejsi. W Pruszkowie zostaliśmy umieszczeni w takiej wielkiej hali taboru kolejowego, w budynku "D". Tam przenocowaliśmy. 29 września wzięli nas do spisu i kwalifikacji czy ktoś ma iść na roboty czy do Generalnej Guberni. 29 usłyszeliśmy nieoczekiwane ogłoszenie, że w związku z tym, że uciekł oficer z dwójki, to za karę, wszyscy mężczyźni od 14 do 60 lat mają się zgłosić. Podałem wtedy, że mam 12 lat i jako dwunastoletni byłem wywieziony do Niemiec. W Pruszkowie rozdzieliliśmy się z babcią i ciocią, a ja z mamą zostaliśmy dołączeni do ludzi, którzy zostali wywiezieni do Niemiec. Załadowano nas do bydlęcych wagonów. Na stacji w Pruszkowie dostaliśmy z Czerwonego Krzyża butelkę wody i bochenek chleba. Przewieziono nas do obozu pod Psim Polem koło Wrocławia. Moment wyjścia z wagonów był przerażający. Psy, gestapo, krzyki nie z tej ziemi, z daleka było widać komin, z którego wydobywał się dym. Człowiek myślał, że jest gdzieś w obozie koncentracyjnym i idziemy na śmierć.
Bo każdy miał skojarzenia z Oświęcimiem.
    
Tak. Myśmy już o Oświęcimiu świetnie wiedzieli, i o Oświęcimiu i o innych obozach, które już mieliśmy zlokalizowane poprzez mojego wuja, który zajmował się też tymi sprawami. We Wrocławiu byliśmy dwa dni. Obóz był otoczony dwoma rzędami drutów kolczastych pod elektrycznością. W czasie posiłków, trzeba było przez jedną z bram, wejść pomiędzy druty, przebiec między drutami wokół obozu, to było około trzech, czy czterech kilometrów, z drugiej strony, przy tym samym wejściu, można było uzyskać kawałek chleba, kawę lub zupę. Po trzech dniach, wieczorem, wzięli nas na mykwę. Nastąpiło odwszenie, wszyscy musieliśmy się rozebrać. Myśleliśmy, że już z nami koniec. Niemcy często robili w ten sposób, że do baraku, gdzie niby były prysznice wpuszczali gaz. Wykąpaliśmy się, osobno mężczyźni, osobno kobiety. Oddano nam, zawszone już wtedy, ubrania. Przyszło kilku Niemców, którzy potrzebowali odpowiednich ludzi do fabryk. Nas wziął właściciel cukrowni w Volmirsted, koło Hamburga. Wsiedliśmy do wagonów bydlęcych, tam było około 40-50 osób, głównie kobiet i kilku chłopców, wśród nich ja oraz Cezary Różycki, który później był profesorem chemii na Politechnice Warszawskiej. Po dwóch dniach stwierdzili w Volmirsted, że jesteśmy zbędni, w związku z tym przewieziono nas do Arbeitsamtu, do Gisfen. Stamtąd wziął nas taki pracownik administracyjny fabryki samolotów w Stassfurt Leopoldshalle, pan Bostek, bardzo sympatyczny człowiek, który świetnie mówił po polsku. Stamtąd pojechaliśmy już normalnym pociągiem osobowym.
Czy ten pan był Polakiem z pochodzenia?
    
Trudno mi cokolwiek powiedzieć, pisownia jego nazwiska była niemiecka. Był bardzo miły, przyjazny powiedziałbym. On miał być naszym opiekunem. Przyjechaliśmy pociągiem do Stassfurtu i przeszliśmy do obozu fabrycznego. Umieszczono nas razem z Rosjanami, w odległości około dwóch kilometrów od fabryki. Codziennie rano, o godzinie czwartej, trzeba było wychodzić z baraku, waleniem w ścianę i krzykiem budził nas Niemiec - "kuternoga". Trzeba było się umyć, ubrać i iść do fabryki. Przez pierwsze dwa tygodnie pracy w fabryce przechodziliśmy szkolenie, jak się posługiwać pilnikiem, młotkiem i innymi narzędziami.
Pan w tej fabryce był razem z matką?
    
Tak, razem z matką.
Czy były tam też inne kobiety z dziećmi?
    
Tak, były. Między innymi była Barbara Domańska, Cezary Różycki, Lutka Jaskółkowska, jeszcze było kilka dziewczyn nieco starszych ode mnie.
Jak wyglądało to szkolenie?
    
Przyszła Niemka, która świetnie mówiła po polsku i ona była tłumaczem. Wytłumaczyła nam jak się trzyma pilnik i jak się bije młotkiem, jak się robi odpowiednie wkręty w blasze, jak się wierci dziury. Po tych dwóch tygodniach był egzamin. Na egzaminie moja mama zrobiła tę paterę do ciasta, którą przekazałem do muzeum. Ja zrobiłem popielniczkę wybijaną półokrągłym młotkiem, z takimi rowkami do umieszczania papierosów. Po tym wszystkim, zostaliśmy skierowani na halę fabryczną. Niektóre osoby zostały skierowane do maszyn, niektóre do wózków elektrycznych do przewożenia blach, a niektóre osoby zostały skierowane do miejsca, gdzie trzeba było przy pomocy matryc robić w płatach blaszanych dziury, a następnie obrabiać to.
Jakie otrzymał pan zadanie?
    
Właśnie robienia dziur. W związku z tym, że byłem bardzo wygłodzony i słaby, trzy razy zemdlałem, upuszczając przy tym ciężka maszynę żeliwną, która przy upadku pękała. Oprócz tego, że byłem słaby, starałem się również robić sabotaż.
Jakie były dla pana konsekwencje upuszczenia tej maszyny?
    
Pod karabinem zostałem odeskortowany do lekarza fabrycznego, który miał stwierdzić, czy to jest sabotaż, czy to jest z braku sił.
Lekarz stwierdził, że z braku sił?
    
Tak.
To pana uchroniło przed jakąś karą?
    
Tak, przed rozstrzelaniem. Byłem wtedy absolutnie tego świadomy, chociaż muszę powiedzieć, że był pewien strach, ale człowiek był w stanie całkowitego zobojętnienia, nie myślał o tym.
Czym się zajmowała w fabryce pańska mama?
    
Mama pracowała obok mnie. W zasadzie, z tych stanowisk, które nam przydzielono, najwygodniejsze były te wózki. Jeśli chodzi o dziewczyny, które  wytłaczały blachy, to było tam kilka osób, między innymi pani Janina Robińska, mieszkała na Różanej 13. Podawała ona blachy, ktoś inny wciskał guziki, spadał wielki ciężar, który odpowiednio formował blachy, w pewnym momencie ta pani, która była na górze, zbyt wcześnie przycisnęła guzik, efekt był taki, że ręce pani Janiny zostały zmiażdżone. Później amputowano jej ręce.
W tej fabryce miał pan, zdaje się, jakiś swój identyfikator z numerem?
    
 Tak, miałem swój identyfikator, on jest zresztą wpisany do kalendarzyka z 1944 roku, który również przekazałem do muzeum. W listopadzie zostaliśmy przeniesieni do fabryki Junkersa w Aschersleben. To była fabryka w 60% zbombardowana, razem z obozem w sąsiedztwie. To był olbrzymi obóz, w dzielnicy Tonkulle, tam byli tylko Ukraińcy, Rosjanie i my. Pierwotnie, tam mogło być około 80 wielkich baraków, a pozostało może 20. Między tymi barakami znajdowały się leje głębokości jakichś 6-7 metrów, średnicy 8 metrów. To już w zasadzie była zima, było dużo śniegu, a w tych lejach grasowały szczury wielkości kotów, całymi watahami. Zostaliśmy przydzieleni do w połowie zbombardowanego baraku, ze szparami i dziurami, było zimno. Otrzymywaliśmy brykiet, jeden kubełeczek na cały dzień. O godzinie piątej rano trzeba było przejść przez sanitariusza, który urzędował przy bramie do fabryki.
Co było do jedzenia, jak wyglądały porcje żywnościowe?
    
W zasadzie specjalnych porcji nie było. Dostawaliśmy zupę, to była gotowana brukiew, ze zgniłymi kartoflami, mięsa w tym nie było.
A co było na śniadanie?
    
Kawałeczek chleba z kawałkiem margaryny, czasem z dżemem, do tego czarna kawa. Pracowałem przy sortowaniu kabli do radiostacji w samolotach Junkers. Z powodu zimna i głodu nabawiłem się zapalenia płuc, na początku chodziłem do sanitariusza, żeby mnie zwolnił. Miałem temperaturę ponad 40 stopni. W końcu trafiłem do lekarza niemieckiego w fabryce. Mama koniecznie chciała, żeby mnie odesłano do GG, bo być może, byłbym tam bezpieczny. On powiedział, że może mnie skierować do Essau, gdzie było "sanatorium", gdzie wszystkie osoby, szczególnie gruźlików, likwidowano. Matce powiedział, że jeśli chce mieć syna, to niech mnie tu trzyma, że przez jakiś czas będę miał zwolnienie. Dostałem zwolnienie na miesiąc. Dopiero w lutym czy marcu 1945 roku zostaliśmy przeniesieni do obozu gdzie byli "auslanderzy": Belgowie, Francuzi, Holendrzy, Jugosłowianie, Czesi. Tam były zupełnie inne warunki, była normalna, wspólna łazienka, w baraku były ubikacje. Można było utrzymać czystość. Tam były dużo lepsze warunki. W pokoju było 16 osób, na piętrowych pryczach. Miejsce nie było zbombardowane, było na otwartym polu, więc można było otwierać okno. Komendantką baraku była taka Niemka, należąca do partii, ze znaczkiem swastyki, która była bardzo mi przychylna. Mimo, że innym nie zezwalała na pójście do miasta, to mi zezwalała. Była bardzo sympatyczna. Jej syn walczył na froncie wschodnim, może w związku z tym była dla mnie taka dobra. Do fabryki były jakieś trzy kilometry, codziennie rano trzeba było chodzić. W pewnym momencie, kiedy przechodziłem ulicą między działkami, a domkami jednorodzinnymi, wychodziła Niemka, która ściągała mnie do domu i częstowała mnie często talerzem zupy. Tak pracowaliśmy do 8 kwietnia 1945 roku. Ktoś z zarządu obozu zawiadomił nas, że przyjdą żandarmi i będą nas rozstrzeliwać. Wtedy właściwie wszyscy uciekli z obozu w pole albo do gospodarzy. Było tam obok dwóch gospodarzy, którzy za opłatą przechowywali obozowiczów w stajni. Tam były o tyle korzystniejsze warunki, że były kartofle, mleko, marchew. Można było zjeść coś pożywniejszego. Po jednym dniu w polu stwierdziliśmy, że absolutnie tak nie wytrzymamy, wróciliśmy do obozu. Kilka dni byliśmy w obozie, czekając, co się wydarzy. 14 kwietnia żandarmi otoczyli obóz, wygnali nas wszystkich, Belgów, Francuzów i innych. Dołączyliśmy do tłumu 6 tysięcy osób, gdzie było 12 jeńców angielskich, około 20 jeńców z AK. Tak szliśmy trzy dni w kierunku Ostenrode.
Czy miał już pan wtedy świadomość, że zbliża się koniec wojny? Czy do obozu docierały jakieś informacje z frontu, że z jednej strony zbliżają się już Amerykanie, a z drugiej Rosjanie?
    
Niemcy byli cały czas tak butni z powodu swojego zwycięstwa, że do nas nic nie dochodziło. To była zupełnie inna sytuacja, myśmy wtedy wyszli o głodzie, mieliśmy jedynie trochę fasolki z rozbitego magazynu, nic więcej. Przy sobie mieliśmy kilka osobistych rzeczy. Wszystkich, którzy słabli po drodze Niemcy dobijali. To był tzw. pochód śmierci. Pierwszego dnia przechodziliśmy koło angielskiego obozu jeńców, tych 12 Anglików, którzy szli z nami zostało tam. Resztę pchano, żeby jak najszybciej wyjść z amerykańskiego kotła.
Pan już odzyskał siły po tym zapaleniu płuc?
    
Nie, ja byłem coraz słabszy. 16 kwietnia, późnym wieczorem, zakwaterowano nas w takiej olbrzymiej stodole, upchano nas tam jednego obok drugiego. Eskorta codziennie się wymieniała, raz byli to wojskowi, a raz cywile z volksturmu, oni byli najgorsi, to było coś niesamowitego. To były takie złośliwe staruchy, zawzięte bardzo. Rano wyszliśmy z tej stodoły, przeszliśmy może kilometr, kiedy zauważyliśmy, że nad nami krąży amerykański samolot zwiadowczy. Było słychać artylerię. Niemcy, żołnierze z eskorty pozakopywali karabiny. To była dziwna sytuacja, ja już w ogóle nie miałem siły się ruszać, byłem przekonany, że mnie zabiją. W tym momencie zza górki wyjechał jeep z karabinem maszynowym. Amerykanie rozbroili eskortę i chcieli ich rozstrzelać. Akowcy się temu sprzeciwili, powiedzieli, że akurat ci zachowywali się przyzwoicie, zostali zatrzymani jako jeńcy. Razem z nami jechał wóz konny z prowiantem i plecakami Niemców. Amerykanie zwalili to wszystko na ziemię i wszystkich, którzy nie mogli chodzić wsadzili na wóz. Mnie jak taką kłodę wrzucono na ten wóz. Kiedy więźniowie zobaczyli tych Amerykanów, to rzucili się ich całować, całowali ślady ich butów, całowali buty swoich wyzwolicieli. Przejechaliśmy kilka kilometrów, przez front, z ciężką artylerią do miejscowości Walbeck koło Hettstaedt (?). Tam nas zakwaterowano. Z miejsca zainteresował się mną lekarz armii amerykańskiej, który mnie wziął pod opiekę.
W jakiej formie była pańska mama?
    
Dobrej. Lekarz wziął mnie na dziesięciodniowe dozowanie żywności. To było dla mnie makabryczne, bo widziałem, że inni jedzą wszystko, czekoladę, owoce. Byliśmy tam do 15 czerwca, mama pracowała w Hettstaedtcie (?) w komitecie kombatanckim dla polskich żołnierzy, których kierowano do Frankfurtu nad Menem, gdzie była ta główna organizacja, która zajmowała się tymi rzeczami. Dowiedzieliśmy się wówczas, że ten teren, na którym się znajdowaliśmy  ma zająć armia radziecka. U gospodarza mieszkał Polak spod Lwowa, który doskonale się orientował, jak będzie wyglądała sytuacja. Miał on platformę z traktorem, władowaliśmy się na tę platformę, a on nas przewiózł, mimo oporów patroli amerykańskich, do Sandershausen, skąd przejechaliśmy pociągiem do rzeki Fuldy. Tam niestety był zerwany most, trzeba było przedostać się kładką na drugą stronę rzeki, skąd następnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Kassel do obozu UNRRA. Na początku zakwaterowano nas na jakimś strychu, a później wysiedlono Niemców i dostaliśmy ładne mieszkanie, dwupokojowe, z dużą kuchnią. Mieszkaliśmy tam ja, mama i taka koleżanka mamy, pani Stanisława Sieradzka, a w kuchni mieszkała pani Ninka Noskowska. Wszyscy w obozie, którzy pracowali, oprócz służby administracyjnej, która miała super kuchnię, mieli kuchnię "B", dla osób niepracujących była przeznaczona kuchnia "C", kuchnia "C", to był suchy prowiant. Ponieważ chciałem się odżywić, zacząłem pracować jako pomocnik elektromontera, w związku z tym miałem z UNRRA przydział ubrań, czekolady, papierosów i innych rzeczy. Mówię o tych papierosach, ponieważ Niemcy papierosów nie mieli. Często mieliśmy też przydziały różnych puszek z mięsem. Niemcy tego nie mieli, chodziliśmy więc do sąsiedniej wsi i skupowaliśmy od Niemców pościel, poduszki, obrusy i inne tego typu rzeczy.
Papierosy to świetny towar wymienny.
    
Tak, skupowaliśmy za papierosy i za te puszki. Proszę sobie wyobrazić, że za dwie paczki tytoniu, razem 10 dkg, mogłem kupić złoty zegarek, tytoń to była wtedy prawdziwa wartość. Tam, w sierpniu lub wrześniu, utworzona została drużyna harcerska, najpierw męska, a potem również żeńska.
Drużyna harcerska utworzona z Polaków, którzy znaleźli się na tym terenie?
    
Tak. To była drużyna harcerska im. Zawiszy Czarnego. Mieliśmy wielkie ułatwienia ze strony opiekunki harcerstwa, madame Pelagou Pelegrie. Mieliśmy organizowane kursy, wycieczki, kursy terenoznawstwa oraz uczyliśmy się przyrzeczenia i prawa harcerskiego. Dopiero wtedy spełniły się moje marzenia, w końcu mogłem być prawdziwym harcerzem. Przyrzeczenie harcerskie zorganizowano w związku z odbywającym się w Fuldze 22 lutego 1946 roku, zjazdem harcerskim, gdzie byli skauci z różnych części Europy. Największym przeżyciem dla mnie, było to, że mogłem przed komendantem hufca i przed kapelanem harcerstwa w Niemczech oraz oficerem łącznikowym z Londynu składać przyrzeczenie harcerskie. To była dla mnie najbardziej wzruszająca chwila, kiedy usłyszałem hymn oraz mogłem powiedzieć: "Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu". Myślę, że swoim postępowaniem, starałem się to wypełniać i dotychczas tego nie zaniechałem. Były trzy zamachy na polskich liderów, które skończyły się poważnym pobiciem, konsekwencją był szpital, ale to były głupstwa. Z osobistych odczuć, najbardziej przykre dla mnie było, że ci wszyscy ludzie, którzy wracali do Polski, byli uważani przez miejscowych decydentów, za zdrajców. Ja, który otrzymałem Krzyż Harcerski numer 113C, zostałem pozbawiony tego krzyża.
Dlatego, że chciał pan wrócić do Polski?
    
Tak.
Proszę powiedzieć, czy w czasie pobytu w Niemczech chodził pan do szkoły? Czy była tam polska szkoła?
    
We wrześniu zorganizowano polskie gimnazjum, gdzie dyrektorem szkoły był docent meteorologii, Romuald Gumiński, moja ciotka, Elżbieta Bogatkiewicz,  była polonistką, chemikiem był inżynier Schodkowski, fizykiem był Rosjanin polskiego pochodzenia, Igor Brodzki, biologiem Kirgiszew, pochodzący z Białorusi, geografem - Tatar, anglistką była pani z AK - Gąsiorowska, łacinniczką była Jola Starzewska, późniejszy członek Akademii Belgijskiej, studiowała w Belgii medycynę.
W Niemczech chodził pan przez rok do szkoły?
    
Niecały rok.
Kiedy nastąpił powrót do Polski?
    
Powrót do Polski nastąpił w marcu.
To była decyzja mamy?
    
Moja. Ja sobie nie wyobrażałem życia bez Warszawy, to jest jakieś takie ukochanie miejsca swojego. Mama chciała jeszcze odwlec nasz powrót, chciała się dowiedzieć, co się dzieje z moim bratem. Zostaliśmy repatriowani ciężarówkami na stację w Kassel, gdzie załadowano nas do wagonów, w których byliśmy tylko rodzinami, w przedziale było sześć osób. Mieliśmy bardzo, bardzo dużo bagażu. Dostaliśmy przydział suchego prowiantu na siedem dni, to były całe stosy. Było tam około dwustu paczek papierosów amerykańskich, każdy dostawał. Podróż ciągnęła się bardzo długo, wiele mostów było zniszczonych, więc nie jechaliśmy w prostej linii. Przejeżdżaliśmy przez Pragę i przez Dziedzice. Nasza podróż tym pociągiem skończyła się w Dziedzicach, tam wysiedliśmy, a reszta osób pojechała z Dziedzic bezpośrednio do Warszawy i innych miejsc. My mieliśmy ciotkę w Krakowie, mama tam pojechała. Zostaliśmy ściągnięci przez ciotkę do Krakowa, gdzie z miejsca zapisałem się do gimnazjum im. Sobieskiego przy ulicy Batorego. Przyjęto mnie tam bardzo ciepło, bardzo mile. Był tam taki opiekun społeczny, warszawiak, pan Felewski. Za każdym razem, kiedy były jakieś przydziały z UNRRA mówił, że ja walczyłem, więc trzeba mi pomóc, był mi bardzo przychylny. Wychowawcą klasy był pan Kloske, wybitny biolog, mieliśmy tam wspaniałych, przedwojennych profesorów, byli bardzo uczynni, z sercem. Tam, niestety, do harcerstwa zapisać się jeszcze nie mogłem, ponieważ miałem w czerwcu lub lipcu wyjechać do Warszawy. Przyjechaliśmy z wujem do Warszawy, do mieszkania na Żoliborzu, gdzie były jego matka i siostra, zamieszkałem z nimi. Mieszkanie ocalało z pełnym ekwipunkiem, ponieważ pocisk uderzył w schody na klatce schodowej, nie było schodów, nie było wejścia, więc nikt nie mógł się tam dostać. Później schody odbudowano, a w mieszkaniu było wszystko, łóżka, pościel. Stamtąd przejeżdżałem na ulicę Rakowiecką do szkoły im. Rejtana takim autem ciężarowym. Moja siostra pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy na ulicy Skolimowskiej.
Co się stało z mieszkaniem na ulicy Różanej?
    
Mieszkanie na Różanej zostało rozszabrowane. Tam była gosposia Leopolda Staffa, który był naszym ciotecznym dziadkiem. Ona wzięła stamtąd jakieś pamiątki, mój pamiętnik, jakieś obrazki.
To, czego nie zabrali szabrownicy?
    
Nie. Ona była przed nimi. Kiedy już nikogo nie było, to oni rzucili się na to, wszystko wzięli. Już się tam nie dało zamieszkać, nie było tam wstępu. Zacząłem chodzić do szkoły, gdzie z miejsca zapisałem się do harcerstwa, do I Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Romualda Traugutta, tak zwanej "Czarnej Jedynki". Zrobiłem tam stopień wywiadowcy, otrzymałem wiele sprawności harcerskich, uczestniczyłem w wielu obozach. Ponieważ miałem ładny głos, bo jeszcze śpiewałem sopranem, w wielu przypadkach, występowałem jako solistka operowa. Miałem wiele przygód. Jak robiłem sprawność kucharza, było tylko pół kilo kiełbasy i trochę mąki. Musiałem zrobić posiłek na dwudziestu dwóch zgłodniałych chłopów, trzeba było coś im dać. Wpadłem na genialny pomysł. Wziąłem dwóch pomocników, poszliśmy do zagajnika i pozbieraliśmy ze świerków takie malutkie szyszki. Zrobiłem ciasto, wsypałem te szyszki, obtulałem szyszki i wrzuciłem do wody. Osobno zrobiłem sos pomidorowy z kiełbasą, to wszystko zalałem, wsadziłem do klusek i wymieszałem. Każdy z druhów chciał mieć jak najwięcej tych klusek, z których prześwitywały szyszki, myśleli, że to kiełbasa. Później chcieli mi dać kocówę, ale uciekłem. To były takie moje wspaniałe moje przygody.
Wróćmy jeszcze na moment do czasu wojny. Jak pan pracował w fabryce samolotów Szwajcarski Czerwony Krzyż ofiarował zegarki więźniom. Proszę o tym opowiedzieć.
    
Pani Boglewska, przyjaciółka mojej mamy, była członkiem Komendy Głównej AK, w związku z tym była na liście Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Myśmy się bardzo przyjaźnili, a ona mnie szczególnie lubiła. To było w Aschersleben. Na jej adres, przyszło ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, chyba 10 zegarków firmy Cemra. Otrzymała ich tyle, ponieważ chcieli, żeby rozdała je osobom najbardziej potrzebującym. Zegarki otrzymała moja mama, ja, pani Sieradzka i kilka innych osób. W ten sposób otrzymałem zegarek, który przez cały czas był dla mnie świętością. Inni wymienili je na puszkę margaryny albo na chleb. Ja ten zegarek przez cały czas trzymałem, cały czas go nosiłem, był on dla mnie czymś bardzo bliskim. Ten zegarek przekazałem jako swoją świętość do muzeum.

 Wstecz...


Drużyna harcerska w Niemczech, 1946
Drużyna harcerska w Niemczech, 1946
Drużyna harcerska z hufca Hasenecke Kassel w Niemczech, 1946
Drużyna harcerska z hufca Hasenecke Kassel w Niemczech, [...]
Krzysztof Radlicz z matką Heleną Radlicz, Kraków, 1946
Krzysztof Radlicz z matką Heleną Radlicz, Kraków, [...]
Krzysztof Radlicz z sąsiadką Stanisławą Wojnar-Kwiecińską w obozie Mattenberg, 1945
Krzysztof Radlicz z sąsiadką Stanisławą Wojnar-Kwiecińską [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten