Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krzysztofa Radlicza


foto

Załadowano nas do bydlęcych wagonów. Na stacji w Pruszkowie dostaliśmy z Czerwonego Krzyża butelkę wody i bochenek chleba. Przewieziono nas do obozu pod Psim Polem koło Wrocławia. Moment wyjścia z wagonów był przerażający. Psy, gestapo, krzyki nie z tej ziemi, z daleka było widać komin, z którego wydobywał się dym. Człowiek myślał, że jest gdzieś w obozie koncentracyjnym i idziemy na śmierć.
Bo każdy miał skojarzenia z Oświęcimiem.
    
Tak. Myśmy już o Oświęcimiu świetnie wiedzieli, i o Oświęcimiu i o innych obozach, które już mieliśmy zlokalizowane poprzez mojego wuja, który zajmował się też tymi sprawami. We Wrocławiu byliśmy dwa dni. Obóz był otoczony dwoma rzędami drutów kolczastych pod elektrycznością. W czasie posiłków, trzeba było przez jedną z bram, wejść pomiędzy druty, przebiec między drutami wokół obozu, to było około trzech, czy czterech kilometrów, z drugiej strony, przy tym samym wejściu, można było uzyskać kawałek chleba, kawę lub zupę. Po trzech dniach, wieczorem, wzięli nas na mykwę. Nastąpiło odwszenie, wszyscy musieliśmy się rozebrać. Myśleliśmy, że już z nami koniec. Niemcy często robili w ten sposób, że do baraku, gdzie niby były prysznice wpuszczali gaz. Wykąpaliśmy się, osobno mężczyźni, osobno kobiety. Oddano nam, zawszone już wtedy, ubrania. Przyszło kilku Niemców, którzy potrzebowali odpowiednich ludzi do fabryk. Nas wziął właściciel cukrowni w Volmirsted, koło Hamburga. Wsiedliśmy do wagonów bydlęcych, tam było około 40-50 osób, głównie kobiet i kilku chłopców, wśród nich ja oraz Cezary Różycki, który później był profesorem chemii na Politechnice Warszawskiej. Po dwóch dniach stwierdzili w Volmirsted, że jesteśmy zbędni, w związku z tym przewieziono nas do Arbeitsamtu, do Gisfen. Stamtąd wziął nas taki pracownik administracyjny fabryki samolotów w Stassfurt Leopoldshalle, pan Bostek, bardzo sympatyczny człowiek, który świetnie mówił po polsku. Stamtąd pojechaliśmy już normalnym pociągiem osobowym.
Czy ten pan był Polakiem z pochodzenia?
    
Trudno mi cokolwiek powiedzieć, pisownia jego nazwiska była niemiecka. Był bardzo miły, przyjazny powiedziałbym. On miał być naszym opiekunem. Przyjechaliśmy pociągiem do Stassfurtu i przeszliśmy do obozu fabrycznego. Umieszczono nas razem z Rosjanami, w odległości około dwóch kilometrów od fabryki. Codziennie rano, o godzinie czwartej, trzeba było wychodzić z baraku, waleniem w ścianę i krzykiem budził nas Niemiec - "kuternoga". Trzeba było się umyć, ubrać i iść do fabryki. Przez pierwsze dwa tygodnie pracy w fabryce przechodziliśmy szkolenie, jak się posługiwać pilnikiem, młotkiem i innymi narzędziami.
Pan w tej fabryce był razem z matką?
    
Tak, razem z matką.
Czy były tam też inne kobiety z dziećmi?
    
Tak, były. Między innymi była Barbara Domańska, Cezary Różycki, Lutka Jaskółkowska, jeszcze było kilka dziewczyn nieco starszych ode mnie.
Jak wyglądało to szkolenie?
    
Przyszła Niemka, która świetnie mówiła po polsku i ona była tłumaczem. Wytłumaczyła nam jak się trzyma pilnik i jak się bije młotkiem, jak się robi odpowiednie wkręty w blasze, jak się wierci dziury. Po tych dwóch tygodniach był egzamin. Na egzaminie moja mama zrobiła tę paterę do ciasta, którą przekazałem do muzeum. Ja zrobiłem popielniczkę wybijaną półokrągłym młotkiem, z takimi rowkami do umieszczania papierosów. Po tym wszystkim, zostaliśmy skierowani na halę fabryczną. Niektóre osoby zostały skierowane do maszyn, niektóre do wózków elektrycznych do przewożenia blach, a niektóre osoby zostały skierowane do miejsca, gdzie trzeba było przy pomocy matryc robić w płatach blaszanych dziury, a następnie obrabiać to.
Jakie otrzymał pan zadanie?
    
Właśnie robienia dziur. W związku z tym, że byłem bardzo wygłodzony i słaby, trzy razy zemdlałem, upuszczając przy tym ciężka maszynę żeliwną, która przy upadku pękała. Oprócz tego, że byłem słaby, starałem się również robić sabotaż.
Jakie były dla pana konsekwencje upuszczenia tej maszyny?
    
Pod karabinem zostałem odeskortowany do lekarza fabrycznego, który miał stwierdzić, czy to jest sabotaż, czy to jest z braku sił.
Lekarz stwierdził, że z braku sił?
     Tak.
To pana uchroniło przed jakąś karą?
    
Tak, przed rozstrzelaniem. Byłem wtedy absolutnie tego świadomy, chociaż muszę powiedzieć, że był pewien strach, ale człowiek był w stanie całkowitego zobojętnienia, nie myślał o tym.
Czym się zajmowała w fabryce pańska mama?
    
Mama pracowała obok mnie. W zasadzie, z tych stanowisk, które nam przydzielono, najwygodniejsze były te wózki. Jeśli chodzi o dziewczyny, które  wytłaczały blachy, to było tam kilka osób, między innymi pani Janina Robińska, mieszkała na Różanej 13. Podawała ona lach, ktoś inny wciskał guziki, spadał wielki ciężar, który odpowiednio formował blachy, w pewnym momencie ta pani, która była na górze, zbyt wcześnie przycisnęła guzik, efekt był taki, że ręce pani Janiny zostały zmiażdżone. Później amputowano jej ręce.
W tej fabryce miał pan, zdaje się, jakiś swój identyfikator z numerem?
    
Tak, miałem swój identyfikator, on jest zresztą wpisany do kalendarzyka z 1944 roku, który również przekazałem do muzeum. W listopadzie zostaliśmy przeniesieni do fabryki Junkersa w Aschersleben. To była fabryka w 60% zbombardowana, razem z obozem w sąsiedztwie. To był olbrzymi obóz, w dzielnicy Tonkulle, tam byli tylko Ukraińcy, Rosjanie i my. Pierwotnie, tam mogło być około 80 wielkich baraków, a pozostało może 20. Między tymi barakami znajdowały się leje głębokości jakichś 6-7 metrów, średnicy 8 metrów. To już w zasadzie była zima, było dużo śniegu, a w tych lejach grasowały szczury wielkości kotów, całymi watahami. Zostaliśmy przydzieleni do w połowie zbombardowanego baraku, ze szparami i dziurami, było zimno. Otrzymywaliśmy brykiet, jeden kubełeczek na cały dzień. O godzinie piątej rano trzeba było przejść przez sanitariusza, który urzędował przy bramie do fabryki.
Co było do jedzenia, jak wyglądały porcje żywnościowe?
    
W zasadzie specjalnych porcji nie było. Dostawaliśmy zupę, to była gotowana brukiew, ze zgniłymi kartoflami, mięsa w tym nie było.
A co było na śniadanie?
    
Kawałeczek chleba z kawałkiem margaryny, czasem z dżemem, do tego czarna kawa. Pracowałem przy sortowaniu kabli do radiostacji w samolotach Junkers. Z powodu zimna i głodu nabawiłem się zapalenia płuc, na początku chodziłem do sanitariusza, żeby mnie zwolnił. Miałem temperaturę ponad 40 stopni. W końcu trafiłem do lekarza niemieckiego w fabryce. Mama koniecznie chciała, żeby mnie odesłano do GG, bo być może, byłbym tam bezpieczny. On powiedział, że może mnie skierować do Essau, gdzie było "sanatorium", gdzie wszystkie osoby, szczególnie gruźlików, likwidowano. Matce powiedział, że jeśli chce mieć syna, to niech mnie tu trzyma, że przez jakiś czas będę miał zwolnienie. Dostałem zwolnienie na miesiąc. Dopiero w lutym czy marcu 1945 roku zostaliśmy przeniesieni do obozu gdzie byli "auslanderzy": Belgowie, Francuzi, Holendrzy, Jugosłowianie, Czesi. Tam były zupełnie inne warunki, była normalna, wspólna łazienka, w baraku były ubikacje. Można było utrzymać czystość. Tam były dużo lepsze warunki. W pokoju było 16 osób, na piętrowych pryczach. Miejsce nie było zbombardowane, było na otwartym polu, więc można było otwierać okno. Komendantką baraku była taka Niemka, należąca do partii, ze znaczkiem swastyki, która była bardzo mi przychylna. Mimo, że innym nie zezwalała na pójście do miasta, to mi zezwalała. Była bardzo sympatyczna. Jej syn walczył na froncie wschodnim, może w związku z tym była dla mnie taka dobra. Do fabryki były jakieś trzy kilometry, codziennie rano trzeba było chodzić. W pewnym momencie, kiedy przechodziłem ulicą między działkami, a domkami jednorodzinnymi, wychodziła Niemka, która ściągała mnie do domu i częstowała mnie często talerzem zupy. Tak pracowaliśmy do 8 kwietnia 1945 roku. Ktoś z zarządu obozu zawiadomił nas, że przyjdą żandarmi i będą nas rozstrzeliwać. Wtedy właściwie wszyscy uciekli z obozu w pole albo do gospodarzy. Było tam obok dwóch gospodarzy, którzy za opłatą przechowywali obozowiczów w stajni. Tam były o tyle korzystniejsze warunki, że były kartofle, mleko, marchew. Można było zjeść coś pożywniejszego. Po jednym dniu w polu stwierdziliśmy, że absolutnie tak nie wytrzymamy, wróciliśmy do obozu. Kilka dni byliśmy w obozie, czekając, co się wydarzy. 14 kwietnia żandarmi otoczyli obóz, wygnali nas wszystkich, Belgów, Francuzów i innych. Dołączyliśmy do tłumu 6 tysięcy osób, gdzie było 12 jeńców angielskich, około 20 jeńców z AK. Tak szliśmy trzy dni w kierunku Ostenrode. [...]
Wróćmy jeszcze na moment do czasu wojny. Jak pan pracował w fabryce samolotów Szwajcarski Czerwony Krzyż ofiarował zegarki więźniom. Proszę o tym opowiedzieć.
    
Pani Boglewska, przyjaciółka mojej mamy, była członkiem Komendy Głównej AK, w związku z tym była na liście Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Myśmy się bardzo przyjaźnili, a ona mnie szczególnie lubiła. To było w Aschersleben. Na jej adres, przyszło ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, chyba 10 zegarków firmy Cemra. Otrzymała ich tyle, ponieważ chcieli, żeby rozdała je osobom najbardziej potrzebującym. Zegarki otrzymała moja mama, ja, pani Sieradzka i kilka innych osób. W ten sposób otrzymałem zegarek, który przez cały czas był dla mnie świętością. Inni wymienili je na puszkę margaryny albo na chleb. Ja ten zegarek przez cały czas trzymałem, cały czas go nosiłem, był on dla mnie czymś bardzo bliskim. Ten zegarek przekazałem jako swoją świętość do muzeum.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten